Lifestyle Związek

„Dziewczyna z odzysku”, czyli 297 dni do rozwodu

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 września 2017
Fot. iStock/pixdeluxe
 

Na początku podchodzisz do tego spokojnie. Karmisz się złudzeniami, bo przecież nie pierwsza bierzesz rozwód. Koleżanki już brały i przeżyły. Jakoś to będzie – myślisz i rano dalej zalewasz kawę rozpuszczalną w dwóch kubkach, tak jakbyście wciąż mieszkali razem. Dopiero w domu, wypakowując zakupy powoli zaczynasz rozumieć, że przecież sama tego wszystkiego nie zjesz, a tej suchej krakowskiej to w ogóle nigdy nie znosiłaś. Więc zapraszasz przyjaciółki na suchą krakowską, na babski wieczór i… mówisz tylko o nim, o was. Ryczysz. O co tak ryczysz? Przecież byłaś z nim nieszczęśliwa. Chciałabyś go teraz rozerwać na strzępy!

Ale nic na to nie poradzisz. Głupie serce. Jest ci źle. No pewnie, rozumiesz, że tak to musiało się skończyć. Właściwie, sama tego chciałaś, bo jak dalej żyć z kimś, kto cię oszukał, zdradził, wykorzystał, a na dodatek teraz próbuje okraść (i to nie tylko z najlepszych wspomnień). Facet, który będąc twoim mężem, bił rekordy niezaradności, fajtłapowatości i bylejakości, teraz staje do ringu jak zawodowy bokser. Nie chce ci się już nawet myśleć, że z pewnością to wina tej jego pani adwokat, to ona umie go tak ”ustawić”, żeby, mimo ewidentnej winy i on coś na tym rozwodzie „ugrał”.

Znowu płaczesz. Tak już jesteś skonstruowana, że choć nie jesteście razem, ciągle sobie „wyobrażasz”. Jego z nią, ale niekoniecznie. Jego zadowolonego, śmiejącego się z ciebie za plecami. Szczęśliwego. I nadal nie umiesz znienawidzić, nie myśleć, podrzeć jak na filmie ślubnych zdjęć… A, zaczekaj, może jednak się uda? Nie. Drżąca ręka zatrzymuje się tuż nad jego głową. Kiedyś był naprawdę przystojny. Jak to dobrze, że dziś wygląda dużo gorzej. Trochę ci przez to łatwiej, troszkę mniej żal.

Twoja wina, za naiwność trzeba płacić. Teraz trzeba tylko przejść przez to wszystko z godnością. Zapomnieć, na nowo zbudować siebie, swój świat. I już więcej nie dać się nabrać. Ostrożnie podchodzić do miłości. Albo lepiej wcale.

Ale między wami wcale nie jest „skończone”. On wysyła ci SMSy. E, wcale nie żadne „kocham cię, nie mogę zapomnieć”,” odwołajmy to wszystko i zacznijmy od początku”. Raczej: „pamiętaj, że tamten komplet srebrnych sztućców po mamusi jest mój, kolekcji też nie oddam”.  Myślisz sobie – jak ja mogłam za niego wyjść, jak mogłam go kochać. Ale to nie pomaga. No, jak ma pomóc, kiedy dociera do ciebie, że byłaś idiotką?!

Mijają dwa miesiące. Nie czujesz się o wiele mniej idiotycznie, ale nauczyłaś się już, ze herbatę robisz tylko dla siebie. Ale zdarza ci się jeszcze spojrzeć na drugi kubek i wyobrażać sobie, że dosypujesz tam jakiejś skutecznej trucizny i podajesz swojemu jeszcze-nie-byłemu mężowi. STOP! Co mówiła twoja terapeutka? Negatywne emocje szkodzą. Przede wszystkim tobie, jemu już nic nie zaszkodzi, głupszy nie będzie, może być co najwyżej jeszcze bardziej łysy. Liczysz do dziesięciu, potem do dwudziestu, do stu… Wciąż boli.

Jego już najwyraźniej nie. Wczoraj wysłał ci całą listę rzeczy, które chciałby kategorycznie zatrzymać. Nie będziesz się upierać, a on nie będzie z tobą dyskutował. Sama nie masz dużych wymagań. Chyba jednak, do cholery, to mieszkanie ci się należy, choćby za straty moralne? Łóżko, na którym cię zdradzał, kiedy byłaś w podróży służbowej niech sobie weźmie, do dziś nie umiesz na nim spać i wybierasz tę niewygodną kanapę w salonie.

Gorzej ze znajomymi. Ci, nie do końca wiedzą jak się odnaleźć w tym waszym rozwodzie. Raczej wolą się zgubić. Niektórzy nie odpowiadają na twoje telefony, inni dyplomatycznie czekają, aż „to” się skończy. Teściowie należą do tej pierwszej grupy. W sumie nawet cię to cieszy, nie będziesz musiała więcej uczsetniczyć w niedzielnych obiadkach, imieniach itd.

Mijają kolejne miesiące. Nadchodzi ten dzień. Po drugiej rozprawie wychodzicie z sądu wolni. Masz w głowie pustkę, ale też zupełnie nowe poczucie, że coś się… zaczyna. Jak to teraz będzie? Czy na pewno nic już was nie łączy? Bardziej się boisz, czy cieszysz, że już po wszystkim…?

Jesteś dziewczyną z odzysku – mówi ci „żartobliwie” pan strażnik, kiedy bardziej dla zasady podajesz swojemu byłemu mężowi rękę na pożegnanie. Masz ochotę go palnąć. Ale tylko przez chwilę. Bo już trzy minuty pózniej,  uśmiechasz się i idziesz dalej. Przecież wiadomo, że najlepsze ciuchy można znaleźć w second-handach… 😉


Lifestyle Związek

Warto czekać na to, co dobre. Ale nie całe życie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 września 2017
Fot. istock/grinvalds
 

Czekanie. Na lepszy moment, lepszą pracę, lepsze okoliczności. Lepszą miłość. Życie przecieka nam przez palce, minuty, godziny, dni i miesiące tracimy na tym czekaniu. Ciągle coś nie tak, ciągle niewystarczająco, ciągle pozostaje niedosyt. Czy naprawdę wiemy, czego pragniemy? Czy kierunek, który obraliśmy, jest dobry? Czy warto czekać na to, co dobre?

Wyobraź sobie, że jesteś w związku. Niezbyt udanym, delikatnie mówiąc. Daleko ci do tego, by przyznać, że jesteś szczęśliwa. Ale życie ci się tak ułożyło, że nie potrafisz ruszyć do przodu, choć może w głębi serca szczerze tego pragniesz. Instynktownie, dla własnego dobra (czy rzeczywiście?) dusisz w sobie, tłumisz to pragnienie. Bo skoro nie potrafisz powiedzieć „stop”, nie będziesz zmuszona nic zmieniać, w żaden sposób kreować nowej rzeczywistości. Jest tylko jeden problem. Cierpisz. Męczysz się. Uciekasz w marzenia o innym życiu, innym partnerze. O miłości. Być może nawet wdajesz się w całkiem realny romans, sama nie rozumiejąc jak to możliwe, że oszukujesz osobę, której przysięgałaś wierność. Ale wszystko jest teraz relatywne. Twoje poczucie winy również. Potrafisz świetnie usprawiedliwić swoje zachowanie, wszystko co się wydarzyło. Coś ci mówi, że należy ci się szczęście, że los cię oszukał, ON cię oszukał. Jest inaczej niż miało być, więc MASZ PRAWO zadziałać. Czekasz dalej, czy sięgniesz wreszcie po to, o czym marzysz? O spokój duszy, o życie zgodne z własnym sumieniem? Niekoniecznie u boku nowego partnera, decyzje podejmowane pod wpływem długo tłumionych emocji rzadko kiedy są rozsądne. Ale żeby chociaż żyć tak, jak chcesz. Chęć do zmian już w tobie dojrzała – zrobiłaś pierwszy krok: zdradziłaś, choćby nawet w marzeniach. Jedno jest pewne – nic już nie będzie nigdy tak samo. Więc już nie czekaj dłużej. Po co czekać?

Wyobraź sobie, że od kilku, a może nawet kilkunastu lat tkwisz na tym samym stanowisku. Praca jest stabilna, daje ci stałą, całkiem niezłą pensję i pewność, że gdyby co, masz, dokąd wracać. Znajomi mówią, że złapałaś Pana Boga za nogi z tą pracą. Że każdy chętnie by się z tobą zamienił. Bo możliwości, bo pieniądze, bo doświadczenie. Tylko, że ty jej nienawidzisz. Coraz bardziej, coraz mocniej. W niedzielę wieczorem robi ci się niedobrze, bo wiesz, że zostało ci niewiele godzin do kolejnego, poniedziałkowego poranka. Że znowu usiądziesz przy biurku, żeby odruchowo, automatycznie wykonywać czynności, w których nie odnajdujesz żadnej radości, które nie są dla ciebie żadnym wyzwaniem. Że przygotowując sobie kolejną kawę i prowadząc zdawkowe rozmowy o niczym, poczujesz, że ani ci ludzie wokół ciebie, ani twoje raporty i starania nie wnoszą nic, dosłownie NIC, do twojego życia. Powoli umierasz, bo umiera w tobie ciekawość, ambicja, motywacja. Chęć do działania. Popadasz w depresję, masz stany lękowe, nic cię nie cieszy. Chciałabyć uciec, więc coraz częściej bierzesz wolne. Czekasz. No, nie do końca. Trochę uciekasz –  w świat marzeń. Kim w nim jesteś? Nieistotne. Ważne, że zawodowo znajdujesz się w zupełnie innym punkcie niż w rzeczywistości. Może w ogóle nie pracujesz, tylko wolna, z walizką wypchaną tym, co najbardziej potrzebne błąkasz się po świecie, żeby dowiedzieć się kim jesteś? Tak, wiem – marzeniami lodówki nie zapełnisz. Ale przecież chodzi o to, by nie pozostawać biernym.

Czy przestaniesz czekać?  Zamiast wziąć sprawy w swoje ręce, odwracasz wzrok. Może masz nadzieję, myślisz, że zjawi się ktoś, kto w magiczny sposób zabierze ten niepokój.  Wiesz, czego żałują ludzie, umierając? Tego, że czas popłynął szybciej niż się tego spodziewali. Tego, że nie zdążyli przeżyć go zgodnie ze sobą, że nie poświęcali odpowiedniej ilości dni, minut i sekund na to, by być SZCZĘŚLIWYMI. Spełnionymi. Dobre przyjdzie wtedy, gdy sami wyciągniemy po nie rękę.

Czekanie uczy wrażliwości na to, co mamy. Czekanie uświadamia nam, że jesteśmy większymi szczęściarzami niż myśleliśmy. Ale czekanie to jedynie stan przejściowy, droga od punktu A do punktu B lub C. Pozbądź się blokady, pozbądź się ograniczeń. Warto czekać na to, co dobre, zasługujemy na to. Ale nie warto czekać wiecznie.


Lifestyle Związek

Świat jest pełen dobrych facetów… Szkoda, że widzisz w nich jedynie przyjaciół

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 września 2017
Fot. iStock/pixelfit

Spotkać miłość i minąć ją, nie rozpoznać, pójść w innym kierunku… Myślisz, że to niemożliwe? Pomyśl, przecież wciąż szukasz, znajdujesz kogoś na chwilę, rozstajesz się i powtarzasz: „Nie, na tym świecie nie ma już fajnych facetów, wszyscy naprawdę warci mojej uwagi, emocji, energii są zajęci”. Tymczasem gdzieś, całkiem niedaleko ciebie znajduje się ktoś, kto dla ciebie jest jedynie „świetnym przyjacielem”. Nie dopuszczasz do siebie myśli, że gdybyś potrafiła zobaczyć w nim kogoś więcej niż tego „świetnego przyjaciela”, odnalazłabyś szczęście w związku.

Na pewno go spotkałaś, choć raz. Myślisz o nim ciepło, z przyjemnością, dobrze się rozumiecie. Czujesz, że chcesz być blisko niego, ale się boisz. I może nawet dziwisz się: „Jak to możliwe, że taki fajny, dobry chłopak jest ciągle sam? Głupie te dziewczyny…”.  Raz czy dwa w twojej głowie pojawiła się ta myśl: gdyby tylko był trochę INNY… Inny, to znaczy jaki? Wyższy, szczuplejszy, o innym kolorze oczu, gdyby inaczej się ubierał. Zmieniłabyś w nim to i jeszcze kilka innych rzeczy… Wtedy byłby idealny.

Zaraz, zaraz, czy nie byłaś już z „idealnym”? Twoja ostatnia miłość… Jeszcze się z niej nie wyleczyłaś. Wysoki, zielone oczy, blondyn. Zabierał cię nad morze, żeby o zachodzie słońca wyznawać ci miłość i obiecywać, że będziecie razem już zawsze. A potem wracaliście tutaj i stawał się zimny, obojętny, zajęty swoimi sprawami, sobą… „Nie płacz, mała” – powtarzał zniecierpliwiony, gdy mówiłaś, że nie rozumiesz tych zmian, tej niepewności, tego „szarpania się” z emocjami. Kupował ci bilet na koncert Chrisa Botti i zostawiał kwiaty na poduszce, a potem znikał i nie odbierał telefonów. Mówił, że go ograniczasz, że inaczej rozumiecie słowo „związek”. A najlepiej, jakbyś tego słowa za często nie wypowiadała. Płakałaś – niecierpliwił się, więc nauczyłaś się płakać po cichu, niewidocznie.

Co mówił wtedy przyjaciel? Że jesteś wspaniała, że zasługujesz na wszystko, co najlepsze… Że nie warto… Wiedziałaś, że ma rację, wzięłaś od niego to, co ci dał i zrobiłaś z tym to, co chciałaś… Od „idealnego” odeszłaś w końcu, poraniona, ale wolna. Z przyjacielem spotykasz się czasem na kawie. I nadal myślisz, że szkoda, że jest sam. Zasługuje na kogoś wspaniałego, kogoś, kto go doceni. Ty? Nie, skąd. Nie byłabyś z nim szczęśliwa, on z tobą zresztą też nie. Naprawdę jesteś tego aż tak pewna?

W liceum miałaś kolegę, Piotra. Lubiłaś go bardzo, ale nigdy nie wydawał ci się interesujący „w ten sposób”. Może dlatego, że twoja mama (inne mamy też) była nim zachwycona. Kiedy umawiałaś się na randkę ze starszym kolegą, kłamałaś, że idziesz się spotkać z Piotrem. Wtedy była spokojna.

Mamy jakoś to wiedzą. I przyjaciółki. Powtarzają: „Daj mu szansę, to taki miły, dobry chłopak, ma w sobie tyle ciepła, dba o ciebie, ufam mu”. Ale ciebie nie interesuje ten miły, dobry chłopak. Ty chcesz „czegoś więcej”, czegoś „lepszego” niż ta jego zwyczajność. Przygody, namiętności, emocji. Łez. Bo gdzieś usłyszałaś, że prawdziwa miłość to też cierpienie.

A na studiach? Goniłaś za jednym brunetem, pochmurnym i smutnym jak James Dean. Jasne, że złamał ci serce, jasne, że cierpiałaś, a przyjaciel (ten, o którym zawsze myślałaś, że mógłby być całkiem przystojny, gdyby był wyższy) pocieszał cię jak umiał najlepiej. I oczywiście, że nic się nie nauczyłaś, bo twój następny związek był jeszcze gorszy. Pogubiłaś się, chcąc stworzyć idealną historię miłosną, happyend. Wciąż okazywało się, że ci, którzy mieli cię uszczęśliwić – krzywdzili. I nadal wchodzisz w ten ciąg złych relacji z mężczyznami, którzy nie są dla ciebie. Zastaw cech obowiązkowych? Twój wymarzony mężczyzna musi mieć w sobie tajemnicę, wzbudzać ciekawość, której nigdy nie zaspokoisz. UZALEŻNIENIE.

Przyjaciel czeka, gdzieś za drzwiami, na progu. Gdybyś tylko podjęła ryzyko, wpuściła go do środka… Na początku będzie może dziwnie, niezręcznie. Ale szybko zobaczysz różnicę. Zobaczysz w nim kogoś, kto jest dla ciebie „zawsze”, kto o ciebie dba. Z kim ci jest dobrze.

Świat jest pełen wspaniałych mężczyzn. Cichych, nie narzucających się, nienarcystycznych. Kochających mądrze, kochających dobrze.

Kłopot w tym, że nie potrafisz zobaczyć w nich kogoś więcej niż przyjaciela. Odpuść, nie trzymaj się dłużej swoich nierealistycznych oczekiwań. Przecież każda z nas zasługuje na najlepszego faceta na świecie. Każdy najlepszy facet na świecie zasługuje na nas.