Związek

„Czytam te artykuły, jakie te kobiety są biedne, a mężczyźni okrutni. I krew mnie zalewa!”

Poli Ann
Poli Ann
19 października 2021
Photo by Zach Vessels on Unsplash
 

Świat nie jest podzielony na dobre kobiety i złych mężczyzn, tylko na dobrych i złych ludzi. Po raz kolejny się zakochałem i przejechałem. Chyba byłem za dobry…

Poznałem Gosię przez znajomych. Drobna blondynka, ładna, gadatliwa. Wydawało mi się, że nie będę w jej typie. Ja wielki facet, wydziarany, łysy. Zagadałem, poprosiłem numer telefonu. Zgodziła się, a ja fruwałem. Byłem bardzo spragniony miłości, miałem kilka nieudanych związków za sobą, a Gosia momentalnie zawróciła mi w głowie. Samotna matka, po trudnym rozwodzie, ledwo wiążąca koniec z końcem. Nie byłem nachalny, zdobywałem ją małymi krokami, jej córka mnie polubiła, zaczęliśmy spędzać czas we trójkę, z reguły aktywnie i było nam tak… normalnie. Zakochałem się, zmieniłem pracę, zacząłem jeździć na tirach i zrozumiałem że to z Gosią chcę mieć rodzinę.

Wprowadziłem się do niej. Będąc w domu pomagałem, jeżdżąc po Europie dzwoniłem kilka razy dziennie, wspierałem, gdy zepsuł się jej samochód, gdy ciekł kran lub gdy zabrakło pieniędzy. W końcu byłem głową rodziny. Byłem taki dumny i szczęśliwy, że dziewczyny mogą oprzeć się na moim ramieniu, że to do mnie dzwonią o pomoc, że mnie pokochały…Gosia nie chciała ślubu, twierdziła że jeden już miała i wystarczy. Uszanowałem to. Nie chciałem brać więcej niż chce mi dać. Pewnie się bała, że tak jak mąż ją zdradzę. Ja tez już raz byłem zaobrączkowany. Wiem jak smakuje rozwód, nie nalegałem. Było dobrze jak jest.

W końcu miałem do kogo wracać, z kim pogadać, iść na zakupy, do kina, a w nocy kochać się namiętnie. Byłem wierny jak pies. Wszystko robiłem z myślą o moich dziewczynach. Zrobiłem im remont całego mieszkania, dokładałem się do wydatków związanych z Zosią, choć nie musiałem. Spłacałem Gosi kredyt, bo jako fryzjerka w niedużym mieście mało zarabiała. Byłem wsparciem takim umiałem. Czy coś mi przeszkadzało?

Tak, ale w obawie, że stracę moją rodzinę nie reagowałem, gdy Gosia brała mój telefon i go przeszukiwała, gdy mojej serdecznej przyjaciółce zasugerowała, że nie toleruje tej przyjaźni ze mną, gdy jechałem odwiedzić mojego syna z pierwszego małżeństwa, a ona nigdy nie chciała ze mną tam pojechać. Nie poznała mojej mamy, braci. Ja natomiast jej rodzinę i przyjaciół tak. Tych kilka spraw mnie uwierało, ale trwałem w tym związku. Przecież ją kochałem.

Wszystko pękło, gdy zabroniła mi pojawić się na komunii Zosi, twierdząc, że ojciec dziewczynki sobie tego nie życzy. Po raz kolejny zrobiłem coś, czego sobie życzyła, problem jednak był w tym, że gościom zostało powiedziane, że wyjechałem w trasę. W domu zaś, gdy dziewczyny wróciły z przyjęcia, Gośka rzuciła słodko: „Szkoda, że Cię nie było”. Zabolało. Mnie, niemal stukilowego faceta, zabolało jakby mnie dźgnęła. W plecy, znienacka.

Drugi cios padł, gdy szukając jakichś moich papierów, znalazłem jej dokumenty, w których starała się o wsparcie finansowe w czasie pandemii. Zobaczyłem w końcu, ile zarabia i ile dostała od rządu. Mi o niczym nie wspomniała, ba, nawet dołożyłem do komunii Zosi, bo narzekała, że brakuje. Kawałki układanki w mojej głowie zaczęły tworzyć mi nowy obraz mojej kobiety. Nie rozumiałem dlaczego nie jest ze mną szczera. Gdy chciałem rozmawiać, uznała, że grzebię w jej rzeczach. Wrzeszczała, płakała, a ja nie poznawałem mojej Gosi. Oliwy do ognia dolała po paru dniach, zupełnie niechcący, Zosia. Wygadała się, że tydzień była u babci.

Gosia tłumaczyła się nawałem pracy dlatego wysłała mała do babci, prawie jej uwierzyłem, ale gdy tego samego dnia na mieście mignął mi jej były mąż, dodałem dwa do dwóch. Była tak zaskoczona moim bezpośrednim pytaniem, że nawet nie zaprzeczyła. Tydzień spędziła w towarzystwie swojego eks i to raczej nie na omawianiu przyszłości Zosi. Myślałem, że wymyśli taką wymówkę, że jej uwierzę, że będzie jak kiedyś. A ona tylko milczała, patrząc na mnie z pogardą, gdy, połykając, łzy pakowałem swoje rzeczy. Następnego dnia z awanturą zadzwoniła do mnie jej matka grożąc mi policją, za to co zrobiłem jej córce. Dowiedziałem się, że przez te dwa lata znęcałem się nad nią psychicznie, że każdy wypad na rower, na weekend to była udręka, seks męczarnią, że w końcu się ode mnie uwolniła. Rozłączyłem się. Bolało cholernie. Ja tylko chciałem mieć rodzinę. Nie byłem idealny, ale nigdy Małgorzaty ani Zosi nie skrzywdziłem. Były przecież moją rodziną…

Wprowadziłem do innego miasta, dziś składam się do kupy. Gośka wśród naszych przyjaciół przedstawiła swoją wersję, niemal wszyscy się ode mnie odwrócili nie chcąc nawet mnie wysłuchać. W kontakcie jestem tylko z jedną parą znajomych – Krzyśkiem i Magdą. Oni jedyni domyślili, że Gośka kłamie.

Niedawno po kilku drinkach wypaliła ponoć w towarzystwie, że był jej potrzebny facet, żeby nikt już więcej nie gadał, że jest sama więc gdy nawinąłem się ja uznała, że skorzysta. Napatoczył się jeleń, którego wykorzystała do cna, rozwaliła na kawałki, odebrała godność i wiarę w miłość. Nie wiem czy i kiedy się pozbieram. Trudno jest. Facet to też przecież człowiek, ma uczucia, kocha, pożąda, tęskni, Krzysiek zripostował to w następujący sposób:” Stary, bo to zła kobieta była”. Może kiedyś będę się z tego śmiał, dziś póki co na to za wcześnie. Faceta też można złamać, nie złamawszy sobie nawet paznokcia.

 

 


Związek

„Kochanie, ja też straciłem tę ciążę…” Iza nie wie, że on płacze pod prysznicem, staje się emocjonalnym wrakiem

Poli Ann
Poli Ann
12 listopada 2021
fot. aflor/iStock
 

Marek ożenił się pięć lat temu. Poznał Izę i przepadł. Jej ciemne oczy i czarne pukle do pasa zauroczyły go na amen. Kilka tygodni prosił ją o spotkanie. Nie była ufna, otwierała się powoli. Zdobył ją ciepłem i spokojem, w końcu cechy, których się całe życie wstydził okazały się być tymi na wagę złota. Iza nie potrzebowała głośnego imprezowicza, wodzireja i seks maniaka. Doskonale czuła się przy Marku, który dawał jej ogromne poczucie bezpieczeństwa. Studia kończyli razem, oboje pisali prace magisterskie, szukali pracy. Ślub wzięli gdy ich życie się stabilizowało i gdy byli pewni siebie. Potem kredyt, mieszkanie i … kamera akcja: zaczął się film pt. „Codziennie życie”.

Scena pierwsza

Pracę dostaje Marek. Iza, tak samo wykształcona ma mniej szczęścia, na rozmowach często między słowami pytana jest o planowanie rodziny. Czuje się poirytowana, jest ambitna, zamyka się w sobie. Marek stara się jak może, wspiera, pomaga, przeżywa. Nie godzi się na niesprawiedliwe traktowanie kobiet na rynku pracy. Gdy Iza w końcu znajduje posadę, cieszy się razem z nią. Tak jak obiecał na ślubnym kobiercu – na dobre i na złe.

Scena druga

Oboje całe dnie poświęcają pracy, wieczorem zakupy, film, jej zumba, jego basen, czasem szybki seks. Iza coraz częściej wspomina o dziecku. Marek też bardzo pragnie potomstwa, wie, że oboje dojrzeli do bycia rodzicami. Iza chętnie podpatruje dzieci znajomych, z koleżankami nie rozmawia o modzie, lecz o wyprawkach, lekarzach i jodze dla ciężarnych. Marek świetnie odnajduje się w tym temacie. Oczami wyobraźni widzi maluszka stąpającego po drewnianej podłodze w salonie. Z Izą kocha się jakoś bardziej namiętnie, chcąc jej dać wszystko, czego ona pragnie. Gdy w pewien sobotni poranek Iza krzyczy coś w łazience, on przerażony biegnie do niej bojąc się widoku, jaki zastanie. Dostrzega żonę, z czymś plastikowym w ręku, śmiejącą się i płaczącą na przemian. Będziesz tatą! – krzyczy z całych sił, a potem całują się namiętnie i kochają pod prysznicem.

Scena trzecia

To był ciężki dzień. W pracy Marka audyt, przełożona bardzo wymagająca, zestresowana i wyżywająca się na pracownikach. Trudno się pracuje w takiej atmosferze. Gdy Marek zmęczony wraca do domu nie wie, że nie jest sam. Wszystkie światła pogaszone, cisza. Pewnie Iza poszła do galerii kupować niemowlęce ubranka. Marek siedzi w tym mroku dobre pół godziny, uspokaja się po ciężkim dniu, myśli jak rozpracować klienta, jak pomyślnie przejść audyt i planuje prezentację, jaką ma na jutro wykonać. Dopiero po chwili orientuje się, że słyszy dobiegający z łazienki szloch. Podchodzi do drzwi, widzi Izę na podłodze w kałuży krwi.

Kobieta zastygła, łzy ciekną po jej twarzy, od czasu do czasu szlocha. Marek w mig się orientuje co się stało. Iza nie pozwala się umyć, w kółko powtarza  że do niczego się nie nadaje. Trzyma się za brzuch i wciąż pyta: „Dlaczego?” Nie chce jechać do szpitala. Marek siedzi z nią, płacze, chciałby jej pomóc, czuje ogromną bezsilność, milczy, zagryza wargi aż do krwi. Dopiero późnym wieczorem pomoże jej pod prysznicem, zrobi herbaty i zawiezie na SOR, gdzie poronienie zostanie potwierdzone. Iza dostanie leki i zaśnie, on wróci do domu, nie przygotuje się do audytu, nie zrobi prezentacji, którą zleciła mu przełożona.

Nie zmruży  oka przez całą noc, znajdzie żonie psychologa, a rano pojedzie do niej, by choć ją przytulić. W aucie znów będzie płakał jak bóbr widząc smutek w oczach Izy. W pracy przeżyje kolejny ciężki dzień. Przetrwa go jakby był tylko widzem tego zamieszania. Właśnie stracili ciążę, żona wpada w depresję, czy ten pieprzony audyt ma w tej chwili takie znaczenie?

Scena czwarta

Iza po pół roku znów zachodzi w ciążę. Od razu idzie na zwolnienie, dba o siebie. Czuje się wyśmienicie. Marek fruwa. Jest tak sielsko. Nic się nie liczy prócz tego, że będą rodzicami.

Wieczorem oglądają film, Iza wcina ogórki kiszone, on się pyta czy przynieść jej nutelli. Patrzy na nią z miłością, idzie zrobić herbaty. Gdy słyszy huk tłuczonego szkła jak wariat biegnie do sypialni. Iza zwija się z bólu, plama krwi na pościeli się powiększa, Iza wyje przerażona, Marek dzwoni po karetkę i stara się pocieszyć żonę. Trzyma ją za rękę, powstrzymuje łzy, w myślach wie, że dziecka już nie będzie, tej krwi jest tak dużo. Modli się, by Iza to przetrwała…

Scena piąta

Iza funkcjonuje jak robot. Je, śpi, pracuje. Nie chodzi do znajomych, którzy mają dzieci. Omija kina, galerie handlowe, supermarkety. W bloku chodzi po schodach, by przypadkiem windą nie jechać z kimś wózkiem. Zamyka się w swoim świecie. Z Markiem się nie układa. Iza nie wie, że on płacze pod prysznicem, że zrobił sobie badania, chcąc wiedzieć, czy ma zdrowe nasienie, że w pracy już nie żartuje, stał się małomówny i mniej wydajny, że do firmy jedzie inną drogą, by nie mijać przedszkola, o którym z Izą myśleli. Że czuje się nijak jako mężczyzna, który nie może pomóc swojej ukochanej, że nie może znaleźć rozwiązania. On też przeżywa, staje się emocjonalnym wrakiem. Nie liczy się praca, awanse, wyniki w Runmagedonach ani auto, jakim jeździ. Przecież nie jest złym człowiekiem. Nikomu nie zrobił krzywdy. Żonę kocha ponad wszystko.

Chciałby być tatą, po prostu. Czy to tak wiele?

 


Związek

„Miałam wrażenie, że mieszka i śpi z nami w łóżku była kobieta mojego Grzegorza. I nic nie mogłam z tym zrobić!”

Poli Ann
Poli Ann
4 października 2021
fot. LightFieldStudios/iStock

Gdy rozstałam się z mężem, myślałam, że cały limit szczęścia już wyczerpałam. Ślub brałam z miłości, dziecko było owocem tego, co nas łączyło, mieszkanie dopieszczone. Nic tylko pisać bajkę pod tytułem „Żyli długo i szczęśliwie”. No cóż, bajkę naszą przerwało życie, rutyna, inne priorytety. Rozwód był jej ostatnim rozdziałem. Byłam po trzydziestce, z małym synkiem u spódnicy, walcząca o przetrwanie. Były mąż nie przeszkadzał mi w życiu, ale też nie pomagał. Był weekendowym tatusiem, takim od lodów, kina i piłki. Cóż poradzić? Ktoś musi grać rolę tego złego i dobrego policjanta.

Tamten weekend akurat miałam wolny. Przyjaciółki wyciągnęły mnie na imprezę. Od kilku lat obce mi były nocne wypady, jednak tym razem poszłam. Gdy zobaczyłam go na parkiecie, przepadłam. Ale tylko wewnętrznie. Zarumieniłam się i tańczyłam dalej. Nie dałam mu ani jednego znaku, że jestem zainteresowana. Zagadnął mnie przy barze. Nie był nachalny, nie prawił miliona durnych komplementów, był swobodny. Tym mnie ujął. Zatańczyliśmy kilka razy, śmialiśmy się, nikt nic nie chciał, żyliśmy tą chwilą. Pożegnaliśmy się jak kumple i każdy wrócił grzecznie do domu. Do dziś nie wiem, jak mnie znalazł na fejsie. Napisał raz, drugi, trzeci. Odpisałam raz, drugi, trzeci. Był sam, wspólnie z byłą dziewczyną wychowywał córkę.

Chciał tego samego, co ja  – bycia kochanym. Mieliśmy podobne pragnienia i priorytety. Życie nieco nas przeorało, więc wydawało się, że pakując się w kolejną relację będziemy dojrzalsi. Układało się dobrze, nawet nasze dzieci się polubiły i razem układały namiętnie tory wyścigowe Wadera. Wszystko zaczynało mieć sens. Nie chcieliśmy żadnego ślubu. Po prostu pragnęliśmy iść przez to życie razem, we dwoje. Kwestią czasu było jednak to, że w tym układzie będzie nas więcej. Ja jeszcze wtedy tego nie wiedziałam.

Punktem zapalnym była ospa wietrzna. Mój Wojtuś złapał ją w przedszkolu i zaraził Marysię, córkę Grzesia. Przedszkolaki ciągle chorują, nasza parka przechodziła chorobę naprawdę lekko, ja się nimi zajmowałam, więc byłam wielce zaskoczona, gdy pewnego ranka dostałam sms z niewybrednymi tekstami, jak się okazało od byłej mojego już (chyba) Grzegorza. Osłupiała gapiłam się w telefon, nie wiedząc, o co chodzi. Skąd ta kobieta miała mój numer? To raz. Skąd taki jad? To dwa. Zachowałam zimną krew i nie odpisałam. W końcu baby na oczy nie widziałam, ojciec sam mi dziecko powierzył, a ja zapewniłam mu najlepsze warunki. Zapomniałam o sprawie na kilka godzin. Wieczorem dostałam kilkanaście kolejnych „miłych” wiadomości.

Tym razem już chciałam ustalić z Grzegorzem jakieś reguły kontaktu Arlety ze mną. Liczyłam na to, że ją zruga, zabroni jej pisać, przyzna mi rację, bo ta przecież leżała po mojej stronie. Tej nocy nie było dane mi zasnąć. Z Grzegorzem pokłóciłam się okropnie. On bronił Arlety zajadle, robiąc ze mnie idiotkę. Wyszedł, trzasnąwszy drzwiami i nie mówiąc mi, dokąd idzie. Wrócił dokładnie o 4.21. Pijany jak bela. Kolejnego dnia nie chciał rozmawiać. Nawet mnie nie przeprosił. Po prostu zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Arleta na tydzień dała mi spokój, potem znów nękała mnie pretensjami o obiad, o drugie śniadanie dla Marysi, o stresowanie jej córki i faworyzowanie Wojtka. Grzegorz nie reagował na moje prośby. Każda kłótnia kończyła się jego trzaskaniem drzwiami i alkoholem. Proponowałam terapię, przeprowadzki do innego miasta, wspólne weekendy. Nie zgadzał się na nic i każdą sprawę omawiał z Arletą. Po jakimś czasie miałam wrażenie, że ona z nami mieszka i śpi w jednym łóżku.

Gdy kazałam mu wybierać, na kolanach, z Marysią u boku błagał bym nie odchodziła. Zagrał na czułej stronie. Jak mogłam odmówić, gdy Maria wszystko widziała i słyszała? Potem okazało się, że i tak jestem potworem, bo naraziłam dziewczynkę na traumę. Zrywaliśmy kilka razy i scenariusz powrotu do siebie wciąż był taki sam. Grzegorz zarzekał się, że z Arletą go nic nie łączy, że jest tylko matką jego córki, po czym od Arlety dostawałam takie smsy, że wiedziałam, iż Grzegorz mówi jej wszystko. Nawet prezent dla mnie na urodziny wybierała ona. Po dwóch latach szarpaniny odeszłam na dobre, przypłaciłam to depresją, lękami (bałam się odbierać smsy), moja pewność siebie osiągnęła poziom ujemny.

Czułam się nic niewarta, wykorzystana, oszukana. Marysia kiedyś, spotkawszy mnie na ulicy pokazała mi język i powiedziała, że mamusia twierdzi, że jestem wiedźmą. Wtedy pojęłam, jak Arleta była zazdrosna o mój związek z Grzegorzem, jak bardzo nie radziła sobie z sympatią Marysi do mnie, jak nienawidziła samej siebie, skoro innym potrafiła zgotować piekło. Grzegorz też mnie nie oszczędzał. Dowiedział się o mojej terapii i uznał, że był w związku z kobietą chorą psychicznie i że teraz jest w końcu szczęśliwy.

Bolało mnie to bardzo, zapadałam się w nicość. Gdyby nie moja psychoterapeutka, nie wiem, czy uniosłabym ciężar tego wszystkiego. Dziś wiem, że Grzegorz jest po prostu uzależniony od Arlety, że ma też problem z alkoholem, że nie radzi sobie sam ze sobą i dlatego pozwala Arlecie o wszystkim decydować. Podobno ma nową miłość, podobno Arleta znów dostaje szału. Jak widać w niedużym mieście nie da się nic ukryć. A ja powoli staję na nogi. Odmówiłam Grzegorzowi przyjaźni, o którą pewnie kiedyś bym skomlała, ciesząc się okruchów uwagi, jaką mi daje. Pamiętam, jak błagałam, by mnie wysłuchał, jak starałam się, by nie wściekał się o reakcje Arlety.

Tak naprawdę nasz związek kręcił się wokół niej. Co ona powie, jak zareaguje. Nikt nie brał pod uwagę tego, co czuję JA!!!! W końcu to ja byłam szykanowana, bałam się spoglądać na telefon. A gdy zmieniłam numer Grzegorz ponownie poczęstował nim swoją eks. Gdy to ja wówczas dostałam szału, swoimi tekstami zmiażdżył mnie tak bardzo, że to ja go przepraszałam. Pragnęłam, by mnie nadal kochał.

Dziś wiem, że byłam ofiarą, że pozwalałam sobie na takie traktowanie, że byłam zbyt słaba, bo wierzyłam w jego uczucie. Terapia rzuciła nowe światło na ten związek. Ja dużo zrozumiałam, uspokoiłam się, uwierzyłam w siebie. Pracuję nad sobą i poważnie myślę o wyprowadzce tego toksycznego miejsca. Nie chcę wracać do przeszłości. Chcę skupić się na sobie i synku. Na związek się nie zamykam, wiem tylko, że nie pozwolę już żadnej eks zniszczyć mojego życia. A co najważniejsze, wiem, że miłość zaczyna się od kochania samego siebie, wtedy wiadomo, że można kogoś drugiego.