Lifestyle Psychologia

Jeśli jesteś DDA (Dorosłe Dziecko Alkoholika), musisz nauczyć się radzić sobie z życiem, jeszcze raz

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 marca 2017
Fot. iStock
 

Wydaje ci się, że żyjesz tak jak inni. Oczywiście, masz swoje problemy i uważasz, że w ogóle jesteś bardziej wrażliwa niż twoi znajomi, czy partner, ale szybko narzucasz sobie dyscyplinę i idziesz do przodu. Może często płaczesz i widzisz siebie jako ofiarę, w różnych sytuacjach. Często czujesz się pokrzywdzona. Życie z tobą nie jest łatwe, ale ty tego nie dostrzegasz.

Może przypadkiem trafiasz na jakiś artykuł w Internecie i nagle odnajdujesz tam siebie. Albo wiesz to dawna i po kryjomu przeczytałaś już dziesiątki poradników. Jeśli jesteś DDA (Dorosłe Dziecko Alkoholika) codziennie przychodzi ci się mierzyć z trudnymi emocjami i wewnętrznymi konfliktami. Pora na przebudzenie.

Tak, proces zdrowienia dla DDA jest jak duchowe przebudzenie. Jeśli dorastałaś w rodzinie z problemem alkoholowym, to ten problem tkwi głęboko w tobie i dosłownie „zżera”cię od środka. Od zawsze masz poczucie, że się różnisz. Czułaś się niezręcznie w wielu sytuacjach społecznych. Byłaś zamknięta w sobie, „wewnętrznie przygnębiona”, choć łagodnie uśmiechnięta na zewnątrz. Zawsze ciągnęło cię do osób, które „czegoś” potrzebowały, chciałaś się nimi zająć, otoczyć je opieką. Nawet jeśli ponosiłaś z tego powodu wysokie koszty osobiste. To były zachowania autodestrukcycjne, ale potrzebne ci jak powietrze, by nakręcać życiową energię.

Jak przetrwać, jeśli jesteś DDA

1. Przede wszystkim pokochaj siebie

Ta miłość własna, to twój największy problem. Bo to, że jesteś na swoim punkcie bardzo wrażliwa, nie oznacza, że potrafisz mądrze siebie kochać. Zacznij okazywać sobie współczucie, ale nie dlatego, że czujesz się akurat pokrzywdzona. Okazuj je sobie dlatego, że na nie zasługujesz. Przeżyłaś tak wiele bólu, wymagano od ciebie tak wiele emocjonalnego wysiłku, ponad twoje dziecięce siły. Nadszedł czas, by poznać dobrą, prawdziwą miłość. Tę własną, do siebie. Twoi rodzice nie byli dla ciebie wtedy, kiedy ich potrzebowałaś, pora to zaakceptować. Ich wybory nie miały nic wspólnego z tobą. Jeśli twój „problemowy rodzic” sprawia, że czujesz się winnya wiedz jedno: musisz  pokochać siebie na tyle, aby zrozumieć, że nie możesz nieść ciężaru, za który nie odpowiadasz.

2. Wszystko jest wyborem

A przynajmniej większość rzeczy w naszym życiu nim jest. Możesz zdecydować, czy chcesz wyleczyć blizny z dzieciństwa, czy zostawić wszystko tak, jak jest. Każdy z nas ma jakieś swoje wewnętrzne „demony”, problemy i lęki. Każdy może zacząć działać, dla siebie.

  • Jak wiele oznaczałoby to do ciebie, gdybyś mogła położyć kres temu złemu, dysfunkcyjnemu wzorcowi rodziny, i nie przekazywać do dalej, swoim dzieciom (lub przyszłym dzieciom)?
  • Czy jesteś gotowa do pracy nad sobą, aby całkowicie wyzdrowieć, przebaczyć, nauczyć się współczucia, i uczyć się z własnych, bolesnych doświadczeń?

To wszystko jest osiągalne. Pomyśl, czy dalej chcesz grać ofiarę i nadużywać swojego nieszczęśliwego dzieciństwa, by manipulować najbliższymi, czy chcesz zacząć nowe, lepsze życie.

3. Nie spiesz się

Proces uzdrowienia jest dla DDA trochę jak przeżywanie żałoby – musi potrwać i ma swoje etapy:

  • zaprzeczenie,
  • złość,
  • akceptację,
  • żałobę właściwą

Trudno określić, ile czasu będzie trwało twoje przebudzenie. Daj go sobie tyle, ile trzeba. Ciężko pracuj nad sobą i szukaj wsparcia, na przykład na terapii DDA, albo w specjalnych grupach wsparcia. Czytaj książki  aby dowiedzieć się więcej o tym, dlaczego czujesz właśnie tak, a nie inaczej, dlaczego działasz w taki, a nie inny sposób. Nie zrażaj się tym, co „o sobie” przeczytasz.

4. Ustal nowe, zdrowe granice

Jest to trudne zadanie. Dzieci alkoholików, często czują się odpowiedzialne za swoich rodziców i chcą ich ratować, chronić przed samozniszczeniem. Może wydaje ci się to po prostu niemożliwe, że mogłabyś, a może nawet powinnaś, się od nich oddalić. A jednak zacznij od dwóch, niezbędnych kroków:

  • Ogranicz swój czas i energię, jakie poświęcasz starając się pomóc, bo pomóc możesz tylko wtedy, gdy druga strona naprawdę tego chce.
  • Naucz się rozpoznawać, kiedy twoja energia wyczerpuje się, a poziom stresu rośnie. Bądź świadoma, kiedy to zaczyna się dziać, a będziesz wiedzieć, gdzie postawić granicę. To najlepszy sposób, by praktykować miłość własną i szacnuek do samej siebie.

5. Złóż sobie obietnicę, że wyzdrowiejesz

Nie poddawaj się. Nie będzie łatwo, ale jesteś jedyną osobą, która może uwolnić cię od cierpienia, nikt nie zrobi tego za ciebie. Jeśli wybierzesz tę drogę, będziesz się stale rozwijać, poznasz lepiej swoje emocje, naczysz się na nowo wyrażać gniew, ból, łzy. Dowiesz się, jak przebaczyć komuś, kto cię zawiódł. A przede wszystkim wreszcie  zobaczysz w sobie kogoś wartego miłości i szacunku.


Na podstawie: purpleunicorntherapy.com

 


Lifestyle Psychologia

„Bywają momenty zdominowane przez niepewność i tęsknotę”. Związek na odległość – trudna sztuka kochania

Magdalena Lis
Magdalena Lis
27 marca 2017
Fot. iStock / Martin Dimitrov
 

Monika i Roman poznali się na szkoleniu, na które wysłał ich pracodawca. Oboje od wielu lat są zawodowo związani z biurem podroży dużej znanej w Polsce sieci. O tamtym spotkaniu Monika mówi, że to była miłość od pierwszego wejrzenia, uczucie, które spadło na nich niczym grom z jasnego nieba.

– No bo jak wytłumaczyć fakt, że siedzisz na szkoleniowej sali opatulona szalikiem, na dworze hula wiatr, leje deszcz, zmokłaś jak jasna cholera, grzejesz dłonie na kubku z herbatą i marzysz o tym, żeby ten dzień mimo, iż dopiero się zaczął za moment dobiegł końca. Wtem widzisz jak on wchodzi na salę, równie zmoknięty co ty, do tego spóźniony, siada obok ciebie, przepraszająco się uśmiecha, a ty czujesz, że krew z ciebie odpływa. Przegadujecie całą oficjalną część, później wszystkie przerwy, jecie razem obiad, a na wieczornym przyjęciu na pół kroku się nie rozstajecie. Jak to wytłumaczyć? Chemia? Hormony. Być może. Dla mnie to miłość w najwyższym wymiarze.

Ona pochodzi z Gdańska, on z Rzeszowa. Kiedy opadły pierwsze emocje oboje zaczęli się zastanawiać, czy życie w związku na odległość będzie w ogóle możliwe. Czy dadzą radę podołać osobno szarej codzienności, w momencie kiedy oboje czują, że woleliby się nie rozstawać ani na minutę.

– Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. Weszliśmy w to w ciemno, siła przyciągania była między nami ogromna, nie było więc czasu na chłodne kalkulacje. Moje życie zaczęło się kręcić wokół schematu od-do, czyli od spotkania do spotkania. Teoretycznie moglibyśmy się widywać w każdy weekend, gdyby nie fakt, że każde z nas w weekendy również pracuje, a nasze grafiki bardzo często się rozjeżdżają.

Monika żeby zobaczyć się z Romanem często spędza w podróży prawie dwanaście godzin. Wsiada w autobus tuż przed północą, żeby w południe zostać odebrana na dworcu przez ukochanego.

– Moi znajomi często pukali się w czoło pytając mnie, co mi po takim związku, który nie ma żadnej bazy. Dla nich tą bazą było na przykład wspólne zamieszkanie. Bardzo się wtedy denerwowałam, bo po pierwsze nic im do tego, a ich fałszywą troskę miałam w nosie, a po drugie, trafiali w mój czuły punkt, w to co mnie najbardziej bolało. Jasne, że wolałabym robić nam rano wspólne śniadanie, a dzień kończyć kąpielą w ogromnej wannie pełnej piany. Jasne, że chciałam mieć go na tu i teraz i wszystkie rzeczy robić z nim razem. Druga strona medalu była jednak taka, że ja od dawien dawna lubiłam czasem pobyć sama. Taka już moja natura.

Monika mówi, że za mit uważa stereotyp, że żeby poznać kogoś od podszewki to niezbędne jest wspólne zamieszkiwanie.

– Ja znam ludzi, którzy ze sobą mieszkali przed ślubem, zjedli przysłowiową beczkę soli a finalnie się okazywało, że w ogóle się nie znali. Ludzie lubią oceniać i często słyszałam, że to w co się pakuję jest totalnie bez sensu. Ja zawsze wtedy drążyłam podstawę wydanego osądu. Bo czy moje uczucie miało być mniej warte tylko dlatego, że nie spaliśmy razem na co dzień? Bliskość to dla mnie coś więcej niż wspólna kołdra, takie jest moje zdanie.

Dziewczyna nie ukrywa jednak, że taka rozłąka sprawia, że momentami czuje się trochę samotna. Jakby jedną nogą była w związku a drugą trochę sama.

– Plusem całości niewątpliwie jest to, że można stale randkować. Że nie ma stagnacji, że ciągle coś się dzieje. Różne miejsca, emocje, wypady, smaki, krajobrazy. Niestabilny czas spotkań, pomieszany tryb życia, ekscytujące napięcie wynikające z czekania.

Od bliskiej osoby Monika kiedyś usłyszała, że dla jej relacji potrzeba dużo mądrości. Że miłość to coś więcej niż wspólne prowadzenie domu, że musi być bardzo uodporniona na mogący pojawić się z czasem żal, czy obustronne pretensje.

– Oboje z Romanem jesteśmy indywidualistami, oboje cenimy sobie przestrzeń życiową. Każde z nas w swoim miejscu pracy obejmuje stanowisko, które go w pełni satysfakcjonuje. Każde z nas ma swoje wzięte na kredyt mieszkanie, rodzinę na wyciągnięcie ręki, paczkę przyjaciół, a tu nagle się w sobie zakochujemy i dobrze by było pójść w tym wszystkim na jakiś kompromis. Tylko to nie jest takie hop-siup, tu pewne kwestie muszą zostać wypracowane. Żadne z nas nie jest gotowe na zrezygnowanie ze swojej autonomii, spakowanie się w jedną walizkę i w imię kilku uniesień na totalną życiową zmianę.

Monika zapytana co jest najbardziej charakterystyczną cechą jej związku i czego ją to życie na odległość najbardziej nauczyło bez zastawienia mówi, że samodzielność.

– Kiedyś miałam chłopaka tutaj na miejscu, w Gdańsku. To była dziwna relacja, on mi ‘tatusiował’, ja nic nie musiałam. Potem zostałam sama i nie mogłam sobie poradzić sama ze sobą, z prozaicznym prowadzeniem domu, z byciem samą. On był zawsze, więc kiedy zniknął zaczęło mi go brakować na każdym kroku. Dla mnie to był na tamten moment koniec świata, byłam bezradna jak dziecko we mgle. Teraz wiem, że potrafię i że zawsze będę w stanie poradzić sobie sama. Mogę śmiało decydować o tym co będzie jutro na obiad, czy za miesiąc pomaluje ściany, czy w najbliższą sobotę pójdę z koleżankami na imprezę czy do kina. Wiem, że muszę pilnować chociażby terminowego płacenia rachunków, być w domu bo akurat mam kontrolę liczników gazu. No i bezwzględnie nauczyłam się świetnego gospodarowania czasem.

W naszej rozmowie pada hasło ’zdrada’. Pytam Moniki czy takie poczucie swobody nie jest swoistym kuszeniem losu, przyzwoleniem na skok w bok, przy setkach pokus które na każdym kroku przynosi nam życie.

– Jasne, że mam czasem takie obawy. Bywają momenty zdominowane przez niepewność, tęsknotę i poczucie osamotnienia. Zarówno wokół mnie jak i wokół Romka często pojawiają się różne, atrakcyjne osoby. Oboje zdajemy sobie z tego sprawę. Roman często powtarza, że obawia się, że ktoś wypełni taką lukę, którą on nazywa potrzebą bezpieczeństwa. Że są sytuacje, kiedy ktoś poda mi kubek z herbatą, kiedy będę chora, naprawi korki, wesprze w jakichś gorszych chwilach. Że dostanę tu bliżej to, co odległość nam zabiera.

Monika mówi, że dla nich próbą czasu był pierwszy rok. Oboje uznali, że jeśli przetrwają tyle czasu w takim układzie to już nic nie będzie dla nich strasznego w takim życiu podzielonym kilometrami.

– Zazdrość jest, no pewnie.  Ale podobno zakazany owoc kusi najbardziej, a my dajemy sobie dużą przestrzeń. Taki związek jak nasz musi być oparty na ogromnym zaufaniu. Rozłąka często zwiększa namiętność. Bywa, że dwa bite dni z łóżka nie wychodzimy. Cieszymy się sobą na zapas, bo często nazajutrz trzeba już wracać do swoich światów.

Dziewczyna podkreśla, że współczesne czasy sprzyjają związkom na odległość. Mówi, że są przecież komunikatory internetowe, czaty, telefony.

– Oboje lubimy robić sobie niespodzianki, lubimy się zaskakiwać. Nie mówię tu już nawet o formach kontaktu, które wymieniłam, ale bywa, że wysyłamy do siebie list, albo paczkę kurierem. Kilka razy zdarzyło się, że Romek przysłał mi kwiaty do pracy, zawsze z uroczym liścikiem. To niby niewielki gest, a jednak daje poczucie, że jestem dla niego ważna, to nas na pewno scala.

Monika zapytana o seks mówi, że wchodzimy na trudny temat.

– Nigdy nie pozwoliłam – wybacz określenie – żeby dupa mną rządziła. Nie owijając w bawełnę, jasne lubię seks, seks jest ważny, ale pewnych rzeczy nie przeskoczymy. Tęsknię wielokrotnie za Romanem, za jego dotykiem, wzrokiem, zapachem, za namiętnością która tylko w wyznaczonych określonych terminach może być nam dana. Dajmy na to spotykamy się, a ja akurat mam chandrę, na seks mogę nie mieć ochoty. To tak samo działa w drugą stronę. A tu okazuje się, że wypadałoby się pokochać, bo przecież przez najbliższych kilkanaście dni nie będziemy się widzieli. Jeśli miałabym powiedzieć, czy doskwiera mi czasem brak seksu, to tak. Moja wyobraźnia seksualna jest wysoce rozwinięta, ale seksu przez internet czy telefon nigdy nie uprawiałam. Myślę, że oboje czulibyśmy się tym skrępowani.

Kłótnie w ich relacji należą do rzadkości – opowiada dziewczyna. Mówi, że bywa, iż wraca po ciężkim dniu pracy do domu, w którym jest sama, w telewizji komedia romantyczna, pod klatką całują się zakochani, a ona ledwo wtaszczyła się na górę z ciężkimi zakupami. Wtedy zdarza się, że narasta w niej frustracja, którą wyładowuje w wieczornej rozmowie na Romanie.

– Wstyd mi wtedy za samą siebie, na szczęście takie zachowania są jednostkowe i rzadko się zdarzają. Najbardziej w takich momentach brakuje mi przytulenia, bo muszę zadowolić się tylko jego tonem głosu płynącym ze słuchawki telefonu. Kiedy się widzimy szkoda nam czasu na sprzeczki. To jest czas na wagę złota, wykorzystujemy go często podwójnie. Ja słyszę często w pracy, jak moje koleżanki narzekają na ten utarty już schemat rozrzuconych skarpetek, tego, że partner zapomniał kupić chleba, czy o tym, że jakaś zupełnie przyziemna sprawa ich totalnie poróżniła. Dla mnie są to obce uczucia, i w tej naszej relacji – jak dotąd nieznane.

Kiedyś będzie inaczej – podkreśla Monika. Mówi, że na taki rodzaj rozłąki godzą się na tą chwilę oboje świadomie. W przyszłości chcą razem stworzyć rodzinę.

– Niby mieszkamy w jednym kraju, ale taka zmiana zamieszkania to całkiem spore zamieszanie. Jedno z nas musiałoby wynająć swoje mieszkanie, obciążone jak się oboje śmiejemy kredytem na tysiąc lat. Zrezygnować z pracy i poszukać nowej, bo jesteśmy związani z jedną firmą, co jest wygodne kiedy dzielą nas miejsca zamieszkania. Nie chcielibyśmy pracować razem więc poszukiwania nowej, równolegle dobrej pracy w nowym miejscu to kolejny punkt do odhaczenia. Nauczyliśmy się trudnej sztuki tęsknienia. To nasz świadomy wybór, tylko po części do takiego stanu rzeczy zmusiło nas życie.

Na koniec rozmowy życzę im szczęścia i siły do przetrwania.

– Dzięki – uśmiecha się Monika. Na pewno się przyda.


Lifestyle Psychologia

4 mity o małżeństwie, które mają się całkiem dobrze, bo nadal w nie wierzymy

Anika Zadylak
Anika Zadylak
27 marca 2017
Fot. iStock / RichLegg

„I żyli długo i szczęśliwie” –  nierealistyczne obrazki, które znamy z bajek, ciągną się za nami od wczesnego dzieciństwa. Przekazywane z pokolenia na pokolenie fałszywe przekonania o tym, jak powinno wyglądać szczęśliwe małżeństwo, powoli nas osaczają… Podsycane obrazkami z filmów o prawdziwej miłości. A może warto zastanowić się i przemyśleć, a potem wyeliminować choć kilka największych, wciąż krążących legend o idealnym związku?

Mit nr 1: Nad małżeństwem trzeba nieustannie pracować

Mówią, że przeciwieństwa się przyciągają, a wszystkie niedogodności można doszlifować, dotrzeć i ewentualnie zmienić. Prawda jest taka, że najwięcej szans na przetrwanie mają te małżeństwa, które łączą podobne preferencje i potrzeby (nie tylko seksualne), potrafią razem ustalić wszelkie praktyczne kwestie i wyznają podobne poglądy czy system wartości. Jeśli od początku wymagamy od siebie nieustającej pracy, oznacza to, że dokonaliśmy złego wyboru partnera. A na siłę jeszcze nikt nie zbudował niczego trwałego.

Mit nr 2: Tylko miłość romantyczna jest gwarancją na szczęśliwe życie we dwójkę

Życie, to oprócz uniesień i kolacji przy świecach, również płacenie rachunków, praca, zakupy, odpowiedzialność za drugiego człowieka, obowiązki i zwyczajne dni. Wyobrażenia rodem z powieści miłosnych niewiele mają wspólnego z realnym światem. Owszem, miłość od pierwszego wejrzenia i zauroczenia, wzloty i kwiaty bez okazji są jak najbardziej wskazane i możliwe. Tylko pamiętajmy, że na zauroczeniu nie można budować przyszłości! Bo gdy opadną emocje, a otworzą nam się oczy dotąd ślepe na wady partnera, możemy się przykro rozczarować. Bo okaże się, że dzieli nas właśnie to, co pojawia się zaraz po pierwszych romantycznych randkach, czyli proza życia.

Mit nr 3: Małżonkowie powinni być najlepszymi przyjaciółmi

Halo, chwileczkę? Skoro tak, to dlaczego twój najlepszy przyjaciel, czy wieloletnia przyjaciółka, jest dziś w związku z kimś zupełnie innym? Wydaje nam się, że przyjaźń to doskonała podstawa do idealnego i wspaniałego małżeństwa. Uwaga! Takie myślenie to pułapka. Przyjaciel to człowiek, z którym spotykamy się od czasu do czasu. Natomiast z drugą połówką spędzamy czas codziennie i to przez wiele lat. Taka zażyłość wymaga od nas pewnego dystansu, bo tak jak bliskiej koleżance możemy powiedzieć absolutnie wszystko, to nie próbujmy tego samego z żoną czy mężem. Są sprawy, które lepiej albo zachować dla siebie albo powiedzieć o nich komuś innemu. I nie oznacza to, że nie wierzymy własnemu partnerowi, czy chcemy coś przed nim ukryć. Ale opowiadanie mu o swoich słabościach, snach erotycznych z innymi partnerami czy zaszczuwanie ciągłym zwierzaniem się ze swoich niepowodzeń, nie tylko nie umocni waszych relacji  a będzie pierwszym krokiem… do rozwodu.

Mit nr 4: Pojawienie się dziecka, naprawi każde nieudane małżeństwo

Najgorsze, co można zrobić, żeby ratować statek, który i tak utonie. Nie ma metody gorszej niż zatrzymywanie partnera „na dziecko”, ponieważ najbardziej w takiej sytuacji narażamy właśnie je. Dzieci, mają cudowny wpływ – to prawda, ale tylko, na udane małżeństwa. Nie można ich, używać jako karty przetargowej do scalania rozpadającego się związku! Opieka nad dzieckiem faktycznie może na chwile odciągnąć nas od małżeńskich konfliktów, ale na dłuższą metę dodatkowo zaogni sprawę.

Zanim więc dopadną nas gorzkie rozczarowania ,a wielkie nadzieje prysną jak bańka mydlana, zastanówmy się, które z bajek dotyczących wspólnego i udanego życia, trzeba skreślić na starcie.


* Na podstawie książki ” Jak przeżyć w związku, unikając pułapek” Arnold A. Lazarus.

 


Zobacz także

Aplikacja MIGAM ułatwi niesłyszącym korzystanie z usług Samsunga

Katarzyna Miller

Katarzyna Miller: „Chcesz dostać w życiu w dupę, to czekaj, aż on się domyśli. Ja mówię: chcesz mieć kwiaty, to sobie kup”

O czekaniu w życiu rodzica (zwłaszcza rodzica wcześniaka)