Psychologia

Dorota Minta: „Teraz kobiety są same, są przytłoczone obowiązkami, więc nie dziwię się, że się przewracają”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 października 2017
Fot. iStock/milos-kreckovic
 

Jak często dopuszczamy do siebie myśl: „Mam dość. Potrzebuję pomocy?”. Jak często myślimy o tym, że potrzebne jest nam wsparcie, że za chwilę zwariujemy od nadmiaru obowiązków narzucanych samym sobie, ale też przez najbliższe otoczenie? Czy pozwalamy sobie na pytanie: „Czego ja chcę w życiu?”, czy zagłuszamy je bojąc się własnych odpowiedzi. Psychoterapeutka Dorota Minta marzy o tym, żeby kobiety się zbuntowały, zbuntowały się przeciwko samym sobie, by przestały być wszechstronne, samowystarczalne i by, gdy tego potrzebują, potrafiły poprosić o pomoc. 

Ewa Raczyńska: Kobiety czują potrzebę wizyty u terapeuty?

Dorota Minta: Są kobiety, które tak czują i faktycznie decydują się na wizytę u terapeuty. Jednak duża część z nas ma wydrukowane kulturowo, że jako kobiety muszą sobie ze wszystkim same radzić i nie powinny nikogo prosić o pomoc. Uważamy, że musimy być dzielnymi matkami, pracującymi kobietami, musimy mieć super figurę, świetnie wyglądać pomimo 45-ciu lat i nie przychodzi nam do głowy, że pewne rzeczy, które się z nami dzieją, wymagają pomocy czy porady fachowca. Myślę, że kobiety nadal w dużym stopniu nie dają sobie zgody na proszenie o pomoc.

Dlaczego?

Ponieważ pomoc odbieramy w kategoriach porażki, dla nas jest to jak przyznanie się, że nie daję sobie rady, nie jestem aż tak doskonała. Pewnie dlatego bardzo często kobiety przychodzą do mnie z problemami swojego dziecka, obawiają się, że coś z ich dzieckiem jest nie tak. A potem okazuje się, że dziecko ma zwyczajny kryzys 14-latka i za chwilę poradzi sobie z tym, natomiast to kobieta sobie z czymś nie radzi. Przychodzą do mnie mamy, które mają problemy z żywieniem swoich dzieci, są w dramatycznej rozpaczy, że ich dzieci nic nie jedzą, a potem się okazuje, że to one mają problem ze sobą. Mam wrażenie, że spora część z nich używa problemów z dziećmi jako pretekstu i usprawiedliwienia: „Przecież nie idę ze sobą, tylko poradzić się w sprawie dziecka” – tłumaczą. Tyle tylko, że bardzo szybko już podczas pierwszej rozmowy przechodzą do własnych problemów.

Niestety: wizyta u psychologa, psychoterapeuty, psychiatry nadal jest stygmatyzująca. Jest tak pomimo, iż dużo się mówi o konieczności dbania o zdrowie psychiczne, a jednak umówienie się i pójście na wizytę wymaga dużego wysiłku.

Być może jest w tym także sporo winy nas, psychologów. Może zbyt często mówimy skomplikowanym językiem, lubimy widzieć się na piedestale i nie zachęcamy ludzi do przyjścia do gabinetu. Ostatnio rozmawiałam z kolegami, których poprosiłam, żeby napisali w swoim opisie dwa zdania o sobie prywatnie. Wywołało to dyskusję: czy powinniśmy pokazywać pacjentom swoją prywatność, czy występować tylko jako profesjonaliści. Uważam, że pokazanie, iż psycholog ma jeszcze inne życie – że czymś się interesuje, ma pasje, że po prostu jest człowiekiem, a nie szamanem – może pomóc wykonać pierwszy telefon lub napisać maila z prośbą o pomoc.

To jedno zdanie może kogoś zatrzymać.

Zgadza się. Sama staram się unikać fachowego słownictwa w publicznych wypowiedziach, gdy nie ma takiej potrzeby. Należy mówić tak, żeby być rozumianym przez jak największą liczbę osób, a nie popisywać się swoją wiedzą. Moje kompetencje pokazują się wtedy, kiedy ktoś rozwiązuje przy współpracy ze mną swoje problemy, a nie wtedy, kiedy będę używać mało zrozumiałych słów. Uważam, że takie podejście ułatwia kontakt z terapeutą. Zresztą ja sama, kiedy idę do lekarza, proszę go o informację, co mnie czeka i jestem na tyle dorosła, że umiem powiedzieć: „Nie rozumiem, jeszcze raz poproszę”. Niestety, wiele osób nie zapyta i nie pójdzie drugi raz po pomoc. Dlatego edukacja psychologów też jest potrzebna.

Jednak to najczęściej w sytuacjach mocno kryzysowych sięgamy po pomoc?

Niewiele osób mówi głośno: „Chodzę na terapię”, „Przerabiam całe swoje życie i wiele rzeczy zrozumiałam”. Rzadko mówimy o czymś takim w rozmowach towarzyskich. I tu nie chodzi o opowiadanie szczegółów terapii, ale o to, że coś takiego jest. Szybciej powiemy: „Zobacz, znalazłam świetną kosmetyczkę”, niż spytamy: „Słuchaj jesteś ostatnio w świetnej formie, co ze sobą zrobiłaś?”. Dbanie o kondycję psychiczną, w każdym jej obszarze, nie jest tematem rozmów i codziennego namysłu. Psychoterapeuta przychodzi nam do głowy, jak już lecimy nią w dół i boimy się rozbić. Taka jest prawda. Potwierdzają to moje obserwacje w praktyce: nie więcej niż 10% moich pacjentów to ci, którzy chcą sobie poukładać pewne sprawy sami ze sobą i nie są w kryzysie.

Już są po terapii i wracają?

Tak. Wtedy jest to długofalowa relacja. Sporo mam takich pacjentów, zarówno kobiet i mężczyzn, którzy wracają po jakimś czasie, bo mają słabszy czas albo potrzebują sobie pewne rzeczy odświeżyć. Tak się dzieje między innymi w terapii bardzo ciężkiego zaburzenia, czyli na przykład zaburzenia odżywiania, anoreksji. To choroba, która nie znika i sukcesem jest, że pacjentka, która przeszła terapię, funkcjonuje już dobrze i potrafi wcześniej zauważyć, że coś może jej zagrażać, by w efekcie przyjść po pomoc zanim nastąpi nawrót choroby. To jest dla mnie bardzo budujące. Terapia bardzo często ma ten swój pierwszy dłuższy etap, zakończony sukcesem. A jednak zdarzają się powroty, bo powrót po jakimś czasie, żeby odświeżyć, omówić jakieś zdarzenia i odczucia, które się pojawiły nie świadczy u nieudolności pacjenta czy terapeuty. W takim przypadku często używam porównania do stomatologa. Są tacy, którzy chodzą do dentysty systematycznie, są tacy, którzy idą, gdy boli. I tu i tu jest pewien lęk, jednak idziemy i wiemy, że po pewnym czasie trzeba będzie wrócić – poradzić sobie z dziurą w zębie albo je wybielić, a przecież jest to zabieg, który nie ratuje życie. Tak samo jest z terapią, można iść na „wybielanie zębów”, żeby nasze życie było lepsze.

A ostatecznie, te kobiety, które początkowo przychodzą z problemami swoich dzieci pozwalają sobie pomóc? Zostają?

Zostają. Często ten pierwszy raz umawiają się, bo coś nie tak dzieje się z dzieckiem lub ze związkiem, który chcą ratować albo chcą dobrze się rozstać, co jest trudne i wymaga wysokich umiejętności i bardzo często wsparcia. One początkowo nie mówią, że chcą pomocy dla siebie, ale bardzo szybko wiedzą, że jej potrzebują i przyznają to przed sobą.

Wspólnym mianownikiem dla wielu kobiet jest niskie poczucie własnej wartości i brak sprawczości we własnym życiu?

Ostatnio przygotowywałam materiał dotyczący depresji, która dotyka ogromną liczbę Polaków, niestety częściej kobiet, niż mężczyzn. Pewnie dzieje się tak dlatego, że kobiety są bardziej empatyczne, mają większą potrzebę namysłu nad swoim wnętrzem, nad potrzebami i emocjami innych. Jednak zauważam, że bardzo dużym problemem są ogromne wymagania obecnie stawiane kobietom. Dzisiaj cieszę się, że jestem po 50-tce, mam dorosłą córkę i nie muszę teraz mieć małego dziecka. Dlaczego? Bo mam wrażenie, iż w tamtych mrocznych czasach PRL-u większe było przyzwolenie dla bycia niedoskonałą. W tej chwili mamy mają być doskonałe jako kobiety, jako matki, które zajmują się dziećmi, programują im rozwój, do tego muszą być seksowne i jeszcze świetne w pracy. A przecież to jest niemożliwe. Tak się po prostu nie da.

Dyskutowałam kiedyś z kobietą która jest doulą. Rozmawiałyśmy o poradach, między innymi o tym, że kobieta po porodzie jest cały czas z noworodkiem, że kontakt z dzieckiem jest zarówno dla dziecka jak i matki bardzo ważny. I że kiedyś tak właśnie było. Tyle, że wtedy kobieta w połogu nie była sama. Miała mamę, babcię, ciocię, one jej pomagały. Świeża mama nie wstawała już pierwszej nocy przewijać dziecka, bo one to robiły. Teraz kobiety są same, są przytłoczone obowiązkami, więc nie dziwię się, że się przewracają.

Plus ocena publiczna i kreowana idealna, choć wirtualna rzeczywistość.

Tak. Kiedy patrzę na zdjęcia wnętrzarskie, to zawsze mówię: „Poproszę o zdjęcie tego pokoju czy kuchni po porannym wyjściu 4-osobowej rodziny do szkoły i pracy”. Tymczasem my patrzymy na te obrazki i chcemy, by tak samo idealnie wyglądało nasze życie. A życie nie jest idealne: bywa piękne, ale ma też rysy, krosty i strupy.

Uważam, że problemy, które kobiety mają same ze sobą, wynikają z braku zgody na ułomność, na bycie brzydkim, bycie starym, bycie biednym. Przykład to powszechne dążenie do „obrandowania siebie”. To jest aspiracyjne pokazywanie, że mnie stać na buty czy torebkę danej firmy. Miałam kiedyś przyjaciółki, Paryżanki po 80-tce, które nosiły torebki od Chanell, ale z metką w środku. Nie miały wielkiego logo, nie musiały nikomu nic udowadniać i pokazywać.

A my myślimy, że pozorami zagłuszymy wiele z naszej szarej rzeczywistości.

Dlatego, kiedy przychodzą do mnie pacjenci, staram się poznać ich otoczenie i postrzeganie świata, by wiedzieć jak najlepiej im pomóc.

Z pewnością jest tak, że kobiety częściej przychodzą po pomoc, ponieważ mają poczucie odpowiedzialności za cały świat. Za dzieci, za partnera, który ma problemy w pracy. Zdarzało mi się, że przychodziły do mnie najpierw kobiety, by umówić męża na terapię. Za to ja bym bardzo chciała, żeby kobiety się w końcu zbuntowały przeciwko samym sobie, bo dałyśmy się wkręcić w rolę bycia wszechstronnymi. A co się stanie, gdy raz będzie nieposprzątane albo nie będzie obiadu, tylko kanapki albo gdy raz na jakiś czas pójdziemy i zjemy coś w restauracji czy fast foodzie? Nic się nie stanie. Naprawdę.

Tymczasem kobieta sama sobie stawia wymagania. Sama siebie zmusza do robienia wielu rzeczy, których, powiedzmy sobie szczerze, nie musi robić, a na pewno nie w takim wymiarze, jak jej się wydaje. Doświadczeni menedżerowie mawiają, że jeśli ktoś choć raz się nie zbuntuje, choć przez chwilę nie będzie anarchistą, to niczego nie osiągnie. Dlatego każda kobieta powinna przejść moment buntowania się, pójścia pod prąd, bo to daje siłę i poczucie niezależności.

Jestem przekonana, że warto czasami się zatrzymać i pomyśleć swoich potrzebach, pragnieniach i lękach, możliwościach i ograniczeniach. Zapisać je na kartce papieru albo w telefonie. To wstęp do procesu, jakim jest odkrycie siebie na nowo, uporządkowanie swojego wnętrza lub stawienia czoła problemom i demonom. W takim procesie potrzebny jest ktoś, kto spełni rolę przewodnika i właśnie taką osoba jest terapeuta.


 

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Dorota Minta – ukończyła psychologię ze specjalizacją kliniczną na Uniwersytecie Wrocławskim, Akademię Pedagogiki Specjalnej w Warszawie oraz Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu. Swoje wykształcenie stale uzupełnia poprzez kursy, szkolenia i udział w konferencjach naukowych. posiada wieloletnie doświadczenie w pracy terapeutycznej, szkoleniowej. Wykładowca akademicki, autorka programów nauczania, publikacji naukowych i popularnonaukowych i ekspert. Współpracuje z organizacjami pozarządowymi, w z fundacją STOMAlife. Pracuje z osobami zmagającymi się z zaburzeniami odżywiania (anoreksją i bulimią), doświadczającym obniżonego nastroju, odczuwającymi braku satysfakcji z własnego życia i niską samoocenę. Pomaga radzić sobie z trudnościami pojawiającymi się w życiu w obliczu kryzysu związanego np. z przewlekłą chorobą, utratą pracy, rozpadem związku, żałobą. Zajmuje się również psychologicznymi aspektami odżywiania chorych między innymi w chorobach nowotworowych. Prowadzi terapię w w nurcie poznawczo-behawioralnym, czerpiąc również z nurtu humanistycznego, dopasowując ją do indywidualnych potrzeb konkretnej osoby. Dużą rolę w prowadzonej przez nią terapii, ale też warsztatach stanowi film, przez lata doświadczeń wypracowała własny model wykorzystywania obrazu w swojej pracy.

Pasjonuje się psychologicznych uwarunkowania kultury kulinarnej Polski i Europy. Współzałożycielka polskiego Slow Food. Słucha jazzu i uwielbia sztukę, szczególnie polskie malarstwo XX w. Związana z grupą terapeutów: „Psycholodzy Lwowska”.


Psychologia

5 typów perswazji, którym nieświadomie ulegasz każdego dnia

Redakcja
Redakcja
3 października 2017
Fot. iStock / Rohappy
 

Znasz to? Rozmawiasz z koleżanką na temat nowego cięcia i koloru włosów. Wszystko już obmyśliłaś, ale po rozmowie, mimo wcześniejszego zdecydowania, zaczynasz skłaniać się w zupełnie innym kierunku. Nie, koleżanka wcale cię do zmian usilnie nie namawiała, ale ziarno zwątpienia zostało zasiane. 

Albo wybierasz się na zakupy po konkretne produkty z listy, a w twoim koszyku ląduje to, co nie miało się tam znaleźć. Niby drobnostki i majątku nie kosztują, ale i tak coś ci zgrzyta. Jak to się dzieje, że robisz coś trochę wbrew swoim początkowym postanowieniom? Różnego rodzaju reklamy czy zachęcająca do czegoś rozmowa, wcale nie zmusza cię do wykonywania odgórnych poleceń.

Umiejętność perswazji daje uczciwą przewagę

Perswazja to zdolność do wywierania wpływu na drugą osobę w uczciwy sposób, co odróżnia ją od manipulacji. W przypadku perswazji druga osoba wie, że chcemy ją przekonać do czegoś, bo nie robimy z tego tajemnicy. Manipulując informacjami, ukrywamy ten szczegół. Umiejętność perswazji daje przewagę, bo dzięki niej można uczciwie osiągnąć założony cel. Istnieje 5 sposobów na wpływanie na opinię innych osób, które zaliczamy do umiejętności perswadowania.

1. Teoria torowania

Często wykorzystywana w nienachalnych reklamach, opiera się na sieci skojarzeń zawartych w naszej pamięci. To subtelne zachęcanie np. do zakupu kawy zbożowej, często odnosi się do skojarzeń z dzieciństwem, co pomaga nam podjąć decyzję o zakupie.

2. Zasada wzajemności

Jeśli coś komuś dajesz, oczekujesz wzajemności. Podobnie to działa w przypadku gratisowego produktu do spróbowania od hostessy — kupujesz drugi produkt tej samej marki, by się w pewien sposób odwdzięczyć i przy okazji uzupełnić konieczne zapasy.

3. Reguła niedostępności

Wystarczy użyć hasła „do wyczerpania” zapasów, aby wzmocnić poczucie konieczności jak najszybszego zakupu czy działania. Nie lubimy, gdy okazja przechodzi nam koło nosa, więc reagujemy w obawie, że dla nas może zabraknąć.

4. Hipoteza wzmocnienia

To wpływ na postawę drugiej osoby, poprzez zgadzanie się z jej stanowiskiem. Jeśli chcemy przekonać kogoś do czegoś, wystarczy poprzeć jej opinię na dany temat. Jeśli druga osoba spostrzeże, że myślimy tak samo, siła argumentów będzie większa.

5. Teoria manipulacji

Tu perswazja ociera się o manipulację, ale bez zatajania intencji. Polega ona na przekazywaniu kompletnych i prawdziwych informacji wprost, z użyciem siły przekonywania. Tu ważna jest komunikacja niewerbalna i wyjaśnienie tematu w jasny, logiczny sposób. Jeśli wiemy, o czym mówimy i jesteśmy przekonani o słuszności poglądów, przekonamy do tego rozmówcę.


 

źródło: pieknoumyslu.com


Psychologia

Panowie, czas przejrzeć na oczy. Te błędy popełnia większość z was

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
2 października 2017
Fot. iStock/lolostock

Wiadomo – każdy facet jest inny, nie ma co generalizować… Niby tak, a jednak większość z was popełnia te same błędy w związku. Mi wystarczyło jedno spotkanie przy winie, by w babskim gronie sporządzić listę sześciu zachowań charakterystycznych dla facetów. Panowie, tu się nie ma co obruszać. Chociaż wiem, wiem, prawda w oczy kole. 

Macie bardzo wybiórczą pamięć

Nie widzicie rzeczy, które robimy dla związku każdego dnia, ale z łatwością wymienicie wszystkie swoje szlachetne gesty do pięciu lat wstecz. To, że wyszedłeś kiedyś ze służbowego spotkania, bo zadzwoniłam, że na środku skrzyżowania stanął mi samochód i nie chciał odpalić. Czy to, że dwa lata temu przez trzy godziny biegałeś po okolicznych cukierniach, żeby spełnić moje ciążowe zachcianki. Potrafisz wypomnieć nawet to, że nie wkurzyłeś się aż tak bardzo, gdy przełączyłam kanał, gdy oglądałeś mecz i odpuściłeś.

Tak, wszystkie swoje zasługi potraficie wypunktować przy pierwszej, lepszej kłótni. Szkoda tylko, że równą dokładnością nie kodujecie wszystkich tych rzeczy, które my robimy dla was każdego dnia. Mówię o tych, które można przypisać do pytania: „Zmarzłeś? Już podgrzewam ci zupę” czy „Miałeś w pracy lepszy dzień niż wczoraj?”. Dla was są to głupoty, nic nieznaczące szczegóły, które po prostu są naszym obowiązkiem i powinnością.

Nie potraficie argumentować swoich racji

Używacie słów „zawsze” i „nigdy”, by opisać nasze lub wasze zachowanie, ale gdy prosimy o konkrety, nagle nie potraficie niczego sobie przypomnieć. No, ewentualnie rzucicie jednym (z reguły dość kiepskim) przykładem. To tylko pokazuje, że nie umiecie analizować sytuacji, w których się znajdujecie, a już tym bardziej wyciągać z nich wniosków. Wydaje wam się, że kłótnia to przerzucanie winy i punktowanie drugiej strony. Jeśli wyliczycie więcej błędów lub posłużycie się magicznym „ty zawsze”/”ty nigdy”, wygracie tę rundę.

Nic z tego, moi mili. Najpierw zbierzcie argumenty, potem dopiero rzucajcie nam rękawice.

Zwalacie na nas całą winę

Nie potraficie walczyć o odbudowanie naszego zaufania, gdy je z powodu własnej głupoty stracicie. To nasza wina, ze nie potrafimy „zapomnieć”. Wy przecież ubiczowaliście się i przeprosiliście, więc o co się rozchodzi? Po co to sprawdzanie?

Niestety nie rozumiecie, że kobiety kierują się emocjami i intuicją. Wydaje wam się, że w kwestii zaufania wystarczy przełączyć przycisk „ON/OFF” i temat jest załatwiony. Nie zależy wam na odbudowaniu zaufania i całą winę za dalsze niepowodzenia w związku, kłótnie i awantury przerzucanie na nas w myśl zasady „to twój problem, że nie potrafisz mi znów zaufać”.

Idziecie na łatwiznę

Myślicie, że skoro już raz nas zdobyliście, to nie trzeba się już wysilać. Otóż jesteście w błędzie. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że kobiecie nie wystarczy poczucie, że jest zajęta. Ona chce być wciąż i wciąż zdobywana, adorowana i wynoszona na piedestał przez tego samego mężczyznę. I nie chodzi tu o prezenciki, komplemenciki i inne pierdolety. Kobieta chce mieć w mężczyźnie oparcie. Chce wiedzieć, że jest jedyną i najważniejszą osobą w jego życiu. Co więcej, nie powinna się o to upominać.

Wy tymczasem wolicie iść na łatwiznę. Wszystko najniższym kosztem, bo po co się starać. Widać to w prezentach, kupowanych na odczepnego, odwlekaniu powieszenia półki, gdy o to poprosimy i kiepskim seksie, który kończy się wraz z waszym wytryskiem.

Lekceważycie nas

Nie traktujecie poważnie tego, co do was mówimy. W seksistowski sposób zlewacie nasze uwagi i oczekiwania. Bo przecież my jesteśmy tuż przed, w trakcie albo po okresie. Przecież my ciągle mamy humory. Taka kobieca natura, prawda? Co odważniejsi pokuszą się też na stwierdzenia, że jesteśmy histeryczkami lub wariatkami. „Ty zawsze musisz się do czegoś przyczepić” – mówicie.

Poważne problemy i jasne komunikaty (których przecież tak od nas oczekujecie) zamiatacie pod dywan, licząc, że temat ucichnie lub problem sam się rozwiąże. Albo w ogóle nie zaprzątacie sobie nim głowy, bo przecież „znowu coś sobie ubzdurałyśmy”.

Nie wiecie, czego chcecie od życia

Mówicie o zakładaniu rodziny, o priorytetach, o dzieciach, a potem macie pretensje, że odbiera wam się wolność. Że już nie jesteście królami życia. Że ktoś czegoś od was oczekuje, że trzeba się zmienić, pójść na kompromis. Zrezygnować z czegoś ze względu na dzieci, rodzinę, domowe wydatki czy sytuację życiową. Bardzo szybko gubicie się w tym, co przecież miało być spełnieniem waszych marzeń. Tak przynajmniej mówiliście.

Łatwo za to wtedy mówicie o zaborczości i zazdrości. O chodzeniu na smyczy. A to wcale nie tak. Chcieliście stworzyć z nami rodziny? To teraz nie przecierajcie oczu ze zdumienia i nie mówcie: „Dobra, ja już się nie bawię”. Jasne, zasady zawsze możemy przecież zmienić, ustalić na nowo. Ale żeby zaraz zabierać swoje zabawki i iść do innej piaskownicy?

Pewnie i tak nic do was nie doleciało. Uznajcie, że mam okres.

Weronika


Zobacz także

Perfekcyjni, spięci i wiecznie nieszczęśliwi. Dorośli ludzie, których rodzice nie potrafili odpuścić

Nie mów „przepraszam” za te kilka rzeczy, a będziesz zasypiać z poczuciem, że jesteś na właściwej życiowej drodze

W kim tak naprawdę się zakochujemy? W facetach czy w naszych wyobrażeniach o nich?