Psychologia Zdrowie

O tym, jak nie zasłużyłam na miłość, ale ją dostałam

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
28 października 2016
 

Ja wiem, po co ja żyję. Sensem mojego życia jest zasłużyć na to, żeby mnie ktoś trzymał za rękę, gdy będę umierał. ”

— Mariusz Szczygieł

W ciągu ostatnich 6 miesięcy nauczyłam się wielu nowych słów: gamma knife, cyber knife, escalowany BEACOPP, dekabrazyna, wlew abvd, eshap, agranulocytoza, i inne równie urocze. Nauczyłam się robić sobie sama zastrzyki i rozpoznawać, kiedy mogę wyjść z domu, a kiedy lepiej zostać w łóżku, bo grozi omdleniem. Nauczyłam się prowadzić auto z jednym sprawnym okiem i biegać na jednej nodze. Przede wszystkim jednak nauczyłam się samej siebie na nowo.

Wcześniej myślałam jak Mariusz Szczygieł – żyję po to, żeby ktoś mnie kochał; żebym nie umierała sama. Przy czym śmierć w myślach miałam zarezerwowaną na bardzo stare lata. I nagle NIESPODZIANKAAAA! Świat ci się wali, a ratować go musisz w pojedynkę. Mój życiowy partner w tej sytuacji nie zrobił niczego, czego nie robiłby wcześniej, ale nagle wymiar zdrady przybrał zupełnie inne proporcje. Nagle ktoś, na kim polegałam przez wiele lat, zadecydował, że za rękę mnie nie będzie trzymał. I co, Panie Szczygieł? Dziesięć lat pracy na darmo? Nie zasłużyłam sobie?

Poczucie goryczy w takiej sytuacji można ciągnąć w nieskończoność. Nawet do rzeczonej śmierci. Można stwierdzić, że żyło się po nic. Przeglądając ostatnio katalog z urnami na prochy i spisując testamenty oraz dyspozycje na wypadek śmierci (bo przezorny zawsze ubezpieczony), uderzył mnie bezsens takiego myślenia. Tak, można żyć w gniewie do końca swych dni, tylko… trochę szkoda czasu. Gdy liczysz dni, nie licz smutków, licz błogosławieństwa! Niech zasłużyłam na miłość i wsparcie mojego męża? A no bo na to nie powinnam nigdy zasłużyć! Takie rzeczy mi się należały niejako z urzędu, skoro się zdecydował się przysięgać mi miłość, wierność, uczciwość małżeńską i co tam jeszcze obiecywał. Zauważyłam jednak, że ludzie lubią używać tak górnolotnych frazesów, gdy chcą zakryć swój brak charakteru i honoru. Człowiek wewnętrznie silny nie musi obiecywać, po prostu żyje tak, by samemu sobie i tym, którzy mu uwierzyli, wstydu nie przynieść. Czyny mówią o nas więcej niż słowa. Ale to, że ktoś nie dotrzymał swojej części umowy, nie świadczy przecież o mnie. A na pewno nie przekreśla reszty mojego życia.

W lodówce czekają na mnie butelki i pojemniki, ponumerowane od 1 do 5, z zapisanymi na nich czarnym flamastrem dniami i godzinami, kiedy mam je otworzyć i zjeść. Czasem dołączone krótkie: „odgrzej w temperaturze do 120 stopni” lub „na patelnię”. To moja koleżanka robi mi zapasy, gdy wie, że czeka mnie kolejna dawka chemii lub innych okropieństw, po których nie mam siły stać na nogach. Przyszła raz w okresie po wlewkach, zobaczyła co i jak, od tej pory jej społeczną misją jest karmienie mnie i dbanie o moją lodówkę.
Do drzwi puka sąsiad, krzycząc od progu: „Pani Justyno, ja Pani może kaloryfery posprawdzam, co? Bo się zimno robi, a u Pani się zapowietrzają…”. Sąsiad minął się kiedyś w tych drzwiach z moim odjeżdżającym do nowej dziewczyny mężem, popatrzył na niego, potem na moją łysą głowę i od tej pory co tydzień dokonuje jakichś napraw, konserwacji, ulepszeń. „A może opony Pani pojechać zmienić na zimę? Boję się o Panią, że mrozy chwycą i Pani do lekarza na letnich pojedzie”.
Na pierwszą wlewkę wiózł mnie mój trener. Chciałam ambitnie sama, taka duża i dzielna, ale chłopu metr osiemdziesiąt nie mogłam się sprzeciwić.
Pewnego dnia przyjechała do mnie szefowa cateringu, który karmi moje maluchy. Szef szefów, jak w „Poranku kojota”. Przerażona, że pewnie coś złego się szykuje, skoro aż taka osobistość do nas się pofatygowała, biegnę do niej i od progu krzyczę: „Ależ coś się stało, Pani Kasiu??”. A ona spokojnie: „A chciałam Panią uściskać i oddać Pani trochę pozytywnej energii i otuchy”. Co też uczyniła.
Jeden z moich przedszkolaków, zasypując mnie znienacka uściskami i całusami, powiedział mi ostatnio: „Kocham Cię Ciociu, wiesz dlaczego? Bo jesteś najpiękniejszą łysą ciocią na świecie!”.
I na żadną z tych rzeczy powyżej wiem, że nie zasłużyłam. Nic a nic od tych ludzi mi się nie należało. Nie jestem pewna, czy ja sama dla nich cokolwiek dobrego kiedyś zrobiłam.
Na miłość, wsparcie, dobre gesty NIE MOŻNA ZASŁUŻYĆ. Trzeba mieć szczęście spotkać ludzi, którzy nam to zaoferują, zupełnie za darmo.
I trzeba wybrać, czy się żyje tylko goryczą i złością na tych, którzy najbardziej nas zawiedli i zranili, czy też decyduje się przyjmować rzeczy pozytywne od sąsiadów, znajomych, dzieci, ludzi dookoła.

Oglądając te w cholerę drogie i nietwarzowe urny uznałam, że mój wybór jest banalnie prosty.


Psychologia Zdrowie

Śmierć i dziewczyna

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
3 listopada 2016
Fot. iStock / SrdjanPav
 

Początek wiersza

Śmierć

(Kto widział od takiego słowa zaczynać wiersz
Nie lepiej od razu
Się powiesić)

Rafał Wojaczek, 1969


 

***

Zasypiałam już i budziłam się w szpitalach. Były wenflony, kroplówki, defibrylatory. Były troskliwe pielęgniarki i, dla równowagi, pięlegniarki z piekła rodem. Byli lekarze wyrozumiali oraz tacy, którym powinni odebrać prawa wykonywania zawodu. Były stosy leków, zastrzyki, jakieś skany i usg. Wszystko było, tak mi się wydawało. I ja to wszystko pamiętałam. Nawet jak na operację szłam, to jakoś pod kontrolą to było i jak się budziłam, to widziałam znane twarze i słyszałam troskliwe głosy. Takie twarze i głosy w jakiś sposób nadają całej sytuacji sens i ustawiają ją w przyswajalnym dla rozumu kontekście.

Dwa dni temu obudziłam się w domu, we własnym łóżku, a jednocześnie nie rozumiałam nic. Na ciele miałam ślady po igłach, napy od elektrod, oznaki ratowania życia i działań medycznych. I zero pamięci z tego, co się stało. Uciekło mi mniej więcej 40 godzin życia. Wyparowało. Nie pamiętałam nic poza tym, że wezwałam ambulans samodzielnie, a potem usiłowałam powiadomić jakichś ludzi z mojego otoczenia, że coś się dzieje. Wydawało mi się, że mam wszystko opracowane na takie okazje, cały system powiadamiania wdrożony. Tylko że zły czas wybrałam sobie na zapaść – długi weekend. Wszyscy z listy podstawowej poza zasięgiem, a na listę rezerwową nie starczyło mi już świadomości.

Jadąc do szpitala, przed zamykającymi się oczami miałam jeszcze wizje, jak wszystko będzie dobrze, na pewno ktoś się zjawi i uratuje, jakiś rycerz na białym koniu albo wróżka chrzestna. W chwili totalnej nieprzytomności umysłu, w ramach latami wyrabianego nawyku, wykonałam nawet serię telefonów do szanownego ex. Szanowny ex miał mnie w szanownym poważaniu. Bo skoro mówiłam nieskładnie, to znaczyło, że żyję, czyli nic istotnego. A ogólnie to przecież wszyscy wiedzą, że jak kobieta traci przytomność, ma zasadniczo tylko na celu odegranie szantażu emocjonalnego.

No więc przytomność i świadomość odzyskałam po 40 godzinach. Rozpoczęłam żmudne wyplątywanie się z diod oraz dokumentacji medycznej, w którą z jakiegoś powodu mnie owinięto. Na dokumentacji zapisano, że żyję, co uznałam za dobry znak. Bezskutecznie próbowałam ogarnąć umysłem, co się działo, co robiłam, co mi robili. I co, do jasnej ciasnej, ci lekarze napisali w tych kartach medycznych! Zrywając kolejne plastry z całego ciała i oglądając kolejne wkłucia i siniaki, myślałam o tym, że jeśli już śmierć ma przyjść, to wolałabym, żeby było jak w „Sensie życia wg Monty Pythona”. Ja surrealistycznie poproszę! Przy obiedzie, w gronie przyjaciół. I żebym jeszcze mogła kostuchę wkurzyć, zanim mnie zabierze.

„Przynajmniej umrze Pani młoda i piękna!” – powiedział mi niedawno 80-letni staruszek na oddziale onkologii.

Pierwsza (i jedyna) rzecz, o którą zapytał mnie dzisiaj mężczyzna, który spędził ze mną 10 lat życia, to czy mogę mu pomóc w sprawie dla niego istotnej.
Pierwsza (i jedyna) rzecz, o którą zapytano mnie w ogóle dzisiaj, to czy zrobię zakupy do pracy.
Dzisiaj, zmywając zaschniętą krew z podłogi koło mojego łóżka (która nie wiem, jak się tam wzięła), walczyłam ze łzami totalnej bezsilności i poczuciem kruchości. I pomyślałam, że ja tam nie chcę umrzeć piękna i młoda. Mam ambicje w tej dziedzinie być pospolita i umrzeć, trzymając wnuki za ręce. Ewentualnie wtulona w jakiegoś pomarszczonego staruszka.

Nikt, naprawdę nikt nie powinien przez coś takiego przechodzić.

Nie, nie umieram jeszcze. Szymborska napisała „Umrzeć. Tego nie robi się kotu”.
A ja mam sześć. Nawet w wydłużony weekend.

Choroby sobie wpiszę w jakiś ciekawszy termin w kalendarzu.


Psychologia Zdrowie

Zrozumieć kochankę

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
26 października 2016

Szanowna Kochanko!
Wytłumacz mi proszę – dlaczego?
Dlaczego decydujesz się na bycie kochanką? Lub inaczej – jestem w stanie zrozumieć ten pierwotny powód: pragnienie szczęścia. Kiedy szukasz i pragniesz miłości, i nagle pojawia się ON. Zwykle obiecuje wiele. Pragnie szaleńczo. Obsypuje komplementami, prezentami, bombarduje uczuciem. Wierzysz, gdy mówi, że na Ciebie czekał. Tego elementu nigdy nie wyszydzałam i umniejszałam, bo to są takie same przyczyny, dla których to my, żony, kiedyś związałyśmy się z tym mężczyzną. Ale my nie wiedziałyśmy o innych kobietach w życiu ukochanego. Z reguły też tego nie akceptujemy. A Ty wiesz – i nadal w to idziesz. Nie mogę już nawet policzyć, ile razy słyszałam historie o małżeńskich zdradach, brak wierności w związkach zdaje się być powszechny niczym katar na jesień. Czy powszechność zjawiska jest i Twoim wytłumaczeniem? Czy wierzysz, że akurat Ty będziesz tą jedną, jedyną, na którą On czekał całe życie? Ale dlaczego tak myślisz, skoro nie tylko Tobie to mówił? Co sprawia, że myślisz, iż to prawda? Dlaczego myślisz naiwnie, że jesteś niepowtarzalna?
Mój mąż miał kilka kochanek. Jednocześnie. Nie mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że poznałam je wszystkie (pod względem ilości jeszcze dwa miesiące temu potrafił mnie zaskoczyć, więc wolę zachować ostrożność), ale uznaję, że poznałam większość. Jak nie osobiście, to wirtualnie, telefonicznie, przez wspólnych znajomych. Świat jest mniejszy, niż nam się wydaje i mam wrażenie, że coraz bardziej kurczy się z każdym rokiem. Kobiety mojego męża, które poznałam, są piękne, wykształcone, z pasjami. Różne. Co nimi wszystkimi powodowało, zastanawiam się? Na każdą znalazł inny „patent”, to fakt – niektórym na początku nie raczył powiedzieć, że ma żonę, innym i owszem. Droga Kochanko, jak mężczyzna Ci mówi, „że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią” i ogólnie to jest w trakcie rozwodu – to przynajmniej zastanów się, czy żona o tym wszystkim wie. Wersja mężczyzny i wersja jego małżonki mogą się w tej kwestii bardzo, bardzo różnić… Ale rozumiem, że wybierasz Jego wersję – tylko że w pewnym momencie widzisz, że mija rok, dwa, dłużej, a Twój Książę się jednak nie rozwodzi. Nie daje Ci to do myślenia?
Albo wiesz, że nie byłaś pierwsza, a może nie jesteś jedyna, że poza żoną są lub były inne – nie zastanawia Cię to? Kochane kobiety, dlaczego tak bardzo rozmieniamy się na drobne?
Droga Kochanko – tak często myślisz, że jesteś jedyna i niepowtarzalna, a On przy Tobie też taki jedyny i niepowtarzalny, ale rozczaruję Cię. Takich historii poznałam też dziesiątki – mężczyzna, który zdradza, szybko wyrabia sobie swój zestaw żelaznych metod postępowania. Chodzisz do miejsc, w których był z inną kobietą (żoną lub kochanką), opowiada Ci anegdoty, które opowiadał innym, daje Ci prezenty w określonych i przewidywalnych sytuacjach. Gdyby kochanki mojego męża mnie słuchały, mogłabym im z wyprzedzeniem powiedzieć, kiedy dostaną prezent albo kwiaty. Zwykle są to momenty bliskości z żoną. Tak jak żona dostaje „nagrodę”, gdy mąż ją zdradzi. Mężczyźni zdradzający, z upływem czasu, są do bólu przewidywalni. Cieszysz się, że dostałaś kwiaty? A wiesz, że on wcześniej opowiadał żonie, że jest z Tobą nieszczęśliwy i tylko ona, jedna, jedyna, prawdziwa…? Znam to z życia mojego i dziesiątek losów poznanych kobiet.
Po jakimś czasie mężczyzna zaczyna do siebie swoje kobiety nieco upodabniać – zwykle są to te same perfumy, kosmetyki, miejsca, wydarzenia. Po dosyć długim czasie życia z facetem seryjnie mnie zdradzającym, mogę powiedzieć, że trochę poznałam też jego kobiety, a one poznały mnie, poprzez niego, nie rozmawiając na temat innych kobiet ani słowa. Dlaczego myślisz, Kochanko, że jesteś wyjątkowa, skoro On zabiera Cię do tych samych miejsc, w których był z żoną, ogląda z Tobą te same filmy, czyta te same książki? Żona, jak się o Tobie dowie, to już wie, że nie jest wyjątkowa, mimo wszystko – ale Ty to wiesz przecież dużo wcześniej i zgadzasz się na to, świadomie? Jak myślisz, co Twój mężczyzna robi, gdy idzie do swojej żony? Co jej mówi? Czy masz świadomość, że tak, jak traktuje Ciebie, może traktować i kogoś innego?
Są to zagadki ludzkiej osobowości, których nie zgłębię. Nie wiem, Kobiety, dlaczego to robimy przede wszystkim SOBIE.
A może sytuacja jest zupełnie inna, może Ty nie chcesz być „na wieki wieków”, ta niepowtarzalna, a jedynie chcesz się dobrze bawić? Chwała Ci! Ale dlaczego moim kosztem, dlaczego kosztem drugiej kobiety, najczęściej nieświadomej sprawy? Dlaczego zgadzamy się krzywdzić inne osoby? Nie uczyła Cię babcia, że nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe?

Droga Kochanko – dlaczego myślisz, że związek budowany od początku na bólu innej osoby oraz na kłamstwie, ma szansę na przetrwanie?

Drogie Kobiety, same sobie nawzajem fundujemy to piekło.