Zdrowie

Trzymanie wszystkiego w sobie i udawanie: „tak to są TE DNI i dlatego tak się czuję” nie ma sensu, bo same wiecie że i tak wybuchniecie

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
9 lipca 2021
fot. Tatiana Zabrodina/iStock
 

Cud życia bycia Kobietą. Mamy tyle cudownych darów, które właśnie nas warunkują i wyróżniają. Czynią nas istotami mocy i zmiany. Jedną z nich jest miesiączka. Dla niektórych z nas dar życia i nieustające źródło odtwarzanego cyklu. A dla innych smutny obowiązek, proces, który co miesiąc się pojawia i utrudnia nam życie.

Serio? Wszystko chyba zależy od tego jak przygotuje nas na jej nadejście ukochana osoba. Mama czy Tata, lub inny opiekun. Jak opowie o nowej przygodzie życia, jak podejdzie do jej uszanowania i zadbania o nas w tym czasie. Z tym jest niestety słabo. Więcej się mówi o seksie niż o miesiączce i tym, co kobieta wtedy czuje.

Najczęściej słyszymy o „wyłączeniu się z życia codziennego”, lub „o byciu nieczystą” w tych dniach. Stek bzdur, które od wieków pokutowały i pokutują, bo jeszcze do dziś na świecie są kobiety, które nie mają dostępu do środków higienicznych, a mężczyźni lub rodzina separują je od innych. Już nie wspominając o dziewczynkach wyśmiewanych w szkołach.

Nie mamy nawet jakiejś ciepłej nazwy na nią. Jest miesiączka. Nawet ok. Okres. Tak oficjalnie i stawiając nas na baczność jak prezentacja wyników w excelu. Jest: ciotka, ciota, trudne dni, menstruacja, kobieca przypadłość (sic!), kobiece sprawy, krwawa Mary, czerwona fala, morze czerwone, najazd Indian itd. Przyznacie, że brzmi bliżej sentymentu ospy, rzeżączki lub generalnie zarazy, przed którą trzeba uciekać. Ale same sobie to zrobiłyśmy, spychając to, co czyni nas płodną i kobiecą do kąta, a wraz z tym przeczekanie aż jej przejdzie.

Miesiączka to bardzo ważna część nas. To nasz zegar, który jeśli dobrze zadbany, pozwoli nam żyć w zgodzie ze swoim ciałem i emocjami.

Kobiece ciało jest zsynchronizowane z fazami księżyca i pór roku. Dojrzewanie księżyca do pełni, to właśnie dojrzewanie naszego jajeczka, a nów to uwolnienie miesiączki. Czas przed i po jest bardzo ważny. Zazwyczaj po miesiączce, kiedy przygotowujemy się do owulacji mamy najlepszy czas kreatywności, pracy, gdy mamy poczucie że wszystko możemy i nic nas nie zatrzyma. To eksplozja hormonów szczęścia i mega mocy. Po owulacji zaczyna się przygotowywanie do nowiu, czyli Czerwonej Królowej😊. Wiem, że nie lubimy tego czasu, jesteśmy ociężałe, obolałe, wiele rzeczy nas drażni, męczy, jesteśmy wrażliwe i na słowa, i na dotyk.

A tak serio, to jest właśnie ten moment kiedy mamy największy kontakt z naszym ciałem i emocjami, z którymi możemy pracować i je przyjmować. Zrozumieć samą siebie. Też nerwy i wkurwy, które mamy jak mała dziewczynka. Może, w ramach rozładowania, spróbujmy ze sobą porozmawiać, zamiast zamiatać sprawy pod dywan. Trzymanie wszystkiego w sobie i udawanie: „tak to są TE DNI i dlatego tak się czuję” nie ma sensu, bo same wiecie że i tak wybuchniecie, a wszystko zakończy się mega awanturą. No i nadchodzi ONA. Odpuszczenie i uwolnienie. U każdej z nas jest inna i ma inny przebieg. Do tego nie raz są bóle, apatia. Sygnał, aby świat dał nam najlepiej w tym czasie święty spokój. A może jednak to jest czas radości i wdzięczności dla naszej płodności i kobiecości😊?

Przez długi czas, prawie 30 lat, patrzyłam na moją miesiączkę jak na smutny obowiązek. Comiesięczny. Taki, który muszę jakoś przejść. Partner znosił moje fochy, a ja wtedy nie znosiłam siebie, brak seksu, bóle, pomieszanie i wyżywanie się na wszystkim co mi pod rękę podeszło. Do tego zaszczepiony przez moją mamę lęk, że to właśnie z chwilą, gdy pojawia się u kobiety miesiączka można zajść w ciążę i jak to powinnam zawsze uważać. Do dzisiaj mam traumę z tym tematem. Wtedy zaczęłam brać doustną antykoncepcję. Nie dlatego, że chciałam się kochać, a dlatego że miałam bolesne miesiączki, a podświadomie masakrycznie bałam się ciąży, jakbym co najmniej była wiatropylna😊. Nie jestem przeciwniczką antykoncepcji. Niech każdy robi co uważa i jak czuje. Ja wiem, że antykoncepcja zmienia cały cykl. Niby jest to wyregulowane i pojawia się krwawienie. Ale jednak, jest to sztucznie kontrolowane. Gdy zdecydowałam się na zrezygnowanie z pigułek po tylu latach, organizm niezwykle odreagował. Oczyszczał się w tak różnych porach cyklu, że dopiero wtedy zrozumiałam, co ciało do mnie mówi. Że zaczyna znowu oddychać i żyć. To był początek zmian.

Przełom miłości do siebie i swojego ciała nastąpił, kiedy koleżanka zaprosiła mnie na warsztaty Czerwony Namiot Natalii Miłuńskiej. Krąg kobiet, gdzie każda przyszła w tym samym celu, a jednocześnie z innymi doświadczeniami i oczekiwaniami. Na początku wszystkie się oglądałyśmy, oceniałyśmy i byłyśmy ciekawe, co będzie. Czerwony Namiot to odwieczna tradycja zasiadania kobiet w namiocie, w którym spotykają się, aby wspólnie miesiączkować i rodzić dzieci.

Kiedyś kobiety były ze sobą bardzo blisko. Wspierały się i solidaryzowały. Gdy kobiety są ze sobą blisko emocjonalnie, to także miesiączkują w tym samym czasie. Dostrajają się do siebie. Krew miesiączkową wykorzystywały także do podlewania kwiatów, ziół. Mieszały ją z wodą i oddawały matce Ziemi. W ten sposób dziękowały za swoją kobiecość i płodność.

Dzisiaj tej łączności mamy coraz mniej. Łączności z księżycem i jego fazami, porami roku, cyklem przyjaciółek. Szkoda. Pamiętam w szkole z przyjaciółkami potrafiłyśmy stworzyć taką więź. Dzisiaj to już jest różnie. Głównie biegamy i jesteśmy zajęte domem, pracą, pilnowaniem życia swojej rodziny i innych. A przecież to jest najważniejsza część nas. To właśnie miesiączka definiuje naszą płodność tak, jak kreatywność oraz dawanie życia. To nasze zdrowie i część nas jak piersi i joni.

To, co było dla mnie najciekawsze na warsztatach, to odpowiedź na pytanie „którą z faz naszej miesiączki lubimy najbardziej?”. Wtedy prawie wszystkie stanęłyśmy w miejscu, które było oznaczone „po miesiączce”. Prawie nikt nie stanął w miejscu po owulacji i w czasie miesiączki. Za wyjątkiem samej Natalii. Dlaczego? Bo to wtedy ma się łączność z naszą kobiecością, z naszym ja, z naszym ciałem, z naszymi odczuciami i emocjami.

To wydarzenie odmieniło moje postrzeganie siebie i comiesięcznej Czerwonej Królowej. Był otwarciem moich oczu i zaakceptowaniem swojej kobiecości. Wdzięczności za to, że urodziłam się dziewczynką. Chciałabym życzyć każdej Kobiecie miłości do siebie i do tego co ma. Czym ją natura obdarzyła. Bo gdy JĄ, w wyniku przemijania tracimy, to wówczas zaczynamy naprawdę tęsknić i cenić. Dlatego bądźmy dumne z naszej kobiecości i wyjątkowości. Dziękujmy sobie każdego miesiąca gdy przychodzi do nas Czerwona Królowa.

 

 

 

Agnieszka W Sioła, Fundacja Projekt Szczęście oraz Inkubator Sukcesu, to autorskie inicjatywy fundatorki Fundacji. Na co dzień pisze na swoim funpagu Agnieszka W Sioła Fundacja Projekt Szczęście o potrzebach kobiet i ich drodze do odzyskania siebie, prawdzie, autentyczności, kobiecości i miłości. Dla Oh Me o świecie intymnym i delikatności wnętrza kobiecego, a także o życiu i o pracy w korporacjach. O tym jak praca dla innych, często ponad nasze siły, wpływa na nasze ciało i życie. Tworzy projekty, które pomagają ludziom dotrzeć do swojej świadomości, akceptacji aby zrozumieć swój cel życiowej podróży. Tworzy przestrzeń szczególnie dla tych, którzy po wyjściu z korpo chcą odzyskać siebie i żyć na swoich warunkach szczęścia. Jej projekty są szczególnym miejscem dla ludzi, bez względu na wiek, którzy po różnych związkach, relacjach i tych rodzinnych, i z pracą i z domem pragną ponownie doświadczyć szczęścia znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi.

Gromadzi wokół siebie szlachetnych i doświadczonych przez życie ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i kompetencjami dla dobra innych, dając unikatowe wartości i szczodrość swojego doświadczenia.

Agnieszka W. Sioła

 


Zdrowie

Pieniądze i władza to duet, który potrafi zakręcić w głowie i chociaż raz daje poczucie bycia Bogiem

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
14 lipca 2021
 

Czy mieliście już takie sytuacje, że wasz szef robi sobie osobiste wycieczki na wasz temat? Co o was myśli? Co wam doradza? Albo pozwala sobie na różne dowcipy i dosrywajki na forum pracowniczym, że niby jest taki zabawny?

Zapraszamy na kolejny odcinek cyklu #PracującaDziewczyna!

Szefowanie daje poczucie władzy i nieomylności. Stawiania siebie ponad innymi. Poczucia bycia lepszym. Pieniądze i władza to duet, który potrafi zakręcić w głowie i chociaż raz daje poczucie bycia Bogiem. Choć, pamiętajmy, każdy szef ma też swojego szefa i tutaj jest zawsze jakieś podporządkowanie i hierarchia.

Szczęście, jeśli szef jest naprawdę szefem. Czyli mądrym mentorem, który umie nauczyć i poprowadzić, motywować i wesprzeć, kiedy tego potrzebujemy. Gorzej, jeśli trafiamy na osobę, która odbija sobie na nas swoje niedostatki.

Na szczęście większość moich przełożonych, to byli ludzie tacy, jak jasne światła na mojej ścieżce kariery. Jak prawdziwe skarby.

Takim skarbem i krynicą mądrości był Toni. Brytyjczyk polskiego pochodzenia. Człowiek, który co innego studiował, a jakimś palcem przeznaczenia trafił do branży naftowej. Poznaliśmy się lata temu. Na pierwszy rzut oka niedostępy i zarozumiały. Wyniosły, doskonale ubrany, wyrafinowany, mówiący biegle ośmioma językami. Jednak kiedy się otworzył, był jak najlepszy przyjaciel i opiekun.

Kiedyś jedna z uczelni zorganizowała wykład z jego udziałem, aby opowiedział studentom o swojej ścieżce kariery. Od stanowiska zwykłego pracownika do wiceprezesa największego międzynarodowego koncernu. Na sali byli studenci z całego świata, a Toni opowiadał o swoim życiu w języku każdego z krajów, w którym pracował. O ludziach, o tym, czego go nauczyli, kulturach, o doświadczeniach. A przede wszystkim o szacunku do drugiego człowieka. Zrobił wrażenie i otrzymał owacje na stojąco.

Na koniec wstała Hinduska i zapytała Toniego, czego najbardziej żałuje w życiu? Odpowiedział, że najbardziej żałuje czasu, którego nie mógł poświęcić dzieciom, a szczególnie swojej najmłodszej córce. Po czym łzy popłynęły mu po twarzy. Był bardzo autentyczny. Zwierzył mi się potem, że nikt go tak „nie załatwił”😊. Człowiek, który miał wszystko, co materialne, nie miał czasu na swoje życie prywatne, w tym także dla siebie.

Był tak wspaniałym przewodnikiem i nauczycielem, że ludzie z całego świata chcieli być w jego zespole, pracować i uczyć się przy nim. Toni „wychował” nas dziesiątki. Czuliśmy się jak wybrańcy. Najwięcej dobrego o pracy i to w zespole multikulturowym, poznania własnej wartości, ale i sprytnej oraz efektywnej pracy nauczyłam się właśnie od niego. Ci z nas, którzy byli w jego teamie, byli od razu rozchwytywani przez inne firmy. Opinia Toniego była najlepszą rekomendacją i gwarancją naszych umiejętności.

Gdy umierał, aby go ratować, firma postawiła dosłownie na nagi najsłynniejszą klinikę onkologiczną w USA. Tam nie było słowa, że za drogo, czy też nie jest to w interesie firmy. Miał żyć. Jego ostatnim życzeniem było zobaczyć jego ukochane kraje i miejsca. Firma wynajęła samolot z lekarzem na pokładzie i zaprosiła jego rodzinę. Lot nad Alaską gdzie łowił łososie, Kanada, Islandia ukochana, no i oczywiście Jego Ojczyzna – Polska. Gdy doleciał do Londynu … odszedł.

To był mój najlepszy szef, który zawsze we mnie wierzył i bezgranicznie ufał swoim ludziom. Z którym można było robić rzeczy, przekraczające słowo „nie da się”. Człowiek pełen pasji, zrozumienia, miłości do ludzi i świata.

Gdy odkupiła mnie inna firma, przyjechał zobaczyć nową szefową. Umówił się z nią na spotkanie. Chciał wiedzieć, kto będzie teraz moim przełożonym. Po jego wyjściu długo siedziała zamknięta sama w pokoju i nie mogła dojść do siebie. Jak powiedziała, nie wiedziała, że tacy ludzie istnieją. Z kolei do mnie Toni powiedział „Długo tu nie będziesz. Nie zrozumiecie się”. Choć początkowo nie wierzyłam w to co powiedział, to jego słowa były prorocze.

Młoda, energiczna szefowa z wizją firmy, otwarta, z dowcipem. Początki w firmie są zawsze jak „szklany klosz” aby się zaaklimatyzować. Jest miło, czas na wprowadzenie. Potem zaczyna się rzeźnia. Jeśli są sukcesy i wyniki stajemy się pupilkami szefów. Okraszani jesteśmy uśmiechami, komplementami, premiami, poklepywaniem po ramieniu. Nawet z czasem zapraszani do domu, stajemy się powiernikami prywatnych historii, baaa nawet doradcami. Lecz czasem wystarczy, że gdzieś noga nam się podwinie i nagle widzimy i słyszymy, jak pryncypał, staje się właśnie „pałą” drąc się na nas, używając epitetów i robiąc osobiste wycieczki, co na nasz temat myśli. W imię sukcesów i wyników, każe nam przekraczać swoje granice moralne. Bo ma być sukces!

Nie ma pytania i miejsca na to, co się stało i jak mogą nas wesprzeć w gorszym czasie. Sami żyją w strachu, że coś może być niezgodnie z planem, który raportowali do góry. Z drugiej strony nie przyznają się, że mają problem ze swoimi emocjami. Często to, co się u nas zadzieje jest zapalnikiem do uwolnienia ich nagromadzonych emocji, z którymi nie dają sobie rady.

U mnie i szefowej właśnie pojawił się jeden wątek, który stał początkiem kolejnego wątku, czyli zwolnienia mnie. Gdy jeden „deal” nie wyszedł, stał się zapalnikiem do pogorszenia się naszych relacji. Myślałam, że tylko o te wyniki chodzi, ale prawda była inna. Zatrudniła do mojego zespołu przystojnego chłopaka, który miał także wysokie ambicje, a jeszcze szersze „plecy”, które mu patronowały w karierze. Tak więc moje potknięcie było świetnym pretekstem do zrobienia zmiany i realizacji oczekiwań patrona.

Czy żałuję? Nie. Gdy odeszłam naprawdę odetchnęłam od toksycznej atmosfery. Dopiero potem ludzie zaczęli mówić, że ze stresu w relacji z SZEFOWĄ kobiety miały zanik miesiączek lub niekończące się problemy gastryczne. Opowiadali, jak kombinowali i oszukiwali, byle tylko nie znaleźć się na jej celowniku. Jeden kolega nawet się przyznał, że jego żona przyjaźni się z SZEFOWĄ, więc nic mu nie grozi. Z czasem dowiedziałam się, że Centrala planowała mnie na jej miejsce, no więc… Ratowała samą siebie😊

Jest czasem też i tak, że nie chce się już prowadzić danych zadań i potrzebuje się zmiany otoczenia i pracy. Trafiłam i na taki moment. Po długiej rozmowie szef zgodził się, żebym odeszła, ale warunkiem było znalezienie odpowiedniej osoby na moje miejsce. Takiej, która wszystko „ogarnie”. Długo się zastanawiałam. Chciałam, aby był to ktoś, kto będzie kontynuował już obrany kierunek, zaakceptuje i uszanuje wcześniejszą pracę, a przede wszystkim będzie dobrym i wspierającym szefem dla zespołu.

Już od jakiegoś czasu kręcił się obok jeden chłopak, który chętnie, czy to pytany czy nie, udzielał różnych rad. Najczęściej mojemu głównemu szefowi, na temat tego, jak widziałby pracę mojego działu i co trzeba robić. Taki samozwańczy doradca z dużym parciem na sukces i szkło. Nie był też kimś przypadkowym. Miał swojego patrona, który blisko kolegował się z moim szefem. Informacja dla mnie była jasna – tak czy owak zrobi wszystko, aby zająć moje miejsce. Traktowałam to dosyć lekko i starałam się nie rozkręcać piekielnych wizji przejęcia działu. Moich pracowników, z którymi byłam także blisko mentalnie, przygotowywałam na tę zmianę długo. Widziałam, że tego nie chcą, ale z drugiej strony szanowali mój wybór. Wybór wolności.

W dniu mojej wyprowadzki z biura, następca pojawił się u mnie. Rozglądał się po gabinecie, zagadywał i w końcu zapytał o coś, co początkowo mnie rozbawiło, a z czasem dało mi wiele do myślenia. Że też wtedy nie zapaliły mi się czerwone lampki?!!! Otrzymałam kiedyś w prezencie z Watykanu obraz z błogosławieństwem imiennym od Papieża Franciszka. To było podziękowanie za pomoc bezdomnym. Nigdy się tym specjalnie nie szczyciłam i też nie wiedziałam, co zrobić z takim dowodem uznania. Więc postawiłam obraz gdzieś w rogu biura. Okazało się, że mój następca był bardzo tą pamiątką zainteresowany. – „Słuchaj czy ten OBRAZ też zabierasz?” – „Tak, a o co chodzi?” – „Chciałbym żebyś mi go zostawiła”, – No ale tam jest moje nazwisko” – Nic nie szkodzi. Ja sobie je wymażę i wpiszę swoje”.

Dzisiaj już wiem, że mój Zespół, z którego już dzisiaj nikt prawie już tam nie pracuje, będzie tę zmianę długo pamiętał. Ci, którzy postanowili zostać pod sterami nowego menadżera, skończyli na psychotropach lub zerwali ze mną kontakty, ponieważ jakikolwiek kontakt ze mną, nawet słowo „dzień dobry” skutkowało utratą zaufania i mobbingiem.

W sprawie zachowania nowego SZEFA interweniowały organizacje związkowe i komisja etyki. I nic. Nie pomogły prośby o zmianę. Ludzie czuli się zaszczuci i zmanipulowani prowadzonymi wiecznie nagonkami. Bali się rozmawiać ze sobą, a już najbardziej ze mną. Wszystko co zrobiłam, bez względu jak było cenione i ile nagród zdobyło, zostało zniszczone i zaorane. A cokolwiek złego się zadziało, to była to moja wina. Stałam się w głowie mojego następcy złem wcielonym😊. Spotkaliśmy się kiedyś i widziałam, jak strach i fobie rządzą tym człowiekiem, kompleksy, niskie poczucie własnej wartości. Wszystko to przekładał na pracowników. Wyżywał się na nich.

***

Uważam, że bycie szefem, to nie tylko ścieżka kariery. To nie tylko cel, do którego dążymy. Bardziej misja w życiu zawodowym. Podzielenie się tym, co mamy najlepszego w sobie, czego chcemy nauczyć i dać z siebie innym. Mentoring i leadreship, to modne dzisiaj słowa i chciałabym, żeby były nie tematem do chwalenia się przynależnością do stowarzyszeń i dyplomem na ścianie, ale życiowym darem i najlepszą intencją wobec ludzi. Niestety z mojego doświadczenia wynika, że aby kwalifikować się na czyjegoś przełożonego, należałoby skończyć szkolenie i mieć zdane testy psychologiczne, które będą kwalifikowały do relacji interpersonalnych. Do wzięcia odpowiedzialności za ludzi i cele. A wszystko po to, aby nie wskakiwać od razu na piedestał Boga i rządzić, dzielić, karać i nagradzać, ale być Człowiekiem dla drugiego Człowieka. Być równym, a nie pod- lub nad-Bogiem.

 

 

Agnieszka W Sioła, Fundacja Projekt Szczęście oraz Inkubator Sukcesu, to autorskie inicjatywy fundatorki Fundacji. Na co dzień pisze na swoim funpage’u Agnieszka W Sioła Fundacja Projekt Szczęście o potrzebach kobiet i ich drodze do odzyskania siebie, prawdzie, autentyczności, kobiecości i miłości. Dla Oh Me o świecie intymnym i delikatności wnętrza kobiecego, a także o życiu i o pracy w korporacjach. O tym jak praca dla innych, często ponad nasze siły, wpływa na nasze ciało i życie. Tworzy projekty, które pomagają ludziom dotrzeć do swojej świadomości, akceptacji aby zrozumieć swój cel życiowej podróży. Tworzy przestrzeń szczególnie dla tych, którzy po wyjściu z korpo chcą odzyskać siebie i żyć na swoich warunkach szczęścia. Jej projekty są szczególnym miejscem dla ludzi, bez względu na wiek, którzy po różnych związkach, relacjach i tych rodzinnych, i z pracą i z domem pragną ponownie doświadczyć szczęścia znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi.

Gromadzi wokół siebie szlachetnych i doświadczonych przez życie ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i kompetencjami dla dobra innych, dając unikatowe wartości i szczodrość swojego doświadczenia.


Zdrowie

Po roku już nie było naszego związku. Argument w pozwie? „Oddała się cała firmie. Nie miała czasu dla rodziny. Zmieniła się”

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
6 lipca 2021
fot. Asia-Pacific Images Studio/iStock

Dzwoni twój szef lub woła do siebie, do gabinetu. Najczęściej już mamy stres, bo nie wiemy, o co chodzi. Właśnie dowiadujesz się, że dostajesz zadanie do zrobienia na już, albo na wczoraj. Jakby nagle spadło z nieba. Nie ma wymówek, że masz inne priorytety. Wcześniej obiecałaś coś dziecku, mężowi, przyjaciołom. Trudno. Trzeba odwołać. Pracujesz w korpo, a tu szef jest tylko jeden. Znasz to? 

Zapraszamy na kolejny odcinek cyklu #PracującaDziewczyna!

Pal sześć, gdy siedzimy po nocach i robimy tak, aby na następny dzień okazało się to potrzebne. Bo naprawdę było ważne. A co, kiedy trafia do szuflady? A szef mówi „dobrze, ale priorytety nam się zmieniły”. Wrrrr…

Nie raz zastanawiałam się, dlaczego w korporacji ciągle brakuje czasu i najważniejsze rzeczy są robione na ostatnią chwilę lub wszystko na raz. Tak, jakby był to instrument władzy nad nami, zasługiwania, pokazania, czy się nadajemy i czy sprostamy? Kolejny egzamin do zdania. Przecież to nie jest tak, że nagle jest pomysł i dawaj, zrób to! No chyba, że ktoś nie potrafi zarządzać i ma chaos wokół siebie. Wszystko w korpo ma swoje planowanie, ma kalendarz, czas. Mam wrażenie, że przetrzymywanie projektu do ostatniej chwili, to taki bacik, którym się sprawdza czyjąś lojalność, oddanie i pracowitość. Nie zapominajmy, że korpo to wielka szkoła manipulacji. Każdy, kto ma kontakt z korpo powinien mieć obkutego „Księcia” Machiavellego. Jeszcze dobrze, gdy pod naszą pracą, dobrze wykonanym zadaniem, możemy się podpisać. Zdarza się, że kto inny przypisuje sobie nasz genialny pomysł i rozwiązanie lub uzurpuje sobie do tego prawo.

No więc dostajemy to zadanie z terminem na wczoraj. A co na to my? Oczywiście godzimy się na ten „chory pomysł czasowy”. Godzimy się, bo zależy nam na pracy, stanowisku, uznaniu, pieniądzach. Przecież gramy w jednej drużynie i szefowi trzeba pomóc. Jesteśmy częścią zespołu. Ile z was powie przełożonemu NIE? No nie widzę lasu rąk😊. Tak więc, pokornie bierzemy robótkę do domu i siedzimy przez weekend, noce, aby sprostać wymaganiom zadania. Ten obowiązek nie dotyczy tylko pracowników niższych szczebli, ale każdego, kto pracuje w korpo. Prezesi też mają takie zadania od innych… swoich patronów. O patronach prezesów będzie w innym odcinku.

Jesteśmy w stresie. Dom postawiony na nogi, bo nie można żonie, mamie przeszkadzać. Nie mamy głowy do obiadu. No dobra, niektóre z nas są multizadaniowe to i jeszcze ogarniemy obiad, lekcje dziecka, męża, zakupy. Ale generalnie nasza równowaga i spokój psychiczny jest zakłócony, a czas który planowałyśmy dla siebie i rodziny, uleciał niby powietrze z balonika. Potrzebujemy ciszy i zrozumienia, a czasem rodzina tego nie rozumie. Bo coś innego obiecałaś… Przestajesz być wtedy też miła i wyrozumiała dla wszystkich, bo twój organizm ma już strażników korporacyjnych – strach i stres – dla których musisz wykonać zadanie. Jeszcze myśli w twojej głowie, czy na pewno podołasz i z kim by to z kolegów/koleżanek z firmy skonsultować, czy jest dobrze napisane? Przecież zawsze potrzebujemy czyjegoś potwierdzenia.

Takie zadanie w ostatniej chwili, to niezły sprawdzian dla nas i naszej wytrzymałości na stres i pracę pod presją. Szef jeszcze lubi w czasie weekendu zadzwonić parę razy, aby skontrolować i upewnić się, czy na pewno pamiętasz i czy robisz? No i moje ulubione… Czyli w chwili, gdy wszystko gotowe, dzwoni, że mu się koncepcja zmieniła i ta będzie lepsza. Pod twoim nosem tylko płyną nieme przekleństwa i pomstowania. Obiecujesz sobie, że to ostatni raz… Obiecujesz sobie i rodzinie, że jakoś im to wynagrodzisz.

A co, gdy takie sytuacje zdarzają się permanentne? Zaczynają się zgrzyty z partnerem, że praca jest ważniejsza, że jesteś jednym z tych korpoludków, że nie szanujesz rodziny i nic dla Ciebie nie znaczą? Znaczą. Ale Ty też chciałaś tej kariery, a pieniądze dają tę ulubioną przez wszystkich niezależność, no i zawsze lżej z domowym budżetem. Pieniądze zawsze się miło wydaje, ale w korpo jest coś za coś. Twój czas, oddanie, czasem i poświęcenie rodziny za pracę, awanse i kasę.

Pamiętam, jak dostałam list intencyjny od jednej z wielkich firm. W liście było stanowisko i wysokość wynagrodzenia oraz premie. Pokazałam wtedy mojemu partnerowi. Zapytałam się „czy jesteś tego pewien, że tego chcemy?”, „czy wytrzymasz w domu z menadżerką z taką odpowiedzialnością za firmę, prawie w ogóle mnie nie będzie, a głowę i myśli będę miała 24h na dobę w korpo?”. Odpowiedź była natychmiastowa „Bierz. Tyle kasy i na pewno się sprawdzisz”. Fajnie, że partner wierzy w Ciebie. Pieniądze i stanowisko dają poczucie władzy i wręcz nieomylności. Natomiast jest to pakt za Twój czas i wyłączność. Jesteś dla korpo, nie dla innych. Jesteś już niewolnikiem. Oddajesz siebie i część życia, zdrowia, jesteś dyspozycyjna. Wszystko, czego chcą, MUSISZ, a nie CHCESZ wykonać. Zadania na wczoraj i na przedwczoraj. Jesteś jak żołnierz, który ma wykonać rozkazy, a Twoje uczucia i emocje nie są istotne. Po roku już nie było naszego związku. Argument w pozwie? „Oddała się cała firmie. Nie miała czasu dla rodziny. Zmieniła się.”

Oooo tak. Korpo zmienia ludzi. O tym innym razem. Najbardziej krucho jest właśnie z czasem. Spóźnienia na spotkania lub trzy spotkania na jedną godzinę, bo wszyscy są ważni. Oczywiście, to kwestia poukładania priorytetów, jednak czasem w życiu jest wszystko ważne. I nie raz się żałuje, że się nie ma czarodziejskiego pierścienia Arabelli, który pomagał się przenieść momentalnie w inne miejsce, lub peleryny Rumburaka. Kiedyś kolega siedzący pod moim gabinetem przez dwie godziny, a przyjechał punktualnie, tylko ja się nie wyrabiałam, powiedział „masz helikopter w ogniu.”

Czas jest tym czego najbardziej brakuje. I czasu się nie da cofnąć, zmienić. Przemija, a z nim chwile, których naprawdę chcielibyśmy doświadczyć jak uśmiech dziecka, radość i miłość partnera. Chociaż są tacy, którzy twierdzą, że czas nie istnieje. Ja „znalazłam” czas gdy zaczęłam medytować, układać inaczej swoje priorytety i nie czuć się niezastąpioną. Kiedy zaczęłam kochać siebie i szanować. Zaczęłam dzielić się tym co mam do zrobienia i odmawiać pomysłów z sufitu. Na początku obawiałam się reakcji. Okazało się, że im bardziej ktoś się ceni i kocha siebie, to staje się mniejszym śmietnikiem na potrzeby i chciejstwa innych. Nagle zaczęłam znajdować czas dla siebie i na swoje potrzeby, a życie przestało rzucać we mnie talerzami, gdzie wszystkie chciałam połapać w powietrzu. Dużo od nas zależy i jak siebie traktujemy. Czy żyjemy w strachu przed szefem, czy przyjmujemy na siebie karmę niewolnika i rolę ofiary? Ludzie to czują i wrzucają nam jeszcze więcej, bo wiedzą, że nie odmówimy. A gdzie nasze granice i asertywność? Czy życie jest warte tych pieniędzy i braku czasu dla siebie i najbliższych?

 

 

Agnieszka W Sioła, Fundacja Projekt Szczęście oraz Inkubator Sukcesu, to autorskie inicjatywy fundatorki Fundacji. Na co dzień pisze na swoim funpagu Agnieszka W Sioła Fundacja Projekt Szczęście o potrzebach kobiet i ich drodze do odzyskania siebie, prawdzie, autentyczności, kobiecości i miłości. Dla Oh Me o świecie intymnym i delikatności wnętrza kobiecego, a także o życiu i o pracy w korporacjach. O tym jak praca dla innych, często ponad nasze siły, wpływa na nasze ciało i życie. Tworzy projekty, które pomagają ludziom dotrzeć do swojej świadomości, akceptacji aby zrozumieć swój cel życiowej podróży. Tworzy przestrzeń szczególnie dla tych, którzy po wyjściu z korpo chcą odzyskać siebie i żyć na swoich warunkach szczęścia. Jej projekty są szczególnym miejscem dla ludzi, bez względu na wiek, którzy po różnych związkach, relacjach i tych rodzinnych, i z pracą i z domem pragną ponownie doświadczyć szczęścia znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi.

Gromadzi wokół siebie szlachetnych i doświadczonych przez życie ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i kompetencjami dla dobra innych, dając unikatowe wartości i szczodrość swojego doświadczenia.

Agnieszka W. Sioła