Psychologia Zdrowie

Jak przetrwać chorobę? Poradnik osobisty, w czterech krokach

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 sierpnia 2016
Jak przetrwać chorobę? Poradnik osobisty, w czterech krokach
Fot. iStock / Don Bayley
 

Miało być o śmierci, smutku, zagubieniu. O strachu, który mnie opanowuje coraz mocniej z każdą wizyttą w szpitalu i każdą wziętą tabletką. O utracie kontroli. Ale nie będzie.
Bo mam coś innego, znacznie ważniejszego, do przekazania: mam dużo szczęścia. Cały ogrom.
Czerp z niego i Ty.

Po pierwsze:

Lecz własne problemy problemami większymi. Cudzymi, znaczy się. Tak, mało u mnie sympatycznie – ale poznałam bardzo wiele osób, którym jest znacznie gorzej: są podłączeni do maszyn, deformuje się ciało, zniekształcają emocje, są sami i zgorzkniali. Nie, nie chodzi o to, że cieszy mnie cudze nieszczęście – chodzi o to, że DOCENIAM MOJE SZCZĘŚCIE. Na przykład: tak, ścięłam włosy, ponieważ wypadały garściami – ale mam nadal komplet zębów, rzęs, zdrowe paznokcie, żołądek, etc. Poznałam osoby, które od lat karmione są dożylnie – ja jem normalne posiłki. Tak, smaki mi się osłabiły, ale znaczy, że np. mogę zjeść tajską zupę krewetkową w wersji oryginalnej i nic mi nie wypali w paszczy. Mój guz nie jest złośliwy, co oznacza, że mam szanse na pokonanie go. Niektórzy słyszą tylko wyrok śmierci, mi dano realne recepty na walkę. Ja zakwalifikowałam się na leczenie przez NFZ, a poznałam ludzi, którzy tyle szczęścia nie mieli, co oznacza walkę o wielkie kwoty na ratowanie życia lub wyrok śmierci.

Po drugie:

Inwestuj w ludzi. Nie w sprzęty, osiągnięcia, pracę. Nawet nie w doświadczenia – w ludzi. Trudne czasy pokazują, co w innych siedzi. Znajdź osoby, które są Ci przychylne. Inwestuj jednak mądrze – w tych, którzy mają w głowie właściwe priorytety, w sercach właściwe uczucia, które są dojrzałe i życzliwe Ci.
Ja nie mogłam zrozumieć, jak mężczyzna, który spędził ze mną 10 lat, na wieść o tym, że jestem w szpitalu lub jest ze mną źle i potrzebuję realnej pomocy, może powiedzieć na przykład, żebym skontaktowała się z jego kochankami. Lub że ma wizytę u fryzjera. Człowiek, który opowiadał, że zawsze mogę na niego liczyć, okazał mi najmniej wsparcia.
Ale nagle okazało się, że jest cały sztab ludzi krążących gdzieś dookoła mnie, którzy mogą wszystko rzucić, żeby mi pomóc w sposób namacalny, fizyczny. I jest dużo większy nawet tłum ludzi, którzy nie mogą być ze mną osobiście i mnie trzymać za rękę podczas kolejnych badań czy pilnować, czy biorę leki – ale są zawsze obecni myślą, słowem, wsparciem telefonicznym, mailowym, smsowym. Takiego ogromu pozytywnej energii nie dostałam chyba nigdy od nikogo, jak w ciąglu ostatnich tygodni. To naprawdę wielka sprawa.

Po trzecie:

Problemy tłumacz na swoją korzyść. Szukaj tego „drugiego dna”, tego pierwiastka komizmu i pozytywnego wydźwięku.
Mówią mi: „Ma Pani unikać przeciągów”, ja sobie wyobrażam, jak tłumaczę: „Nie, no ja nie mogę umyć tych okien, lekarz powiedział, że to mnie zabić może”. Oni: „Nie wolno Pani dźwigać”, ja: „Ależ MUSISZ iść ze mną na zakupy, żeby ponieść mi tych pięć par butów, to zalecenie lekarskie!”. Maria Czubaszek mówiła, że jest pesymistką, ale pogodną – ja zdecydowanie jestem optymistką, tylko nieco skwaszoną, staram się więc tą moją wrodzoną pogodę ducha wydobywać spod błota smutnych doświadczeń i lęków.

Po czwarte:

Upraszczaj. Proste jest piękne. Nie baw się w knucie, w kłótnie o nic, w walkę dla dziwnych idei. Jak odrzemy życie z naszych histerii, emocji i przeintelektualizowania, okaże się, że jest mało skomplikowane. Miłość też jest prosta, to my ją komplikujemy. Kocha Cię ten, kto się o Ciebie troszczy i chce Cię chronić, nie wmawiaj sobie, że jest inaczej, bo w czasie trudnej choroby – trudna miłość to za dużo do znoszenia. Toksyczne relacje wyssą z Ciebie resztki sił, potrzebne do walki na ważniejszym polu. Czytaj proste książki, oglądaj filmy z happy endem. Nie zalewaj się cudzymi problemami. Po prostu żyj.

Za stara jestem, żeby umrzeć młodo. Za młoda, żeby umrzeć ze starości. Pozostaje mi tylko dotrwać do wieku, w którym zejście z tego świata nie będzie już takim wielkim faux pas. Np. 77 lat.


Psychologia Zdrowie

Krążyliśmy wokół siebie, coraz mniej ze sobą. Uratowali mnie dobrzy ludzie! O apetycie na zmiany

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
23 października 2016
Fot. iStock / Martin Dimitrov
 

Dzisiaj mam ważną rocznicę, a nawet dwie.

Dwa lata temu, dokładnie, po drugim poronieniu, totalnie chora, z wielką depresją, czytając do poduszki seks-korespondencję mojego małżonka z kochankami (liczba mnoga), łyknęłam wszystkie dostępne mi tabletki nasenne, w nadziei, że zasnę i skończy się ból. Wyratowałam się sama, przytomnie, napędzając na chwilę strachu otoczeniu. Tego dnia, gdzieś między podłogą łazienki a dywanem sypialni, zrozumiałam jedno: to nie COŚ w moim życiu musi się zmienić, to muszę zmienić się JA. To JA mam być zmianą, którą chcę zobaczyć w moim małym świecie. To ode mnie się zaczyna, nie od kogoś innego. Na nikogo nie wolno mi patrzeć w tej przemianie, tylko na siebie. Nie wiedziałam jeszcze jak, ale wiedziałam, że muszę się wyczołgać z mojego łóżka i ratować się, jak tylko się da.

Dokładnie rok później, po raz pierwszy od wielu lat, wyjechałam na weekend sama. Trafiłam na warsztaty samorozwoju do Zakopanego, gdzie poznałam grupę cudownych kobiet, które przez ostatnich 12 miesięcy były dla mnie wsparciem – były obok w najtrudniejszym okresie mojego życia. Ale i najbardziej wyzwalającym okresie. Od tego momentu liczę przełomy w życiu. Rok temu poczułam moc…

Inwestycja w siebie nigdy nie jest marnotrawieniem czasu ani środków. Przez wcześniejsze lata wydawało mi się, że jest wiele ważniejszych tematów i zagadnień: skupiałam się na pracy, na domu, a najbardziej na mężczyźnie, który – pewnie dla równowagi – najbardziej skupiał się na innych kobietach i utrzymywaniu gry pozorów. Im bardziej starałam się zmienić ja, im mocniej zaczynałam się o siebie upominać, dokształcałam, szukałam – tym bardziej skupiał się na kombinowaniu i oszukiwaniu, tym bardziej czuł się zagrożony.

Krążyliśmy wokół siebie, coraz mniej ze sobą. Można było pociągnąć tą sytuację jeszcze pewnie długo, podejmowanie decyzji oraz jasne postawienie sprawy nie należały do mocnych stron mojego partnera – to ja musiałam więc zrobić krok, to ja nalegałam na jego wyprowadzkę, to ja złożyłam pozew o rozwód. Kilkanaście miesięcy ciężkiej pracy nad sobą zajęła mi przemiana z bezwolnej, zahukanej i słabej osoby w kobietę, która w końcu czuje, że ma moc sprawczą w swoim życiu. Byłam bardzo silnie zakochana w moim życiowym parterze i, wbrew bezlitosnym faktom, upierałam się długo, że to dobry mężczyzna – jak wielkim krokiem jest w takiej sytuacji prośba, by mężczyzna sobie poszedł, wiedzą tylko te kobiety, które kochają niemądrze i bez pamięci. Zdecydowałam jednak, że dosyć toksyn i że siebie samą trzeba pokochać bardziej.

Miesiąc po rozstaniu, dowiedziałam się, że mam guza mózgu. Mój świat znowu się załamał – oto sama, słaba fizycznie i poważnie chora. Pierwsza diagnoza mówiła – 3 miesiące życia, bezlitośnie. Potem zaczęto dawać mi trochę więcej miesięcy, ale nie było powodów do optymizmu. Czułam, jak siły ze mnie odchodzą, byłam coraz bardziej zależna od ludzi, z coraz słabszą wolą życia. Gorycz we mnie wzbierała, myślałam „Na tym ma polegać moja wolność?”. Byłam zła, że poświęciłam 10 lat życia człowiekowi, z którym powinnam być najwyżej 5, o ile w ogóle – gdybym miała siłę na radykalne odcięcie się od niego, gdy dowiedziałam się o pierwszych kochankach, miałabym szansę na to, by dzisiaj trzymał mnie za rękę ktoś, kto by mnie kochał. Tak myślałam. Torturowałam się. Torturował mnie też mój szanowny małżonek, który na zmiany mówił, że mnie kocha, a potem, że mam się odczepić, raz płakał w słuchawkę albo w kołnierz, za chwilę krzyczał do mnie i na mnie. Raz był nieszczęśliwy w nowym związku, raz był nieszczęśliwy w starym. Odbijało mu, a mi razem z nim. Powtarzałam sobie, że nic w życiu nie osiągnęłam i nie mam po co tego ciągnąć.

Wtedy dowiedziałam się kolejnej rzeczy – inwestycja w ludzi również nie jest nigdy inwestycją chybioną! Mogę powiedzieć wprost: mnie uratowali dobrzy ludzie! Tacy, którzy do mnie pisali; którzy dzwonili z daleka i odbierali telefony o każdej porze; którzy przejeżdżali setki kilometrów, aby potrzymać mnie za rękę na badaniach albo nakarmić mnie i obdarować domowymi powidłami; którzy włamywali się do mojego domu, gdy za długo nie odbierałam telefonu, ponieważ się martwili. Dobra energia wraca – i jest zaraźliwa! Jeśli nie wierzysz w coś dobrego w Twoim życiu – znajdź wariata, który uwierzy za Ciebie i Cię tym pozytywnym myśleniem zarazi i nie zrezygnuje z Ciebie w najgorszym momencie. Moja roczna inwestycja w zdrowe, dojrzałe relacje z ludźmi zaowocowała tym, że zdecydowałam, by się nie poddawać. Moja dwuletnia inwestycja w siebie i w mój rozwój pomogła mi zobaczyć, że jednak MAM po co żyć!

Stanęłam pewnego dnia przed moją domową biblioteczką i powiedziałam „Nie mogę umrzeć teraz, jeszcze tylu książek nie przeczytałam!”. Wyrzucając resztę pamiątek po moim mężu, myślałam: „Nie mogę teraz umrzeć! Jeszcze nikt mnie prawdziwie, uczciwie i mądrze nie kochał!”. Oglądając zdjęcia mojego przyjaciela z Kanady, krzyczałam: „Nie mogę teraz umrzeć! Jeszcze tylu miejsc nie widziałam!”. Zaczęłam mnożyć powody, dla których muszę żyć: filmy i sztuki, których nie widziałam jeszcze, ludzie, których nie poznałam, lęki, których nie pokonałam!”. Zaczęłam wszędzie widzieć powody do życia, nie do śmierci!

Nadal jest to dla mnie pożyczony czas. Za każdym razem, gdy widzę się z lekarzami, dodają mi kolejne miesiące – a ja śmieję się, że pogłoski o mojej rychłej śmierci są mocno przesadzone i nie rozmawiam w kategoriach innych niż lata, bo po prostu nie zdążę inaczej zrobić tego, co zaplanowałam. Pomiędzy kroplówkami, chemią, kolejnymi zabiegami gamma knife – jeżdżę gdzie się da, oglądam, zwiedzam. Mam zaplanowane bardzo dalekie podróże i po prostu wiem, że tam w końcu pojadę. Pokonałam sama siebie, jeżdżąc na motorze i skacząc ze spadochronem. Znalazłam trenera tak szalonego, że zgodził się przygotować mnie do półmaratonu – i tak pewnego, że w przyszłym roku pobiegnę, że jego wiara momentami starcza dla nas obojga. Negocjuję kontrakt na książkę. Realizuję wszystkie projekty, które odkładałam „na później”. Śmieję się tak szaleńczo, jak nigdy w moim życiu. Oddycham spokojniej niż kiedykolwiek. Zrobiłam sobie na ręku tatuaż z napisem „Survivor”, patrzę na niego co dzień i mówię „Tak jest!”.

Jeśli mam być szczera, to żyję bardziej niż kilka miesięcy temu. Mam świadomość, że mojego jutra może nie być, więc staram się sprawić, żeby moje „dzisiaj” miało jak największe znaczenie. Jestem dumna z siebie, że się wydobyłam z totalnego dołu, że oddzieliłam się od niszczącego mnie mężczyzny, że pozwoliłam rzeczom pozytywnym pojawić się. Pod tym względem moja sytuacja jest lepsza od wielu osób – ja już wiem, że uczuć nie można marnotrawić na złe osoby, a dni marnować na rzeczy, które nie cieszą i nie przynoszą poczucia spełnienia.

Mój rok przełomów. Nieważne, jak długie życie, ale jak przeżyte. A ja wiem, że żyję!

„Uparcie i skrycie, ach, życie, kocham Cię nad życie!”.


Psychologia Zdrowie

Wybaczyć czy odpuścić?

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
5 sierpnia 2016

Wybaczanie zdaje się być obecnie trendy. Gdzie się nie obrócę, czego nie otworzę, tam czytam o tym, jak szybko i łatwo wybaczyć tym, którzy nas skrzywdzili. Albo o tym, jak wybaczenie uwalnia. I że nie ma rozwoju bez przebaczenia naszym wrogom. Nęcą mnie tytuły typu „Jak poradzić sobie z nieprzebaczeniem w siedmiu krokach” lub „Wybacz mu, to proste! Powiemy ci jak”. Rozmaite grupy religijne potrafią całe kazania produkować na temat tego, jak niezbędna to jest sprawa i że jak my nie wybaczymy, to Bóg nam nie przebaczy, czy coś równie pokrzepiającego i motywującego.
I mam z tym problem, a w zasadzie dwa:

Pierwszy – wybaczenie nie jest łatwe ani miłe. To piekielnie trudna sprawa. Szczerze mówiąc, to chyba najtrudniejsza, z jaką przyszło mi się w życiu zmierzyć. Na to nie ma przepisu. Wszystkie te poradniki, zachwalające, że można to zrobić za pomocą kilku prostych posunięć, nie wiedzą, o czym piszą. Im bardziej nas zraniono, tym większy problem mamy z przebaczeniem.

Drugi – słowo „wybaczam” oznacza, że druga strona wyraziła skruchę. Jak możemy wybaczyć komuś, komu przez gardło nie przeszło „przepraszam”? Moje „wybaczam” to reakcja na czynny żal drugiej strony! Tego elementu brakuje mi najczęściej w tych wszystkich cudownych poradach i kazaniach. Jak ktoś do mnie nie przyjdzie i nie poprosi, żebym mu wybaczyła, to jak mogę to zrobić?

Bo często to mylimy i uważamy za synonimy: wybaczenie komuś a odpuszczenie mu win. Przebaczam – gdy uwalniam drugą stronę. Odpuszczam – gdy chcę uwolnić SIEBIE; gdy stwierdzam, że już nie chcę, by dręczył mnie gniew i rozpamiętywanie, gdy – jak ujął to chyba Hemingway – nie zamierzam już mścić się na moim zdrowiu za cudzą głupotę.

Co śpiewają małe (i ciut większe) dziewczynki w Polsce najczęściej, gdy chcą się wzmocnić? „Mam tę moc, mam tę moc, mam tę moooooc”. A jak brzmi ta pieśń w oryginale? „Let it go, let it go, let it gooooo”, „Odpuść sobie”, trzaśnij drzwiami i odetnij się od tego. To jest moja praca nad sobą – umiejętność zamknięcia bolesnego rozdziału. Wyrzucam z mojej głowy wszelkie złe myśli, które mnie ograniczają, trzymają niczym kula u nogi. To moja własna, prywatna bitwa z moją głową.

Wybaczenie – to praca z drugą osobą. To ona decyduje, czy chce, by jej wybaczyć, czy ma świadomość podłości i okrucieństwa lub totalnej głupoty, którą zrobiła. To ona musi powiedzieć „przepraszam”. Dopiero wtedy ja decyduję, czy wybaczam. Jeśli wcześniej nie odpuściłam, to pewnie nie będę potrafiła wybaczyć…

Przepraszanie musi być ważnym elementem rozwoju i nie każdego na nie stać. Nie bez przyczyny we wszelkich terapiach taki nacisk stawia się właśnie na to – ale np. w najsłynniejszym programie 12 kroków wychodzenia z uzależnień, gotowość do przeproszenia i zadośćuczynienia tym, których się skrzywdziło, to dopiero krok 8! Bo dopiero ludzie świadomi tego, jak zniszczyli swoje życie, są w stanie uznać, że po drodze mogli je zniszczyć także innym. A jedynie nieliczni są w stanie szczerze, prawdziwie przeprosić – i ponieść ewentualne konsekwencje swoich czynów. Potrzeba dojrzałego, odpowiedzialnego za siebie człowieka, żeby umial się przyznać do błędu. „Przepraszam” – małe, trudne słowo, które oznacza „źle zrobiłem, przykro mi, więcej tego nie zrobię”.
I potrzeba dojrzałego, współczującego człowieka, żeby umiał wybaczyć, kiedy ktoś go o to prosi.

Mojej wielkości lub małości nie mogę na razie zmierzyć. Za to dotarłam do punktu, w którym mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że odpuściłam paru osobom. Zatrzasnęłam drzwi i już nie wrócę. Moje blizny urosły razem ze mną, ale już nie bolą. Odrobiłam moje lekcje.

Najważniejsze, to wyciągnąć wnioski. Nawet jeśli nie możesz w tej chwili wybaczyć – odpuść, przede wszystkim sobie. Reszta się ułoży.

„Przebaczaj swoim wrogom, ale nigdy nie zapominaj ich nazwisk”.
John Fitzgerald Kennedy