Psychologia REPORTAŻ

„Bo ja, proszę pani, nie chcę żyć”. Za wcześnie na depresję…

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
7 maja 2016
Fot. Pexels/skitterphoto.com / CCO
 

Drzwi do sal wyglądają, jak te w kajutach. Mają okrągłe szyby, żeby stale móc obserwować.
Obserwować pacjentów, ze szpitala dla chorych dusz. Mają od dziewięciu do siedemnastu lat.
Na ich rękach, udach czy innych częściach ciała, wyryty jest strach i ból.
Ich twarze i oczy mówią wiele, a ściany pokoi, w których żyją opowiadają straszne historie.

Sylwia ma 17 lat, od pięciu zmaga się z anoreksją i uzależnieniem od leków przeciwbólowych

– Ma pani rację, z tymi drzwiami, bo to miejsce jest trochę jak okręt. Okręt na morzu, którym bez przerwy targa sztorm. Nie pamiętam kiedy to się zaczęło, czasem to mi się wydaję, że taka się urodziłam. Chciałam być jak  jedna moja koleżanka, wie pani idealna. Piękna, szczupła, popularna.

Cieszyłam się jak głupia, kiedy schudłam pierwsze pięć kilo i chciałam więcej, szybciej. Ciągle było mi mało, ciągle mi coś odstawało, było za dużo. Kiedy pojawiły się bóle głowy i żołądka, ratowałam się lekami. Ratowałam, jak to teraz śmiesznie zabrzmiało, bo tak na prawdę, staczałam się tym w jeszcze głębszą otchłań.

Tak, mam rodziców. Mamę i ojczyma. Dlaczego mimo to mieszkam z babcią? Ojczym mnie…No wie pani – chowa na moment twarz i zaczyna ciężej oddychać. Pytam, czy komuś powiedziała. – Komu? Matka by mi i tak nie uwierzyła, bo uważa mnie za wariatkę, córka z psychiatryka to nie jest powód do dumy. Mówi, że to nie jej wina i powinnam sama sobie poradzić, bo sama w to wdepnęłam. A babcia jest dobra, łagodna, tylko nie umie mi pomóc. Nic nie wie o mojej chorobie, po prostu co jakiś czas oddaje mnie tu. Tak, chciałabym jakoś z tego wyjść, normalnie żyć, tylko problem w tym, że ja już nie pamiętam co to normalne życie. A może, nigdy go nie miałam? Milknie i patrzy w okno, w którym kraty zamiast firan.

– Jutro wychodzisz, cieszysz się pewnie?- pytam Marysie, szesnastolatkę po próbie samobójczej…

Była tu ponad miesiąc, pakuje do walizki mnóstwo rzeczy. Ubrania, zdjęcia i książki, ponieważ jest tu też szkoła. Siada w końcu, patrzy mi prosto w oczy, zaczynają jej drżeć dłonie. – Gdy mnie tu przywieźli, po połknięciu dużej ilości leków, krzyczałam, że nie chcę tu być. Wydawało mi się, że to jakieś piekło. Pełno dzieciaków snujących się po korytarzach, lekarzy zadających miliony pytań. Kamery, kontrole, pasy przy łóżku „na wszelki wypadek”.

Nie jadłam, buntowałam się, z nikim nie rozmawiałam, byłam wściekła na matkę, która mnie tu oddała. Chciałam uciec, wciąż planowałam jak mogłabym ponownie, coś sobie zrobić. Dlaczego? Kiedyś myślałam, że przez chłopaka, później odkryłam, że przez znajomych, potem  dołożyłam brak kontaktu z ojcem, który nas zostawił i jeszcze to, że…

Moi rówieśnicy mają pieniądze, normalne domy, a ja zawsze czułam się inna, gorsza. Z biegiem czasu, zaczęłam akceptować to miejsce, nawet byłam matce wdzięczna, że mnie tu zostawiła. Byłam tu bezpieczna, wie pani, wśród swoich – przerywa i zaczyna płakać. Pytam, co się dzieje i czy zawołać lekarza. – Nie, ja po prostu zrozumiałam, że nie chcę jeszcze stąd wyjść. Boję się, świata poza murami szpitala. Pewnie, niedługo znowu tu trafię, prawda?

Gdy przyglądam się Arkowi, to pierwsza myśl jaka przelatuje przez moją głowę jest taka, że chyba się ktoś bardzo pomylił

Pogodny, dusza towarzystwa, uwielbiany, buzia mu się nie zamyka. – Dobry jestem aktor prawda? Nawet pani się nabrała – uśmiecha się dość bezczelnie. – Wszystkich tak nabierałem. Rodziców, znajomych, nauczycieli. Grzeczny byłem, oceny świetne, nie kłamałem, nie uciekałem. A nocami, gdy już mogłem zdjąć maskę – przerywa i podciąga nogawki spodni. (…) Nie chcę, ale patrzę. Rany są różne, niektóre głębokie, duże, niektóre lżejsze. Jest ich mnóstwo, stare i świeże.  – To były jedyne momenty, gdy ból fizyczny zagłuszał ten gorszy, w głowie. Trzy lata temu, brat mojej matki, zabierał mnie do siebie, sklejać modele. Najpierw myślałem, że on się wygłupia, ale gdy przy tym, co  kazał mi  robić, strzelił kilka fotek…  Zaczął szantażować, że pokaże kolegom, że jestem gejem. Nie byłem, nie jestem, zresztą już pewnie nigdy nie pozwolę się nikomu dotknąć, nawet dziewczynie. Gdy sprawa wyszła na jaw, to pomyślałem, że to koniec mojego koszmaru.

A ten, po rozprawie sądowej się dopiero zaczął. Ciągle to czuję, widzę, wciąż o tym myślę. I biorę nożyczki, nóż, cokolwiek, co  choć na chwilę pozwoli zagłuszyć tamten wstręt i  zabierze obrazy tamtych dni. Gdy wyjdę, nadal będę to robił, wiem o tym doskonale. Może kiedyś się uda z tym skończyć. A może będzie jeszcze gorzej. Myśli pani, że może być coś jeszcze gorszego?

Daria ma 13 lat. Krzyczy każdej nocy

Gdy tylko robi się ciemno, jej lęk zaczyna w niej rosnąć. Przestały pomagać włączone lampy. Usilnie walczy ze zmęczeniem, coraz szerzej otwierając oczy, żeby tylko nie zasnąć. Przegrywa, zasypia i budzi się przerażona. Biegną do niej pielęgniarki i lekarz. Daria dusi się, jest biała ze strachu, nie słyszy tego, co się do niej mówi, jej ciałem po całym łóżku rzucają spazmatyczne drgawki, pielęgniarka podtrzymuje jej głowę, doktor usiłuje uspokoić. Ona tego nie wie, jest w samym środku swojego koszmaru, widzi postacie których nie ma, myśli że chcą jej zrobić krzywdę, nie umie się bronić. Trwa to godzinę, czasem dłużej, często kończy się podaniem leków. W dzień jest spokojna, małomówna, wycofana ale lubiana przez grupę. Mówią o niej ” silence” bo bardzo cicho mówi. Pomyślała ostatnio, że jeśli będzie tak szeptać, to  „oni” jej nie usłyszą, uwierzą, że zniknęła i już nie przyjdą do niej w nocy. Marzy o tym, żeby dzień się nigdy nie kończył, to jej największe pragnienie. Ma kochającą rodzinę ale mimo młodego wieku wiele przeszła, zbyt wiele. Śmierć kogoś bardzo bliskiego, ciężka choroba, brak stabilizacji, sprowadziły „ich”.

Wychodzę z budynku, siadam na ławce i myślę. Nie rozumiem, co się stało z tym światem, że muszą istnieć takie miejsca jak to?
Kilkanaście istnień, często bezpowrotnie, złamanych dusz.
A do przyjęcia, czekają kolejne, równie zagubione, poranione.

W uszach wciąż echem odbija się kilka ostatnich zdań, wypowiedzianych przez jednego z tamtych dzieciaków. – Pytała mnie pani, czy daleko mieszkam? Mnie i moich kolegów, wszystkich bez wyjątku, bez względu na miejsce zamieszkania, czeka długa droga do domu. A niektórzy z nas, nigdy tej drogi nie znajdą i nigdy nie wrócą. Rozumie pani, co chcę powiedzieć?…

Rozumiem.


 

Tekst pochodzi z bloga Aniki Werner „Tamta strona lustra” i został opublikowany za zgodą autorki.

O autorce:

Jest dziennikarką Radia Revolta, portali Oddech Życia Mukowiscydoza oraz Mądrzy Rodzice, ale przede wszystkim jest matką. Porusza ciężkie i trudne tematy, o których niewielu chce mówić. Obserwuje świat … z Tamtej Strony Lustra.


Psychologia REPORTAŻ

„Chcesz coś osiągnąć? Tylko ty możesz sobie w tym przeszkodzić. Ja wygrałam”

Sylwia Smotarska
Sylwia Smotarska
7 maja 2016
Fot. Unsplash/Jean Gerber / CCO
 

Najtrudniej walczy się z najsilniejszym, czyli z samym sobą. Tu nie może być mowy o porażce, tu TRZEBA zwyciężyć, bo porażka oznacza dno.

Toczę taką walkę już od dobrych trzydziestu lat. Powiedziałam „trzydziestu” ? I niech tak zostanie 😉 pierwsze lata dzieciństwa się nie liczą, to beztroska, zabawa, nieświadomość, brak odpowiedzialności i kłopotów…. szkoda tylko, że tak krótko trwa. Kolejne lata wprowadzają stopniowo takie pojęcia jak – wymagania, presja, odpowiedzialność, konsekwencje, systematyczność – brrr szczególnie to ostatnie przyprawia mnie o ból głowy, powoduje mdłości i jest podstawą do konfliktów w rodzinie.

Przychodzi jednak taki moment w którym stajesz przed lustrem i na serio zaczynasz rozumieć jak wiele w życiu zależy TYLKO od Ciebie samej

jak często zasłaniasz się głupimi wymówkami, jak nieustannie starasz się usprawiedliwiać. Przed kim? Przed sobą? Nie da się!

Jesteś swoim najlepszym przyjacielem, a jednocześnie największym krytykiem, najsurowszym sędzią. To jest dobre. Jeśli sama przed sobą przyznasz się, czego chcesz, co lubisz, co chcesz osiągnąć to w sumie realnie odpowiedz sobie na pytanie – KTO może Ci w tym przeszkodzić ? Otóż nikt! Ta świadomość jest fantastyczna, bardzo oczyszcza, pomaga, pcha do przodu, do działania. Eksperyment przeprowadziłam na moim największym wrogu i sojuszniku zarazem – na sobie.

13140984_1026765170693375_382900607_n

Często miewam tzw. słomiany zapał a że ogólnie dużo mówię to czasami też dużo obiecuję, gorzej z realizacją. Natura doposażyła mnie więc w „przekorę”, to bardzo dobra cecha, im bardziej ktoś we mnie wątpi tym bardziej ja WIEM, że dam radę. Tym sposobem z reguły zawsze „daję radę” haha!

Jakiś miesiąc temu, na babskiej imprezie powiedziałam takim delikatnym „mimo chodem”, że …. Pobiegnę w jednym z warszawskich biegów

Hm… kocham te baby miłością wielką i wiem, że one mnie też, odebrałam gratulacje za pomysł i zapewnienia o kciukach, ale jestem pewna, że większość, przynajmniej przez ułamek sekundy, pomyślała „jasne Syl…. Fajnie by było ale…. No zobaczymy”

Tak – mam nadwagę, Tak – od ponad 5 lat obiecuję, że schudnę. Tak – nie potrafię odstawić wina hahaha, Tak – jestem niekonsekwentna ale do cholery, jestem też ambitna!

Przygotowania nie należały do przyjemnych i łatwych, ponieważ oczywiście brakowało mi konsekwencji 😉 a to deszcz, a to zmęczenie,  a to brak czasu….

W godzinie ZERO stanęłam jednak na linii startu. Różne były etapy tego biegu i na serio bardzo różny wachlarz przekleństw przychodził mi do głowy 😀 to zadziwiające jak intensywnie, o jak wielu kwestiach można myśleć, męcząc się jednocześnie fizycznie do granic własnej wytrzymałości….

Kiedy w pewnym momencie siadł mi w telefonie internet i nie mogłam już słuchać muzy (co jednak bardzo w bieganiu pomaga!) pomyślałam przez moment – a na jaką cholerę mi to!? Ok, spróbowałam, nie dałam rady, żaden wstyd przecież! Kątem oka widziałam nawet jedną dziewczynę, która odpuściła, nie udało jej się…. trudno. I wtedy, wśród kibiców stojących wzdłuż trasy zobaczyłam Panią siedzącą na wózku z wielkim napisem na kawałku kartonu „ JESTEŚCIE WIELCY” .

Jak myślicie ile ona by dała, żeby być na moim miejscu? Ile by poświęciła, żeby teraz, zamiast siedzieć i kibicować, biec, ociekać potem, walczyć z własnym oddechem, mięśniami, ciałem….? Myślę, że oddałaby za to wszystko. A ja nie musiałam oddawać niczego. Musiałam tylko dobiec do tej cholernej mety i udowodnić sama sobie, że potrafię, że dam radę, że to zależy tylko ode mnie!

13148098_1026765184026707_704377379_o

Zrobiłam to. Tamtego dnia zdobyłam swój pierwszy, prywatny everest

Wygrałam ze sobą i z tego dumna jestem najbardziej.

Chcę podziękować tej Pani, której pewnie nigdy już nie spotkam. I mojej kochanej przyjaciółce, która specjalnie tu przyjechała, żeby ze mną biec a potem jeszcze dzielnie na mnie na trasie czekała i doprawdy pobiła tym chyba swój rekord czasowy, taka życiówka na opak hahaha. Dziękuję!

Największym potworem jesteśmy same dla siebie i czasami warto go oswoić 😉

 


Psychologia REPORTAŻ

Dlatego, droga mamo, zanim powiesz, że coś robisz „dla dobra dziecka”, upewnij się, że nie oszukujesz sama siebie

Listy do redakcji
Listy do redakcji
6 maja 2016
Fot. Unsplash/Caleb Frith / CCO

Przeczytałam fragment listu kobiety, która nie godziła się na toksyczną relację „dla dobra dziecka” i pomyślałam, że zazdroszczę temu dziecku. Zazdroszczę, że nie było pretekstem… zazdroszczę, że jego matka wiedziała, co powinna zrobić… zazdroszczę, że wybrała prawdziwe dobro dziecka.

Do pewnego momentu mojego dzieciństwa wydawało mi się, że mam szczęśliwą rodzinę…

Nie widziałam, nie rozumiałam, choć pewnie czułam. Ale kiedy zobaczyłam, jak mój ojciec wygania z domu moją babcię, zarzucając jej na szyję biało-czerwony ręcznik w paski i wyciągając na korytarz, czar prysł. Ten moment jest w mojej głowie cenzurą. Pozorną, ale bardzo symboliczną. Przed – szczęśliwe, nieświadome dzieciństwo. Po – walka o przetrwanie, przymusowa dorosłość i zamiana ról, ale o tym za chwilę. Od tego momentu tata stał się ojcem-agresorem, przed którym trzeba bronić mamę i trzeba wciąż być w gotowości, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. A ja przestałam być córeczką tatusia, a stałam się wrogiem, bo stałam po stronie mamy.

Kiedy myślę o domu rodzinnym, czuję niepokój…

Strach. To był stan ciągłego czuwania, bo nigdy nie było wiadomo, w jakim humorze tata wróci z pracy. A bywało, że wracał wściekły i nie wiadomo, co było powodem awantury… furii… wrzasku… agresji… szarpania mojej mamy. Wtedy ja stawałam między nimi, bo z jakiegoś powodu wiedziałam, że on mnie nie uderzy. A potem uciekałyśmy, w pośpiechu biorąc klucze od domu, portfel, kurtkę… z drżącym sercem zbiegałyśmy po schodach i znikałyśmy za rogiem, upewniając się czy nie idzie za nami. I szłyśmy. Przed siebie. Godzinami spacerowałyśmy rozmawiając. Czasem odwiedzałyśmy znajomych. Wracałyśmy do domu po kilku godzinach. On leżał wtedy przed telewizorem i jakby nigdy nic witał nas. Bez „przepraszam”… bez wyrzutów sumienia… tak po prostu. Jakby nic się nie stało. A stało się. Wiele razy. Pamiętam też noce, kiedy on wpadał w szał. Potem mama spała ze mną w moim pokoju. Moje serce biło jak głupie, a ja nasłuchiwałam, co on robi, czy idzie spać, czy zaraz wejdzie do pokoju i znów będzie krzyk i agresja. Ciągłe czuwanie… ciągły niepokój… strach…

Wtedy wydawało mi się, że moja mama jest moją przyjaciółką, a ja jej…

A właściwie tak było. Dopiero po latach zrozumiałam, że tak być nie powinno. Nie powinnam była tego wszystkiego widzieć… wiedzieć… próbować, rozumieć… To ja chroniłam ją, a to ona powinna chronić mnie. Ona powinna być moją przyjaciółką, ale ja jej – nie. Mama powinna być mamą. Niestety nastąpiła zamiana ról. To ja chroniłam ją. To ja byłam rozsądna, mądra, odpowiedzialna, pocieszająca… Nie byłam już dzieckiem. A wciąż powinnam nim być. Beztroskim. Nierozsądnym. Dzieckiem. Dziś wiem, że moi rodzice mi to odebrali. Kiedyś obwiniałam wyłącznie ojca za całe zło. Nie wiedziałam jednak, że to, co moja mama nazywała „dla mojego dobra”, było tak naprawdę wielką krzywdą. Zabrała mi dzieciństwo, bo nie umiała powiedzieć ojcu „dość”. Nie umiała ochronić siebie i mnie. Wybrała jego, a nie mnie.

Każdemu rodzicowi, który mówi mi, że „dla dobra dziecka” jest w związku, powiem Przestań Pieprzyć! Przestań szukać powodów… przestań zrzucać odpowiedzialność na swoje dziecko. Zacznij robić to, co do Ciebie należy. Chronić swoje dziecko – za wszelką cenę! Jeśli myślisz, że dziecku będzie lepiej w „pełnej” nieszczęśliwej rodzinie niż mieszkając z jednym z rodziców w spokoju i z poczuciem bezpieczeństwa, to otwórz w końcu oczy. Dziecko jest szczęśliwe, kiedy rodzic(e) jest(są) szczęśliwy(i).

A tym wszystkim matkom, które nie potrafią odejść od toksycznych ojców i mężów powiem jeszcze, że dorosłość dziecka z takiego domu to ciągła walka. O akceptację. O sympatię. O poczucie własnej wartości. O siebie. Bo na uczucie trzeba zasłużyć. Bo trzeba być wystarczająco dobrym. Trzeba być też miłym, żeby ważni dla mnie ludzie chcieli być blisko. Ciągle goniąc niedoścignione… wciąż będąc nie dość dobrą… Do tego pasmo dziwnych związków i „przyjaźni”, w których więcej się daje niż bierze. Przypadkowe relacje i przypadkowy seks, żeby sprawdzić czy jestem fajna. Ciągłe poczucie winy, kiedy ktoś ma zły humor – bo to na pewno moja wina i na pewno coś zrobiłam źle. I mogłabym tak wyliczać jeszcze długo… Na szczęście trafiłam w odpowiednim momencie na osobę, która pomogła mi uświadomić sobie, zrozumieć i przeżyć krzywdę. Rozliczyć rodziców. Zapłakać nad utraconym dzieciństwem. Nie po to, żeby znienawidzić rodziców. Po to, żeby pokochać siebie. Świadomie.

Dlatego droga mamo, zanim powiesz, że coś robisz „dla dobra dziecka” upewnij się, że nie oszukujesz sama siebie. Kosztem swojego dziecka. Dziecko nie chce być wymówką. Dziecko chce być priorytetem.

autor: Marta


Zobacz także

Małgorzata Ohme

Małgorzata Ohme: O matkach dzieci z niepełnosprawnością mówi się, że są wojowniczkami

Nagrywał filmy, jak przechadza się obok mojego domu. Głuche telefony, listy, maile… Nie uciekniesz. Tak smakuje 7 lat strachu

Kobiece piękno nie ma terminu ważności. Te cechy się nie starzeją