Zdrowie

Byłam na warsztatach u dr Iliany Ramirez. Teraz wiem, dlaczego nie umiem odpoczywać i co robić, kiedy się wkurzam

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 lipca 2022
 

Zamykam oczy i czuję się, jakbym była idealnie pasującym puzzlem. Jednością ze światem. Na mojej skórze rozchodzi się ciepło, a wiatr delikatnie muska moje ciało. Jest lekko chłodny. A ja rozpływam się i jest mi dobrze. Niczego nie muszę. Moje mięśnie nie są już napięte. Moja twarz się rozluźnia. Gardło, kolana, stawy… Czuję ciepło, które rozlewa się po moim brzuchu. Jestem szczęśliwa”, opowiada mi Aldona, moja partnerka podczas warsztatów u dr Iliany Ramirez „Nervous System Management, czyli Zarządzanie System Nerwowym”, które w lipcu odbywały się w Warszawie.

Siedzimy naprzeciwko. Dostałyśmy zadanie, by przypomnieć sobie sytuację, w której byłyśmy naprawdę szczęśliwe i opowiedzieć, co wtedy czuło nasze ciało. Dla mnie zadanie jest trudne, bo w pogoni za codziennością, tak naprawdę nie często o nim myślę.

Wstyd się przyznać, ale zapominam, że mojemu ciału czasem chce się pić i jeść. Jak zaczynam pisać i skupiam się na pracy, zdarza mi się zamierać na pięć godzin i nagle – już wieczorem – „budzić się” jakby do życia. W czasie tych pięciu godzin nie chodzę do toalety, nie piję herbaty, nie jem. Może jestem w mniejszości, ale skupianie się przychodzi mi od zawsze bardzo łatwo. Oczywiście, że moi pracodawcy bardzo to zawsze lubili. Gorzej czuło się moje ciało.

Bo ja lubię się nakręcać

Pracując w parze z Aldoną, opowiadam jej, że bardzo nie lubię i nie potrafię odpoczywać. To mnie cholernie nudzi i irytuje. Najlepiej czuję się poza tzw. oknem tolerancji, czyli powyżej optymalnego poziomu pobudzenia. Jak to wytłumaczyć? Przez lata pracy jako dziennikarka nauczyłam się funkcjonować w dużych pomieszczeniach, w tzw. open space, gdzie zawsze było gwarno. Dziennikarze rozmawiali przez telefon, umawiali się na wywiady albo przeprowadzali je przy biurkach. Pracowałam w redakcjach zazwyczaj pod presją czasu, w tygodniach i dziennikach. Mój system nerwowy przywykł do dużego pobudzenia. Zawsze lubiłam tę adrenalinę. Dopiero kiedy przyszła pandemia musiałam się nauczyć żyć w spokoju i przyznam, że wcale – po ponad dwudziestu latach pracy dziennikarskiej – nie było to dla mnie łatwe.

Kiedy to opowiedziałam Aldonie, ona spojrzała na mnie i usłyszałam: „Może twoja głowa lubi być w tej strefie adrenaliny i dużego podniecenia. To widać po tobie. Wydajesz się nieskupiona. Wiercisz się podczas medytacji. Ale twoje ciało nie lubi tego pobudzenia”.

Na początku nie zrozumiałam tego, co mówiła do mnie moja współtowarzyszka. A ona kontynuowała: „Wyobraź sobie, że cały dzień sprzątasz, szorujesz okna i tak dalej. Twoja głowa czuje się świetnie, ale twoje stawy i kolana już nie. Czują się po prostu przemęczone. Albo inna sytuacja: kiedy twój mózg długo pracuje na najwyższych, odcinasz się od swoich emocji. Nie wiesz, czy jesteś zmęczona, czy ktoś zrobił ci przykrość, nie rozpoznasz tego, czy chcesz sobie popłakać dziś, czy może iść na spacer przez pola… ”.

Może to zabrzmi dziwnie, ale te słowa Aldony były dla mnie prawdziwym odkryciem. Pomyślałam więc sobie, że podczas warsztatów u Iliany Ramirez dzieją się cuda!

Bo ona lubi zamierać w smutku

Aldona też opowiedziała mi swoją historię. Okazuje się, że ona zawsze była dość nieśmiałym dzieckiem, które nie lubiło wystawiać się na publiczną ekspozycję. „Nawet takie warsztaty jak dziś są dla mnie stresem”, opowiada. „Dlatego najbardziej lubię być poza tzw. oknem tolerancji, ale tam na dole, gdzie nic się nie dzieje, gdzie panuje cisza, bezruch i gdzie mogę na spokojnie zatopić się w swoich smutkach i nic nie robić”.

Otworzyłam ze zdumienia szeroko oczy: „Jak to lubisz być w tej koszmarnej nudzie? Nie szkoda ci na nią czasu?”, spytałam.

Aldona odpowiedziała: „Coraz częściej szkoda. Dlatego coraz rzadziej sobie na to pozwalam. Ale raz na jakiś czas puszczam sobie smutną muzykę, np. Shade i zasłaniam okna. Czuję się wtedy idealnie.

„A jak się wtedy czuje twoje ciało?”, spytałam.

„Fatalnie, bezruch sprawia, że tracę energię. Dlatego długie przebywanie w tym stanie, nie jest dla nikogo wskazane”, powiedziała.

Kiedy podeszła do nas dr Iliana Ramirez, zaczęłyśmy odpowiadać o swoich odczuciach. Iliana, która celowo pracuje w małych grupach, by mieć czas na indywidualne rozmowy podczas dwudniowych warsztatów, powiedziała do Aldony: „Widocznie tak dobrze czujesz się poza oknem tolerancji, czyli poniżej optymalnego poziomu pobudzenia systemu nerwowego, ponieważ TO pamięta twoje ciało. Najprawdopodobniej z dzieciństwa”.

Wtedy Aldona odpowiedziała: „Tak, musiałam żyć w takim bezruchu w dzieciństwie wiele razy, by w ogóle przetrwać. To był mój system obronny”. Co tak naprawdę działo się w domu Aldony, kiedy była małą dziewczynką, nie dopytujemy. To jest jej sprawa.

Jak żyć, by zachować siły na długo

Wtedy zadałam dr Ilianie pytanie: „Czy powinniśmy robić wszystko, by przebywać w tym obszarze, które nazywamy podczas warsztatów oknem tolerancji? To obszar, w którym czujemy się szczęśliwe, spokojne, ale jednak aktywne. Czy powinnyśmy bronić się jakoś, by nie zaliczać na co dzień tych „spadków” i „pobudzeń” emocjonalnych? W moim przypadku „górek” pobudzenia systemu nerwowego, a w przypadku Aldony – „dołków”.

„W żadnym wypadku”, usłyszałyśmy od dr Iliany. „Najlepiej kiedy każdy z nas potrafi łatwo przemieszczać się pomiędzy tymi stanami emocjonalnymi. One wszystkie są potrzebne. Czasem musisz być pobudzona, by wygłosić przemówienie albo dojść swoich racji z osobą, która na drodze spowodowała kolizję. W przeciwnym razie nikt nie będzie cię słuchał. Jeśli natomiast twoja przyjaciółka ma depresję i przychodzisz ją odwiedzić, by po prostu z nią pobyć, powinnaś umieć dostroić się do jej niskich wibracji emocji. Potrzymać ją za rękę i zwyczajnie z nią pobyć. Nie pomoże tu rozśmieszanie jej, czy żywiołowe opowiadanie przygód własnych z poprzedniego dnia”, twierdzi Iliana.

Okazuje się, że istnieje wiele sposób na to, by skutecznie uspakajać swój system nerwowy, kiedy zaliczamy „górkę”. Możemy wtedy wziąć kilka spokojnych długich oddechów i wydechów (zawsze przez nos). Wtedy tętno trochę się uspakaja.

Doktor Ramirez podczas warsztatów opowiada nam o różnych technikach samoukojenia i radzi, co możemy zrobić, by nie mieć nagłych wybuchów agresji. Mówi o tym, jak uspokoić swoje dziecko przed egzaminem oraz jak zrozumieć przypływ nagły własnego smutku, by samemu zmienić swój nastrój. „Ważne, by interpretować rzeczywistość w oparciu o fakty i zdrowy rozsądek, a nie automatyczne reakcje swoich zwierzęcych instynktów. Dzięki temu staniesz się spokojniejszy i skuteczniejszy w najważniejszych obszarach swego życia – relacjach osobistych i zawodowych, zarządzaniu emocjami i finansami, podejmowaniu decyzji i codziennym funkcjonowaniu. Bo nauczenie się zarządzania układem nerwowym znacznie podnosi jakość naszego życia” mówi na koniec Iliana.


Dr Iliana Ramirez – z pochodzenia Meksykanka, urodzona w rodzinie z tradycjami curanderos, mieszkająca aktualnie w Polsce. Z wykształcenia chemik farmakobiolog. Z doświadczenia wykładowca uniwersytecki w dziedzinie farmakologii i biologii molekularnej w Cinvestav – Centro de Investigacion y Estudios Avanzados del Instituto Politecnico Nacional w Mexico City.

Prowadziła badania dotyczące plastyczności mózgu w zakresie epilepsji na Universidad Nacional de México w Instytucie Neurobiologii w Queretaro. Realizowała projekty naukowe m.in. w Departamento de Fisiologia, Biofisica i Neurociencias oraz Departamento de Farmacologia, gdzie uzyskała tytuł naukowy doktora nauk farmakologii. Autorka artykułów naukowych publikowanych m.in. w periodykach z najbardziej prestiżowych list: „Molecular Endocrinology” (Oxford Academic), „Molecular and Cell Biology”, „Molecular Biology of the Cell”.

Prywatnie żona dr. Mateusza Grzesiaka, mama Adriany, pasjonatka podroży, medytacji, jogi i rozwoju holistycznego.


Zdrowie

W miłości nie wszystko jest dozwolone. Jak kochają desperaci?

Redakcja
Redakcja
12 lipca 2022
fot. John Schnobrich/Unsplash
 

Podobno w miłości wszystkie chwyty są dozwolone, a reguły można łamać. Jeśli kochasz, bo poznałeś kogoś wyjątkowego, chwała ci za walkę o wasz związek. Ale jeśli z miłości uczyniłeś sobie uporczywy, życiowy cel i liczą się dla ciebie jedynie uczucia, emocje, ale nie osoba, sprawy idą z zdecydowanie złym kierunku. Rozpaczliwe dążenie ku miłości, za wszelką cenę i wszystkimi możliwymi kosztami zazwyczaj kończy się poczuciem ogromnego osamotnienia.

Jesteś miłosnym desperatem jeśli:

♥ Kochasz po to, by kochać

Miłość, bycie z kimś jest dla ciebie uzależnieniem. Nie umiesz inaczej, kiedy jesteś sam, czujesz odwieczny deficyt tego uczucia. Miłośni desperaci kochają bezosobowo, bo tak naprawdę swoim uczuciem mogą obdarzyć każdego. Choć ta miłość ma konkretną twarz i imię, nie wiąże się z konkretnymi przymiotami twojego wybranka. Przyczyną twojego zakochania jest ogromna potrzeba bycia zakochanym, a nie wyjątkowość osoby, którą wybierasz na swojego partnera.

♥ Zakochujesz się bardzo szybko i od razu snujesz plany

Miłości „od pierwszego wejrzenia” bywają bardzo nietrwałe. Nie rodzą się z cierpliwości, z ciekawości drugiej osoby. Rozpaczliwie „chcesz już w tym być”, swojego wybranka przedstawiasz rodzicom, znajomym, przyjaciołom. Badasz, c myśli o małżeństwie, zabierasz na ślub znajomych mówiąc: „my też możemy tak, jak oni”. Proponujesz „zamieszkajmy razem” jak by to było wspólne wyjście do kina. Planujesz gromadkę dzieci, choć tak naprawdę niewiele o nim wiesz. Naiwnie wierzysz w swoją bajkę i nie przyjmujesz do wiadomości, ze to może się nie udać. Dla ciebie to się MUSI udać.

♥ Kochasz obsesyjnie, by mieć na własność, zatrzymać za wszelką cenę

Jesteś zaborczy. Chcesz „mieć” tę drugą osobę tylko dla siebie. Kiedy wychodzi bywasz podejrzliwy, kiedy wyjeżdża, reagujesz nerwowo. Często bardzo emocjonalnie, otwarcie mówisz o tym, że największym nieszczęściem byłoby dla ciebie ją/jego stracić. Zapominasz, że miłość polega na dawaniu i przyjmowaniu – także wolności. Śledzisz jej/jego profile w mediach społecznościowych, komentujesz każdy jej/jego post, czy nowe zdjęcie. W ten sposób zaznaczasz swoje terytorium. Nie zauważasz, lub raczej wypierasz, kiedy między wami zaczyna się coś psuć. Wolisz dalej wierzyć, że tym razem „się uda”. Ale jeśli się nie uda, nie ma mowy o przyjaźni. Twoja obsesyjna miłość zamieni się w obsesyjną nienawiść.

♥ Kochasz i pozwalasz by traktował cię źle. A nawet bardzo źle

Niech już pije, niech bije. Żeby tylko nie odszedł, nie zostawił cię samej, biednej, zagubionej, na nowo „bez przydziału”. Niech zdradza cię z kumplem z pracy, niech mówi ci, że nie może na ciebie patrzeć. Byle w niedzielę pojechała z tobą na obiad do twoich rodziców. Zamiast uwolnić się z tego beznadziejnego związku, zdecydujesz się zostać, nawinie wierząc, że coś z tego jeszcze będzie. Nie chcesz zrezygnować, prawda? Tylko dlatego, że czasem tak bywa wygodniej, tylko dlatego, że boisz się zmian, nie powinieneś tolerować zachowań, które cię niszczą. To prawdziwa desperacja.

♥ Mylisz intymność z miłością

Może zasugerował, że mu się podobasz, więc zdecydowałaś się więc na bliskość. I mężczyznom i kobietom zdarza się udawać zainteresowanie, by zyskać partnera na jedną noc, na chwilowe pocieszenie. I mężczyznom i kobietom zdarza się skusić na tę chwilę zainteresowania, na pozorne ciepło i obietnice bez pokrycia. I to również jest oznaka desperacji.

Jeśli jesteś desperatem w miłości – przegrywasz. Kochać trzeba mądrze i szczerze, ale nie za wszelką cenę. Zwłaszcza, gdy poniesione przez nas koszty znacznie przekraczają nasz życiowy budżet..


Zdrowie

Panie Prezydencie, ależ rodziną jest też wdowa z dzieckiem oraz wesoły patchwork, w którym każdy nosi inne nazwisko

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 lipca 2022
fot. Tyler Nix/Unsplash

Prezydent Andrzej Duda wziął udział w 31. Pielgrzymce Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę. Podczas przemówienia dziękował „całej rodzinie Radia Maryja” za „stawanie w obronie świata wartości”. Mówił: „Wszyscy wiemy, że rodzina to dwoje ludzi: kobieta i mężczyzna, którzy chcą razem być i tworzyć wspólnotę. Ale w jakże naturalny sposób nie mają oni poczucia pełni, jeżeli nie mają dziecka. Jeżeli nie mają tego elementu, który jest ukoronowaniem tej właśnie wspólnoty dwojga ludzi odmiennych płci, którzy chcą razem także dawać życie. Rozwijać społeczeństwo, a zarazem rozwijać państwo”. A wtedy w Internecie zaważało!

Panie Prezydencie: Otóż, nie!

Panie Prezydencie: Otóż, nie! Rodziną jest też samotna matka, wychowująca dwójkę dzieci. Oraz wdowiec z jedną córką. Rodziną są również małżonkowie, którzy od lat starają się bezskutecznie o dziecko. Oraz tacy, którzy świadomie dzieci posiadać nie chcą. Ja w zasadzie, Panie Prezydencie, tych modeli rodziny mogę wymieniać bez końca. To moi przyjaciele, znajomi.  Ludzie z krwi i kości. Co najważniejsze, fajni i dobrzy. Tyle że żyjących w rodzinach mniej standardowych. Czasem ze swojego wyboru, a czasem za nich decydował los. I wcale nie chodzi tu tylko o LGBT+.

My, samotne matki

Poglądy na temat rodziny „dwa plus dzieci” bolą mnie bezbrzeżnie. Wtrącę kilka zdań prywaty: kiedyś koleżanka z pracy (siedziałyśmy metr od siebie, niemal przy jednym biurku) powiedziała mi w twarz, że jej zdaniem samotna matka plus dziecko to patologia. „Tak właśnie uważam, że twoje dziecko wychowuje się w patologicznej rodzinie”, upierała się wspomniana Marta, kiedy próbowałam jej wytłumaczyć, że patologia to jakiś sposób dziecka w rodzinie pełnej lub niepełnej. A ona czytała mi definicję, że patpologia to «nieprawidłowe zjawiska występujące w życiu społecznym».  Jednak Marta, choć wykształcona, naprawdę tego nie rozumiała. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że trudno jej się dziwić, bo przecież takie poglądy płyną z samej góry. Jak mają się dziś czuć wszystkie wdowy i samotne matki, wychowujące dzieci, skoro dla Głowa Państwa nie zalicza ich do tych, które tworzą rodziny?

My, bez dzieci

Szczerze, okrutnie wkurza mnie, że dziecko ma być dziś jakimś „ukoronowaniem wspólnoty dwojga ludzi”. Wczoraj rozmawiałam z nastolatkami. W grupie kilkunastu osób żadna nie zadeklarowała, że chce mieć w przyszłości dziecko. Przeciwnie! Obwaim się, że rośnie nam pokolenie, które boi się mieć dzieci. Argumenty… „bo świat zmierza donikąd”, a „polskie prawo aborcyjne nie gwarantuje wolności wyboru” – to tylko kilka, które padają w dyskusji. Jestem przekonana, że coraz częściej młode małżeństwa albo konkubinaty będą tworzyć rodziny bez tego „ukoronowania”. Niestety Pani Prezydencie.

My, ludzie LGBT +

Założenie, że tylko osoby odmiennej płci tworzą rodzinę to, przepraszam, ale jednak zaścianek. Przypominam sobie, że Maria Konopnicka (tak, ta od krasnoludków i sierotki Marysi) wychowywała szóstkę z ośmiorga swoich dzieci z przyjaciółką Marią Dulębianką. Nie przez rok, czy dwa. One żyły razem ponad dwadzieścia lata! A był to wiek XIX! Dziś natomiast śmiać mi się chce, bo widzę setki rodzin, w których dwie kobiety wychowują gromadkę dzieci. To jeden z najbardziej podstawowych modeli polskich rodzin: mama, babcia i dzieci.

My, rodziny patchworkowe

Znam taką rodzinę, która – jak jadzie na zagraniczne wakacje – to w ich paszportach widnieją cztery nazwiska. Bo jedno dziecko jest z pierwszego związku kobiety. Drugie z pierwszego związku faceta. Trzecie wolało nosić nazwisko matki, która była drugą żoną ojca tej rodziny. A czwarte dziecko jest dopiero wspólne. I co? Czy to nie jest rodzina?! Jest! W dodatku fajna, szczęśliwa i tolerancyjna. Mimo skomplikowanej biografii, potrafiąca żyć w zgodzie, miłości, szacunku.

My, single

Ta grupa, niezależnie od płci, ma moim subiektywnym zdaniem najgorzej. Bo nie dość, że single nie są według Prezydenta rodziną, to jeszcze nie mają tego „ukoronowania” w postaci dziecka. Ale kiedy myślę o moim kumplu, któremu zmarła najpierw żona, a teraz on mieszka ze starym ojcem chorym na Alzheimera, to jednak widzę w tej dwójce  facetów kochającą się, oddaną sobie rodzinę.

Niedawno oglądałam plakat Kasi Lisiak z hasłem „Pies i dziewczyna normalna rodzina” i pomyślałam z wielką czułością o wszystkich moich znajomych singielkach, które bardzo pragną założyć rodzinę, ale na razie nie znalazły jeszcze miłości.

Kiedy zobaczyłam ten plakat, zamarzył mi się wtedy taki cykl, by Kasia Lisiak (czyli Instagramowy Pan Lis) namalowała wszystkie możliwe rodziny pod słońcem: te tęczowe, te w najróżniejszych konfiguracjach LGBT+ i te patchworkowe również. Musiałaby jeszcze namalować rodziny, w których osią byłyby dzielne samotne matki, albo wspaniali rodzice zastępczy. Koniecznie też takie rodzinki, w których nie ma dzieci, ale są zwierzęta. Oraz te, w których są zwierzęta i są dzieci… I wiele, wiele innych fajnych konfiguracji.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Kasia Lisiak (@pan_lis)

Moja rodzina wyglądałaby tak: ja, córka, suka i dwa koty. Moim zdaniem fajna z nas rodzina, bo najważniejsze, że się kochamy i że o siebie dbamy.

A jak wygląda twoja rodzina?!


Zobacz także

10 produktów, które na długo zalegają w żołądku

Wirus HCV to bomba z opóźnionym zapłonem. 97% nosicieli nie wie, że go w sobie ma

Planujesz wiosenny detoks? Poznaj TOP 10 produktów oczyszczających!