Związek

Ile razy chciałam cię zdradzić… A wystarczyłoby, żebyś powiedział, że mnie kochasz

Z życia kobiety
Z życia kobiety
30 czerwca 2016
Fot. iStock / ljubaphoto
 

Wiesz, ile razy chciałam cię zdradzić? Ukarać cię za twoją obojętność? Myślałam: „Jak cię zranię, to w końcu mnie zauważysz. Przestraszysz się, że może jednak jestem w stanie odejść”.

Tak, jestem pijana. Otworzyłam butelkę wina. Kolejną w kolejny wieczór, kiedy ciebie nie ma. Bo umówiłeś się z kolegą na siłownię. Później pewnie pójdziecie na piwo. Wrócisz koło północy i będziesz zachowywał się jak najciszej, żebym czasem nie obudziła się ze swoimi pretensjami.

„Bywasz żałosny”

Bo dla ciebie jestem jedną wielką pretensją. O to, że nie przytulasz, że wolisz wyjść z kumplami, niż ze mną spędzić wieczór, że siedzisz przy komputerze, pracujesz do późna, nie zajmujesz się zbytnio dziećmi. Bo zajmujesz się tylko kiedy to konieczne, albo gdy ja zrobię ci awanturę. Tak, wtedy zabierzesz je na plac zabaw. Godzina na dworze, a ty i tak z nosem w telefonie. Nie słyszysz nawet jak ciebie wołają. Zawsze tak robisz, nawet jak wychodzimy razem. Czasami zastanawiam się po co ja właściwie jestem? Przecież zachowujesz się tak, jakbym była powietrzem.

Tak, zaraz zaczniesz zaprzeczać. Że przestań, że o co ci znowu chodzi, że przesadzam. Wyjdziesz, trzaśniesz drzwiami, a ja będę musiała uspokajać dzieci i mówić, że to nic, że to przeciąg, że tata nie jest na nie zły. Nie chcesz rozmawiać, wyjaśniać, naprawiać. Jesteś tchórzem wiesz. TCHÓRZEM. T-CH-Ó-RZ-E-M. Który z podkulonym ogonem ucieka. Bywasz żałosny. Chciałabym ci to powiedzieć: „żałosny dupek”, który nie potrafi stanąć twarzą w twarz z problem, z moimi uczuciami. Z tym, co między nami, a raczej tym, czego nie ma.

Tyle razy mówiłam. Jeny… aż mnie mdli. To moje żebranie o twoją uwagę, te moje SMS-y, telefony, nieustanne dawanie ci miłości. Bo myślałam, że może jej starczy za nas dwoje. Ale to wszystko nic. Na chwilę. Mówiłeś, że tak, że ci zależy. A później ta sama śpiewka: „No taki już jestem”. Jaki ku*wa jesteś? No jaki? Pytam się? Jaki do diabła jesteś?!? Jaki jesteś, że to „taki” tłumaczy wszystko?!?

I tak. Chciałabym cię zdradzić. Chciałabym nie czekać wieczorem, jak wrócisz, i udawać, że śpię, kiedy wchodzisz do domu, żeby cię nie spłoszyć. Chciałabym siedzieć z telefonem i odbierać SMS-y od kogoś, kto da mi choć złudną nadzieję bycia ważną. Od kogoś, kto będzie mi mówił, że tęskni, że kocha, że jestem najlepsza.

Jezu, ile razy mogłam to zrobić. Jaka głupia byłam, że nie, że mąż, że przecież ty. Ty, który mnie nie zauważasz. A później zaczęłam myśleć: „a czemu nie? Co mi szkodzi? Tobie i tak to będzie obojętne”. Mogłabym pieprzyć się z gościem na twoich oczach, a ty i tak byś tego nie widział!

Matko, co ja piszę. Zobacz, w jakim jestem stanie. Jak żałosna – tak samo jak ty.

„Tak bardzo chciałam, żeby on był tobą”

Pamiętasz tego kolegę z pracy, co podwoził mnie do domu? O co ja pytam, czy pamiętasz? Przyjeżdżał po mnie rano, bo miał po drodze. Czekałam, aż spytasz, kto to? Jak zrobisz mi scenę zazdrości. Jak powiesz: „Dzisiaj ja cię zawiozę, on nie musi przyjeżdżać”. Ale tobie wystarczyło jak na pytanie, kto to jest, odpowiedziałam: „Nikt, kolega z pracy”. I tyle. A on zapraszał mnie na kolację, do kina. Dzwonił i pisał po pracy. Niby służbowo. Ale to on życzył mi dobrej nocy i kolorowych snów. A rano pisał: „Wstałaś już? Zaraz po ciebie jestem”. Ostatnio przyjeżdża rzadziej.

Raz z nim wyszłam. Tobie powiedziałam, że idę do siostry. Kryła mnie, wiedziała o wszystkim. Chciałabym ci o tym opowiedzieć. Jak było cudownie. Kino niezależne, niszowe. On wiedział, że takie lubię i że nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w kinie. Wyszukał seans i zaskoczył mnie kupionymi już biletami. Tak bardzo chciałam iść. I tak bardzo chciałam, żeby on był tobą, żebyś ty pomyślał o mnie, zrobił coś dla mnie.

Stał obok mnie, a ja czułam dreszcze na całym ciele. Pożądanie, którego dawno nie doświadczyłam. Takie zwierzęce, które kazało mi tu i teraz powiedzieć: „Wyjdźmy stąd, chodźmy do ciebie”. Wiem, że by zrozumiał, że nic więcej nie musiałabym mówić. Później wiele razy wyobrażałam sobie, jak się z nim kocham. Jak odkluczając drzwi rozbiera mnie, jak kochamy się u niego na podłodze. Jak mnie całuje, dotyka.

Stałam tam w tej kolejce czekając na film. Czułam każdy najmniejszy ruch jego ciała. Patrzyłam ukradkiem na niego. Widziałam jak napina mięśnie, gdy się do niego przysuwałam, bo ktoś akurat przeszedł. Ocierałam się przypadkiem. I czułam ból niemal fizyczny… Nie wiem, o czym był film. Marzyłam, żeby złapał mnie za rękę, przytulił. Żebyśmy wyszli w połowie seansu. Ale siedziałam sztywno nie mogąc się skupić na tym, co na ekranie.

„Jak teraz wyjdziesz, już nigdy tego nie poczujesz”

W głowie mi szumiało, a ciało krzyczało z tęsknoty za jego dotykiem, którego przecież nigdy nie doświadczyłam. Siedziałam tam i rozważałam wszystkie możliwe scenariusze, wszystkie za i przeciw. Wiedziałam, że on też tego chce. Że czeka. Nigdy wprost nie dał mi do zrozumienia, że oprócz przyjaźni chciałby coś więcej. Chciałam uciec. A za chwilę myślałam: „Jak teraz wyjdziesz, już nigdy tego nie poczujesz”. Ale jak mogłam coś takiego czuć! Przecież byłeś ty. Z dziećmi. Przysłałeś SMS-a, że one nie mogą zasnąć, i gdzie schowałam parówki na kolację. Chciałam ci napisać: „W d*pies schowałam! Spie*dalaj”. Jakie to słabe… Jak ja ciebie wtedy nienawidziłam. Jak czułam się upodlona naszym związkiem i tym, co czułam, tam w kinie, przy innym facecie. Myślałam: „To twoja wina, to ty doprowadziłeś do tego, że pożądam innego mężczyznę, że jestem gotowa wyjść z nim tu i teraz, i pieprzyć się w samochodzie na kinowym parkingu”.

Płakałam. Siedziałam w kinie i płakałam. Podał mi chusteczkę. A ja płakałam jeszcze bardziej. Nie mogłam przestać. Nie mogłam nad tym zapanować. Chciałam szlochać, krzyczeć, jaka jestem nieszczęśliwa, jak bardzo czuję się niekochana. I gdzie mnie ta twoja (nie)miłość doprowadziła…

„Wszystko w porządku?” – spytał. Nic, ku*wa, wtedy nie było w porządku! NIC. Poprosiłam, żeby odwiózł mnie do domu. Nie pytał o nic więcej. Dostałam SMS-a: „Pamiętaj, że jestem”.

I co ja mam zrobić? Co ja do cholery mam zrobić? Ciebie znowu nie ma, a on powiedział, że poczeka. Poczeka na mnie. A ja tu siedzę, i czekam na ciebie… I nie wiem, co mam zrobić. Nie wiem.

Tak, jestem pijana. I nic nie wiem… Chciałabym tylko wiedzieć, że ty mnie kochasz. Chciałabym mieć pewność. To by mi wystarczyło…


Związek

Jak długo można walczyć o miłość?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
7 lipca 2016
Fot. iStock/themacx
 

Właśnie wyszedłeś, a ja siedzę kompletnie rozwalona. Trzęsą mi się ręce, trzęsie mi się całe ciało. Nie mogę przestać płakać, nie umiem się uspokoić. I nic nie wiem. Nie wiem, kim jestem, gdzie jestem. Gdzie my jesteśmy. Wydaje mi się, że już niżej nie można upaść. Że sięgnęliśmy dna i wszystko dzisiaj postawiliśmy na ostrzu noża. „Wypie*dalaj” – powiedziałam ci, bo nie wiem, jak z tobą dalej żyć. Bo nie wiem, czy mogę ci ufać, bo nie wiem, czy nadal mnie kochasz. Czy ja kocham ciebie.

Tu nic nie wydarzyło się z dnia na dzień. Przecież nie zmieniłeś się nagle. Obojętność wkradła się między nas już dawno.

Powoli odbierała nam radość bycia razem. Najpierw przelotny buziak gdzieś rano, później nawet o nim zapominaliśmy. Bez przytulenia, zaczęliśmy mijać się w domu tak, by fizycznie być od siebie jak najdalej. Ty w kuchni, ja w pokoju, ty w sypialni, ja w łazience. Nie nazywaliśmy tego, ale napięcie między nami rosło. Właściwie nie wiem, gdzie było jego źródło.

Wkurzałam się, że nie chowasz kubka po kawie do zmywarki, a ty, że notorycznie nie zakręcam tubki od pasty do zębów. Mam wrażenie, że wkurzało nas już wszystko. Nawet to jak oddychasz, jak śpisz na boku i mruczysz przez sen. Denerwowałam się, że zakładasz te właśnie buty, to tych spodni, a nie inne. Twoje żarty przestały mnie śmieszyć.

Później wymienialiśmy między sobą już tylko informacje – kto odbierze dzieci, kto Olę zawiezie na basen, a Antka na piłkę. I czy obiad jemy w domu, czy coś zamawiamy, a może po prostu spotkamy się na mieście. Wtedy też mnie wkurzałeś, bo zawsze zamawiałeś to samo do jedzenia. Nawet tu nie potrafiłeś zaszaleć. Do bólu przewidywalny, że aż nudny do granic wytrzymałości.

Próbowaliśmy rozmawiać. Przecież każde z nas wiedziało, że coś jest nie tak.  Ale trudno było znaleźć porozumienie. Więc krzyczeliśmy, wyrzucaliśmy sobie nawzajem pretensje. „Bo ty nigdy, bo ja zawsze”.

Myślę, że wtedy był jeszcze czas, by coś naprawić. Dzisiaj nie wiem, czy nie jest za późno. Traktowaliśmy się, jakbyśmy byli zapisani sobie na zawsze, własność. Ja mogłam być chłodna i obojętna, a ty z wiecznymi pretensjami, ale jednak razem, choć wtedy marzyliśmy o tym, by być osobno. To z serii marzeń, które nigdy nie powinny się spełnić.

A dzisiaj? Wychodzisz wieczorami, wracasz nad ranem. Nie wiem, z kim się spotykasz, gdzie jesteś. Każda rozmowa kończy się awanturą, w której padają słowa, które nigdy paść nie powinny. Nie wiedziałam, że tak potrafimy się ranić. Ja mam nie pytać, a ty nie musisz się tłumaczyć – usłyszałam dzisiaj nim wyszedłeś trzaskając drzwiami.

Wiem, że ona do ciebie pisze, wiem, że to jej opowiadasz o naszych problemach. Nie wiem, czy to tylko emocjonalna więź, boję się usłyszeć, że to coś więcej. Ale czy może być więcej od emocjonalnego porzucenia, od emocjonalnej zdrady? Czy można poczuć się bardziej zdradzoną? Ile razy mówiłam: „Chcesz, znajdź sobie inną”, nie myśląc nad konsekwencjami tych słów. Bo przecież ty nie odejdziesz, bo ja bym nie odeszła.

I jeszcze nie odchodzisz, nie chcesz się wyprowadzić. Nie wiem, czy uciekasz do niej. Czy wychodząc idziesz pod jej dom, pijesz z nią kawę i mówisz o tym, jak między nami jest źle. Nie wiem, czy nie siedzisz teraz obok niej śmiejąc się jak gdyby nigdy nic, chcąc zapomnieć o kolejnej awanturze, o naszych problemach. Ona jest ucieczką od tego co tutaj. Jest lepsza ode mnie, bo cierpliwa i akceptująca. A ja? A ty? Nie widzisz, że ona nie chowa mleka do lodówki, nie wiesz, że nie lubi oglądać meczów piłki nożnej i nie lubi dzieci. Nie musisz tego wiedzieć. Ważne, że cię słucha, że sprawia, że czujesz się przy niej kimś lepszy. Przy mnie już tak się nie czujesz. Podobnie, jak ja przy tobie. Nie wiem, kiedy mi powiedziałeś, że ładnie wyglądam, że tęskniłeś, że jestem najwspanialszą kobietą, jakąś spotkałeś. Kiedyś to mówiłeś. Może gdybym tego nie pamiętała, nie bolałoby tak bardzo.

A ja nie wiem, co zrobić? Tak bardzo nie chcę cię stracić, a z drugiej strony nie chcę już tak żyć. Chcę spokoju. Bez domysłów, szarpania się z własnymi myślami, wyobrażania sobie, jak nic już dla ciebie nie znaczę. To plon naszej obojętności. Obojętności, która przerodziła się w niechęć, w złość, w brak akceptacji siebie nawzajem.

Jak długo można walczyć o miłość. Kiedy tę walkę zakończyć. Czy na naszą nie jest już za późno?

Czy walczyć pomimo wszystko

– udowadniając, że jednak jesteśmy dla siebie ważni.

Czy walczyć, gdy nie mamy sił

– by mieć poczucie, że zrobiliśmy dosłownie wszystko, by nie zaprzepaścić tego, co było?

Czy walczyć, gdy boimy się

– że jednemu z nas już nie zależy, gdy jest w nas lęk, że tej miłości już nie ma, że nie jesteśmy kochani.

Czy walczyć, choć tyle razy próbowaliśmy

– i brak nam nadziei na lepsze? Na naprawienie, na złożenie wszystkiego od nowa, jak potłuczonego w gniewie dzbana, który był w naszym domu od pokoleń?

Czy walczyć, choć nie wiemy, czy jeszcze chcemy

– bo może kieruje nami jedynie strach przed samotnością, przed zmianą? Wolimy tkwić tam, gdzie jest źle. Źle, ale jednak znajomo.

Czy walczyć na przekór

– tego, co myślimy i co czujemy gdzieś tam w środku, intuicyjnie, bo to może chwilowe, a przecież tyle lat byliśmy razem?

Czy ktoś może mi odpowiedzieć na to pytanie? Czy może mi powiedzieć: „Walcz dziewczyno”, a może: „Odejdź, to już ten czas, to koniec”. Mam wrażenie, że biorę udział w wojnie, w której kończy mi się amunicja, w której przegrywam bitwę za bitwą wciśnięta gdzieś w okopy, a jednak walczę mając nadzieję, że sama wiara w zwycięstwo pozwoli mi odnieść sukces. Ale dopada mnie zwątpienie. Czy jest sens? Czy wytrwam? A co, kiedy przegram, kiedy stwierdzę: „nie było już warto”, kiedy liczba strat zdecydowanie przewyższy jakiekolwiek korzyści?

A może ty już nie chcesz walczyć? Boję się ciebie spytać, czy nadal mnie kochasz. Boję się spytać siebie, czy to jeszcze miłość. Nie wiem, czy ta bitwa nie będzie decydująca, ostateczna, zwycięska dla nas obojga.


Związek

Mam 40 lat, jestem po rozwodzie i czasami boję się, że do końca życia będę już sama

Z życia kobiety
Z życia kobiety
24 czerwca 2016
Fot. iStock / Kontrec

Mówili: „Daj spokój, młoda jesteś, mądra, znajdziesz jeszcze kogoś, na pewno”, „Zasługujesz na miłość”, „Wszystko jeszcze przed tobą, na nim świat się nie kończy”.

„Odszedł. Ułożył sobie życie”

Rozwiodłam się osiem lat temu. Zostałam z dzieckiem. Niebrzydka, niegłupia, zraniona cholernie mocno. Tak mocno, że przez kilka lat w ogóle nie myślałam o stałym związku. Wychodziłam z depresji, z jego długów, jego zobowiązań i własnej traumy. Tłumaczyłam synowi, że tata go kocha, ale nie może się teraz z nim widzieć. Bo co miałam powiedzieć? Że poszedł do młodszej, że czeka na kolejne dziecko?

Mojego syna to nie interesowało. To, że jego ojciec znalazł młodszą atrakcyjniejszą, przecież nie było w ogóle dla niego istotne. Ot, wyprowadził się, zostawił go, mnie po kilku próbach naprawiania związku, po jego obietnicach, że już z tamtą skończył, że to się nigdy nie powtórzy. Wierzyłam mu, bo wtedy chciałam, by była to prawda. Tyle lat razem, tyle starań o dziecko, moje poronienia, jego wsparcie. Szczęście, gdy w naszym życiu pojawił się Patryk. Ono jednak długo nie trwało.

Odszedł. Ułożył sobie życie. Odzywa się czasami, kiedy chce Patryka zabrać na wakacje, a on już nie chce do niego jeździć. Rozmawiamy, tłumaczę. Ale mój syn ma już 13 lat, swój rozum, swoje emocje, musimy oboje je szanować, tak, jak jego decyzje.

Skończyłam 40 lat. Urodziny opijałam w gronie przyjaciół i znajomych, ale jednak sama. Teraz rzadko kto życzy mi: „żebyś kogoś znalazła”. Mówią o szczęściu, o radości, o zdrowiu, o tym, że zobaczę, że życie zaczyna się po 40-tce. I miłości, kilka osób życzyło, ale już bez spotkania tego jedynego. Po prostu, miłości.

Czasami zastanawiam się, co jest ze mną nie tak. Z zazdrością patrzę na inne kobiety i myślę sobie: „Kurde jej się udało, czemu mi nie wychodzi?”. Nie, nie życzę im źle. Jestem zazdrosna o to, że one kogoś mają, że im się ułożyło, że też po przejściach, ale jednak szczęśliwe. Tak po ludzku zazdrosna.

Jasne, ja też jestem szczęśliwa. Mam pracę, cudownego syna, fajnych przyjaciół, którzy nie eliminują mnie z towarzystwa, bo jestem sama. Choć kilka tak zwanych przyjaźni życie zweryfikowało… A raczej zweryfikowała moja samotność.

Więc tak, jestem szczęśliwa. Uczę cię szczęścia w pojedynkę. Uczę się, że szczęście, to nie tylko obecność drugiej, bliskiej osoby obok.

Że szczęście to nie tylko ramię, do którego można się przytulić lub w które można płakać do woli.

Że szczęście, to nie tylko wspólne śniadania, to nie tylko kawa zrobiona i podana do łóżka ot tak, z zaskoczenia, żeby komuś zrobić przyjemność.

Że szczęście to też nie tylko obiad, który czeka na ciebie w domu, zrobiony przez kogoś, kogo kochasz i kto wie, co lubisz najbardziej zjeść.

Że szczęście to nie tylko wyjście w dwójkę do kina, pójście na spacer, czy spontaniczny wypad na miasto i wariackie tańce.

Że szczęście to nie tylko wyrzucone śmieci, naczynia wyciągnięte ze zmywarki i wstawione pranie tym razem nie przez ciebie samą.

Że szczęście to nie tylko śpiąca obok na kanapie osoba, która udaje, że też lubi oglądać film, który akurat chciałaś zobaczyć.

Że szczęście to nie tylko „pięknie wyglądasz, kochanie”, kiedy wiesz, że wyglądasz dobrze, i kiedy wiesz, że to kompletnie nieprawda.

Że szczęście to nie tylko zrobiona herbata z cytryną i miodem, i podana chusteczka przy twoim przeziębieniu.

Że szczęście to nie tylko świadomość, że ktoś na ciebie czeka. Że nie wsiądzie zaraz na rower, nie powie: „Hej mama, jadę do kolegów pograć w piłkę”, tylko ucieszy się, że już jesteś w domu.

Ktoś powie: „głupia”, jakby nie mogła cieszyć się życiem. Przecież o jej wartości nie świadczy facet obok. Tak, jasne. Rozumiem. I żeby było jasne, nie jest mi smutno. Uczę się być szczęśliwa w swojej samotności. Nie jestem kobietą, która ze zwieszoną głową, miesza kawę w ulubionej kawiarni wlepiając wzrok w każdego samotnego faceta, który wchodzi do środka. Myśląc: „o, może ten się nada?”.

„Uczę się nie czekać, nie rozglądać”

Wręcz przeciwnie. Nauczyłam się być sama ze sobą. Wychodzę regularnie na basen, umawiam się z koleżankami na kijki – maszerujemy dwa razy w tygodniu po lesie. Pracuję i lubię swoją pracę. Wyskoczę do kina sama nie martwiąc się, że ktoś zechce mi wyjeść ulubiony popcorn z karmelem. Mam dużo czasu dla syna. Chodzę wieczorem w starym rozciągniętym dresie po mieszkaniu. Czytam, dużo czytam, bo mam na to czas. Planuję wakacje. Jedne sama, drugie z synem. Uśmiecham się. Do innych, do siebie.

Jednak przestałam umawiać się na randki. Przestałam szukać. Uczę się nie czekać, nie rozglądać. Szkoda mi energii na facetów, którzy zapominają, że mają żony. Na facetów, którym zależy tylko na seksie – jasne, seks jest fajny, ale mi o sam seks jednak nie chodzi. To też musiałam zrozumieć. Łapałam się na tym, że myślałam: „to tylko seks” w efekcie czekając na jego SMS-a, angażując się w coś, co kompletnie nie miało racji bytu. Może on takich jak ja miewał wiele.

Nie chcę spotykać facetów pogubionych, którym matka mamrocze nad głową, żeby się ustatkowali. Nie chcę tych, którzy mówią o byłych żonach – tych co mówią bardzo źle, ale też tych, którzy mówią dobrze. Chciałabym spotkać faceta, który tak jak ja pozwolił sobie otworzyć czystą kartę. Chce zacząć od nowa, z pustą głową, z poukładanymi emocjami. Takiego, któremu brakuje drugiej osoby obok i nie stawia ani sobie, ani jej wielkich oczekiwań. Bo już wie, że miłość to nie wymagania, to nie warunki. To obecność kogoś, kto kocha i stara się zrozumieć, kto akceptuje.

Ktoś powie: „co ma być, to będzie”. I tak, zgadzam się z tym, bez żalu, bez smutku, bez sarkazmu, że u mnie to pewnie już nic nie będzie. Bo przecież tego nie wiem. I to jest fajne. To daje nadzieję.

Ale czasami, leżąc wieczorem w łóżku, przy zgaszonym świetle, myślę sobie, że to już koniec. Że to wszystko. Że już nigdy nikogo nie pokocham, że nie będę kochaną przez faceta. Ta myśl mnie przeraża, sprawia, że czuję niemal fizyczny ból. Na szczęście coraz rzadziej mi się zdarza. Mam nadzieję, że w końcu to uczucie, ta myśl, zniknie. Że pewnego dnia obejrzę się na to moje samotne życie i powiem sobie – kurde, szczęśliwa z ciebie babka. Że nie zostanę pełną pretensji do świata rozwódką, która przestanie wierzyć w miłość. Bo dziś nadal w nią wierzę, patrzę, jak mój syn się zakochuje. I czasami, po kryjomu, w tajemnicy przed wszystkimi marzę, że ja też się jeszcze kiedyś zakocham, że przestanę się bać, że już nigdy nikogo nie spotkam.

A z drugiej strony nie chcę zobojętnieć na miłość, nie chcę przestać jej potrzebować. To trudne: żyć samotnie, być szczęśliwą i nadal pragnąć miłości. Pomyśl o tym, kiedy zechcesz samotnej 40-latce powiedzieć: „Daj spokój, przecież facet do szczęścia nie jest ci potrzebny”. Uwierz – ona to wie, ale nadal chce, by ktoś ją pokochał.