Choroby Psychologia Zdrowie

„Warto było przetrwać chwilę dyskomfortu dla lepszego samopoczucia. Poczuła się piękna”. Portrety: Beata bulimia

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / OcusFocus
 

Pierwszy raz zwymiotowała w dniu swojej osiemnastki. Ze stresu. Marcin po prostu przysłał SMS-a, że zrywa. Tak o. Poinformował ją o tym, jak o zmianie pogody. Oschle, jednym zdaniem. Na odległość, bo szczerze w oczy nie starczyło mu odwagi.

Myślała, że to żart. Dzwoniła do niego z milion razy. Tylko poczta głosowa miała ochotę z nią rozmawiać. Wpadła do kuchni, przypadkiem stłukła szklankę. Zrobiło się jej deko lżej.

Na stole dumnie prężył się tort. Czekoladowy, ciężki, słodki i elegancki. W kształcie chanelki. Uwielbiała torebki. Ten był spełnieniem marzeń. Pięciokilowy, bo przecież tylu gości zaprosiła.

Miała ochotę go rozwalić. Wiedziała jednak, ile mama za niego zapłaciła. Zrobiło się jej niedobrze. W gardle poczuła pizzę, którą zjadła w pośpiechu. Pobiegła do łazienki. Zwymiotowała. Miała wrażenie, że wypluje wnętrzności. Oczy czerwone od łez, gardło paliło. Ale było lżej. O wiele. Było jej też przykro, że Marcin zgotował jej taką niespodziankę. Nie odbierał telefonu. Na fejsie ją zablokował. I praktycznie od razu zmienił status. Na wolny. Potem dowiedziała się, że usunął wszystkie wspólne zdjęcia i posty. Jednym kliknięciem wykasował ją ze swojego życia. Nie wiedziała czemu. Nie wiedziała też, dlaczego rzucił ją w jej urodziny. Czy zrobiła coś źle? A może inna dziewczyna? Jeśli tak, to kto? Gubiła się w domysłach. Wzięła szybki prysznic, spięła niedbale włosy, założyła czarne świecące legginsy, obcisły top i szpilki. Spojrzała na brzuch. Był pusty i jakby bardziej płaski. Spodobało jej się to. Torsje nie należą do przyjemności, ale warto było przetrwać chwilę dyskomfortu dla lepszego samopoczucia. Poczuła się piękna.

Na imprezie starała się trzymać, choć i tak wszyscy pytali mniej lub bardziej złośliwie, gdzie zgubiła Marcina, czemu zmienił status i co jej kupił. Sporo wypiła, by zagłuszyć ból. Tortu też sobie nie żałowała. W końcu to jej dzień. Trochę tańczyła. Docinki co życzliwszych i spojrzenia pełne dezaprobaty jednak ją dobiły. Zjadła ze 3 porcje tortu. Znów zrobiło się jej niedobrze. Czuła się pełna, ciężka i tak beznadziejnie beznadziejna. Nawet nie wie, kiedy uklękła przed sedesem. Dwa palce podrażniły gardło. Chwilę to trwało. Ze łzami w oczach wyrzucała z siebie i tort, i ból, jaki zadał jej Marcin. Tak przynajmniej się jej zdawało. Znów poczuła się lżejsza. Problemów jakby też ubyło.

Rzuciła się w wir nauki. Marzyła o prawie. Trzeba było kuć. Nie miała czasu na myślenie o Marcinie. Te kilka miesięcy żyła jak robot. Szkoła i dom. Na studniówkę nie poszła. Nie chciała spotkania z Marcinem i jego nową dziewczyną. Już studentką. Poza tym miała zapalenie oskrzeli. Dwa tygodnie w domu, antybiotyk. Była słaba. Schudła.

Stres przed maturą zaczął się w marcu. Test za testem. Wystawienie ocen. Wyścig szczurów. Zakuwanie do nocy. Mało jadła. Znów trochę schudła. Poczuła się lżejsza i jakby przez to weselsza. Ze stresu żołądek się kurczył do wielkości orzecha włoskiego. W ogóle nie miała apetytu. Raz jak matka wmusiła w nią śniadanie, zwymiotowała zaraz po jej wyjściu do pracy. Praktycznie bez wysiłku. Przez chwilę była syta, wystarczyło. Potem organizm szybko pozbył się balastu.

Maturę zdała śpiewająco. Była szczęśliwa. Fejs czerwony do granic możliwości informował wszystkich, że została dumną studentką prawa. Stres odpuścił. Apetyt wrócił.

Piwko na plaży, lody o północy, chipsy do filmu. Zaokrągliła się delikatnie. Źle się z tym czuła. Co rano postanawiała, że będzie jeść mniej. Rezygnowała ze śniadania, wytrzymywała pół dnia, potem głód był tak silny, że pochłaniała wszystko. Najpierw się kontrolowała. W miarę, ale i tak jadła o wiele więcej niż powinna. Wieczorem przejedzona nie mogła na siebie patrzeć. Czuła wstręt. Dwa palce w gardle wszystko załatwiały. Najpierw sprawiało jej to ból. Łzy leciały ciurkiem. I musiała odgłosy zagłuszać lecącą wodą.

Gdy poszła na studia, nabrała wprawy. Wymioty stały się zwyczajem. Musiała robić to ciszej i szybciej. Na uczelni przerwy trwały 15 minut, a trakcie zajęć nie chciała być usłyszana, gdy oddawała się swojemu rytuałowi. To było takie proste. Jeść ile się chce. Nie ograniczać. I trzymać linię. Dziewczyny zazdrościły, że tyle w sobie mieści, a jest szczupła. Nie przeraźliwie chuda jak anorektyczki. Oczywiście, że nie. One były przecież ciężko chore. Psychicznie. Ona to kontrolowała. Wymiotowała, by nie mieć wyrzutów po obżarstwie. Po prostu. Duża pizza popita colą plus lody. Chyba nikt nie czułby się po tym lekko. W sumie to dziwiła się innym, że nie wymiotują, tylko czasem narzekają, że zjedli za dużo.

Wymiotowała coraz częściej. Najwięcej w nocy, bo wtedy niby się ucząc pochłaniała czekolady, kisiele, stosy kanapek, skrzydełka z KFC z frytkami i majonezem. Przez moment czuła się błogo. Potem biegła pędem do łazienki, by szybko i sprawnie zagłuszyć wyrzuty, i pozbyć się problemu. Nawet chłopak jej na początku nie wiedział, co się z nią dzieje. Widział, że jest blada, chudnie i tyje. Chciał pomóc. To on pierwszy wypowiedział to wstrętne słowo na b. Jego siostra chorowała. Doskonale znał problem. Wyśmiała go więc i zerwała. Nie będzie jej wmawiał, że jest chora. Zerwanie uczciła w McDonald’s w galerii handlowej. Znała już tamtejsze toalety. Wiedziała, która spłuczka jest głośniejsza, która kabina rzadziej wybierana. Miała wszystko dokładnie zaplanowane. Dwie minuty. Tyle zajmowało jej pozbycie się balastu. Nawet mama się nie orientowała. Jej bladość przypisywała ogromnej ilości nauki.

Bywały miesiące, że wymiotowała mniej. Szczególnie w wakacje. Był sport, piękna pogoda. Czuła się lepiej. Na zimę demon wracał i przykuwał na zmianę do lodówki i sedesu. Nawet nie wiedziała, że dziąsła krwią, bo szkliwo na tylnej ściance zębów jest podziurawione do tego stopnia, że praktycznie go tam nie ma. Kwasy żołądkowe go rozpuściły. Włosy wypadają, skóra się łuszczy, pojawia się trądzik, bo organizm nie dostaje żadnych witamin. 80 procent tego, co zjadła, wymiotowała. Była nerwowa, podrażniona, słaba. Wszystko kręciło się wokół jedzenia. Miała obliczone, co kiedy może zjeść i kiedy się oczyścić. Tak to nazywała. Oczyszczenie. Fizyczne i psychiczne.

Andrzeja poznała już w trakcie aplikacji. Był pewny siebie, zarozumiały nawet. Imponował jej. Po imprezie firmowej wylądowali w łóżku. Sporo wypiła. Cynicznie skomentował jej ciało. Niby jesteś szczupła, ale taka galaretowata. Jedno zdanie, a podjęła decyzję o treningach. Katowała się ćwiczeniami. Była po nich cholernie głodna, rzucała się na jedzenie. Jadła po kolei dżem z kiełbasą, nutellę do jajek na twadro, naleśniki ze schabowym, a do tego kakao lub sok owocowy. Potem jeszcze pączek. Albo dwa. Pięć minut, a w głowie włączała się znów ta znajoma panika. I biegła do toalety. Z przekrwionymi oczami patrzyła na siebie ze wstrętem. Karała się niejedzeniem i opychaniem. Treningami i gapieniem w sufit. Waga skakała o kilka kilogramów w ciągu miesiąca. Andrzej chwalił, gdy miała ten szczupły moment. Złośliwie żartował, że zamknie lodówkę, gdy okresy obżarstwa były częstsze. Usłyszała jak podrywał asystentkę i komentował jej (a nie asystentki) tyłek. Tłusta galareta jak u świni. To zapamięta na zawsze. I ten śmiech szyderczy. Zabolało tak, że znów pobiegła do łazienki. Nie jeden raz. Bo niedobrze jej się robiło, gdy tylko słyszała jego głos.

Dziś Beata, niezła pani notariusz, wymiotuje nadal. Nie przyjmuje do wiadomości, że jest chora. Nie ma partnera. Zbyt ryzykowne mieszkać razem, no chyba, że mieliby oddzielne łazienki. Nie czuje instynktu macierzyńskiego. Musiałaby przestać wymiotować, żeby nie szkodzić dziecku, a tego nie  chce. Ma wrażenie, że kontroluje swoje rytuały. Nie jest towarzyska. Z koleżankami na plotki nie chodzi. Woli samotny film, butelkę wina, pudełko lodów i chipsy. Święta spędza sama. Zawsze kryje się nawałem pracy. Gdy się przeje, wystarczy półtorej minuty, by pozbyć się tego ciężaru.

Bulimii nie widać na pierwszy rzut oka. Czyha, atakuje po cichu. Wyniszcza organizm powoli zostawiając też szramy na duszy. Jedzenie staje się obsesją, a Beata więźniarką własnego ciała i łaknienia. Jeszcze nie jest gotowa do walki. Najpierw musi przełknąć to słowo na b. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu.


Choroby Psychologia Zdrowie

„Decyzję podjęła spontanicznie. Miała lekką nadwagę. Przydałoby się zrzucić parę kilo”. Portrety: Wioletta – weganizm

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / kjekol
 

Decyzję podjęła spontanicznie. Miała lekką nadwagę. Przydałoby się zrzucić parę kilo. Wyniki by się poprawiły. Wbiłaby się w dżinsy. W te, co chodziła na studiach. Co aż trzeszczały w szwach, kiedy spóźniona jak zwykle biegła na zajęcia. Miała fajną figurę. Taką akurat. Kawałek pupy, uda i piersi. W sam raz.

Nawet nie wie, kiedy z rozmiaru 36 przeszła na 40-42. Może przez „biurwy”;) W pracy siedziały minimum 8 godzin. Kawka, ciasteczko, batonik. Jak robiły bilans to nawet nie wiedziały, kiedy słodycze znikały z talerzy i opakowań.

Tylko jedna koleżanka była weganką. Cudownie chudą. Malwina jako jedyna nie wcinała tych ciastek, nie piła kawki, nie zrzucała się na pizzę, gdy trzeba było zostać po godzinach. Miała swoje pudełeczka, a w nich vege cuda. Wyglądały nawet nawet.

Wiola przeczytała w internecie ze trzy artykuły. Co to za filozofia. Po prostu wszystko co odzwierzęce odstawia. I je surowe. Czasem gotowane dla urozmaicenia, ale krótko i w małej ilości wody, by witamin nie tracić.

Zaczęła. Od poniedziałku, bo w poniedziałek zawsze jakoś tak łatwiej. W biurze dużo pracy. Nie myślała za wiele o jedzeniu. Wzięła jakieś warzywa, pocięte w słupki. Piła herbatę ziołową na zmianę z wodą. Jakoś poszło. Podpytała Malwinę, ale gdy ta się rozkręcała w swoim wykładzie, wyłączyła się. Za dużo szczegółów. Mleko takie a takie. Tofu. Warzywa najlepiej ekologiczne. Dużo wody. Żadnej przetworzonej żywności itp.. Cholera, co to znaczy przetworzonej?! Dziś wszystko jakoś jest przetworzone. Ma sobie wyhodować sałatę w doniczce i popijać wodą? Pewnie filtrowaną jeszcze najlepiej?

Ale się uparła. Żołądek ściśnięty w supeł i na trzy kokardki jeszcze, oszukiwany przezroczystą H2O, maltretowany surowizną, której wcześniej nie znał, zaczął strajkować. Nie to nie. Z żołądkiem ma się kłócić?

Po tygodniu była słabsza nieco, ale jakaś taka lżejsza. Malwina ją podpytywała, chciała coś doradzić. Poczęstować zawartością pudełek. Ale Wiola ambitnie podeszła do sprawy. Da radę sama. Tym bardziej, że dziewczyny bacznie obserwowały jej zmagania. Złośliwy komentarz też się zdarzał. Nawet nie starały się jej wspierać. Nadal ucztowały w biurze. Bo przecież co może wkurzyć bardziej od tego, że się schudnąć nie może? Odpowiedź jest prosta. Świeżo odchudzona koleżanka. O tak. To bije po oczach. Wkurza niesamowicie. Tak, że najchętniej tę chudszą w słoninę by się owinęło, żeby sobie humor poprawić.

Tygodnie mijały. Wiola nieznacznie urozmaiciła menu. Coś tam poczytała w necie. Książkę nawet kupiła, ale wieczorem była tak zmęczona, że zasypiała zawsze czytając 7 stronę.

Malwiny ze trzy razy podpytała po cichu o przepis na coś nowego, bo już patrzeć nie mogła na swój codzienny jadłospis. Jednak nadal miłością do weganizmu nie zapałała. On zresztą do niej też nie. Jakaś taka szara się zrobiła. Niby mniejsza, ale mdła, bez wyrazu. I mniej radosna. Jakby w trybie stand by.

Badania zrobiła przypadkiem. Koleżanka była w ciąży, ale bardzo się bała kłucia. Więc poszła z nią. Solidarnie dając poszarpać sobie żyłę i zostawiając w probówce czerwoną cząstkę siebie.

Badania wyszły gorzej niż źle. Zaawansowana anemia to był mały pikuś. Organizm zwariował. Hormony robiły co chciały. Drakońska dieta, zastosowana bez rozsądnego przemyślenia, pozostawiła po sobie zgliszcza. Dobrze, że było co zbierać.

Mądry lekarz pierwszego kontaktu, z NFZ swoją drogą, zakazał wegańskiej samowoli i polecił dobrego dietetyka. Niedrogiego nawet.

Poszła. Ze spuszczoną głową, jak dziecko które piłką wybiło szybę, odbijając tę piłkę bardzo mocno ze świadomością dokonania zniszczeń. Tą piłką była właśnie dieta. Zastosowana spontanicznie, bez przygotowania i porządnej wiedzy. Bez chęci zgłębiania tematu. Miało być szybko, efektywnie i efektownie. No szybko było. Kilka tygodni. Efektownie też, gdy u lekarza mało co nie zemdlała. Efektywnie natomiast już nie bardzo. Nie licząc efektów ubocznych. Jak najbardziej negatywnych.

Wykład u dietetyka zniosła. Nie lekceważyła. Ta Malwina miała dużo racji.

Wiola zmieniła dietę. Zdecydowała się na wegetarianizm. Mięsa jakoś nie lubiła nigdy za bardzo. Ale jaja, ryby owszem. Przeczytała dziesiątki artykułów. Zrobiła badania. Przygotowała się mentalnie i fizycznie.

Nadal pracuje w biurze. Rozmiar 36-38.

Wyniki? Lepsze niż u niejednej nastolatki. Humor? 10/10.

Apetyt? W granicach zdrowej normy.

Włosy i paznokcie? Lśniące.

Żołądek? Zadowolony. Dogadali się drogą pokojową. Ustalili, co lubi, a czego nie toleruje.

Ciało? Posłuchało i spełniło marzenie, gdy pewnego pięknego dnia wbiła się w stare dżinsy.

Uśmiech? Obecny!!!

Wydajność? Maksymalna.

Wiedza? 7 punktów na 10, wciąż w tendencji wzrostowej.

A koleżanki? Spuchły z zazdrości, odwrotnie proporcjonalnie do jej utraty wagi. Na pokładzie pozostała Malwina. Bardzo fajna babka. Razem chodzą po mieście i testują w knajpach potrawy wegetariańskie i vege. Razem coś przyrządzają. Zmieniły podejście do życia i odżywiania. Nie są na diecie. Mądre jedzenie stało się po prostu filozofią ich życia. Urozmaicone, zdrowe, idealnie dopasowane. Wszak jest się tym, co się je.


Choroby Psychologia Zdrowie

„Jedzenie było ważne. Najważniejsze. I to nim koiło się ból i wynagradzało”. Portrety: Ksenia – kompulsywne objadanie

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / domoyega

Gruba była zawsze. Jako noworodek ważyła 4,5 kg. Mało mamy nie rozerwała. W przedszkolu pierwsza zjadała wszystko z talerza. W domu czekał drugi obiad, bo mieszkali razem z dziadkami. Jedzenie było ważne. Najważniejsze. I to nim koiło się ból i wynagradzało. Stłukłaś kolanko? Babcia da ciasteczko. Zła ocena w szkole? Zjedz czekoladkę na poprawę humoru. Wygrałaś konkurs plastyczny? Babcia upiekła wspaniały tort w kształcie obrazu.

Lubiła być syta. Czuła się bezpiecznie i spokojnie. W kuchni odrabiała lekcje. Babcia w swoim niezniszczalnym, niebieskim fartuchu zawsze coś smażyła, pichciła, piekła. Spróbuj, czy aby dobre. Musisz jeść, żeby się dobrze uczyć. Kobieta to nie wieszak na ubrania. Męża nie znajdziesz. Pełny brzuszek, zadowolony brzuszek. Tych zdań Ksenia nigdy nie zapomni.

Jedzenie było nagrodą, plastrem, przyjacielem, towarzyszem. Jadła wszystko i dużo. W lustro nie spoglądała. Nastolatka ważąca 70 kg nie cieszyła się szczególną popularnością w szkole. Nie otaczał jej wianuszek zaopatrzonych w nią psiapsiółek. Nie lubiła siebie.

Wszystko się zmieniło po śmierci babci. Ksenia już pracowała. Mieszkała nadal z rodzicami. Była bardzo nieśmiała. Kilka koleżanek. Żadnego chłopaka. Kto by chciał taką grubaskę?

Brak ukochanej babci zakłócił jej poczucie bezpieczeństwa. Po pogrzebie napiekła ciasteczek. Tych cynamonowych. Babciny popis. Miała wrażenie, że babcia jest obok. Uśmiecha się, głaszcze ją po głowie i mówi, że jest taka mądra, i wspaniała. Zjadła wszystkie ciastka. Było ich sto. Równa setka. Pochłonęła je. Uspokoiła. Ukoiła ból. Przestała płakać i choć czuła te ciasteczka po samo gardło, zasnęła.

Wzięła zaległy urlop. Była w żałobie. Codziennie gotowała to, co zazwyczaj robiła babcia. Duże ilości. Starczało dla rodziców. Resztę zjadała sama. Nikt nie kontrolował tego, co robi. Mama w żałobie, tata pochłonięty pracą.

Ostatnio krupnik z wkładką mięsną. Kopytka w sosie kurkowym z bitkami wołowymi i podsmażanymi buraczkami. Na deser legumina i pączki z powidłami śliwkowymi. Oczywiście z kompotem wiśniowym. Po takim obiedzie z deserem nie powinna być stanie się ruszyć, a ona wychodzi niby na spacer, a tak naprawdę do maca na lody, potem do kfc po mega porcję skrzydełek i do ulubionej cukierni po wuzetkę. Nie jedną. Wróciwszy do domu odgrzewa resztki obiadu na kolację i smaży naleśniki z twarogiem i śmietaną, bo tata je tak bardzo lubi. On pracujący fizycznie jest w stanie zjeść cztery. Ona przy nim zjada dwa, a gdy nikt nie widzi, resztę zabiera ze sobą do pokoju i smarując nutellą pochłania. Do tego kubek kakao i tak  dopiero może zasnąć. Budzi się nad ranem. Zlana potem, bo przypomina sobie, że babci już nie ma. Biegnie więc do kuchni. Do swojej oazy spokoju. Wyjada resztki. W szafce  znajduje czekoladki, które babcia dostała od sąsiadki w podziękowaniu. Gdy zjada ostatnią pralinkę, uspokaja się. Błogie uczucie pełności wraca. Błogie i diabelskie zaraz. Bo z trudem pohamowuje wymioty. Nie słucha żołądka, który protestuje z powodu wytężonej pracy.

Opycha się codziennie. W ciągu dnia, gdy rodziców nie ma. I nocami, gdy już śpią, a ona płacze za babcią. Na szczęście Warszawa to duże miasto. Zmienia sklepy, żeby nikt nie zauważył, co i w jakich ilościach kupuje. A kupuje jak dla wojska. W marketach, sklepach nocnych i osiedlowych. Jak alkoholik zmienia osiedla. Jest anonimowa. I nikt się nie dziwi, że po raz kolejny wychodzi z siatami jedzenia jak na święta.

Gdy wraca do pracy po dwóch tygodniach, koleżanki i szefowa jej nie poznają. Nie dość, że wyraźnie przytyła, to wygląda niedbale. Odrosty kilkucentymetrowe. Paznokcie wołają o nową hybrydę, albo chociaż o zdjęcie starej.

Ciuchy opinają ciało. Są o wiele za ciasne. I tak włożyła te kiedyś za luźną tunikę, którą kupiła na allegro. Dziś ledwo w nią weszła. Nowych ubrań nie kupiła. Nie czuła potrzeby. W domu chodzi w dresach. Gumka się rozciąga. Eleganckie ubrania do pracy niestety tak elastyczne nie są. Przy koleżankach nic nie je. Ukradkiem w toalecie, gdy jest pewna, że inne pracują, pochłania kanapki, sałatki z majonezem, opakowanie ciasteczek, tabliczkę czekolady. I tak co dwie godziny. Słoik nutelli też jest dobry, bo nie trzeba gryźć. Zapach jedzenia tuszuje odświeżaczem do WC.

Tyje w szalonym tempie. Opycha się do granic wytrzymałości. Wtedy czuje się najszczęśliwsza, najspokojniejsza. I przypomina sobie babcię.

Matka z ojcem jeszcze nie zauważają zmiany. Widzą ją codziennie. Może dlatego. W pracy dziewczyny po kryjomu się naśmiewają. Tylko Marzena się jej przygląda. Widzi smutek i barierę, jaką Ksenia wokół siebie wytworzyła. Próbuje zagadać, ale Ksenia jest skryta.

Wpadnie dopiero za miesiąc, gdy w ataku paniki będzie przeszukiwać szafki koleżanek po godzinach. Znajdzie 7 batoników u Joli, opakowanie płatków u Marzeny, 2 paczki herbatników u Kasi, pudełko raffaello u Zosi i kilogram cukru u szefowej, który na koniec będzie wyjadać łyżką. Nie będzie świadoma, że Marzena przypadkiem zapomniawszy dokumentów, zjawi się w biurze i zza szyby będzie to wszystko widziała. Nie ucieknie. Nie zlekceważy. Poczeka spokojnie, aż Ksenia napcha się do momentu uzyskania upragnionego spokoju. Wejdzie i przytuli przerażoną koleżankę. I obieca zachować dyskrecję pod warunkiem wizyty u psychologa.

Ksenia w obawie blamażu zgodzi się na taki układ. U psychologa przerażona otworzy się bardzo powoli. Po kolei będzie pokazywać swoje kolejne warstwy. Dowie się, że je się, by żyć, a nie żyje, by jeść. Nauczy się, jak poczuć się bezpieczną niekoniecznie po zjedzeniu kilograma cukierków i 3 pudełek ciastek. A za kilka lat będzie nie do poznania. Będzie spokojna, uwierzy w siebie i z taką determinacją, z jaką kupowała jedzenie, schudnie. I już będzie spoglądać w lustro, a babcię będzie wspominać sadząc w ogórki jej ulubione konwalie.