Związek

Brak poczucia bezpieczeństwa w związku prowadzi do jego rozpadu. Kiedy zaczynamy czuć się niepewnie w relacji z partnerem?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
21 marca 2019
krytyka w związku
Fot. iStock / wundervisuals
 

Chyba nie ma na świecie osób, które ominęłoby poczucie niepewności w związku, przynajmniej raz każdy z nas poczuć choć lekkie ukłucie w sercu. Jednak, kiedy sytuacja niepewności w związku utrzymuje się przez dłuższy czas może to powodować poważne problem w miłości. Czy wiecie jakie zachowania powodują, że w relacji z partnerem czujemy się niepewni?

Zachowanie 1: Niewierność

Brak lojalności to jeden z głównych czynników braku zaufania i utraty wiary w siebie w związku. Wiele aktów niewierności bierze swój początek w niepewności. Zdarza się, że zdradzamy bo szukamy akceptacji gdzie indziej. Jednak koło się zamyka. Ofiara zdrady, osoba zdradzana bardzo często tracisz poczucie własnej wartości, sama staje się niepewna i zraniona.

Zachowanie 2: Jednostronne uczucie

Kiedy jeden z partnerów stale zabiega o drugiego, Ale jego starania nie są odwzajemnione, w  związek zakrada się poczucie niepewności. Bardziej zaangażowany partner zaczyna się zastanawiać, czy uczucia po drugiej stronie są tak samo silne. Czy ta miłość przetrwa? Czy warto tak starać się i dawać z siebie wszystko? Czy ta druga osoba naprawdę zasługuje na nasze zaangażowanie? A może to my nie jesteśmy jej warci?

Zachowanie 3: Zbyt bliska symbioza

Sytuacja ta ma miejsce wtedy, gdy dwoje partnerów nierozerwalnie „owija się” w swoje życia, można powiedzieć, że nie istnieje „indywidualnie”. Są ze sobą dosłownie cały czas, jeśli nie fizycznie, to chociaż wirtualnie. Co się stanie, jeżeli jedno z nich, choć na chwilę wyłamie się z tego mechanizmu? Najprawdopodobniej drugi z partnerów popadnie w panikę. Poczuje się zdradzony, niepewny, opuszczony. Przecież cały czas funkcjonował w zależności od swojego partnera. A może już powodem powyższego była niepewność jednej ze stron?

Zachowanie 4: Niekontrolowana zazdrość

Od czasu do czasu w związku dopuszczalna jest niewielka dawka zazdrości. Jednak emocja, która powoduje, że twój partner gniewa się, gdy wychodzisz, przegląda twoje wiadomości w telefonie ciągle pyta, gdzie byłeś i z kim rozmawiałeś, jest trochę przerażająca. Są to rodzaje relacji Z tendencjami prześladowczymi. Kiedy twój partner zmaga się z problemami z lękiem przed porzuceniem, musisz być cierpliwy, wyrozumiały, ale stanowczy. Zapewnij go, że naprawdę jesteś z nimi i dla niego. Będzie chciał stałej afirmacji, ponieważ ci nie wierzy.

Zachowanie 5: Ciągłe przepraszanie

Partner zmagający się z niepewnością nie mają pojęcia, dlaczego jesteś akurat z nim. Był podekscytowany na samym początku, gdy dowiedział się, że ktoś się nim interesuje, ale ten dreszcz szybko został zastąpiony paraliżującym strachem, że gdy naprawdę poznasz jego niedoskonałości, odejdziesz na zawsze. Wtedy zaczyna się gra w nieustanne starania się dla ciebie. Co oznacza, że stale będzie cię przepraszał.

Nie należy lekceważyć poczucia niepewności w związku. Prowadzi ono do wątpliwości, te natomiast przysparzają nam wielu problemów w komunikacji z partnerem. Obserwujmy uważnie swoje emocje i starajmy się kontrolować te, które mogą nam zaszkodzić.


Na podstawie: powerofpositivity.com


Związek

„Pocieszają cię, ale jest masakra psychiczna i dramat. Bo ty nie wiesz, jak będzie wyglądało twoje życie. Wiesz tylko, że inaczej”

Agnieszka Żukowska
Agnieszka Żukowska
21 marca 2019
Fot. Materiały prasowe
 

Zosia urodziła się z Zespołem Downa, o jej chorobie rodzice dowiedzieli się, gdy przyszła na świat. Dziś jej mama mówi, że gdyby mogła cofnąć się w czasie, poradziłaby sobie samej, żeby się nie zamartwiać. „Jakiś głos w mojej głowie mi mówił, że teraz to muszę jeszcze bardziej ogarniać. Najgorsze było jednak to, że nie miałam o tej chorobie zielonego pojęcia, niczego nie wiedziałam…” – mówi mama Zosi. Jak żyć w świecie wywróconym do góry nogami, oswoić nieznane i cieszyć się życiem? Rozmawiamy z Pauliną Gadomską-Dzięcioł, fantastyczną kobietą, która nie pozwoliła zamknąć się w szufladce „matki chorego dziecka”.

Pamiętasz dzień, tę chwilę, kiedy urodziła się Zosia? Byłaś na to przygotowana?

Paulina Gadomska-Dzięcioł: Nie byłam niestety, bo nie mieliśmy zdiagnozowanej tej choroby, kiedy byłam w ciąży. Nie miałam żadnych niepokojących sygnałów. To była moja pierwsza ciąża, miałam 29 lat. Nie do końca miałam świadomość na co zwracać uwagę, żeby się przygotować. Myślę dzisiaj, że podeszłam do tego w dosyć frywolny sposób.

Teraz po czasie, kiedy sobie wspominam, a kiedy moja świadomość jest zdecydowanie większa, pamiętam rozmowę z koleżanką, która zapytała – ile waży moje dziecko. A kiedy odpowiedziałam, stwierdziła, że „dziwnie mało”.

Nawet wtedy nie zapaliła mi się czerwona lampka. Lekarz prowadzący również nie podnosił żadnych kwestii do zweryfikowania. Tak więc odpowiadając na twoje pytanie – nie, w żaden sposób nie byłam przygotowana na tę informację i dowiedzieliśmy się o tym z mężem w momencie kiedy Zosia się urodziła.

Kiedy przyszedł termin porodu, pojechaliśmy do szpitala, chciałam rodzić naturalnie. Z uwagi jednak na bardzo małą masę ciała Zosi, wcale to nie szło zgodnie z założeniem, wody mi odeszły i lekarze zdecydowali o cesarskim cięciu. I kiedy lekarz miał w rękach Zosię powiedział o chorobie najpierw mężowi, a on potem mnie, że Zosia ma zespół Downa. To była noc. Umieszczono mnie na pojedynczej sali, być może to oszczędziło mi widoku mam ze zdrowymi dziećmi. Byłam w szoku.

I co sobie myślałaś wtedy?

Świat się wali, strasznie się wali. Nie dość, że się wali, to jeszcze nie wierzysz w to, co słyszysz. No i potem zostajesz z tym sama, bo na początku jest zamieszanie i dużo ludzi dookoła. I zaczynasz ryczeć. I ryczysz, ryczysz, ryczysz. W nocy przychodzi pielęgniarka, sprawdza w jakim jesteś stanie, a ty dalej ryczysz, ryczysz, ryczysz. Rano przychodzi znowu dużo ludzi, zabierają Zosię na badania. Ja dalej ryczę.

Ale pamiętam, że pomimo ogromnego bólu po cesarce, wstałam i zaczęłam latać wokół tych ludzi. Od czasu do czasu ktoś zwrócił mi uwagę, że jeszcze nie powinnam, że to za wcześnie, kompletnie tego nie czułam. Jakiś głos w mojej głowie mi mówił, że teraz to muszę jeszcze bardziej ogarniać. Najgorsze było jednak to, że nie miałam o tej chorobie zielonego pojęcia, niczego nie wiedziałam…

Ktoś mi przyniósł ulotkę albo książeczkę o zespole Downa i to była moja pierwsza styczność z tym problemem. A potem latasz z tym maluszkiem po szpitalu, a to USG głowy, narządów, przyjeżdżają specjaliści, eksperci, bo w szpitalu nie ma na stałe takich osób. Zosia miała jeszcze żółtaczkę i tak spędziłyśmy dwa tygodnie. Oczywiście przychodzi do ciebie rodzina, znajomi, pocieszają cię, ale generalnie jest masakra psychiczna i dramat. Bo ty nie wiesz, jak będzie wyglądało twoje życie. Wiesz tylko, że inaczej.

Stylizacje dziewczynek pochodzą z najnowszej kolekcji 5.10.15. | Fot. Materiały prasowe

I od czego ty zaczęłaś swoje życie z niewiadomym?

Koleżanka poleciła mi lekarza, który specjalizował się w prowadzeniu dzieci z ZD, do której udałam się natychmiast po wyjściu ze szpitala. I od tego momentu byliśmy z Zosią pod opieką doktor Jolanty Ganowicz. Była dosyć kontrowersyjnym specjalistą, część rodziców odrzucała jej metody, część je pochwalała i wcielała w życie. A ta kontrowersja polegała na tym, że tak naprawdę nie ma specjalistów wśród lekarzy, którzy zajmowaliby się tylko i wyłącznie dziećmi z syndromem Downa, w związku z tym ta specjalizacja wynikała głównie z jej osobistego zainteresowania chorobą i dużym doświadczeniem.

Poza tym miała jeszcze trochę innych specjalizacji, co mnie uspakajało. Nie patyczkowała się z nami, rodzicami, zalecała bardzo konkretne wskazówki do których trzeba było się zastosować i już. Nie zostawiała miejsca na dyskusję.

Na tym etapie bardzo nam się przydało takie jasne postawienie sprawy i było bardzo pomocne. Później, kiedy już sama zaczęłam dużo więcej czytać, interesować się, rozumieć, szukać innych możliwości, miałam więcej odwagi, żeby dyskutować z pewnymi zagadnieniami. Ale na etapie początkowym, bardzo sobie chwaliliśmy wszystkie jej zalecenia, do których się w pełni zastosowaliśmy. Wierzyliśmy i czuliśmy, że są to dobre wskazówki.

Potem zaczęło się jeszcze latanie po rehabilitantach, logopedach, szukanie różnych metod wspomagających jej rozwój. I wiesz co ci powiem dzisiaj, nie wiem na ile ten cały szum i robienie z tego dziecka jeszcze bardziej chorego było potrzebne… Ale rzeczywiście wpada się w taki rytm. Na szczęście Zosia nie miała innych, dodatkowych wad, które towarzyszą tej chorobie, miała zdrowe serce, wzrok, natomiast zmierzam do tego, że od początku zostałam wrzucona w taką szufladę: chore dziecko i jego rodzice, co bardzo niedobrze z kolei działa na psychikę.

Ale jakoś szliśmy przez tę drogę, wspólnie z rodziną, znajomymi, bo jednak na szczęście to wsparcie nam towarzyszyło. Nawet jak z kimś nie utrzymywałaś kontaktów, to odzywali się, chcieli być obecni, szukali pretekstów do tego kontaktu. Jednak oprócz tego, że wszyscy dookoła się uruchamiają, to  ma się poczucie osamotnienia, bo to ciągle był nasz problem i tylko my go mieliśmy… To moje dziecko było chore. I to poczucie, że jednak zostałam wykluczona z kręgu szczęśliwych mam, które wiedzą, jak będzie pięknie rozwijało się ich dziecko, kiedy mniej więcej zacznie mówić, chodzić. Ja nie wiedziałam nic.

To jak musiałaś przeorganizować swoje życie? Musiałaś w ogóle?

Wiesz, rzeczywiście musiałam przeorganizować swoje życie, tylko, że w ogóle tego nie zrobiłam… Przed narodzinami Zosi założyłam firmę PR-ową i jak ją urodziłam, to wydawało mi się, że to jest nie do pogodzenia. Ale okazało się, że musiałam wrócić do swoich klientów sama, ponieważ moja współpracowniczka również urodziła dziecko, a fakt zarabiania pieniędzy był oczywisty. A jak urodziłam dziecko niepełnosprawne, to ta motywacja była jeszcze większa.

Wróciłam do pracy normalnie, do Zosi przyjeżdżały obydwie babcie. Nie karmiłam piersią, ponieważ Zosia nie podjęła tej próby z uwagi na swoją wagę, niedorozwój mięśni, więc sytuacja była pod tym względem, nieco lżejsza.

A z czego musiałaś zrezygnować? Ty sama dla siebie?

Nie wiem czy to będzie w tonie tej rozmowy ale jak sobie pomyślę ze swojej perspektywy, to wydaje mi się, że zrobiłam właśnie dla siebie dużo więcej rzeczy, niż normalnie miało by to miejsce.

Wróciłam do pracy wcześniej, niż zazwyczaj mamy karmiące piersią, być może była to też swojego rodzaju ucieczka przed przytłaczającymi myślami, nie chciałam ubrać się w buty matki zajmującej się niepełnosprawnym dzieckiem. A ponieważ nie miałam poczucia, że Zosia cierpi z tego powodu, i trochę ta więź nie zdążyła się wywiązać kiedy się karmi piersią swoje dziecko, bo czuję wyraźnie różnicę, ponieważ Adę, młodszą siostrę Zosi, karmiłam piersią i miałam inne poczucie przywiązania.

U Zosi tak nie było. Zostawała ze swoimi babciami, czyli dodatkowo z nikim obcym, więc jedyne z czego zrezygnowałam to chyba z takiego kompleksowego wyobrażenia o Zosi, która samodzielnie maszeruje do przedszkola, szkoły, na studia, potem założy rodzinę… To i tak jest dosyć duża rezygnacja…

Stylizacje dziewczynek pochodzą z najnowszej kolekcji 5.10.15. | Fot. Materiały prasowe

No tak, ty podeszłaś do tego zadaniowo, ale to dalej Paulina nie jest sielanka, bo czy nie dopadało cię poczucie niesprawiedliwości życiowej…

Wtedy tak…

Jak z tym walczyłaś?

Trudno nazwać to walką, po prostu dopada cię poczucie niesprawiedliwości i tej strasznej niewiadomej – co dalej… Czas to leczy. Codziennie jesteś krok dalej, codziennie przechodzisz z dzieckiem nowe historie i okazuje się, że życie toczy się dalej i na nic nie czeka. Z perspektywy 15. lat Zosi myślę, że nic się nie zmieniło. Trzeba było ją posłać do przedszkola integracyjnego, jeździć do Centrum Zdrowia Dziecka, na rehabilitacje. I wtedy rzeczywiście to poczucie niesprawiedliwości było wielkie, złość na lekarza prowadzącego, że przegapił istotne badania, tylko to niczego dzisiaj nie zmienia.

Dlatego postanowiłaś wyjść temu naprzeciw…

Ale nie z dnia na dzień. To był proces rozłożony w czasie.  Zaczęło pojawiać się więcej pozytywnych rzeczy, ludzie wokół z którymi prowadziliśmy dosyć aktywne życie towarzyskie. A Zosia z nami wszędzie jeździła i opieka nad nią nie była specjalnie kłopotliwa.

I kiedy nadszedł ten moment, że założyłaś fundację i uwierzyłaś w swoje dziecko?

Byliśmy na wakacjach na Krecie i Zosia wpadła do basenu bez rękawków. Okazało się, że świetnie sobie radzi w wodzie więc zaczęliśmy się temu bardziej przyglądać i stwarzać jej warunki do tego, żeby mogła rozwijać się w tej dyscyplinie. I generalnie cały jej rozwój to był proces.

Najpierw starałam się trzymać ją w gronie rówieśników i pilnować, żeby nie odstawała. Ale później kiedy zaczęliśmy chodzić z nią na indywidualne zajęcia, szybko widzieliśmy pierwsze efekty, chociaż nie obyło się bez trudności, bo ciągle słyszałam, że jest za mała, że jeszcze ten zespół Downa… Mnie zresztą wszelkiego rodzaju przeciwności bardzo motywują, trochę na przekór innym.

Później okazało się, że Zosia znakomicie odnalazła się w tych dodatkowych zajęciach. Znam dzieci z zespołem Downa, nie chodzi o to, że jedno jest lepsze, drugie gorsze. Jak w życiu, jedno lubi być na świeczniku, drugi woli siedzieć w pokoju i grać na komputerze. Nie oceniam tego, co lepsze, co gorsze. Zosia ma taki power, że chce być wszędzie i nigdy nie ma dosyć. Ma taką naturę, która ułatwia zainteresowanie jej nowymi rzeczami, nauką, osiąganiem sukcesów.

Jak wygląda jej tydzień?

Codziennie jest szkoła, a po zajęciach każdego dnia jest basen, w piątek fizjoterapeuta, w soboty trening lekkoatletyczny, taniec, nauka gry na flecie. W szkole spędza bardzo dużo czasu ale też i rzeczywiście tych zajęć popołudniowych jest dużo. I to nie wynika z mojego przerostu ambicji, ani mojego męża, Zosia sama prowokuje nas do nowych działań, pretekstem może być nawet plakat ogłoszeniowy, który zobaczy w parku podczas spaceru. Tak było z zajęciami w Egurola Dance. Uparła się, żeby zapisać ją na tańce. Pojechałam, zapisałam i chodzi.

No to musisz mieć kilka godzin więcej jednak w zegarku, niż trwa przeciętna doba…

No tak, teraz tak wygląda że pełnię taką funkcję usługową ale przedstawię i drugą stronę medalu… Jestem sportowym typem, od wielu lat chodzę na fitness poranny, do pływania wróciłam dzięki Zosi, na nartach jeżdżę od zawsze.

Ponieważ Zosia pływa pięć razy w tygodniu, ja również pływam pięć razy w tygodniu. Kiedy Zosia pojechała po raz pierwszy na zawody w bieganiu i zdobyła srebrny medal, pomyślałam, że nie mogę zaprzepaścić i tego jej talentu. I kiedy Zosia chodzi na zajęcia lekkoatletyczne, ja również zapisałam się na takie zajęcia, które w tym czasie odbywają się dla dorosłych.

Myślę dzisiaj, że to ja sama założyłam sobie za mocno ten filtr zespołu Downa, bo ciągle czułam się w obowiązku, żeby najpierw tłumaczyć ludziom prowadzącym zajęcia, trenerom, że moje dziecko jest chore, robić wstępy, tłumacząc, a może właśnie to wcale nie jest potrzebne? Może to właśnie oni powinni do mnie wracać z opiniami, może bez tych uprzedzeń byłoby inaczej? Ale nikt nie wrócił z informacją, że się nie nadaje…

Dlatego i ja chętnie pomagam jej w tym, co lubi, we wszystkich aktywnościach sportowych, bo też i ja się do tego nadaję. Jest masa innych rzeczy do których się nie nadaję, na przykład nie uczę jej pisać, bo nie mam w sobie takiej cierpliwości. Ale dzięki Zosi jestem aktywnym sportowcem, otworzyłam sobie nową przestrzeń w głowie, z korzyścią dla siebie, będąc totalnie zmotywowaną. Bo czy znalazłabyś w sobie odpowiednią motywację, żeby zapisać się na zajęcia lekkoatletyczne? Kto by to wymyślił?

No ja na pewno nie …

I zmierzam do tego, że zainteresowałam się sportem w wydaniu osób niepełnosprawnych intelektualnie, zwłaszcza z zespołem Downa. Kiedy zobaczyłam na zawodach zagranicznych w jak dobrej formie są ci ludzie, to stało się to, moją ideą fix: skoro można doprowadzić ludzi do takiej wspaniałej formy, którzy są w powszechnej świadomości ociężali, powolni, niekumaci, słabo wyglądający, to powiedziałam sobie – to jest wyzwanie dla ciebie! Nie dość, że osobiste, to trzeba zrobić to dla wszystkich innych osób z zespołem Downa.

I tak powstała Fundacja Soni.

Ponieważ lubię PR, to czym się zawsze zajmowałam, fundację wymyśliłam tak, żeby połączyć te dwie dziedziny. Z jednej strony to fundacja, która się skupia na sporcie osób niepełnosprawnych intelektualnie a z drugiej, da mi możliwość zajmowania się tym, co lubię – PR –em dla jej idei.

Fundacja działa w kierunku upowszechniania i edukacji, że sport jest takim ludziom bardzo potrzebny, że może być atrakcyjny, i żeby coraz więcej osób aktywnie go uprawiało. Chciałabym, żeby z kolei ludzie zdrowi, ludzie z zewnątrz postrzegali ten sport pełnowymiarowo, ponieważ tu również jest ciężka praca i rywalizacja, to sport porównywalny do sportu osób pełnosprawnych.

Fundacja działa stosunkowo niedługo ale już udało nam się pomóc w organizacji wyjazdu na mistrzostwa świata osób z zespołem Downa, zbieraliśmy na to środki. Uruchomiliśmy zajęcia grupy pływaków dla osób z różnym stopniem upośledzenia intelektualnego. Przede mną pierwsza konferencja dla wszystkich zainteresowanych – Sport osób niepełnosprawnych z udziałem światowego eksperta Geoffa Smedley’a, który jest szefem organizacji Sports Union with Down Syndrome. A przy tej okazji poprosiłam o spotkania w naszych najważniejszych ministerstwach i urzędach. Nawet w Senacie, właśnie po to, żeby nasza edukacja trafiała również do instytucji publicznych od których zależy finansowanie wszelkiego rodzaju projektów dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Przedstawiciele tych instytucji również muszą mieć świadomość i wiedzę, jak mogą pomóc tym osobom.

A co powiedziałabyś sobie sprzed 15. lat mając już tyle za sobą?

Banalnie – żeby się nie zamartwiać. I żeby walczyć, by nadać większy sens swojej roli jako matki. Nie dać sobie nałożyć butów matki dziecka niepełnosprawnego, która może pójść po zasiłek pielęgnacyjny, a potem starać się o kolejne orzeczenia, udowadniać, że zespół Downa jest nieuleczalny, bo takie mamy przepisy. Olać je, zostawić, bo są absurdalne.

Chłopcy z zespołem Downa dalej muszą się stawiać przed komisją wojskową… Walczyć o te obszary, które nas definiują i powodują, że chce nam się żyć. I żeby się nie martwić, jak się urodzi dziecko z zespołem Downa. Właśnie, żeby się nie martwić…

Stylizacje dziewczynek pochodzą z najnowszej kolekcji 5.10.15.

Artykuł powstał we współpracy z marką 5.10.15.


Związek

Smycz erotyczna i obroża, czyli jak urozmaicić swoje życie seksualne [18+]

Redakcja
Redakcja
21 marca 2019
Fot. Materiały prasowe

Jak dodać związkowi ognia, gdy zaczyna dopadać Was rutyna? Najlepiej zacząć od… łóżka! Możliwości jest mnóstwo – testowanie nowych pozycji, odgrywanie ról, kosmetyki i zabawki erotyczne… My jednak proponujemy nieco bardziej pikantne rozwiązania – smycz erotyczna i obroża na szyję, czyli akcesoria do BDSM, to gadżety, które zdecydowanie podkręcą temperaturę w Waszej sypialni!

BDSM – co to znaczy?

Nazwa BDSM pochodzi od pierwszych liter czterech angielskich wyrazów – bondage (wiązanie), domination (dominacja), submission (poddanie), masochism (masochizm).

Określenie BDSM jest dość znane, ale w wielu osobach wzbudza negatywne odczucia. Wynika to przede wszystkim z niewiedzy. Elementy dominacji czy wiązania w łóżku nie dla wszystkich są pożądane i dawniej uważano, że osoby, w których takie działania wzbudzają podniecenie, cierpią na zaburzenia psychiczne. Dziś wiadomo, że jest to całkowicie naturalne – w końcu każdy z nas jest inny i inne rzeczy mogą nam sprawiać przyjemność.

Warto podkreślić, że wszystkie działania BDSM opierają się na pełnej świadomości oraz zgodzie obojga partnerów i mają stymulować seksualnie każdą ze stron. Zanim więc postanowicie wprowadzić do swojej sypialni nowe rozwiązania, usiądźcie i szczerze porozmawiajcie o tym, czego oczekujecie od siebie nawzajem.

Akcesoria do BDSM – od czego zacząć?

Kajdanki erotyczne, obroża na szyję, pejcz czy lina do krępowania – co wypróbować najpierw? Odpowiedź brzmi – co tylko chcecie! To Wam te działania mają sprawić przyjemność. Nie musicie zaczynać od pełnego zestawu gadżetów BDSM. Obierzcie spokojne tempo, testujcie po jednej rzeczy naraz, sprawdzając, czy czujecie się komfortowo, a nie nienaturalnie. Możecie zacząć na przykład od seksownej maski na oczy (pozbawienie drugiej osoby zmysłu wzroku wyostrzy inne zmysły i tym samym pozwoli na intensyfikację doznań) lub nasutników (striptiz partnerki i pozostawienie na ciele jedynie błyszczących nasutników z pewnością podniecą partnera).

Gadżetem, który również dobrze nadaje się na początek przygody z BDSM jest smycz i obroża erotyczna. Dziewczyna w obroży wygląda wyjątkowo seksownie – ale z tego gadżetu mogą skorzystać również panowie! W końcu w BDSM ważne jest to, żeby dokonać podziału ról (na stronę uległą oraz dominującą), ale osoby odgrywające te role mogą się przecież zmieniać. Choć to zazwyczaj panie odgrywają rolę uległych, to wcale nie musi to być regułą.

Smycz erotyczna – jaka będzie najlepsza?

Wybór smyczy i obroży na szyję jest całkiem spory. Możecie zakupić te bardziej klasyczne, wykonane z ekologicznej skóry, lub też modele z łańcuszków – ich chokery wyglądają bardzo elegancko i można je nosić nawet do ubrań na co dzień. Inne kobiece gadżety, które świetnie sprawdzą się w połączeniu ze smyczą BDSM, to na przykład kajdanki erotyczne – one również dostępne są zarówno w wersji skórzanej, jak i metalowej.

Ciekawą propozycją jest też smycz połączona z kajdankami. Jeśli zawsze marzyliście o odegraniu fantazji z przywiązaniem partnerki lub partnera do łóżka – ten gadżet sprawdzi się idealnie! Kajdanki po pociągnięciu za smycz zacisną się na nadgarstkach, uniemożliwiając drugiej osobie ruchy rąk i tym samym czyniąc grę wstępną jeszcze bardziej podniecającą.

Jak jeszcze można wykorzystać obrożę dla człowieka? Może to być po prostu seksowny dodatek do ubioru. Obroża dopasowana do erotycznej bielizny z pewnością rozpali zmysły partnera.

Gadżety erotyczne to świetny sposób na wypędzenie rutyny z sypialni. Sprawdzają się, gdy jesteście ze sobą długo i Wasz seks zaczyna być przewidywalny, ale także wtedy, gdy po prostu lubicie próbować nowych rzeczy. Pamiętajcie, że seks ma być również dobrą zabawą – a testowanie nowych gadżetów z pewnością może ją zapewnić. Nie bójcie się więc wypróbowywać nowych rozwiązań – smycz i obroża erotyczna będą doskonałym sposobem na wprowadzenie do Waszej relacji większej ilości pikanterii.


Artykuł sponsorowany


Zobacz także

Nie ma miłości na całe życie. Są spotkania. Spotkania z wielką miłością

Nie możesz winić kogoś za to, że chce odejść. Oto dlaczego…

Jak być lepszym mężem? Krótki poradnik dla panów