Związek

Jak długo można walczyć o miłość?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
7 lipca 2016
Fot. iStock/themacx
 

Właśnie wyszedłeś, a ja siedzę kompletnie rozwalona. Trzęsą mi się ręce, trzęsie mi się całe ciało. Nie mogę przestać płakać, nie umiem się uspokoić. I nic nie wiem. Nie wiem, kim jestem, gdzie jestem. Gdzie my jesteśmy. Wydaje mi się, że już niżej nie można upaść. Że sięgnęliśmy dna i wszystko dzisiaj postawiliśmy na ostrzu noża. „Wypie*dalaj” – powiedziałam ci, bo nie wiem, jak z tobą dalej żyć. Bo nie wiem, czy mogę ci ufać, bo nie wiem, czy nadal mnie kochasz. Czy ja kocham ciebie.

Tu nic nie wydarzyło się z dnia na dzień. Przecież nie zmieniłeś się nagle. Obojętność wkradła się między nas już dawno.

Powoli odbierała nam radość bycia razem. Najpierw przelotny buziak gdzieś rano, później nawet o nim zapominaliśmy. Bez przytulenia, zaczęliśmy mijać się w domu tak, by fizycznie być od siebie jak najdalej. Ty w kuchni, ja w pokoju, ty w sypialni, ja w łazience. Nie nazywaliśmy tego, ale napięcie między nami rosło. Właściwie nie wiem, gdzie było jego źródło.

Wkurzałam się, że nie chowasz kubka po kawie do zmywarki, a ty, że notorycznie nie zakręcam tubki od pasty do zębów. Mam wrażenie, że wkurzało nas już wszystko. Nawet to jak oddychasz, jak śpisz na boku i mruczysz przez sen. Denerwowałam się, że zakładasz te właśnie buty, to tych spodni, a nie inne. Twoje żarty przestały mnie śmieszyć.

Później wymienialiśmy między sobą już tylko informacje – kto odbierze dzieci, kto Olę zawiezie na basen, a Antka na piłkę. I czy obiad jemy w domu, czy coś zamawiamy, a może po prostu spotkamy się na mieście. Wtedy też mnie wkurzałeś, bo zawsze zamawiałeś to samo do jedzenia. Nawet tu nie potrafiłeś zaszaleć. Do bólu przewidywalny, że aż nudny do granic wytrzymałości.

Próbowaliśmy rozmawiać. Przecież każde z nas wiedziało, że coś jest nie tak.  Ale trudno było znaleźć porozumienie. Więc krzyczeliśmy, wyrzucaliśmy sobie nawzajem pretensje. „Bo ty nigdy, bo ja zawsze”.

Myślę, że wtedy był jeszcze czas, by coś naprawić. Dzisiaj nie wiem, czy nie jest za późno. Traktowaliśmy się, jakbyśmy byli zapisani sobie na zawsze, własność. Ja mogłam być chłodna i obojętna, a ty z wiecznymi pretensjami, ale jednak razem, choć wtedy marzyliśmy o tym, by być osobno. To z serii marzeń, które nigdy nie powinny się spełnić.

A dzisiaj? Wychodzisz wieczorami, wracasz nad ranem. Nie wiem, z kim się spotykasz, gdzie jesteś. Każda rozmowa kończy się awanturą, w której padają słowa, które nigdy paść nie powinny. Nie wiedziałam, że tak potrafimy się ranić. Ja mam nie pytać, a ty nie musisz się tłumaczyć – usłyszałam dzisiaj nim wyszedłeś trzaskając drzwiami.

Wiem, że ona do ciebie pisze, wiem, że to jej opowiadasz o naszych problemach. Nie wiem, czy to tylko emocjonalna więź, boję się usłyszeć, że to coś więcej. Ale czy może być więcej od emocjonalnego porzucenia, od emocjonalnej zdrady? Czy można poczuć się bardziej zdradzoną? Ile razy mówiłam: „Chcesz, znajdź sobie inną”, nie myśląc nad konsekwencjami tych słów. Bo przecież ty nie odejdziesz, bo ja bym nie odeszła.

I jeszcze nie odchodzisz, nie chcesz się wyprowadzić. Nie wiem, czy uciekasz do niej. Czy wychodząc idziesz pod jej dom, pijesz z nią kawę i mówisz o tym, jak między nami jest źle. Nie wiem, czy nie siedzisz teraz obok niej śmiejąc się jak gdyby nigdy nic, chcąc zapomnieć o kolejnej awanturze, o naszych problemach. Ona jest ucieczką od tego co tutaj. Jest lepsza ode mnie, bo cierpliwa i akceptująca. A ja? A ty? Nie widzisz, że ona nie chowa mleka do lodówki, nie wiesz, że nie lubi oglądać meczów piłki nożnej i nie lubi dzieci. Nie musisz tego wiedzieć. Ważne, że cię słucha, że sprawia, że czujesz się przy niej kimś lepszy. Przy mnie już tak się nie czujesz. Podobnie, jak ja przy tobie. Nie wiem, kiedy mi powiedziałeś, że ładnie wyglądam, że tęskniłeś, że jestem najwspanialszą kobietą, jakąś spotkałeś. Kiedyś to mówiłeś. Może gdybym tego nie pamiętała, nie bolałoby tak bardzo.

A ja nie wiem, co zrobić? Tak bardzo nie chcę cię stracić, a z drugiej strony nie chcę już tak żyć. Chcę spokoju. Bez domysłów, szarpania się z własnymi myślami, wyobrażania sobie, jak nic już dla ciebie nie znaczę. To plon naszej obojętności. Obojętności, która przerodziła się w niechęć, w złość, w brak akceptacji siebie nawzajem.

Jak długo można walczyć o miłość. Kiedy tę walkę zakończyć. Czy na naszą nie jest już za późno?

Czy walczyć pomimo wszystko

– udowadniając, że jednak jesteśmy dla siebie ważni.

Czy walczyć, gdy nie mamy sił

– by mieć poczucie, że zrobiliśmy dosłownie wszystko, by nie zaprzepaścić tego, co było?

Czy walczyć, gdy boimy się

– że jednemu z nas już nie zależy, gdy jest w nas lęk, że tej miłości już nie ma, że nie jesteśmy kochani.

Czy walczyć, choć tyle razy próbowaliśmy

– i brak nam nadziei na lepsze? Na naprawienie, na złożenie wszystkiego od nowa, jak potłuczonego w gniewie dzbana, który był w naszym domu od pokoleń?

Czy walczyć, choć nie wiemy, czy jeszcze chcemy

– bo może kieruje nami jedynie strach przed samotnością, przed zmianą? Wolimy tkwić tam, gdzie jest źle. Źle, ale jednak znajomo.

Czy walczyć na przekór

– tego, co myślimy i co czujemy gdzieś tam w środku, intuicyjnie, bo to może chwilowe, a przecież tyle lat byliśmy razem?

Czy ktoś może mi odpowiedzieć na to pytanie? Czy może mi powiedzieć: „Walcz dziewczyno”, a może: „Odejdź, to już ten czas, to koniec”. Mam wrażenie, że biorę udział w wojnie, w której kończy mi się amunicja, w której przegrywam bitwę za bitwą wciśnięta gdzieś w okopy, a jednak walczę mając nadzieję, że sama wiara w zwycięstwo pozwoli mi odnieść sukces. Ale dopada mnie zwątpienie. Czy jest sens? Czy wytrwam? A co, kiedy przegram, kiedy stwierdzę: „nie było już warto”, kiedy liczba strat zdecydowanie przewyższy jakiekolwiek korzyści?

A może ty już nie chcesz walczyć? Boję się ciebie spytać, czy nadal mnie kochasz. Boję się spytać siebie, czy to jeszcze miłość. Nie wiem, czy ta bitwa nie będzie decydująca, ostateczna, zwycięska dla nas obojga.


Związek

Gdy odchodziłam, mówiłeś, że bez ciebie jestem nikim… Zobacz, kim dziś jestem

Z życia kobiety
Z życia kobiety
18 lipca 2016
Fot. iStock / CoffeeAndMilk
 

15 lat, cztery miesiące i dwa dni. Tyle byliśmy razem. Policzyłam dokładnie, jakby miało mi to dać namacalny dowód tego, że w ogóle byliśmy. Przeliczyłam to na dni, a później na godziny. Myślałam, ile czasu straciłam, ile minut swojego życia poświęciłam dla kogoś, kto nie był tego wart. 

Tak cię kochałam. Kiedy zobaczyłam cię pierwszy raz – wiedziałam. Nigdy nie umiałam tego wytłumaczyć, a ty się śmiałeś, gdy o tym opowiadałam. Wiedziałam, że będziesz moim mężem. Jakoś tak podskórnie. Ty wtedy przez ułamek sekundy podając mi rękę zatrzymałeś wzrok na mojej twarzy.

Żona przy mężu – tak o nas mówiono. Ty, dobrze zarabiający, awansowałeś z roku na rok. Ja przy dzieciach, w domu, gdzie, jak twierdziły moje koleżanki – opływam w luksusy. Po studiach tylko chwilę pracowałam, bo zaraz ślub, urodził się Dominik. Mówiłeś: „Gdzie ci się spieszy, naciesz się macierzyństwem”, a potem: „Kto to ogarnie, jak nie ty, poczekaj jeszcze, niech dzieci będą większe”. Niecałe dwa lata po Dominiku urodziła się Kornelia. Ja w garach, pieluchach, katarach, a ty w tych swoich schludnych garniturach, z teczką w ręce wychodziłeś do pracy. Przyjaciółki mówiły: „Ty to masz szczęście, siedzisz w domu, wszystko masz, nie musisz przy dwójce lecieć do pracy, możesz poczekać aż pójdą do przedszkola”. I ja tak się czułam – szczęśliwa matka dwójki dzieci, wpatrzona w męża jak w obrazek.

Taka byłam naiwna. Ty na kolacje służbowe, wyjazdy w delegacje i ja z pretensjami, że ciągle jestem sama, że już wariuję, że chcę do ludzi. „Zapisz się na fitness” – mówiłeś. A ja w dupie miałam fitness, chciałam coś ze sobą zrobić, a nie tylko być twoją ozdobą, żebyś mógł przy rodzinie się pochwalić: „Zobaczcie, jak Aśka wygląda po dwójce dzieci. Ja to jestem szczęściarz”. Już wtedy czułam się jak rzecz. Ale nie umiałam zareagować, sprzeciwić się. Gdy prosiłam: „Nie mów tak”, śmiałeś się, że przecież możesz chwalić się piękną żoną. Tylko piękną, bo jak się okazało później – głupią dla ciebie.

Ty naprawdę myślałeś, że jak zamkniesz mnie w wieży z kości słoniowej, dasz kasę na zakupy i zabierzesz na wakacje, to mi wystarczy?  Wiesz, ja chyba wtedy też tak myślałam.

Ciąża, poronienie. I kolejna ciąża. Idealny świat ze skazą. Stałam się niespokojna, płacząca. Bałam się,  że stracę to dziecko. Urodził się Maurycy. Był moim oczkiem w głowie, ale to dzięki niemu otworzyłam szczerzej oczy. Potrzebowałam twojej pomocy. Tego, żebyś chociaż Dominika i Kornelię zabrał na spacer. Ale ty wiecznie nie miałeś czasu. Mówiłeś: „Ubierz się, zobacz, jak wyglądasz. Zrób coś ze sobą, bo strach z tobą wyjść”.

„Dzieci podrosną, wszystko się zmieni, będzie łatwiej” – słyszałam. I czekałam. „Chcę iść do pracy” – powiedziałam przy kolacji. Zakrztusiłeś się i wybuchnąłeś śmiechem: „Ty do pracy, a po co?”. Patrzyłam na ciebie… „Chcę, bo zwariuję, siedzę z dziećmi pięć lat. Dominik zaraz pójdzie do szkoły, a ja? Jestem niańką, sprzątaczką i kucharką”. „I świetnie się właśnie w tym sprawdzasz” – rzuciłeś i wstałeś od stołu zaznaczając, że skończyłeś tę rozmowę.

Już dawno nie było między nami czułości. Ty, dyrektor dużej spółki. Często jadałeś poza domem. W weekend albo spałeś, albo siedziałeś z nosem w komputerze. Wyjeżdżałeś. Na tydzień. Czasami na kilka dni. Przestałam pytać, co w pracy, bo słyszałam: „I tak nie zrozumiesz”. A ty nie pytałeś, co robiłam, bo ile razy można mówić: „Maurycy zrobił kupę na nocnik, Kornelia narysowała pięknego motyla, dwa prania wstawiłam”. I tak cię to nie obchodziło. Dzwonił telefon, ważny SMS i już byłeś nieobecny.

Wtedy, przy tym stole dostałam w twarz. Twoje słowa były jak wymierzone razy. „Do niczego się nie nadajesz. Co chcesz robić? Nie myśl, że załatwię ci pracę u mnie w firmie. Nie chcę problemów” – mówiłeś. A ja coraz bardziej zapadałam się w krzesło. No tak, rok pracy po studiach… I to wszystko. Jak mogłam to przegapić. Jak mogłam być tak ślepa, umiem tylko gotować, prać i sprzątać.

Nie mogłam zasnąć. Serce waliło mi tak, jakby chciało wyskoczyć. Gorączkowo myślałam: „Co ja umiem, jestem nikim” i „Weź się w garść, masz dzieci, pomyśl, myśl, myśl” – mieszały się ze sobą. Śniło mi się, że w fartuchu w kwiatki i w wałkach na włosach ogromną miotłą zamiatam ogromną halę… A ty stałeś na górze i śmiałeś się z mnie: „Tyle jesteś warta”. Obudziłam się z gorączką.

„Co chcesz robić” – spytała rzeczowo przyjaciółka. „Nie wiem”. Nic nie wiedziałam. W głowie dudniło mi „Co ty potrafisz, beze mnie jesteś nikim”. Podsyłała mi linki z ofertami pracy. Jej znajoma szukała kogoś do biura na pół etatu. Rozkręcała swój własny biznes. Zgodziłam się, tylko nie wiedziałam, jak to tobie powiedzieć. Śmiałeś się: „Komu chcesz coś udowodnić? Ile ty tam zarobisz? Proszę cię, nie bądź śmieszna. Telefony będziesz odbierać? Co z dziećmi, z domem? Za nianię więcej zapłacę”.

Chciałeś, żebym czuła się nikim. Ty byłeś panem sytuacji, ty dałeś sobie prawo kierowania moim życiem. Ja ci na to pozwoliłam…

Kiedy powiedziałam, że odchodzę, wpadłeś w szał. Cedziłeś przez zęby słowa, których nie chcę pamiętać. Byłam niewdzięczną suką… „Wrócisz do mnie na kolanach” mówiłeś powtarzając, że zginę, zdechnę bez ciebie. Wtedy wiedziałam, że kogoś masz. Dowiedziałam się ostatnia. Podobni przez te wszystkie lata było ich kilka, tylko ja tego nie widziałam. A nikt nie chciał mi burzyć obrazu sielanki, którą próbowałeś mi wmówić.

I chociaż tak bardzo się bałam, to wiesz – nie uwierzyłam ci. Nie uwierzyłam, że jestem nikim, że nic nie jestem warta, że bez ciebie nie przeżyję ani jednego dnia. Praca dała mi tę pewność i ludzie których tam spotkałam. Dla nich nie byłam matką i kurą domową. Byłam Agatą, która wiele potrafi, która miewa dobre pomysły… Oni otwierali mi nieświadomie oczy. Zobaczyłam, gdzie byłam przez te lata. Dla ciebie nikim, a dla nich po kilku tygodniach kimś, kto jest wartościowy, kto ma poczucie humoru i potrafi załatwić rzeczy niemożliwe. Odważyłam się zrobić jeden krok, on dał mi odwagę zrobić drugi.

Przyjaciółka dała mi klucze po mieszkaniu swojej babci. Z trójką dzieci na trzech pokojach. O takim luksusie nawet nie marzyłam. Rozwód poszedł gładko, choć groziłeś, że mnie zniszczysz, ale ty już budowałeś sobie nowy świat, ja już cię nie obchodziłam. Tak szybko się z tym pogodziłeś, nie próbowałeś walczyć w ogóle, dzieci zabierasz co drugi weekend.  Kornelia przytuliła się do mnie jakiś czas temu: „Wiesz mamo, lubię, jak się uśmiechasz. I lubię, że jesteś szczęśliwa. Jesteś najlepszą mamą na świecie”.

Nie wierzcie, jeśli ktoś wam mówi, że jesteście nikim, że nic nie potraficie, że na nic was nie stać. To nieprawda. Oni chcą, żebyście uwierzyły, ale to tylko słowa. Siła jest w was i ogromna wartość, która pozwoli wam zrobić choć jeden mały krok do przodu. Każdy kolejny będzie łatwiejszy. Obiecuję.


Związek

Ile razy chciałam cię zdradzić… A wystarczyłoby, żebyś powiedział, że mnie kochasz

Z życia kobiety
Z życia kobiety
30 czerwca 2016
Fot. iStock / ljubaphoto

Wiesz, ile razy chciałam cię zdradzić? Ukarać cię za twoją obojętność? Myślałam: „Jak cię zranię, to w końcu mnie zauważysz. Przestraszysz się, że może jednak jestem w stanie odejść”.

Tak, jestem pijana. Otworzyłam butelkę wina. Kolejną w kolejny wieczór, kiedy ciebie nie ma. Bo umówiłeś się z kolegą na siłownię. Później pewnie pójdziecie na piwo. Wrócisz koło północy i będziesz zachowywał się jak najciszej, żebym czasem nie obudziła się ze swoimi pretensjami.

„Bywasz żałosny”

Bo dla ciebie jestem jedną wielką pretensją. O to, że nie przytulasz, że wolisz wyjść z kumplami, niż ze mną spędzić wieczór, że siedzisz przy komputerze, pracujesz do późna, nie zajmujesz się zbytnio dziećmi. Bo zajmujesz się tylko kiedy to konieczne, albo gdy ja zrobię ci awanturę. Tak, wtedy zabierzesz je na plac zabaw. Godzina na dworze, a ty i tak z nosem w telefonie. Nie słyszysz nawet jak ciebie wołają. Zawsze tak robisz, nawet jak wychodzimy razem. Czasami zastanawiam się po co ja właściwie jestem? Przecież zachowujesz się tak, jakbym była powietrzem.

Tak, zaraz zaczniesz zaprzeczać. Że przestań, że o co ci znowu chodzi, że przesadzam. Wyjdziesz, trzaśniesz drzwiami, a ja będę musiała uspokajać dzieci i mówić, że to nic, że to przeciąg, że tata nie jest na nie zły. Nie chcesz rozmawiać, wyjaśniać, naprawiać. Jesteś tchórzem wiesz. TCHÓRZEM. T-CH-Ó-RZ-E-M. Który z podkulonym ogonem ucieka. Bywasz żałosny. Chciałabym ci to powiedzieć: „żałosny dupek”, który nie potrafi stanąć twarzą w twarz z problem, z moimi uczuciami. Z tym, co między nami, a raczej tym, czego nie ma.

Tyle razy mówiłam. Jeny… aż mnie mdli. To moje żebranie o twoją uwagę, te moje SMS-y, telefony, nieustanne dawanie ci miłości. Bo myślałam, że może jej starczy za nas dwoje. Ale to wszystko nic. Na chwilę. Mówiłeś, że tak, że ci zależy. A później ta sama śpiewka: „No taki już jestem”. Jaki ku*wa jesteś? No jaki? Pytam się? Jaki do diabła jesteś?!? Jaki jesteś, że to „taki” tłumaczy wszystko?!?

I tak. Chciałabym cię zdradzić. Chciałabym nie czekać wieczorem, jak wrócisz, i udawać, że śpię, kiedy wchodzisz do domu, żeby cię nie spłoszyć. Chciałabym siedzieć z telefonem i odbierać SMS-y od kogoś, kto da mi choć złudną nadzieję bycia ważną. Od kogoś, kto będzie mi mówił, że tęskni, że kocha, że jestem najlepsza.

Jezu, ile razy mogłam to zrobić. Jaka głupia byłam, że nie, że mąż, że przecież ty. Ty, który mnie nie zauważasz. A później zaczęłam myśleć: „a czemu nie? Co mi szkodzi? Tobie i tak to będzie obojętne”. Mogłabym pieprzyć się z gościem na twoich oczach, a ty i tak byś tego nie widział!

Matko, co ja piszę. Zobacz, w jakim jestem stanie. Jak żałosna – tak samo jak ty.

„Tak bardzo chciałam, żeby on był tobą”

Pamiętasz tego kolegę z pracy, co podwoził mnie do domu? O co ja pytam, czy pamiętasz? Przyjeżdżał po mnie rano, bo miał po drodze. Czekałam, aż spytasz, kto to? Jak zrobisz mi scenę zazdrości. Jak powiesz: „Dzisiaj ja cię zawiozę, on nie musi przyjeżdżać”. Ale tobie wystarczyło jak na pytanie, kto to jest, odpowiedziałam: „Nikt, kolega z pracy”. I tyle. A on zapraszał mnie na kolację, do kina. Dzwonił i pisał po pracy. Niby służbowo. Ale to on życzył mi dobrej nocy i kolorowych snów. A rano pisał: „Wstałaś już? Zaraz po ciebie jestem”. Ostatnio przyjeżdża rzadziej.

Raz z nim wyszłam. Tobie powiedziałam, że idę do siostry. Kryła mnie, wiedziała o wszystkim. Chciałabym ci o tym opowiedzieć. Jak było cudownie. Kino niezależne, niszowe. On wiedział, że takie lubię i że nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w kinie. Wyszukał seans i zaskoczył mnie kupionymi już biletami. Tak bardzo chciałam iść. I tak bardzo chciałam, żeby on był tobą, żebyś ty pomyślał o mnie, zrobił coś dla mnie.

Stał obok mnie, a ja czułam dreszcze na całym ciele. Pożądanie, którego dawno nie doświadczyłam. Takie zwierzęce, które kazało mi tu i teraz powiedzieć: „Wyjdźmy stąd, chodźmy do ciebie”. Wiem, że by zrozumiał, że nic więcej nie musiałabym mówić. Później wiele razy wyobrażałam sobie, jak się z nim kocham. Jak odkluczając drzwi rozbiera mnie, jak kochamy się u niego na podłodze. Jak mnie całuje, dotyka.

Stałam tam w tej kolejce czekając na film. Czułam każdy najmniejszy ruch jego ciała. Patrzyłam ukradkiem na niego. Widziałam jak napina mięśnie, gdy się do niego przysuwałam, bo ktoś akurat przeszedł. Ocierałam się przypadkiem. I czułam ból niemal fizyczny… Nie wiem, o czym był film. Marzyłam, żeby złapał mnie za rękę, przytulił. Żebyśmy wyszli w połowie seansu. Ale siedziałam sztywno nie mogąc się skupić na tym, co na ekranie.

„Jak teraz wyjdziesz, już nigdy tego nie poczujesz”

W głowie mi szumiało, a ciało krzyczało z tęsknoty za jego dotykiem, którego przecież nigdy nie doświadczyłam. Siedziałam tam i rozważałam wszystkie możliwe scenariusze, wszystkie za i przeciw. Wiedziałam, że on też tego chce. Że czeka. Nigdy wprost nie dał mi do zrozumienia, że oprócz przyjaźni chciałby coś więcej. Chciałam uciec. A za chwilę myślałam: „Jak teraz wyjdziesz, już nigdy tego nie poczujesz”. Ale jak mogłam coś takiego czuć! Przecież byłeś ty. Z dziećmi. Przysłałeś SMS-a, że one nie mogą zasnąć, i gdzie schowałam parówki na kolację. Chciałam ci napisać: „W d*pies schowałam! Spie*dalaj”. Jakie to słabe… Jak ja ciebie wtedy nienawidziłam. Jak czułam się upodlona naszym związkiem i tym, co czułam, tam w kinie, przy innym facecie. Myślałam: „To twoja wina, to ty doprowadziłeś do tego, że pożądam innego mężczyznę, że jestem gotowa wyjść z nim tu i teraz, i pieprzyć się w samochodzie na kinowym parkingu”.

Płakałam. Siedziałam w kinie i płakałam. Podał mi chusteczkę. A ja płakałam jeszcze bardziej. Nie mogłam przestać. Nie mogłam nad tym zapanować. Chciałam szlochać, krzyczeć, jaka jestem nieszczęśliwa, jak bardzo czuję się niekochana. I gdzie mnie ta twoja (nie)miłość doprowadziła…

„Wszystko w porządku?” – spytał. Nic, ku*wa, wtedy nie było w porządku! NIC. Poprosiłam, żeby odwiózł mnie do domu. Nie pytał o nic więcej. Dostałam SMS-a: „Pamiętaj, że jestem”.

I co ja mam zrobić? Co ja do cholery mam zrobić? Ciebie znowu nie ma, a on powiedział, że poczeka. Poczeka na mnie. A ja tu siedzę, i czekam na ciebie… I nie wiem, co mam zrobić. Nie wiem.

Tak, jestem pijana. I nic nie wiem… Chciałabym tylko wiedzieć, że ty mnie kochasz. Chciałabym mieć pewność. To by mi wystarczyło…