Lifestyle Macierzyństwo

Wychowujesz swojego syna dla innej kobiety. I chcąc nie chcąc trzeba się z tym pogodzić. Czego go nauczyć?

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
22 lutego 2016
Fot. Pexels / Vladimir Kudinov / CC0 Public Domain
 

Rodzimy się z jakąś misją. Głęboko w to wierzę. Od nas tylko zależy, czy chcemy ją nazwać i zauważyć. Jakiś czas temu usłyszałam: „Wiesz, obojętnie czego nie robię, w jakim miejscu jestem, to wiem, że tu w swoim życiu najbardziej spełniona czuję się w roli mamy”.

Ja jestem mamą dwóch Dzików. I choć jako matka kwoka nie wyobrażam sobie, że kiedyś wyjdą z domu i nie będę już dla nich najważniejszą kobietą życia, to jednak wiem, że dużo prawdy jest w powiedzeniu: wychowujesz swojego syna dla innej kobiety. I chcąc nie chcąc trzeba się z tym pogodzić. Cóż. Takie życie. I mam poczucie misji – chciałabym by moi synowie byli kochani przez wyjątkowe kobiety. A żeby takie spotkali, ja sama muszę ich nauczyć kilku rzeczy.

Samodzielności

By nie czekali, aż ktoś wyręczy ich w działaniach czy wyborach. Samodzielność zaczyna się już przy sznurowadłach, zapinanej kurtce, podanej łyżce do obiadu. Samodzielność, to spakowany tornister do szkoły i ponoszenie konsekwencji za to, o czym zapomnieli. Samodzielność to dbanie o siebie, to nie czekanie na pomoc, to odwaga w dążeniu do realizacji swoich planów i marzeń. Bez trzymania kurczowo kogokolwiek za rękę.

Nie nazywania co damskie, a co męskie

A raczej pokazanie, że świat nie jest zbudowany w czarno – białych kolorach. Że nie jest domeną kobiet sprzątanie, gotowanie i pranie, a męską zarabianie i chwalenie podanego pod nos obiadu. Nie ma rzeczy, których zrobienie przynosi ujmę mężczyźnie, czyni go mniej męskim. Ale nie wystarczy o tym mówić, przede wszystkim trzeba pokazać – od prośby o odkurzenie, pomycie naczyń, czy zrobienie kanapek. Nie chcę, by kiedyś jakaś kobieta usłyszała od nich: „Ale ja nie umiem, zawsze moja mama to robiła”.

Szacunku

Szanowania odmiennego zdania, innych poglądów. Jeśli ona okaże się feministką – uszanuj, że nie chce, by otwierać jej pierwszej drzwi, a jeśli nie – pamiętaj by podać jej płaszcz czy odsunąć krzesło. Szacunek – nawet gdy się rozstaną, gdy pokłócą, gdy będą przez chwilę chcieli o sobie zapomnieć – o nim powinni zawsze pamiętać. Bez wyśmiewania, obrażania i umniejszania wartości drugiej osoby.

Mówienia o uczuciach

Nie bagatelizowanie słów. Nie rzucanie na wiatr deklaracji i bawienia się uczuciami innych. Mówienie – kocham, lubię, jestem zły – to często bardzo dużo. Nazywanie emocji – to dla budowania związku fundament. Nie muszą być gruboskórnymi facetami, dla których mówienie o uczuciach jest niemęskie, a co więcej niezrozumiałe. Jeśli chcę, by byli kochani –  muszą ich tego nauczyć.

Zrozumienia

Niech nie mówią: „Po co ci kolejne buty” albo: „Nie masz większych problemów?”. Niech będą uważni, nie tłumaczą trudności w relacji fochem lub nadchodzącym okresem. Niech słuchają ze zrozumieniem emocji i uczuć – to wbrew pozorom wcale nie jest takie trudne.

Słabość to nie utrata męskości.

Mężczyzna ma prawo do słabości. Jak chłopiec, gdy płacze przy stłuczonym kolanie. Ma prawo być słaby i bezradny. Ma prawo oczekiwać, że tym razem ktoś go przytuli ze zrozumieniem. I że słabość nie umniejsza jego męskości, jest częścią składową, która czyni go wrażliwym człowiekiem.

Bycia wsparciem

Bo mężczyzna nie powinien się odsuwać. A chłopiec nie powinien słyszeć: „Nie kochanie, nic się nie stało, zaraz zrobię kolację”. My mamy prawo do szukania wsparcia na miarę sił małego chłopca, a on jako dorosły mężczyzna będzie czuł, że może być wsparciem do kochanej osoby, że jej nie zawiedzie i że można na nim polegać, bo my polegaliśmy na nim, gdy miał 10 lat.

Proszenia o pomoc

„Nie dam rady” – niech będzie wpisane w ich słownik, kiedy potrzebują pomocy, gdy czują, że coś ich przerasta. Prosić o pomoc nie jest wstydem. Dlatego, gdy proszą o ważną dla nich pomoc jako mali chłopcy – otrzymują ją bez kpiny i szyderstwa. Umiejętność proszenia o pomoc jest wielkim darem. To zaufanie, to poleganie na kimś, to bycie z drugą osobę bez względu na wszystko.

Oczywiście, że pytam ich jak wyglądam po powrocie do fryzjera, miło, gdy pytają o kolor nowych paznokci, albo gdy zauważają: „Mam świetnie wyglądasz”. Wtedy sobie myślę, że to dobry kierunek, że są uważni, że nie jestem jedynie sprzątaczką, praczką i kucharką. Że widzą we mnie kobietę. Tę, która też pracuje, też ma prawo do zmęczenia, która ma ochotę wyjść z przyjaciółką do kina i która pozwala sobie na odrobinę egoizmu. Wiem, że jeśli ja będę stawiać siebie na końcu rodzinnego przewodu pokarmowego, nie będę dbać o własne potrzeby, to oni nigdy nie zrozumieją kobiety walczącej w związku o niezależność i wolność i możliwość bycia sobą.

Z drugiej jednak strony, kiedy patrzę na innych mężczyzn, to myślę sobie, że nie można zapominać o najdrobniejszych rzeczach, więc uczę moich synów jeszcze:

Gotować – choćby jajecznicę

Opuszczać deskę w toalecie

Tego, że nie nosi się skarpetek do sandałów.

I że drapanie się po kroczu w towarzystwie niekoniecznie przystoi.

O tych najprostszych też nie możemy zapominać. Prawda 😉


Lifestyle Macierzyństwo

Do bycia szczęśliwym trzeba umieć dorosnąć. Zrozumieć, za czym się tak goni

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
26 lutego 2016
Fot. Flickr/Mitya Ku / CC BY-SA
 

Jestem szczęśliwa. Tak. Moje życie jest spokojne, nie, nie nudne i przewidywalne. Ale brak w nim jakiś przewrotów, które wywalałyby wszystko do góry nogami.

Kiedyś myślałam – spokojne życie to nie dla mnie. Musi się coś dziać, gdzieś muszę biec, podążać. Stawiać cele i je realizować. Szybko, mocno i już, i teraz.

Spokój to nuda. Szkoda życia na nudę. Na płynięcie wolne, unoszenie się na fali. Trzeba wyprzedzać. Szukać. Smakować wszystkiego.

Dzisiaj myślę, że biegłam, bo nie byłam we właściwym miejscu. Ten zgrzyt z tyłu głowy, jak niewygodne ubranie, metka, która uwiera, a której nie można odciąć.

To szukanie, te cele – są wtedy, gdy masz poczucie, że nie wszystko jest tak, jak powinno. Wydaje ci się, że jest okey, że przecież masz wszystko, co chcesz. Dzieci, poukładane życie, pracę. Jakąś kasę. Ale jest w tobie takie destrukcyjne działanie. Szukasz zaczepki z życiem. Prowokujesz. Sprawdzasz granice, na ile możesz je przesunąć. Gdzie jest granica twojej moralności, twojej hipokryzji, twojego komfortu i poczucia bezpieczeństwa.

Bo komfortu nie ma. Przyznajmy to szczerze. Jak czuć komfort, gdy tkwisz w nieciekawym związku, gdy praca jedynie ZDAJE SIĘ być satysfakcjonująca. Gdy patrzysz na siebie chcąc przeglądać się w oczach innych. Mężczyzn, kobiet. Kiedy brak ci dystansu i obiektywizmu do wszystkiego, co wokół się dzieje.

I ta potrzeba kontroli. Bo tylko ja wiem najlepiej. Bo ja zrobię właściwie. Bo nikt inny tylko ja.

I gonisz. Że niby za marzeniami? Na pewno? Powiedz szybko trzy – teraz, w tym momencie.

Jest się ślepym na ludzi, na to co mówią, kim są. Ślepym też na siebie. Wpadasz w jakąś matnie. Śmiesznie, ale pomyślałam o chomiku w kole. On może jest i tam szczęśliwy, ale czy ty jesteś.

Gonimy swój własny ogon. Żeby przeskoczyć postawioną samym sobie poprzeczkę. A że się nie udaje? Bo jak ma się udać, skoro nie chcemy tak naprawdę tego osiągnąć?

Myślisz: dobrze, że są dzieci, one uczą mnie uważności. Jak długo będziesz się oszukiwać? Nic nie dzieje się za sprawą kogoś. Może być przyczynkiem, ale to ty musisz chcieć w tym wytrwać. W tej uważności, zatrzymaniu się, spojrzeniu w oczy.

Myślałam, że nie umiem inaczej, że taka jestem, że moje życie po prostu musi być gonitwą i bitwą. Moja mama spytała mnie pewnego dnia, w szale realizacji jakiegoś kolejnego „cudownego” planu: „Kochanie, a czemu ty nie robisz w życiu tego, co kochasz?”.

Usiadłam. I usłyszałam ciszę. Nie było krzyków, planów i zmian. Jakie to proste. Robić to, co się kocha. I jak odległe. Bo przecież tak mało realne.

To był czas przeprowadzki i wtedy myślałam, że zmiana miejsca zamieszkania uspokoi mnie. Moja terapeutka mówiła: „Dlaczego uciekasz? Przed czym?”. A ja mówiłam, że nie uciekam, że to zmiana, która jest mi potrzebna, to rozwój. To MOJA decyzja.

Dzisiaj myślę, że uciekałam pewnie po raz kolejny przed sobą. Przed tą, której nie lubiłam. Która nie wiedziała, czego chce. Jakby przeprowadzka miała to wszystko nazwać. Co chcę, gdzie idę, kim jestem.

Nie lubiłam siebie z tym rozedrganiem. Z tym brakiem pewności. Z tą potrzebą dostarczania sobie coraz więcej bodźców. Takie życie pod prądem. Elektrowstrząsy budzą cię i zmuszają do działania.

I to uczucie, że jakbym usiadła, to tak, jakbym nie żyła.

Ale usiadłam. I zaczęłam nazywać to, co kocham. I o to walczyć. Dlaczego dzisiaj jestem szczęśliwa?

– bo robię, to co kocham, choć wydawało mi się to nieosiągalne

– bo spotykam ludzi, którzy uświadamiają mi, jak wielkim darem jest to, co posiadam

– bo otworzyłam się na innych i zaczęłam słuchać, co mówią

– bo zaczęłam uważnie słuchać i zamknęłam się na tych, których słuchać nie powinnam

– bo lubię siebie mimo wątpliwości i obaw, ale zaczynam kochać w sobie niedociągnięcia, a walczyć z tymi, które naprawdę mogę zmienić

– bo przestałam się przeglądać w oczach innych

– bo przestałam na jednych liczyć, a na innych zaczęłam liczyć bardzo

– bo nauczyłam się prosić o pomoc i mówić, że czasami mi się nie chce

– bo zaczęłam zmieniać siebie, a nie innych

– bo przestałam oczekiwać, że powinnam dostać więcej

– bo nie myślę, że to co mam jest niewystarczające, bo to jest wszystkim, co dziś mam – nie można mieć więcej

I lubię ten spokój i to szczęście. Oczywiście, że tkwię w niedoczasie, że przyjaciółka pyta: „Żyjesz?”, a przyjaciel pisze: „Ile ty biegniesz?”, bo miałam oddzwonić tydzień temu, po tym jak wrócę z psem z biegania…

Ale tak mi dobrze. W zewnętrznym chaosie i zawirowaniu, a ze spokojem w duszy, w sobie. Jestem szczęśliwa. Ty też bądź.


Lifestyle Macierzyństwo

Obiecuję, dzisiaj już na pewno. Nic tak nie boli, jak złamane słowo

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
15 lutego 2016
Fot. i Stock / shapecharge

„Tak, tak kochanie, za chwilę się z tobą pobawię”.

„To znaczy za ile”.

„Daj mi 15 minut”.

Obiecujemy na odczepnego, dla świętego spokoju, bo zależy nam na czasie i nie mamy siły negocjować, bo mamy wyrzuty sumienia za inną niedotrzymaną obietnicę. Tej też pewnie nie dotrzymamy.

„Bo to dziecko, zaraz zapomni” – usprawiedliwiamy się w myślach. „Położysz się mamo?”, „Poczytasz?”, „Pobawisz się”. Ile razy powiedziałyśmy – tak, za momencik, za pół godziny – tylko powiedziałyśmy.

Banał. Śmieszna obietnica. „Tak, pojedziemy do kina w sobotę, na pewno, obiecuję”. Co to znaczy w naszym dorosłym i tak cholernie poważnym świecie, gdzie dajemy o wiele poważniejsze obietnice. Że nie spóźnimy się na spotkanie, że wywiążemy się z obowiązków, że oddzwonimy, że zrobimy zakupy, że nie zapomnimy o czymś niezwykle ważnym.

Powtarzamy naszym dzieciom: „Tak, jesteś dla mnie najważniejszy. Jesteś moim największym skarbem” – jakby te słowa miały przynieść nam rozgrzeszenie, tłumaczyć nas z każdej niedotrzymanej obietnicy.

Stań po drugiej stronie. Spójrz przez chwilę oczami swojego dziecka, które słyszy, że tak, że obiecujesz, że teraz to już naprawdę dotrzymasz słowa. Dla niego jesteś całym światem, a najszczęśliwszym momentem jest ten spędzony z tobą.

Dziecko nie zapomina. Tak wiem, dla nas rodziców to okrutne. Bo jak to nie zapomina, a co ma pamiętać, że na lody zabraliśmy je dwa tygodnie później, a nie wtedy, gdy obiecaliśmy? Że przecież w końcu poszliśmy na basen, pojechaliśmy do zoo. A że nie wtedy, kiedy mówiliśmy: Tak dzisiaj na pewno, jutro kochanie, już jutro na 100% – jakie to ma znaczenie.

Jakie ma znaczenie? Niedotrzymane słowo to dla dziecka sygnał:

Że nie jest ważne

– bo ważniejszy od niego okazuje się telefon, sprzątanie, bo nie umiesz powiedzieć: „Kochanie nie mam siły dzisiaj, możemy to przełożyć?”.

Że nie jest kochane

– bo o miłości jedynie mówisz, ale jej nie pokazujesz. Mówisz „Kocham cię najbardziej na świecie”, ale łamiesz dane słowo – jak to świadczy o twojej miłości?

Że nie jest traktowane poważnie

– tak bardzo byśmy chcieli, by było pewne siebie, znało swoją wartość. Pamiętaj – jesteś ważny – mówimy, a za chwilę umniejszamy jego wartość uważając dawane mu obietnice za banalne: „Ale co się takiego stało? Przecież na lody możemy pójść każdego dnia”.

Że może tak samo się zachowywać

– jako dorosły też nie będzie dotrzymywać słowa, będzie kłamać, bo takiego mu siebie pokazałeś. A jemu nie wystarczy jedynie: „Nie kłam”, aby ono nie kłamało – my nie możemy kłamać.

Że nie może na ciebie liczyć

– bo skoro zawodzimy w najprostszych sprawach, jak zrobienie ulubionego ciasta, to jak może liczyć na nas w poważniejszych?

Że nie może nam zaufać

– bo jak ufać komuś, kto nie dotrzymuje słowa? Jak możesz liczyć na to, że dziecko podzieli się z tobą swoją tajemnicą, zwierzy się ze swoich uczuć, skoro tyle razy zawodziłaś?

Że słowa są mało ważne

– bo skoro dla ciebie niewiele znaczą, to ile tak naprawdę są warte. Dziecko uczy się od nas. „O co ci chodzi, przecież to tylko słowa” – powie kiedyś komuś bliskiemu.

Tak, ja też nigdy nie chciałabym tego usłyszeć, nie chciałabym wiedzieć. Wolałabym żyć w błogiej nieświadomości i przekonaniu, że złamane słowo nic nie znaczy, że dziecko zapomina. Że to wszystko przesada i gadanie na wyrost. Że niedotrzymane obietnice tu i teraz niewiele znaczą, bo kiedyś w końcu je spełnisz, wynagrodzisz, wytłumaczysz za jakiś czas, że tak po prostu się zdarza.

A może od dziś obiecajmy naszym dzieciom, że:

Nie będziemy obiecywać niemożliwego – choćby to była najbardziej błaha sprawa. Jeśli wiesz, że nie możesz dzisiaj dotrzymać danego słowa, to go po prostu nie dawaj, nie mów: „Jak się pospieszysz, to wspólnie coś pooglądamy”, kiedy wiesz, akurat dzisiaj to będzie niemożliwe bardzo jak złamane słowo.

Będziemy przepraszać za każdą niedotrzymaną obietnicę, za każdą spóźnioną realizację danego słowa, a nie mówić: „Nie płacz, przecież nic takiego się nie stało”.

Będziemy odmawiać – „Kochanie, nie dzisiaj, nie mogę, nie dam rady” – nie boli tak jak złamane słowo – naprawdę.