Kuchnia Zdrowie

Czy żywność „light” jest „light”?

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
20 października 2016
Czy żywność „light” jest „light”?
Fot. iStock / lechatnoir
 

W obecnych czasach na rynku pojawiło się bardzo wiele produktów oznaczonych kuszącym dopiskiem „light” – przetworów mlecznych, majonezów, napojów. Chętnie je wybieramy w nadziei, że są lepsze dla naszego zdrowia i figury niż ich tradycyjne odpowiedniki. Ale czy hasło to rzeczywiście coś znaczy? Czy jest jedynie hasłem marketingowym? Czym tak naprawdę jest żywność „light”?

Zgodnie z przepisami prawa, producent może umieścić na etykiecie słowo „light”, „lekki” bądź „o obniżonej zawartości”, tylko wtedy gdy obniżenie zawartości wybranego składnika produktu
wynosi co najmniej 30% w porównaniu z produktem tradycyjnym. Oświadczeniu temu musi towarzyszyć wskazanie właściwości, które sprawiają, że środek spożywczy staje się produktem „lekkim”, np. twarożek o smaku waniliowym light marki X zawiera o 40% mniej tłuszczu niż twarożek waniliowy marki Y.

Zmniejszenie zawartości dotyczy zwykle cukru lub tłuszczu, co przekłada się na zmniejszenie wartości energetycznej produktu. Cukry często są zastępowane słodzikami o znikomej kaloryczności, dzięki czemu porcja napoju typu cola light (200 ml) dostarczy nam tylko 1 kcal, podczas gdy wersja podstawowa tego napoju aż 86 kcal. Znacznie mniej kaloryczne są też odtłuszczone majonezy light.

– 1 łyżka majonezu lekkiego (15 g) dostarcza od ok. 50 do 70 kcal, a taka sama ilość wariantu pełnotłustego – ponad 110 kcal. Trzeba mieć jednak na uwadze, że wybierając produkt „light”, osiągniemy korzyść tylko wtedy, gdy rzeczywiście spożyjemy go tyle, ile zjedlibyśmy podobnego, bardziej słodkiego lub tłustego. Jeśli zjemy go więcej, bilans kalorii będzie podobny. To samo stanie się, jeśli obok porcji produktu „light” zjemy więcej innych produktów. Po prostu wydaje nam się, że jeśli spożywamy produkty o niższej zawartości kalorii, to wolno nam zjeść ich więcej lub też zjeść więcej innych produktów.

Nie utożsamiajmy ponadto słowa „light” z „lepszy”. Na przykład serek śmietankowy light, z deklaracją producenta „40% mniej tłuszczu niż w produktach podobnych”, zawiera 11 g tłuszczu w 100 g, podczas gdy w wielu innych serkach w kubeczkach (bez oświadczenia „light”) zawartość tego składnika jest znacznie niższa. Warto zwrócić też uwagę, że na sklepowych półkach znajdziemy margarynę do kanapek „light” o zawartości tłuszczu 30% tuż obok margaryny o zawartości tłuszczu 20%, bez podobnego oświadczenia, a w dodatku z niższą ceną. Poza tym tłuszcze tego rodzaju mają rzeczywiście bardzo niską wartość kaloryczną (270-390 kcal) w porównaniu z tradycyjną margaryną lub masłem (740 kcal).

– Zanim umieścimy produkt „light” w zakupowym koszyku, uważnie przeczytajmy jego etykietę oraz etykiety podobnych artykułów i je porównajmy. Wybór nasunie się sam – radzi dr Agnieszka Jarosz, ekspert z Instytutu Żywności i Żywienia. – 30% mniej nie zawsze oznacza mało. Np. ciasto francuskie light, nadal będzie tłustym ciastem. Poza tym oświadczenie „light odnosi się zwykle do jednego składnika. Bardzo często spotykamy np. jogurty light, które zawierają mniej tłuszczu niż inne, ale tę samą, wysoką ilość cukru. W tym przypadku lepszym wyborem będzie jogurt naturalny o zawartości tłuszczu do 2% i porcja świeżych owoców niż słodzony, aromatyzowany produkt light. W niektórych jednak przypadkach, jeśli chcemy zrzucić zbędne kilogramy, czasami lepiej zrezygnować z takich produktów. Mimo obniżonej kaloryczności dalej są one źródłem zbędnych kalorii. – dodaje dr Agnieszka Jarosz.

Produkty „light” lub „lekkie” mogą, ale nie muszą, być dobrą alternatywą dla swoich tradycyjnych odpowiedników. Przykładowo: czekolada o obniżonej zawartości cukru, która ciągle ma dużo tłuszczu, albo krakersy o obniżonej ilości tłuszczu, które nadal zawierają dużo soli. Kupujmy produkty „light”, ale zawsze po uważnym przeanalizowaniu etykiety. Miejmy też na uwadze, że produkt „light” nigdy nie będzie panaceum na problem nadwagi i otyłości. Niektóre tego typu produkty, jedzone w rozsądnych ilościach, mogą nam jedynie nieco pomóc w zrzuceniu niechcianych kilogramów.

linia 2px

Zachowaj Równowagę to realizowany przez Instytut Żywności i Żywienia projekt edukacyjny, którego pełna nazwa brzmi: „Zapobieganie nadwadze i otyłości oraz chorobom przewlekłym poprzez edukację społeczeństwa w zakresie żywienia i aktywności fizycznej” (2011–2016). Projekt jest współfinansowany przez Szwajcarię w ramach Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy (SPPW) z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej. Jego całkowity budżet wynosi 5 294 000 CHF, z dofinansowaniem strony szwajcarskiej w wysokości 4 500 000 CHF (85% kosztów) i z budżetu Ministerstwa Zdrowia (15% środków). Partnerami projektu są: Akademia Wychowania Fizycznego w Warszawie, Polskie Towarzystwo Dietetyki i Instytut „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

Więcej informacji na temat projektu Zachowaj Równowagę na stronie: www.zachowajrownowage.pl

Więcej informacji o Szwajcarsko-Polskim Programie Współpracy na stronie: www.programszwajcarski.pl

Aplikacja mobilna Asystent Zdrowego Żywienia do pobrania za darmo na telefony z systemem Android: http://bit.ly/zachowajrow oraz z systemem iOS: http://apple.co/2doXTUX


Kuchnia Zdrowie

„To jest piekło na ziemi. Dla nas obu”. O tym, jak za czyjąś śmierć można kupić nowe życie, życie po przeszczepie

Anika Zadylak
Anika Zadylak
20 października 2016
"To jest piekło na ziemi. Dla nas obu". O tym, jak za czyjąś śmierć można kupić nowe życie, życie po przeszczepie
Fot. iStock / SolStock
 

 Mama Agnieszki oczekującej na przeszczep: – Powiem ci co jest najstraszniejsze zaraz po bezsilności. To, że czekam, że modlę się o czyjąś śmierć, po to żeby moje dziecko mogło żyć. Ktoś, kto nie miał z tym nigdy do czynienia, powinien los błagać na kolanach, żeby nigdy go to nie dotyczyło. Każdego dnia, od świtu do nocy, wpatruję się w telefon i zaciskam pięści aż do krwi licząc na to, że zadzwonią z poltransplantu.  Że  usłyszę słowa, na które czekam. I za to czekanie się nienawidzę jednocześnie. Bo gdy ja będę się cieszyć życiem mojego dziecka po przeszczepie, inna matka łamiąc się z w pół z bólu, będzie szła za trumną swojego. Nie wiem, co gorsze. Czekać tak jak ja, czy, choć jeszcze bije serce, podpisać zgodę o odłączeniu i pobraniu narządów. Jestem matką z tej pierwszej strony barykady. Od ponad 16 lat czekam na serce dla mojej córki. Ale czy chciałabym być matką, która po tej drugiej stronie słysząc słowa o śmierci mózgu, jednocześnie słyszy jeszcze te inne, straszniejsze: czy odda pani organy swojego dziecka, by uratować kilka innych istnień?. To jest piekło na ziemi. Dla nas obu.

Z badań przeprowadzonych w październiku 2015 roku wynika, że 55 proc. Polaków świadomie zgadza się na pośmiertne dawstwo narządów, niestety jedynie 20 proc. z nich rozmawiało na ten temat z bliskimi. Choć prawo pozwala na pobranie narządów, jeśli dawca nie wyraził sprzeciwu za życia, rodziny często nie wyrażają takiej zgody, a w wyniku złożenia pisemnego oświadczenia przez dwie osoby, w którym potwierdzą, że pacjent za życia nie zgadzał się na przeszczep, operacja nie może być przeprowadzona. Tym ważniejsze jest jasne zakomunikowanie własnej woli oraz noszenie przy sobie oświadczenia, które potwierdza gotowość do bycia dawcą.( źródło )

 Mama Wojtka, 18 latka, zmarłego tragicznie w wypadku samochodowym: – Co mnie najbardziej zabolało? Gdy Wojtek jeszcze wg mnie żył, bo miał ciepłe ciało, bo oddychał przez respirator, bo jego serce jeszcze biło, a za plecami już słyszałam oskarżenia. Że jak ja tak mogę, że przecież podtrzymują go przy życiu sztucznie, mózg już nie funkcjonuje, a inni czekają. Przepraszam wszystkich bardzo, ale co mnie wtedy ci inni obchodzili? To był nasz jedyny syn, dobrze się uczył, grzeczny, uczynny, nasza duma. Zawsze wiedzieliśmy, że krzywdy na starość z mężem nie zaznamy, bo syn nam pomoże, zaopiekuje się nami, tak jak my nim przez całe dzieciństwo. Na medycynę się wybierał po liceum, chciał być chirurgiem przez co nieraz w domu rozmawialiśmy o sytuacji, jaka nas w końcu spotkała. Zawsze powtarzał, że nawet by się nie zastanawiał i oddał co tylko możliwe, żeby uratować kogoś innego. Że w piachu do niczego mu to potrzebne już nie będzie, że tu na ziemi mógłby tym gestem, zrobić jeszcze jeden ostatni uczynek. Podzielaliśmy jego zdanie, przytakiwaliśmy, bo łatwiej kiedy cię to bezpośrednio nie dotyczy. Cieszyliśmy się, że mamy tak mądrego syna, z tak dobrym sercem. I teraz mam to jego serce komuś oddać? To był zwykły dzień, ja w pracy, mąż miał wyjazd służbowy, a Wojtek był w szkole. Dużo nauki, bo matura za pasem, dlatego zaraz po lekcjach gonił do biblioteki. I wpadł pod rozpędzone auto. Świadkowie relacjonowali, że uderzenie było tak silne, że syn poleciał kilkanaście metrów, zatrzymał się dopiero przy chodniku. Gdy dostałam telefon do biura, jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak jest źle. Może nie chciałam?

Rozmawiano ze mną szczerze, od samego początku. Pamiętam tylko, że jak już lekarze przestali mówić o zbyt licznych obrażeniach, o braku szans na kolejne operacje, o zmiażdżonej wątrobie, o krwotokach, o masie innych nie rokujących objawów, zadałam jedno pytanie. Dlaczego, mówią o moim dziecku tak, jakby już nie żyło. I usłyszałam, że z medycznego punktu widzenia tak niestety jest. Ale ja byłam matką, która dotykała jego ciepłej dłoni, widziała na aparaturze bicie jego serca, wydawało mi się nawet, że lekko się poruszył. Nie miałam medycznego punktu widzenia, tylko swoje – kogoś kto kocha ponad wszystko. I ponad wszystko wierzy, że on z tego wyjdzie.  Gdy przyjechał mąż, wykrzyczałam mu, że oni oczekują, że zabijemy Wojtka. A on  przecież żyje i  przecież zdarzają się cuda. Bo kto jak nie my, kto jak nie matka i ojciec ma wierzyć do końca. Mąż milczał, przełykał łzy i nic nie mówił. Widziałam przez szybę, jak przytakiwał ordynatorowi. W nocy, przy łóżku syna, odbyliśmy najcięższą w moim życiu rozmowę. Słuchałam, co mąż do mnie mówi, o tym, żeby uszanować wolę Wojciecha, że nasz syn i tak zostanie w końcu odłączony od aparatury.  Że jeszcze jest szansa zrobić coś pięknego. A ja patrzyłam na niego i myślałam: „Jak możesz! Jak możesz mówić o pięknie, gdy twój jedyny syn odchodzi”. Powiedziałam mu wtedy, że powinien się wstydzić, bo Wojtuś na pewno nas słyszy i cierpi, że własny ojciec już za życia go uśmiercił i jeszcze chce, żeby go pokroili i wyciągnęli z niego co się da. Dla obcych nam ludzi. Mąż nie wytrzymał, wyszedł. Znalazłam go na parkingu w aucie. Płakał tak, że cały samochód się trząsł. Nie wiedziałam, co zrobić, nigdy nie widziałam go w takim stanie. Nie wiedziałam, że mój opanowany, dorosły mężczyzna potrafi tak płakać.  Krzyczał do mnie, że jestem bez serca, że jak mogę mu zarzucać coś takiego, że nie tylko ja cierpię. I żebym na chwilę postawiła się na miejscu tej drugiej matki, tej, która ma jeszcze szansę na ratunek dla swojego dziecka. – Anka, zrozum. Nasz Wojtek umarł, zabił go ten drań wtedy na ulicy. Ale jego serce może bić jeszcze wiele lat w kim innym, jego płuca, mogą dać komuś upragniony oddech. Przecież on też tak bardzo tego chciał.

Zgodę na pobranie narządów podpisaliśmy nazajutrz, po 10 rano. Przyszła komisja stwierdzająca śmierć pnia mózgu. Zbadano wszystkie odruchy, trwało to bardzo długo. Wszystko sprawdzano po kilka razy, rzetelnie, spokojnie i dokładnie. Patrzyłam i nadal wierzyłam, że nagle otworzy oczy, że powie do mnie: „Nie płacz już mamo, wszystko będzie dobrze, jestem tu, żyję”. Gdy zabierano go na blok operacyjny do zespołów pobierających narządy poprosiłam o chwilę dla siebie i męża. Prosiłam mojego ukochanego synka o wybaczenie. Czułam się jak morderca, a nie jak matka, choć rozum podpowiadał, że robię dobrze, że on też by sobie tego życzył. Potem wyszłam ze szpitala, stawiałam krok za krokiem, myślałam o tym, że za kilka dni będę go odprowadzać. Że za kilka dni zakopią go w głębokim dole i wszystko się dla mnie skończy. Nawet przez ułamek sekundy, nie myślałam, że ratuję swoją decyzją innych ludzi. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Dziś, pięć lat od tamtego czasu, patrząc na zdjęcia Wojtusia podchodzę do tego trochę inaczej, lżej. Zastanawiam się kim jest człowiek, który oddycha jego płucami. Jak się miewa ten, który nosi jego dobre serce. Czy chciałabym wiedzieć, poznać tych ludzi? Chyba nie, chyba jednak jeszcze zbyt wiele we mnie żalu, takiego matczynego. Bałabym się, że zobaczę w tych ludziach dziecko, które straciłam. A skoro już podjęłam taką decyzję o oddaniu organów, chciałabym żeby żyli spokojnie, byli szczęśliwi. Tak jak kiedyś mój syn.

Mama Agnieszki, oczekującej na przeszczep: – Nie wiem jak nazwać uczucie, które mnie ogarnęło, gdy w końcu zadzwonił ten najważniejszy telefon. Radość? Tak, ale przemieszana z takim jakimś smutkiem i żalem. Bo jak się cieszyć tak do końca, kiedy wiem, że tam teraz jakaś matka, potwornie cierpi, czuje ból nie do zniesienia. Czy chciałabym jej podziękować za życie dla mojej córki? Podziękować – to słowo wydaje mi się teraz takie przerażające. Bo to tak, jakbym była wdzięczna za to, że straciła to co dla matki najcenniejsze. Jakbym cieszyła się ze śmierci jej dziecka. Na pewno całe życie będę czuła wdzięczność. Za jej odwagę, za decyzję, dzięki której moja córka niedługo będzie mogła wyjść na swój pierwszy od lat spacer. A w Święto Zmarłych zapalimy świeczkę i będziemy myśleć o człowieku, który stał się teraz częścią naszej rodziny. Bo to jego serce bije w piersi mojej Agnieszki.


Kuchnia Zdrowie

Moja siostra, mój wróg

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
20 października 2016
Moja siostra, mój wróg
fot. iStock/ webphotographeer

Choć czasami wkurza, podbiera ciuchy i kosmetyki, upierdliwa być potrafi (zwłaszcza ta młodsza) i nie jeden raz poleci ze skargą do rodziców, to siostra jest jedną z najważniejszych i najbliższych nam osób na świecie – a przynajmniej tak właśnie powinno być. Niestety, nie w każdej rodzinie relacje między rodzeństwem układają się tak, jak chcemy. „Moja siostra? Mój największy wróg” mówi szczerze i otwarcie Marlena.

„Za każdym razem, gdy widzę na Facebooku posty w stylu „moja siostra jest wspaniała, kocham ją nad życie, udostępnij jeśli też tak uważasz”, zastanawiam się, czy to jest w ogóle możliwe, taka więź z rodzeństwem. Nigdy tak nie miałam, dla mnie to science fiction jakieś” – zwierza się Marlena i zaczyna swoją opowieść. „Mam młodszą o trzy lata siostrę. To nie jest duża różnica wieku, więc powinnyśmy się całkiem nieźle dogadywać, przyjaźnić, ale to chyba ostatnia rzecz o jaką można nas podejrzewać. Nie wiem dokładnie, kiedy to się zaczęło, a może raczej kiedy ja zaczęłam zauważać, że traktowana jestem jako ta gorsza. Od zawsze w domu słyszałam „Madzia to, Madzia tamto, zostaw, to dla Madzi”. Pieprzony Madziocentryzm zapanował, wszystko kręciło się wokół niej.

Ja byłam zawsze ta brzydsza, z dużymi uszami po rodzinie ojca, piegami na nosie i w okularach. Madzia wyglądała jak aniołek – loczki, duże niebieskie oczy, uszy w normalnym rozmiarze i słodki głosik. Matka była w niej po prostu zakochana i robiła wszystko, by małą córeczkę zadowolić. To nie było tak, że mnie zaniedbywała, nie kochała albo zupełnie lekceważyła – po prostu zawsze Madzia była na pierwszym miejscu, pierwsza wybierała, decydowała, zawsze to ona była poszkodowaną w naszym konflikcie, a ja sprawcą. Wystarczyło, że tupnęła nóżką, zrobiła buzię w podkówkę lub uroniła kilka łez, a już sytuacja odwracała się na jej korzyść i pod jej widzimisię. Ja byłam tą córką od pomagania i domowych obowiązków, a ona od recytacji wierszyków na imieninach, śpiewania kolęd i robienia słodkich minek rozczulających rodzinę. Taki trochę Kopciuszek ze mnie.

Niewiele się zmieniało w miarę naszego dorastania. Magda stała się wredną, rozpuszczoną nastolatką, której w głowie były same rozrywki. Nauką w ogóle się nie przejmowała. Ja ślęczałam nad książkami i wkuwałam materiał do matury, ona robiła makijaż, uciekała na dyskoteki i randkowała z chłopakami – próbowała nawet podrywać moje ówczesne sympatie. Ojciec nieco przejrzał na oczy, chciał ją zdyscyplinować, ukrócić jej zabawy, ale mama zawsze jej broniła, kryła ją i usprawiedliwiała. Nawet oblana matura Madzi nie zmieniła jej nastawienia – to komisja się uwzięła, nauczyciele byli źli, biedna Magdusia!

A Magdusia nic sobie nie robiła ze swojej porażki, nie przejmowała się swoją przyszłością, bo znalazła nowy sposób na życie – bogate zamążpójście. Zawsze mnie intrygowało, jak to jest, że takie osoby jak ona spadają na cztery łapy, że tak olewając życie, zasady dookoła, rodzinę, można się dobrze ustawić. A może właśnie z tego powodu można?  Tydzień po moim zakończeniu studiów bawiłam się na weselu młodszej siostry – bajecznym oczywiście, który kosztował rodziców fortunę, ale co tam, Madzia tak chciała. Ja – pół roku później – musiałam zadowolić się skromnym obiadem w restauracji, za który zapłaciliśmy z mężem z własnej kieszeni.

Gdy po kilku latach prób i skorzystaniu z in vitro udało mi się w końcu zajść w ciążę, Magda w tym samym czasie poroniła swoje drugie dziecko. Usłyszałam wtedy od mamy, że mogliśmy się trochę powstrzymać z tym rozmnażaniem, Madzia tak bardzo cierpi. Ryczałam przez trzy dni i przez kilka tygodni nie kontaktowałam się z rodzicami, bo jej słowa zabolały mnie równie mocno, co cios prosto w twarz. Mąż mnie pocieszał, a teściowa okazała się ogromnym wsparciem – jej opieka i zainteresowanie zastąpiły mi czułość i troskę prawdziwej matki. Pogodziłam się już z tym, że w mojej rodzinie istnieją wnuki i nadwnuki – z mężem żartujemy nawet, że nie dość, że rząd uważa nasze dzieci za te drugiego sortu (bo z in vitro), to nawet babcia ma to samo zdanie (bo nie od Madzi).

Moja siostra to leń patentowany, który potrafi okręcić sobie wszystkich wokół palca, a swoimi fochami i humorami zmusić ich do tego, by tańczyli tak, jak im zagra. Nie przepracowała porządnie nawet tygodnia, a robi z siebie męczennicę, wiecznie zmęczoną i zajętą. Jej dzieci wychowuje oczywiście moja mama – oficjalnie nazywa się to pomaganiem w opiece. Z moimi synami babcia została może ze dwa razy na kilka godzin – bo przecież ona nie ma ani sił, ani czasu. Jak widać chęci też nie. Wątpię w to, że kiedykolwiek zmienią się moje stosunki z siostrą. Już teraz widujemy się tylko na rodzinnych imprezach, dzwonimy do siebie bardzo rzadko – najczęściej to Magda kontaktuje się, gdy potrzebuje pomocy.

Obiecałam sobie, że nigdy nie dopuszczę do tego, by moi chłopcy zaczęli się nienawidzić, by jeden poczuł się faworyzowany, lepszy – jak na razie z radością patrzę na ich relacje i to, jak się o siebie troszczą, jak dbają o siebie nawzajem i po prostu kochają. Boli mnie to, że nie poznałam tych uczuć na własnej skórze, bo wiem, że straciłam coś wyjątkowego, ważną relację, może nawet część siebie, ale nie umiem już niczego zmienić w stosunkach z siostrą. Być może jest już na to zbyt późno.”

Zapisz

Zapisz


Zobacz także

5 wskazówek dla bliskich osób z zaburzeniami psychicznymi. By żyło się lżej

6 warzyw, które mają więcej wartości ugotowane, niż surowe

8 przekąsek na „dobranoc”, które pomogą ci zasnąć