Związek

A kiedy ja przestanę o nas walczyć, to co się stanie? Czy nasza miłość składać się będzie tylko z przyziemnych obowiązków?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
16 marca 2017
Fot. iStock/_IB_
 

Kochany, co się z nami dzieje? Patrzę na ciebie każdego ranka, jak pochylony nad telefonem pijesz kawę. Nie mam odwagi zwrócić ci uwagi, bo sama wiem, ile czasu potrafię rozmawiać z przyjaciółkami, albo pisać do nich, pocieszać, kiedy im źle, a kiedy ty siedzisz obok.

Czasami zastanawiam się, czy mścisz się na mnie za ten brak uwagi. Za oddalenie się. Bo czuję, że jesteśmy od siebie dalej niż zazwyczaj. Wymieniamy się codziennymi rzeczami, rozmawiamy o tym, co ważne tu i teraz.

A ja tak bardzo chciałabym, żeby było inaczej. Pamiętasz, jak obiecywaliśmy sobie, że zawsze znajdziemy dla siebie czas, że obojętnie co by się działo, to my będziemy dla siebie najważniejsi?

A teraz mam wrażenie, że ważni dla jesteśmy tylko sami dla siebie i dla dzieci.

Pamiętasz, jak mówiliśmy, że powiemy, gdy będzie nam źle, żeby żadne z nas nie musiało się domyślać, uciekać jeszcze bardziej?

Jesteś taki nieobecny. My jesteśmy nieobecni. Niby razem, a zupełnie osobno pleciemy sobie minuty każdego dnia. Uśmiechniemy się do siebie każde pogrążone we własnych myślach.

I nie, nie marzę o uniesieniach, o szaleństwie i poświęceniu. Chciałabym tak bardzo, byśmy znowu zaczęli siebie zauważać.

Tak bardzo chciałabym, żebyś spytał rano, jak mi się spało i żebym nie musiała przemykać po cichu nie przeszkadzając tobie w rozmowie, czy sprawdzaniu kolejnych powiadomień na telefonie.

Chciałabym, żebyś powiedział, jak się czujesz. Nie zbywał tego za każdym razem: „okej, a o co chodzi?”. Bo to wzbudza we mnie poczucie winy, że po co w ogóle pytam, po co przerywam ci twoje własne rozmyślania i planowanie twojego dnia. Nie wiem, co co więcej spytać, bo właściwie nie wiem, co u ciebie. Bo nawet gdy zaczynam rozmowę, ty skręcasz ją na zupełnie inne tory. Masz ważniejsze sprawy. Auto do naprawy, zakupy do zrobienia, telefon do kolegi, któremu coś obiecałeś. Nawet nie wiem, kiedy wracamy do przyziemnych spraw, codziennych, jakbyśmy się tylko z nich składali.

Chciałabym, żeby powiedział, że ładnie wyglądam w tej sukience, spojrzał z podziwem, z zainteresowaniem w oczach, a nie na moje pytanie „I jak” odpowiadał po prostu „Ok” i odwracał się w drugą stronę.

Chcę krzyczeć, że ja tu jestem. Jestem z krwi i kości i tysięcy emocji, które rozbijają mnie na miliony kawałków.

Czasami próbuję grać tak jak ty. Ciągnąć od zadania do zadania, od celu do celu. Zadowalać się siedzeniem obok siebie na kanapie – ja zajęta czytaniem książki, ty oglądaniem jakiegoś motoryzacyjnego programu, czy kolejnego meczu. Fajnie nie. Czasami nie czytam. Czasami myślę, jak żałośnie wyglądamy i jak bardzo nie mam siły tego zmieniać.

Tyle razy o tym rozmawialiśmy, tak bardzo oboje się staraliśmy, a na końcu o tak lądujemy na tej kanapie każde pogrążone w swojej rzeczywistości.

„Wiesz, znajomi jadą na weekend do Madrytu. Znaleźli jakąś dobrą okazję” – rzuciłam ostatnio. Nie słyszy już, jak mówię: „Fajnie nie, też bym chciała”. Przyjmujesz to, co dla ciebie wygodne, z czego zręcznie możesz się wyplątać.

Nie ma już siły na walkę. Chyba to smuci, ale też złości mnie najbardziej. Ten brak siły, bo już kilka razy wydawało mi się, że się udało, że już po wszystkim, że z kolejnego kryzysu wychodzimy mocniejsi, lepsi, bliżej siebie, to po jakimś czasie wpadamy w kolejną dziurę.

A teraz czuję się bezsilna, bezradna. Mam poczucie, że już przegraliśmy siebie. Że mogę jedynie pogodzić się z tym, że tak jest.

Że czasami mnie przytulić, gdy zaczepię cię w korytarzu między sypialnią a kuchnią.

Że nasz seks tylko od czasu do czasu będzie bardziej namiętny i wyjątkowy.

Że to ja muszę zaproponować wspólny wypad do kina, wyjście na kolację, bo tobie na tym nie zależy, a raczej – nie ma w tobie potrzeby takiej.

Czasami wyrzucam sobie, że czego oczekuję, że czego chcę. Dlaczego dla mnie nie jest dobrze tak, jak jest.

Ale wiesz, ja już dawno przestałam być tylko matką, tylko kucharką. Z powrotem jestem kobietą, która oczekuje twojego zachwytu, twojej uwagi. Która chce czuć, że jest kochana, że nie jest tylko składową ogólnego szczęścia, ale dla ciebie kimś wyjątkowym. Kimś, kogo nadal chcesz poznawać, z kim chcesz smakować nowego, z kim doświadczać wszystkiego.

Kimś, kogo złapiesz za rękę i szepniesz do ucha, jak kiedyś: „chodź, uciekajmy stąd”.

Jeszcze tu jestem, jeszcze czekam. Ale nie wiem, jak długo. Nie mam siły, wiem, że się poddaję. A jak ja się poddam, to co nam zostanie? Kanapa z paczką popcornu, meczem w tle i książką, nad którą nie będę mogła się skupić…


Związek

Myślisz, że to tylko smutek, a ja zapadam się coraz bardziej dając się wciągnąć depresji. Pomóż mi, nim będzie za późno

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 kwietnia 2017
Fot. iStock
 

Myślisz, że ostatnio zgasłam? Tłumaczysz to przesileniem wiosennym, zbyt dużą liczbą obowiązków w domu, może jakimiś przejściowymi problemami w pracy, o których nie chcę mówić.

Wydaje ci się, że trochę zamknęłam się w sobie, ale przecież każdy ma trochę słabszy okres. Proponujesz wspólne wyjście, może kino. Martwisz się o mnie. Ty i przyjaciółki, do których nie oddzwaniam, tylko wysyłam lakoniczne SMS-y, że nie mam czasu, że odezwę się w przyszłym tygodniu, ale nie odzywam się, a one zapominają już, co ode mnie chciały. Mi to na rękę, bardzo.

Kiedy pytasz, co mi jest, odpowiadam, że nic, może trochę bardziej jestem zmęczona. Rozumiesz to i zachęcasz, żebym się położyła. Przynosisz herbatę z cytryną, pytasz, czy nie mam gorączki. „Może to grypa” – próbujesz zgadnąć. Chciałabym, żeby to była grypa, bo wtedy nie musiałabym odpowiadać na tak wiele pytań. Po prostu bym leżała, a każdemu, kto próbowałby się do mnie dobić mogłabym powiedzieć, że to grypa, gorączka i że może się zarazić. Ale grypa przechodzi, mija. A mój stan trwa. Czekam, aż się poddasz i przestaniesz pytać. Przyzwyczaisz się do mojego samopoczucia, zwłaszcza, gdy jeszcze znajduję siły, by oszukać cię uśmiechem.

Przeczytałam ostatnio, że kiepski nastrój trwający dłużej niż dwa tygodnie powinien zaniepokoić. Ale my tak mało wiemy o depresji. Wydaje nam się, że ci cierpiący na depresję zamykają się w ciemnym pokoju, nie wstają z łóżka, są słabi.

Myślisz, że to tylko smutek

Depresja to załamanie, to odcięcie się od ludzi. A przecież ja jestem tylko smutna. I mam do tego prawo, bo tyle rzeczy działo się ostatnio w naszym życiu. Stres z twoją pracą, choroba mojej mamy… Zawsze znajdzie się powód, którym usprawiedliwimy nasz nastrój. Bo przecież smutek to jeszcze nie depresja… A jednak. Wiesz, że się uśmiechnę, że przez chwilę wykażę zainteresowanie tym, gdzie pojedziemy na wakacje, to nie znaczy, że wszystko wraca na dobre tory. Smutek mija, kończy się, w końcu udaje się nam z nim uporać, wyciągnąć na światło dzienne inne emocje. Ale depresja sięga głębiej. Nie jest czymś, co przechodzi, ale, co pozostaje wraz z wieloma innymi dodatkami, jak apatia, pustka i ból … Depresja nie zostaje sama, ale towarzyszą jej inne negatywne uczuci, przez które życie staje się szare i samotne .

Myślisz, że gdyby to była depresja, byłabym słaba

Nie radziłabym sobie z trudnościami, wycofałabym się i poddała. A przecież widzisz, że codziennie stawiam czoła humorom naszych dzieci, szefowej, która potrafi dzwonić nim wyjdę z domu do pracy. Wstaję, wychodzę, pracuję. Czasami na obiad zrobię mrożone pierogi, ale to przecież nic nadzwyczajnego. Że śpię po południu – myślisz, że w końcu odpuściłam sprzątanie, a zadbałam o siebie. Tymczasem cierpiący na depresję są silni, są silni po to, by niepostrzeżenie izolować się i cierpieć w milczeniu. Mają siłę stwarzać pozory normalności, wycofywać się powoli tak, by nikt nie zauważył. To są te małe kroczki, które widzisz, ale które nie wzbudzają twoich podejrzeń, bo już nie wychodzę z koleżankami, mówię, że siłownię odpuszczam przez miesiąc, żeby odpocząć, nie mam ochoty na urodzinową imprezę, bo wolę czas spędzić z tobą. Nawet nie wiesz, kiedy coraz bardziej zapadam się w siebie.

Myślisz, że możesz mi pomóc

Bo przecież to tylko gorsze samopoczucie. Proponujesz wieczorem jakąś komedię do obejrzenia, lampkę wina, dobrą kolację zamawiasz z mojej ulubionej knajpki. Zobacz, czujesz gdzieś pod skórą, że coś się dzieje, że uciekam, że się oddalam. Ale z drugiej strony – jestem, nic złego się nie dzieje, oprócz tego smutku, który mi towarzyszy, który nawet, gdy się uśmiecham, jest gdzieś widoczny. Kupujesz mi kwiaty, może w sobie szukasz winy? Zabierasz dzieci na weekend do swoich rodziców: „Należy ci się czas wolny” – mówisz i nie wiesz, że ja nie wychodzę z łóżka podczas waszej nieobecności, ożywiam się tylko, gdy dzwonisz mówiąc, jak upajam się ciszą i ładuję akumulatory. Ale kiedy wracasz, niewiele się zmienia. Może dwa, trzy dni wydaję się być pełna życia, ale później wszystko wraca do normy, mojej depresyjnej normy.

Myślisz, że to problem w mojej głowie

Że da się to odwrócić, że wystarczy pomyśleć o tym, co dobre, zakodować sobie głowę na to, co pozytywne. „Hej, przecież wszystko będzie dobrze” – mówisz i powtarzasz, żebym się niepotrzebnie nie martwiła, choć sam nie wiesz, czym mogłabym się martwić. Próbujesz rozmawiać, zastanawiasz się nad jakimś zwolnieniem dla mnie z pracy, albo zachęcasz do zmiany pracy. A tymczasem ja w nocy nie śpię, wstaję po cichu, żeby cię nie obudzić, siadam w kuchni na krześle, aż świt wybudza mnie z jakiegoś letargu. Boli mnie głowa, mięśnie… Wracamy do tematu grypy, albo choroby w ogóle. „Może badania zrobisz, wyniki krwi” – proponujesz, bo przecież nie jestem sobą łykając tabletki przeciwbólowe i snując się po domu, jak cień coraz słabsza, coraz bardziej przezroczysta.

Unikasz tematu. Nie chcesz wymawiać słowa depresja. Bo przecież, żeby mieć depresję musi się COŚ wydarzyć, a przecież nasze życie jest takie, jak wiele innych, ze swoimi trudnościami i przyjemnościami. Myślisz, że depresja to psychiczna słabość, że urazisz mnie proponując wizytę u specjalisty. Ciągniesz mnie jeszcze za rękę, jeszcze próbujesz pokazać, że świat jest przyjazny, że nasze życie jest dobre i że ode mnie tylko zależy, czy takim je będę widzieć. Ale mnie już tam nie ma. Nie ma mnie w tym twoim dobrym świecie. Spadam głęboko w siebie. Wiesz, jeszcze wyciągam rękę, złap ją, proszę i trzymaj mocno, nie pozwól, żeby ona mnie zabrała. Nie czekaj, nie analizuj, nie odwracaj wzroku. Jestem tu. Mam depresję. Potrzebuję twojej pomocy, bo sama nie mam siły sobie pomóc… wbrew pozorom, które próbuję stworzyć.


Związek

Nagle dociera do ciebie, że to, co zawsze było dla ciebie najważniejsze – miłość, w twoim życiu nie istnieje

Z życia kobiety
Z życia kobiety
19 lutego 2017
Fot. iStock / tatyana_tomsickova

Jak długo czekasz? Jak wiele rozczarowań przeżyłaś, jak wiele razy zostałaś skrzywdzona?

Siedzisz na kanapie i cała jesteś czekaniem. Na gest, na słowo, na chociażby jeden sygnał, że on cię kocha, że jesteś dla niego ważna, potrzebna.

Być może masz około 40 lat, niemal 20 lat związku za sobą. I nagle dociera do ciebie, że to, co zawsze było dla ciebie najważniejsze – miłość, w twoim życiu nie istnieje. Rozglądasz się ze zdumieniem, patrzysz na mężczyznę, który śpi obok ciebie i zastanawiasz się: „co ja właściwie tu robię?”, co mnie przy nim trzyma, dlaczego wciąż tutaj jestem?

Bo wydawało ci się, że miłość wszystko pokona, że jakoś się ułoży? Że z czasem będzie lepiej? I pewnie było, nie raz. Kiedy rodziły się wasze dzieci, kiedy jeszcze z nimi wyjeżdżaliście na wakacje. Ile takich chwil pełnych miłości możesz naliczyć? Jak wiele dobrego między wam się zadziało, jaki jest bilans zysków i strat?

On śpi obok, a ty co czujesz? O czym marzysz? Chcesz być kochana? Tak po prostu? Chcesz tych gestów delikatności, czułości, tego spojrzenia, w którym ukryty jest zachwyt i podziw? Mówisz sobie, że przecież nie wymagasz wiele, a jednak nawet to nie przychodzi.

A może jesteś po 30-tce, po nieudanym związku, który zostawił po sobie głęboką ranę. Może wierzysz, że tylko miłość jest w stanie cię uleczyć. Czekasz, aż ktoś zapuka do twoich drzwi, aż zacznie cię kochać, aż pozwoli na nowo uwierzyć, że świat jest piękny i dobry. Tymczasem rozglądasz się głodnym wzrokiem, każdy najmniejszy gest w twoją stronę napełnia cię nadzieją, że może teraz i rozczarowuje, że jednak nie ten, że nie tym razem. Bo szczęście może dać ci tylko miłość widziana w oczach mężczyzny. To jest twoja siła napędowa, to ci daje chęć do działania, do dawania, do otulania jego i siebie kochaniem, poświęceniem, bo właśnie tego miłość oczekuje.

Tyle, że mijają miesiące, a ona nie nadchodzi, a ty jesteś coraz bardziej jej głodna, bo bez miłości twoje życie traci sens. Wszystko traci sens. Musisz ją znaleźć, musisz ją mieć, inaczej nie potrafisz być szczęśliwa.

Kiedyś byłam jedną z was. Byłam tą dziewczyną, którą w urodziny zostawił facet, który miał być na całe życie, miał być ojcem moich dzieci, to z nim układałam sobie w głowie całą moją przyszłość, ale on nie chciał jednak jej dzielić. Wrócił, bo tak na niego czekałam, bo tak bez tej miłość żyć nie potrafiłam. Wydawało mi się, że tylko z nim mogę być szczęśliwa. A później spał obok mnie, a ja zastanawiałam się, jak ty, co ja obok niego robię.

Czekałam na gesty, na słowa. Czekałam, aż miłość do nas wróci, bo przecież kryzysy spotykają każdy związek. Ale miłość wszystko przetrwa, wszystko zwycięży, jeśli… jest.

Jak długo się oszukiwałam? Pewnie zbyt długo. Tak bardzo czekałam na tę miłość, tak bardzo jej potrzebowałam, że karmiłam ją każdego dnia. Dawałam tak wiele, jednocześnie tak mało otrzymując w zamian. Była czekaniem i dawaniem. Wierzyłam, że ona się obudzi, że dostrzeże, że zrozumie, że w moich ramionach może być bezpieczna, bo jej nigdy nie opuszczę.

Spytałam go dlaczego mnie kocha. Zaspany spojrzał na mnie ze złością: „O co ci znowu chodzi”. „Dlaczego mnie kochasz?” – nie dawałam za wygraną. Było we mnie tyle determinacji. Chciałam usłyszeć, że tak, że kocha, że nie powinnam mieć wątpliwości. „Daj mi spokój” – obrócił się na drugi bok, a ja zamarłam. Nagle dotarło do mnie, że wszystko to, w co chciałam wierzyć, nie istnieje, że żyłam wyobrażeniami, ideałami, których w moim życiu zwyczajnie nie było.

Ot, dwoje ludzi żyjących obok siebie, którzy tworzą coś, co nazywa się rodziną. I tylko rodziną, formalnym układem, w którym miłość, jak się okazuje, nie zawsze jest niezbędnym składnikiem.

Nie poddałam się wcale tak szybko. Nie wstałam tego dnia pakując swoje rzeczy do walizki. Chciałam, żeby o mnie zawalczył, żeby poczucie nadchodzącej straty obudziło w nim uczucia, które – miałam nadzieję, zakopał głęboko. Ale jemu było wszystko jedno: „Rób, co chcesz” – i nie było tu podtekstu, nie było skamlania – kocham cię, zostań, wszystko się zmieni.

Przestałam czekać. Miłość zamiast uczynić mnie szczęśliwą – zaprzepaściła wiele lat mojego życia, życia w iluzji, w zakłamaniu, w udawaniu kogoś, kim nigdy nie byłam.

Chciałam ci powiedzieć jedno: jeśli czekasz – odpuść. Miłość nie przyjdzie tylko dlatego, że jej potrzebujesz. Skup się na sobie. Spytaj siebie czego pragniesz, nie czego pragnie on, wy – czego ty chcesz, czego potrzebujesz. Stań przed lustrem i spójrz na kobietę, która na ciebie patrzy. Kim jest? Jest szczęśliwa? Porozmawiaj z nią. Ja pewnego wieczoru odbyłam bardzo długą rozmowę, która zmieniła moje życie. Rozmawiałam ze sobą, szczerze, otwarcie, jak nigdy wcześniej. Czego się boisz? – pytałam, kim chcesz być? – drążyłam. Co potrzebne ci jest do szczęścia, do spokoju?

I wiesz, zrozumiałam, że tak – miłość jest najważniejsza, ale ta, którą ja siebie obdarzę, którą dam sobie. Ona jest największą wartością. Ona pozwoli ci zadbać o siebie, żyć tak jak masz na to ochotę. I być szczęśliwą. To cała tajemnica. Jeśli pokochasz siebie, zaufasz tej miłości – to dojrzysz ją w końcu w oczach innego mężczyzny, kiedy się jej najmniej spodziewasz. I będzie pięknie… Wiem, co mówię.