Psychologia

Lęk separacyjny – dotyczy nie tylko dzieci. Jak go rozpoznać?

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
12 sierpnia 2022
lęk, depresja
fot. nikkimeel/iStock
 

Zwykle pojawia się u dzieci, ale niekiedy zmagają się z nim też osoby dorosłe. Lęk przed separacją, strach przed rozstaniem. Ten utrzymujący się zbyt długo utrudnia normalne funkcjonowanie. Kiedy najczęściej pojawia się lęk separacyjny i jak sobie z nim radzić?

Lęk separacyjny – czym jest?

Lęk separacyjny (ang.  SAD – separation anxiety disorder) zwykle rozpoczyna się u dzieci między 2. a 5. rokiem życia. To niewspółmierny do sytuacji strach przez rozstaniem z bliską osobą, nawet na krótki czas. W początkowej fazie rozwoju – najczęściej między 9. a 11. miesiącem życia – pojawia się u niemowląt i jest w pełni naturalnym i zrozumiałym zjawiskiem. Dzieci płaczem i krzykiem reagują na rozstanie z rodzicami. Stają się rozdrażnione, marudne i niespokojne. Całkowicie zrozumiałe jest, że maluchy niechętnie pozostają z obcymi osobami, są wstydliwe i mało odważne. Lęk separacyjny to jedna z częściej pojawiających się form zaburzeń lękowych. Dotyka około 5 proc. dzieci, jednak częściej pojawia się u chłopców niż u dziewczynek. Wraz z upływem lat lęk separacyjny powinien się zmniejszać, by z czasem całkowicie ustąpić. Zdarza się jednak, że dziecko dorasta, a strach i lęk przed rozstaniem z bliskimi zostają.

Przyczyny lęku separacyjnego

Przyczyny lęku separacyjnego dzielimy na trzy grupy: czynniki biologiczne, środowiskowe i psychologiczne. Biologiczne związane są z dziedziczonymi genami. Lęk separacyjny częściej pojawia się u dzieci, u których tata lub mama zmagała się z zaburzeniem lękowym np. depresją. Czynniki środowiskowe zazwyczaj związane są z opieką rodzicielską – nadmierna troska ze strony rodziców, opiekunów lub wręcz przeciwnie – brak zainteresowania, zbyt mało uwagi poświęconej dziecku. Istotną rolę odgrywają traumatyczne przeżycia i doświadczenia związane z chorobą lub śmiercią bliskiego członka rodziny. Lęk może być wynikiem jakiejś katastrofy np. wypadku samochodowego. Prawdopodobieństwo jego wystąpienia wzrasta w przypadku prześladowania, wyśmiewania przez rówieśników. Czynniki psychologiczne to głównie zbyt duża wrażliwość emocjonalna i nieumiejętność prawidłowego reagowania na odczuwany strach.

Lęk separacyjny – objawy

Lęk separacyjny najczęściej występuje u dzieci, sporadycznie pojawia się  u osób dorosłych. Czym się objawia?

  • Chorobliwą obawą przed rozstaniem z bliskimi osobami.
  • Zamartwianiem się nieszczęściami, obawą przed chorobą i śmiercią.
  • Niechęcią do kładzenia się spać, gdy w pobliżu nie ma rodziców.
  • Częstym wstawaniem w nocy, by sprawdzić, czy rodzice aby na pewno są w pobliżu.
  • Niechęcią do spania poza domem.
  • Nocnymi koszmarami związanymi z rozłąką z rodzicem.

Dodatkowo mogą pojawić się objawy fizyczne:

  • Ból głowy,
  • Ból brzucha,
  • Nudności,
  • Wymioty,
  • Ból w klatce piersiowej.

Objawy lęku separacyjnego różnią się w zależności od wieku dziecka.

Zobacz również: Zaburzenia snu u dzieci – na jakie objawy zwrócić uwagę?

Lęk separacyjny u dorosłych

Choć kojarzony jest z zaburzeniem dziecięcym, lęk separacyjny pojawia się także u osób dorosłych – a w szczególności osób starszych. Strach, lęk przed rozstaniem z partnerem lub dziećmi znacznie zaburza funkcjonowanie i pogarsza jakość życia. Często odbija się na związkach i relacjach rodzinnych.

Jak wygląda leczenie?

Lęk separacyjny wymaga leczenia, nie można go bagatelizować i czekać, aż sam ustąpi. W przypadku zdiagnozowania lęku separacyjnego wskazana jest pomoc psychologiczna. Do najczęściej stosowanych technik behawioralnych zaliczamy – terapię  poznawczo-behawioralną, systematyczną ekspozycję, warunkowanie instrumentalne. Nie ma konkretnej terapii, która okaże się skuteczna u każdego pacjenta. Istotną rolę odgrywa też psychoedukacja. W sporadycznych przypadkach, u osób zmagających się z lękiem separacyjnym stosuje się leczenie farmakologiczne.


źródło: medonet


Psychologia

Nienawidzę córek mojego męża, nienawidzę jego byłej żony

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
13 sierpnia 2022
córki mojego męża
fot. Molnar Balint/Unsplash
 

Są wakacje, jest noc, jesteśmy z mężem w naszym domu na Mazurach. Domu, na który wydałam wszystkie oszczędności, ale nie jest tylko mój, bo kupiłam go wspólnie z mężem. Miał być naszym rajem, przystanią na drugą połowę życia. Jak to się stało, że nienawidzę tego miejsca? Spakowałabym się najchętniej i uciekła.

Są tu one, piranie. Dwie córki mojego męża z poprzedniego związku, nastolatki. Napastliwe, agresywne, wściekłe. Dziś usłyszałam od nich, że jestem suką, zdzirą, a ich ojciec zawsze będzie kochał matkę. Czuję się, jak ofiara przemocy domowej, starsza popchnęła mnie, poleciałam na drzwi. W mojej obronie stanęła moja córka. Doszło do szarpaniny. Tak, wstydzę się tego. Straciłam nad sobą panowanie, nie mogę uwierzyć, że to wszystko się stało.

Budzą we mnie wszystko, co najgorsze

Choć na co dzień zajmuję się pomaganiem ludziom, ich z całego serca nienawidzę. A przysięgam, próbowałam. Dziś to już zaklęte koło. Nie znoszę ich, one nie znoszą mnie. W to wszystko wplątana jest moja córka, jedyny syn próbuje mediować. Tłumaczy mi, że dla tamtych dziewczyn to trudne, nie chcą źle. A są agresywne, bo wszyscy jesteśmy wobec siebie agresywni. Ja, one, ich matka.

Zastanawiam się, czy te piękne patchworkowe historie są prawdziwe. Czy naprawdę można lubić dzieci partnera, kochać jak własne, dogadywać się? Jeśli tak, na czym polega nasz problem?

Nie rozbiłam byłej rodziny męża, nie funkcjonowałam jako kochanka, do której on w końcu odszedł. Poznaliśmy się po jego rozwodzie, na Tinderze. Od razu powiedzieliśmy sobie otwarcie: mamy dzieci, będziemy poznawać się ostrożnie, zobaczymy, co z tego wyniknie.
Ale ona, gdy w końcu dowiedziała się o nas, dostała furii. Nie dlatego (chyba), że go wciąż kochała. Dlatego, bo już nie był na każde jej wezwanie. I wezwanie córek.

Poznałam je i bardzo się starałam…

Naprawdę bardzo. Ale trudno nadskakiwać rozwydrzonym dziewczynkom (wtedy miały 12 i 13 lat), które uwielbiają swoją mamę, która z kolei nie uwielbia mnie. Ale jakoś się udawało. Zaprzyjaźniły się z moją córką i synem, jeździliśmy na wspólne wakacje. Ja też próbowałam wypychać partnera samego, żeby spędzał czas z córkami oddzielnie.

Jego była atakowała mnie ciągle. Ale piekło zaczęło się po ślubie. Jej koleżanki wypisywały do mnie, że zawsze najbardziej kocha się pierwszą żonę. Ona robiła partnerowi afery, że za mało płaci, że na pewno wydaje na moje dzieci (nigdy tak nie było).

Zostawił jej mieszkanie, działkę, samochód, ale ona wciąż chciała więcej. Stopniowo zaczęła podburzać córki. Ja też traciłam do nich cierpliwość, były tak inne od mojej córki, spokojnej, dobrze się uczącej, ciepłej, serdecznej. Po ich pobycie w naszym domu czułam się, jak po najeździe obcych wojsk– bałagan, porozrzucane ciuchy, głośna muzyka. Coraz ciężej było mi ukryć irytację. Chciałam, żeby respektowały zasady w moim domu, ale gdy delikatnie zwracałam uwagę, śmiały mi się w twarz.

Mąż chciał zachować neutralność, w efekcie chyba one i ja miałyśmy do niego pretensje.

Ale teraz już tego za dużo, nie chcę ich w swoim domu, w swoim życiu. Na Mazurach, gdzie przyjeżdżam odpocząć.

Nie wiem zupełnie, co robić. Mąż mnie przeprasza, mówi, że wie, że przegięły. On też nie ma nad nimi kontroli. Zgadza się niemal na wszystko, by wynagrodzić im braki, w efekcie nie jest konsekwentny, one palą, piją, robią to otwarcie w domu… Gdy protestuję, dostaję od ich matki wiadomości: nie wtrącaj się, to moje dzieci, jeszcze raz coś im powiesz….

 


Psychologia

Lucyna Malec: Kiedy przestaniemy się szarpać, życie zyska harmonię

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 sierpnia 2022

„Wydaje mi się, że większość ludzi, kiedy się zastanowi, to z perspektywy czasu przyznaje, że rozpacz trwa naprawdę krótko. Potem przychodzi jakiś spokój. Oczywiście nagle znowu może odwiedzić nas rozpacz, ale takie uczucia trwają  tylko chwilkę”, mówi nam  Lucyna Malec, aktorka Teatru Kwadrat i serialowa Danusia z „Na Wspólnej”, z którą rozmawiamy o rzeczach ważnych. O szukaniu sensu z niepełnosprawną córką Zofią. O medycynie alternatywnej, przyrodzie oraz jodze, które pomagają  aktorce dbać nie tylko o ciało, ale też radzić sobie na co dzień z często niełatwą rzeczywistością. Lucyna Malec, ambasadorka Joga Festiwal w Wierchomli, opowiada o swoim spojrzeniu na zdrowe i lepsze życie.

Pani Lucyno, dlaczego zainteresowała się pani niekonwencjonalnymi metodami dbania o zdrowie: jogą, medycyną chińską itp.?

– Ciągnęło mnie do tego już dobrych parę lat temu, kiedy szukałam ratunku dla mojej córki. Zosia ma dziecięce porażenie mózgowe. Jej mózg uległ niedotlenieniu dobę po porodzie. Jak wiemy, medycyna konwencjonalna nie znalazła na to lekarstwa i właśnie stąd wzięły się moje poszukiwania. Nie tylko dla córki, ale też dla siebie, żebym potrafiła ciężar posiadania dziecka niepełnosprawnego unieść fizycznie i psychicznie. Bo czasami wystarczy zmienić perspektywę, a to jest i łatwe i bardzo trudne zarazem.

Co ma pani na myśli?
– Dam przykład. Dzisiaj pozwoliłam sobie zażartować, kiedy moja siostra wystraszyła się pająka w łazience. Powiedziałam więc jej: „Zobacz, zmień na chwilę perspektywę. Pomyśl sobie, że dla niego jesteś jak jakiś dinozaur, który wszedł tu do łazienki. On na pewno bardziej się ciebie przestraszył niż ty jego”. Dlatego uważam, że czasem wystarczy inaczej na coś spojrzeć i wszystko się zmienia. Jest lepiej.
Czasem myślę, że właśnie warto by zmienić perspektywę patrzenia na osoby niepełnosprawne. Ja byłam wychowywana przez mamę i jej siostrę, która miała porażenie mózgowe. Łączą mnie z ciocią wspaniałe wspomnienia, pełne radości i ciepła… Miałyśmy wiele dobrych wspólnych chwil.
– To jest rzeczywiście kwestia zmiany perspektywy. Pani była wtedy dzieckiem, pełnym akceptacji wobec niepełnosprawności bliskiej osoby. Jednak każda matka, która ma nawet zdrowe dziecko, wie, ile kosztuje ją troski i niepokoju wychowywanie. Jeżeli człowiek jest wrażliwy, to już do końca życia będzie o tym swoim dziecku myślał i chciał dla niego samych dobrych rzeczy. Jednak ja staram się nie martwić na zapas.
Dziś, kiedy jestem na wakacjach, tak blisko natury, zdałam sobie sprawę z tego, że nawet jak mnie nie będzie, to słońce wstanie, słońce zajdzie, przyjdzie noc, wstanie znowu nowy dzień. Jeżeli chodzi o ziemię i planety, które są dookoła niej, niewiele się zmieni, jak nas zabraknie. Kiedyś odejdziemy, ale na szczęście ja nie myślę o tym non-stop. To jest właśnie cudowne w tym życiu: „Bądź tu i teraz!”, „Carpe diem”, czyli „Chwytaj dzień”. Właściwie przeszłość ani przyszłość nie istnieją.
Pani obawia się o przyszłość córki?  Czy dlatego właśnie próbuje zmienić perspektywę myślenia o tym, co będzie z Zosią, gdy pani zabraknie?
– Wiem, że to brzmi głupkowato, ale jeżeli mówimy o jakiejś prawdzie w naszym życiu, to uważam, że w naszym życiu liczy się tylko ta chwila, która jest TERAZ. Przecież nie wiemy, co nas spotka jutro. Nawet jeżeli będziemy siedzieli, wymyślali, planowali dokładnie, to te plany mogą runąć w jednej sekundzie. Takie myślenie ugruntowało się u mnie ostatnio, trochę pod wpływem tego, co wydarzyło na świecie, a mam na myśli Covid i wojnę w Ukrainie. Te wydarzenia pokazały, że przychodzi jeden dzień i nagle wszystko się zmienia. Nie mamy na to żadnego wpływu. Dlatego już tak bardzo nie planuję, co będzie z Zosią, co będzie z moim życiem prywatnym.
Czasami patrzę sobie na stare zdjęcia i widzę, że ludzie byli na nich tacy uśmiechnięci. A przecież dwa lata później rozpoczęła się druga wojna światowa i oni zginęli. Nie mamy więc na wiele spraw kompletnie wpływu. To jest smutne, bo kiedy jesteśmy młodzi, wydaje się nam, że możemy zaplanować wszystko ze szczegółami: że najpierw będziemy się pilnie uczyć, a potem zaczniemy się piąć po szczeblach kariery, bo zdobędziemy wspaniałą pracę, kupimy mieszkanie, samochód. To jest bardzo trudne, ale staram się dziś jednocześnie dawać sobie nadzieję na przyszłość, ale do planów za bardzo jednak nie przywiązywać się.
Najprościej powiedzieć ludziom, którym trudno to zrozumieć, żeby pozwolili temu swojemu życiu płynąć, bo rzeka naszego losu i tak nas porwie, nie zawrócimy jej biegu. Niezależnie od tego, jak bardzo byśmy się starali. Im mocniej będziemy płynęli pod prąd, tym będzie nam trudniej. Kiedy człowiek nie musi się szarpać, tylko znajduje w sobie zgodę, to życie płynie spokojnie i wszystko układa się zupełnie inaczej. Bardziej harmonijnie.
Czy pokora to jest cecha, którą pani musiała sobie wypracować?
– Nie wiem, czy „pokora”, może bardziej… „zgoda”. Pokora zakłada pochylenie głowy, a w zgodzie zachowuje się swoją godność i wyprostowaną sylwetkę. Wielu ludzi jest krytycznych wobec siebie i to jest – myślę – najokrutniejsze, co może się nam przytrafić. Na dobrą sprawę: jak my sami o sobie źle myślimy, to nikt o nas tak źle już nie pomyśli.
 
Jak to zmienić?
Dobre pytanie! Wydaje mi się, że ja też do dzisiaj jestem największym swoim wrogiem, bo też ciągle chcę coś w sobie zmieniać i jestem wobec siebie krytyczna. Z jednej strony musimy tak robić, żeby rozwijać się, ale powinniśmy też sobie wybaczać i dawać przyzwolenie na popełnianie błędów: „No, dobrze, już zrobiłam coś źle, popełniłam tę gafę, pójdę dalej, nie będę się dłużej biczować i karać za nią”. Trzeba iść po prostu dalej, najlepiej z uśmiechem. Choć czasami jednak przez łzy.
Wydaje mi się, że większość ludzi, jak zastanowi się, to z perspektywy czasu przyznaje, że rozpacz trwa naprawdę krótko. Potem przychodzi jakiś spokój. Oczywiście nagle znowu może odwiedzić nas rozpacz, ale takie uczucia trwają  tylko chwilkę. Gdybyśmy „przebywali” bardzo długo w wielkim smutku, to nasz organizm by umarł. Powiedziałby: “Tak się nie da żyć! Jeżeli nie dasz mi jakiegoś oddechu, dłużej razem nie pociągniemy”. Z tego potem biorą się choroby. Ileż jest opowieści ludzi, którzy byli bardzo chorzy, a kiedy zmienili swoje myślenie i podejście do życia, to odzyskali zdrowie?
Jak pani w sobie wzmacnia wewnętrzną siłę?
– Receptą jest dbanie o siebie, niepoddawanie się przeciwnościom losu. Zawsze staram się w ciągu dnia dać sobie chwilę i wtedy wybieram jogę, wedo lub basen. Uwielbiam ruch, który nie tylko dba o mięśnie, ale też o przepływ energii. Wierzę, że ruch to życie. Dlatego człowiek powinien starać się utrzymywać siebie w dobrej kondycji psychofizycznej. W jodze każdy może znaleźć coś dla siebie. Ja na przykład nie jestem osobą specjalnie rozciągniętą, dlatego doceniam to, że asany zawsze pomagają mojemu ciału być bardziej sprężystym i to w krótkim czasie. Cudowne jest też to, że joga działa nie tylko na ciało, ale i na umysł – odstresowuje, rozluźnia, uspokaja.
Jednak dla mnie absolutnie poczucie szczęścia daje dopiero kontakt z naturą, więc najcudowniej jest uprawiać jogę wśród przyrody. Tęsknię za wiatrem, słońcem, domem otoczonym pięknymi roślinami wśród gór i morzem. Takie miejsce znalazłam na Krecie i jeżdżę tam z córką i znajomymi co roku. Czego trzeba więcej do odpoczynku? Mnie nie jest potrzebny hotel z basenem, tylko absolutna prostota, bycie jak najbliżej natury i kąpiele w morzu.
 Czy coś dziś panią smuci szczególnie?
– Często mówię, że nie rozumiem, dlaczego na świecie są wojny. Przecież jesteśmy jakąś malutką kuleczką w układzie innych planet, które są o wiele większe od nas. A my jako ci malutcy zawieszeni gdzieś w przestrzeni, zamiast cieszyć się, że jesteśmy na tej pięknej ziemi, to walczymy. Po co to wszystko? Kto zagarnie więcej ziemi i co z nią potem zrobi? Gdzieś ją wywiezie poza tę ziemię? Tego kompletnie nie rozumiem.
Jeżeli dziś jakiś szaleniec chce zawładnąć światem, to co on potem zrobi, jak już nim zawładnie? Spuści bombę jedną, drugą, trzecią? Co oni mają jakieś apartamenty, gdzieś na księżycu? Gdzieś polecą? Nie rozumiem tego, jak można mieć taką świadomość, że jesteśmy na tej cudownej ziemi i jeszcze próbować ją unicestwić! To jest po prostu idiotyczne.
Mam prostą odpowiedź, że u podstaw czystego zła leży brak miłości. Niech pani spojrzy na Putina, jakie miał straszne dzieciństwo.
– Pewnie tak, ale też jest inne powiedzenie: „Nie skupiaj się na tym, co ktoś zrobił z twoim życiem, tylko zastanów się, co ty teraz możesz z nim zrobić”. Bo moim zdaniem ludzie, którzy tkwią w takim: „A bo ja byłem niekochany”, albo „Bo mówili mi w koło, że nie umiem”, nie chcą zmienić w sobie nic. No dobrze, może kiedyś rodzice coś takiego ci powiedzieli, ale zajrzyj do swojego wnętrza i zobacz, co tam jest dziś! Ludzie często nie znają prawdy o sobie, nawet nie domyślają się, jacy są wspaniali. Dlatego myślę, że najważniejsze jest budowanie świadomego poczucia wartości. Jeżeli człowiek ma stabilne poczucie wartości, to nawet jak ktoś mu powie: “Ale jesteś głupi”, on może wzruszyć ramionami, bo wie, że głupi nie jest, prawda? Jeżeli mamy w sobie przekonanie, że jesteśmy coś warci, to źli ludzie nie będą nas w stanie urazić, dotknąć, przestraszyć.
Co jeszcze… Ja staram się żyć chwilą, tu i teraz, nie zamartwiać się przyszłością. Warto po prostu cieszyć się z tego życia, bo mamy tylko jedno. A może tylko jedno pamiętamy? Ale to, które trwa obecnie, jest przecież najważniejsze!

Zobacz także

„Kameleony”, czyli ci, którzy zmieniają się w zależności od okoliczności

10 zachowań, którymi okazujesz brak szacunku dla samej siebie

Jeden, nieprawdopodobnie prosty sposób, by poczuć szczęście