Psychologia

Życie z egocentrykami. „Czy to jest taki problem spojrzeć poza czubek własnego nosa? Poza to cholerne „ja”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
5 kwietnia 2022
egocentryk, egoista
Fot. iStock / hjalmeida
 

Egocentryk nie musi być złym człowiekiem. Nie musi chcieć cię zniszczyć, upodlić, upokorzyć. On po prostu nie potrafi spojrzeć na życie z perspektywy drugiej osoby, a nawet jeśli to zrobi – na patrzeniu zwykle się kończy. Rzadko chodzi na ustępstwa, rzadko naprawdę słucha innych. Ludzie są dla niego tłem. A jego/jej „ja” zawsze zwycięży.

Do pewnego stopnia każdy z nas powinien być egocentryczny i nic w tym złego. Są sytuacje, gdy musimy o siebie zawalczyć, postawić na siebie, czy choćby się zając sobą po to, żeby być dobrym dla innych. Ale jeśli żyjesz z egocentrykiem, to wiesz, że nie ma miejsca na ciebie. Bo jeśli walczysz o granice, on zachowuje się, jak rozjuszone zwierzę albo wycofuje się z relacji. Bo będzie, jak on/ ona chce albo nie będzie wcale.

Jak poznać, że masz koło siebie egocentryka? Po pierwsze, samopoczucie – czujesz się coraz bardziej wydrenowana z energii. Po drugie, masz problem z przebiciem się, bo wystarczy, że zaczniesz mówić o sobie, usłyszysz: „A ja za to…”. Po trzecie, masz wrażenie, że dla ciebie nie ma miejsca w tej relacji.  Poniżej dwie opowieści kobiet, które są w bliższych związkach z egocentrykami. Może w którejś odnajdziesz siebie.

POLECAMY RÓWNIEŻ: Katarzyna Lengren: „Przestańmy zmieniać facetów, zmieńmy siebie”. Kilka rzeczy, które musimy wiedzieć o miłości

Córeczko, jesteś moim tłem

Historia Ewy. Dziś dziennikarki.

Czasem śmieję się, że właśnie dlatego tak umiem słuchać innych, bo nauczyła mnie tego najbliższa kobieta, moja matka. Wszystko w domu toczyło się wokół niej. Na terapii przerabiałam moment, kiedy poczułam to po raz pierwszy.

Gdy byłam mała moi rodzice rzadko bywali w domu, oboje sporo pracowali, byli lekarzami. Ja siedziałam z nianią, co wtedy nie było jeszcze tak popularne. I pamiętam taką scenę, mam może kilka lat, chcę coś bardzo opowiedzieć mamie, a ona odsuwa mnie od siebie: „Ewuniu, później, muszę się szykować”. I przez kolejne minuty opowiada, gdzie idą, co zrobią, jak spędzą wieczór. Tych scen przez lata było setki, jeśli nie tysiące. Mojej mamy nie obchodziły sprawy moje, mojego brata, czy ojca, nieustannie nam przerywała. Nawet, jak wróciłam z matury i podekscytowana coś opowiadałam, zaczęła opowiadać o swojej maturze. To samo robiła z innymi ludźmi, jeśli przychodzili goście, przy stole było słychać głównie ją. Jeśli ktoś przejmował pałeczkę, wstawała od stołu, wzdychała, okazywała niezadowolenie. Traciła zainteresowanie rozmową. Paradoksalnie właśnie zawód sprawiał, że była w centrum. Ceniona pani doktor, która zawsze wiedziała wszystko najlepiej. Ona nie mówiła, przemawiała. Tak jest do tej pory.

Jeśli ktoś, nawet jej koleżanka mówi, że mam ładne nogi – ona opowiada, że jej są ładniejsze i wszyscy to mówią, że to niesamowite mieć taką figurę w jej wieku. Jeśli ktoś przy niej mówi, że zrobiłam świetną lasagne, ona natychmiast opowiada o tym, jak w młodości przez kilka lat mieszkała we Włoszech i czego tam się nauczyła. Najbardziej żal mi mojego ojca, nie wiem, czy kiedykolwiek słyszałam, żeby cokolwiek o sobie opowiadał. Pamiętam też, że na wakacje zawsze jeździliśmy w góry, bo ona nie znosiła morza i „będzie się tam nudzić”. Lubiła wcześnie wstawać, więc my też musieliśmy. Za to wieczorami przeszkadzał jej hałas, więc każdy musiał się zamknąć w pokoju, bo jej przeszkadzały rozmowy, radio, czy nawet to, że ktoś idzie do łazienki.

Dla mnie szokiem były inne matki. Naprawdę głęboko zainteresowane swoimi dziećmi, empatyczne, uważne. Dziś już jestem bardziej pogodzona z jej charakterem, doceniam, co daje. Jest sprawcza, zawsze mogę na nią liczyć, jeśli chodzi o szybkie działanie. A że robi to tylko po to, żeby mówić potem o sobie? Jaką jest cudowną matką? Jej sprawa.  Najgorsze, że taka osoba, lekarz, nigdy nie dowie się, jak rani tym innych, bo ludzie jej potrzebują. Zawsze będzie miała koleżanki, bo załatwi receptę, wizytę w szpitalu, innego lekarza.

Historia Joanny.

Egocentrycy na początku wydają się kolorowi. Gdy poznałam mojego faceta był już po rozwodzie, sama jeszcze nie miałam dziecka, więc nie potrafiłam wczuć się w emocje jego eks, ufałam mu i łykałam każdą jego opowieść. A on snuł opowieść o złej byłej, która nie lubiła się bawić i żyć. A on chciał żyć, podróżować, doświadczać. Dołączyłam do niego. I prowadziliśmy kolorowe, niesztampowe życie z wyjazdami na weekend, spontanicznymi kolacjami w innym mieście. Nie zauważałam,  że jego córka przyjeżdża do nas, kiedy jemu to pasuje. Nigdy się nie dostosowywał do tamtej rodziny. On chciał polecieć na drugą półkulę? Leciał sam, choć powinien spędzić wakacje z dzieckiem. Córka nie chciała z nim lecieć w październiku do Paryża? Wzruszał ramionami, rezerwował hotel, chociaż to był jego czas z córką. Ale nudził się z dzieckiem, bo nim trzeba się zajmować, dostosować do niego plany, odpuścić.

A potem urodził się nasz syn. I tak, wciąż najważniejszy pozostawał mój partner. Tyle, że teraz już walczył nie tylko z byłą, ale też ze mną. Bo o co mi chodzi. Czy on nie ma prawa realizować siebie? Iść na kolejne studia, zapisać się na kurs nurkowania, japoński, wyjechać na narty spontanicznie? Co z tego, że potrzebujemy nowej kanapy, regału, remontu? To może poczekać. Ważne są jego pasje, jego chciejstwa. Jeśli protestuję, to znaczy, że nie mam wyobraźni, jestem nudna, oszukałam go. Czasem jego zachowanie jest tak beznadziejne, że zostaje mi się śmiać. Ot, choćby przykład sprzed kilku dni. Syn z wysoką gorączką, chory, ja chora, on nie pojedzie o 22.00 do apteki, bo właśnie włączył film: „Nie chce mi się. To nie może poczekać?”. Dopiero, kiedy wstałam i zaczęłam się ubierać, wzruszył ramionami i powiedział: „Jezu, nie manipuluj mną, już idę”.

A ja naprawdę jestem tolerancyjna, mam młodszą siostrę, wielką egocentryczkę, wiele trzeba, żebym się wkurzyła, nie muszę też błyszczeć. Jednak są jakieś granice. A on je przekracza niemal każdego dnia. Wszystko jest mniej ważne od niego samego. I tłumaczę go: okej, jest jedynakiem, wszystko zawsze było dla niego, nie umie inaczej. Ale też czasem siebie pytam; czy to jest taki problem spojrzeć poza czubek własnego nosa? Poza to cholerne „ja”. Ja chcę, ja potrzebuję, ja marzę?


Psychologia

Przyznać się do zdrady? Tak. Jest tylko jeden przypadek, kiedy lepiej tego nie robić

Redakcja
Redakcja
6 kwietnia 2022
czy przyznać się do zdrady, błędy w związku
fot. Andrii Zastrozhnov/iStock
 

Zaufanie i lojalność to filary dobrego związku. Jeśli nie założymy z góry uczciwości wobec partnera, to naprawdę nie ma sensu się angażować w relację. Niestety zdrady się zdarzają i to wcale nie tak rzadko. Co robić w takiej sytuacji? Eksperci jasno wskazują, kiedy do zdrady musimy się przyznać, a kiedy lepiej tę okropną tajemnicę zabrać ze sobą do grobu. 

Zdaniem ekspertów przyznanie się do zdrady zazwyczaj służy tylko jednemu celowi – uspokojeniu własnych wyrzutów sumienia i najczęściej głęboko rani drugą osobę. Uczciwość nie zawsze jest najlepszą strategią w związku – przynajmniej nie w 100% – i czasami stwierdzam, że przyznanie się przed  partnerem do zdrady, polega przede wszystkim na złagodzeniu własnych wyrzutów sumienia, a nie na naprawieniu związku.

NIE przyznawaj się do zdrady tylko w tym jedynym wypadku:

Jeśli uczciwie możesz przyznać, że to „po prostu się zdarzyło” i jesteś pewien, że zdrada się nie powtórzy, przyznanie się w większości przypadków (zdaniem niektórych terapeutów) nie pomoże w naprawieniu i poprawieniu  relacji, a jedynie zrani partnera. Taka uczciwość zazwyczaj ma egoistyczne pobudki – nie możemy znieść poczucia winy za to, co się wydarzyło.

Kiedy przyznać się do zdrady?

Kiedy wprost padnie pytanie, czy zdradziłaś

Jeśli partner zapyta, jesteś winna swojemu partnerowi szczerą odpowiedź. Oczywiście musisz mieć świadomość konsekwencji. Ale przecież brałaś je pod uwagę, decydując się na skok w bok, prawda? Trudno ocenić, czy więcej szkody zrobiła sama zdrada, czy gorsze będą kolejne kłamstwa, jeśli nie starczy ci odwagi, by się przyznać. Jeżeli partner pyta o zdradę, oznacza to, że coś podejrzewa i być może ma już dowody,

Kiedy wiesz, że nie chcesz być w tym związku

Jeżeli chcesz zakończyć swój związek, powinnaś wyznać prawdę. Po co jeszcze dokładać komuś przykrych wiadomości – zapytasz? Odpowiedź jest prosta. Jeśli powiesz prawdę, zaoszczędzisz partnerowi zastanawiania się, gdzie popełnił błąd, czy można było tę miłość uratować itp., itd. Tymczasem twój partner naprawdę zasługuje na uczciwe postawienie sprawy – jeśli kochasz kogoś innego, nie karm go złudzeniami.

Kiedy wiesz, że i tak się dowie

Zawsze lepiej zachować się, jak dorosły niż paść „ofiarą” donosu kogoś życzliwego. Jeśli sama poinformujesz go o zdradzie, zaoszczędzić mu dodatkowych przykrości i upokorzeń.

Kiedy wiesz, że zrobisz to po raz kolejny

Jeśli wiesz, że nie przestaniesz zdradzać, że perspektywa romansu i kolejnych emocji jest silniejsza niż twoje uczucie do stałego partnera, z dużą dozą prawdopodobieństwa nie jesteś gotowa na taki związek. Jeśli wciąż tkwisz w romansie, jednocześnie nie potrafisz zrezygnować z żadnej ze swoich relacji – pamiętaj, że to sygnał, że w związku dzieje się niedobrze. Tu konieczna jest prawdomówność. Twój partner zasługuje na szczerość i możliwość dokonania wyborów w swoim życiu. Jeśli oboje będziecie chcieli naprawić związek – bez szczerości się nie obejdzie.

 

na podstawie: bustle.com


Psychologia

ŁYS.OLA: Walczyłam o każdy włosek na głowie i czułam strach, że ktoś odkryje, że noszę perukę. Kiedy przestałam – jestem szczęśliwa

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
5 kwietnia 2022
łysienie plackowate

Podczas 94. gali wręczenia Oskarów Will Smith wszedł na scenę  i uderzył Chrisa Rocka otwartą dłonią w twarz. Reakcja spowodowana była „dowcipem” komika, który zażartował z fryzury żony aktora Jady Pinkett-Smith. Rock powiedział prześmiewczo, że czeka na kontynuację filmu G.I. Jane Ridleya Scotta, w którym zagrała zgolona na łyso Demi Moore. Czy wiedział, że Pinkett-Smith nie ma włosów, ponieważ choruje na łysienie plackowate? W Internecie zawrzało – większość sprzeciwiła się przemocowemu rozwiązaniu konfliktu, ale byli też tacy, którzy w Willu widzieli bohatera, bo stanął w obronie żony. Rozmawiamy na ten temat z Aleksandrą Przybylską – łys.Olą (27), która ma wykształcenie pedagogiczne i od dziesięciu lat choruje właśnie na łysienie plackowate.

W dzień ceremonii rozdania Oskarów Ola napisała na Instagramie:

„Nie chcę się wypowiadać czy dobrze, czy niedobrze, bo nie jestem zwolenniczką przemocy fizycznej. Natomiast wiem, co czuję osoba chora na łysienie plackowate. Wiem, z czym musi się zmagać i co przeżywa. Uważam, że ogromnym świństwem jest żartowanie z czyjejś choroby. Will doskonale wie, co przeżywa jego żona i jak się czuję. Stanął w jej obronie, bo najzwyczajniej czasem osoby chore nie potrafią same się bronić. W takiej sytuacji wsparcie rodziny i bliskich jest bezcenne”.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by łysOla (@lys.ola)

 

Dziś Ola mówi:

Jeszcze kilka lat temu, gdyby ktoś zażartował ze mnie w ten sposób, nie potrafiłabym stanąć we własnej obronie. Teraz już, po dziesięciu latach chorowania, powiedziałabym: Nie życzę sobie! Ale ja przeszłam już długi proces godzenia się z tą chorobą, a dla kobiety to naprawdę jest trudna droga. Ta choroba przede wszystkim na początku rozjeżdża jak walec poczucie własnej wartości.

Łysienie plackowate – jak się zaczyna

Ola o chorobie dowiedziała się przypadkiem. Była wtedy licealistką. Miała 17 lat. Właśnie wiązała włosy w kucyk i któraś z koleżanek powiedziała jej: Ola widzę, że zaczęłaś golić sobie włosy za uszami, fajna fryzura. Ale ona niczego nie goliła, po prostu w tych miejscach zaczęła łysieć. „Na początku nawet tak bardzo nie byłam przerażona. Faktycznie niektórzy nosili wtedy takie fryzury. Liczyłam, że pomogą mi jakieś lekarstwa i że szybko wszystko wróci do normy”, opowiada.

Ola do dziś nie wie, co jest faktyczną przyczyną jej choroby. Naukowcy twierdzą, że odpowiedzialna może być genetyka, ale w jej rodzinie nikt nie chorował na schorzenia autoimmunologiczne. Inna z koncepcji głosi, że łysienie plackowate wywołać może trauma lub silny stres – tyle, że Ola nigdy nie martwiła się ani szkołą, ani nauką, była wyluzowaną nastolatką.

Czy trudno jej było pogodzić się ze stopniową utratą włosów? Na to pytanie odpowiada bez zastanowienia: „Tak. Ciągle zadawałam sobie pytanie: dlaczego akurat mnie to spotkało? Zamartwiałam się i robiłam wszystko, by ukryć łysienie. Na okrągło myślałam tylko o tym, żeby nikt nie zauważył placka gołej skóry albo żeby nie zorientował się, że noszę perukę”, opowiada. Dlatego na początku o wszystkim wiedzieli tylko jej najbliżsi: mama, tata, dwie starsze siostry, rodzina, przyjaciele. „Na studiach w Warszawie powiedziałam dziewczynom, że noszę perukę, dopiero po trzech latach. To był stopniowy i bardzo powolny proces akceptacji”, mówi.

Weź maszynkę i golimy

Przełom pamięta tak, jakby wydarzył się wczoraj. Miała wtedy 24 lata. „Zanim wróciłam do domu w przerwie świątecznej, uprzedziłam mamę i poprosiłam ją, by mi pomogła. Ona ze trzy razy potem jeszcze pytała mnie, czy jestem przekonana, że chcę to zrobić. W końcu powiedziałam: Już czas, weź maszynkę i golmy! Akurat tego dnia w moim rodzinnym domu było pełno ludzi. Gdy mama skończyła, wszyscy stanęliśmy przed lustrem i oni chórem powiedzieli: No Ola, ładnie wyglądasz! Ale ja poszłam do swojego pokoju, zamknęłam drzwi i tam popłakałam się”.

Płakała, bo czuła zbyt wiele emocji naraz i po prostu szok! Jeśli ktoś tego nie rozumie, to Ola poleca, by obejrzeć filmik fundacji Rak&Roll, na którym widać, jak sławne aktorki zakładają czepki, by pokazać się światu z łysymi głowami. Wiele z nich płacze, gdy widzi swoją głowę bez włosów. „Pamiętam, że po ogoleniu głowy przez wiele tygodni rano płakałam, kiedy robiłam makijaż. Nie mogłam pogodzić się z odbiciem swojej twarzy w lustrze”, mówi Ola.

ŁYS.OLA na Instagramie

Ale z czasem znalazła kolorowe chustki, skorzystała z permanentnego makijażu, nauczyła się odpowiednio malować i dziś już znacznie lepiej czuje się z łysą głową. Trzy lata przyszła do niej myśl, że przecież nie może być sama. Sprawdziła, że w populacji jest 2% takich osób chorych na łysienie plackowate. Niektórzy tracą tylko część włosów, inni wszystkie włosy na całym ciele i na razie medycyna nie zna na to prostego leczenia. Poza tym każdy, z kim zaczynała o tym rozmawiać, mówił jej, że w swoim otoczeniu ma osobę, która cierpi z powodu tej choroby. Dlatego ośmieliła się i zaczęła otwarcie działać na Instagramie, gdzie fotografuje się bez chustki, kapelusza i peruki.

Natychmiast dostała ogrom wiadomości. Dziewczyny pisały: Kurczę, myślałam, że jestem sama. Nie daję już rady, więc dzięki, że jesteś. Zaczęły też opowiadać swoje historie, bo zależało im, by ktoś je naprawdę poczuł i zrozumiał. „Ludzie mówią nam, że rozumieją. Ale mimo szczerych chęci, wiem, że to nieprawda. Nikt, kto sam tego nie przeżył, nie wie, jaki to dramat. Na początku totalny upadek poczucia wartości, potem walka o utrzymanie na głowie każdego włoska. W moim wypadku trwało to sześć, może nawet siedem lat. Były sterydy, silne lekarstwa, cyklosporyna, naświetlania i ostrzykiwania. Ale dziewczyny opowiadają mi o tym, że łapią każdą możliwość, o której słyszą. Niektóre wierzą w diety eliminacyjne, a inne wcierają mocz w skórę głowy. Dlatego ja w pewnym momencie postanowiłam przestać walczyć. Leki mi już nie pomagały, od sterydów twarz robiła się okrągła, puchłam, niszczyłam swoje zdrowie, więc po co miałam truć się dalej. Nie chciałam żyć dłużej w lęku. To tylko włosy – pomyślałam, opowiada.

***

Od kiedy tydzień temu Will Smith spoliczkował komika, telefon Oli nie cichnie. Udzieliła już wywiadów w DD TVN”, „Pytaniu na śniadanie”, „Faktach po Faktach”, „Medonecie”, „Gazecie.pl”. Nagle wszyscy chcą rozmawiać o łysieniu plackowatym.

„Myślę, że gdyby nie tegoroczne Oscary, nic takiego by się nie wydarzyło. Więc po cichu cieszę się i myślę sobie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”, mówi Ola.


Zobacz także

Gdy ona wie, a on nie wie. Kiedy kochamy kogoś bardziej niż siebie

Hiper-rodzicielstwo, czyli jak „zepsuć” dziecko

Syndrom DDA lub DDD: czy zawsze dorosłe dzieci z takich rodzin muszą udać się na terapię?