Lifestyle Macierzyństwo

Ukradłam wigwam dla Zosi

Kreską Asi
Kreską Asi
27 października 2015
 

Weszłam. Wzięłam sobie. I wyszłam. Bezczelnie, bezszelestnie, bez komentarza.

Ukradłam wigwam od Martyny Gie. Pomysł na wigwam znaczy się.

I trochę go skompresowałam co by do naszego m2 wszedł. I wlazł.

Jest.

Oto przepis:

SKŁADNIKI:

– dwa koce lub dwa plażowe ręczniki

– klamerki do bielizny

– poduszkę

– lalkę

– Zosię (zamiennie może być inny kochany Berbeć – bo ja swojego NIE DAM!)

– i kwintesencja: suszarka na pranie: ale taka która nie krzyżuje nóżek

 

PRZEPIS:

toaletowy_4-15

PLUSY:

– suszarka jako wigwam –  2 w 1; oszczędność miejsca

– wzbudza emocje – rozkładana sporadycznie za każdym razem podobnie cieszy,

wigwam stoi cały czas i może się znudzić

– orginalny design

– większa niż wigwam – nawet ja się w nim mieszczę i Arek

MINUSY:

– Jest brzydki, klamotny

– Więcej wad nie dostrzegam

Więc Zosia wraz z rodzicami zaprasza do środka swojego świata!

Mama tu!

Przejdź na bloga


Lifestyle Macierzyństwo

Karuzela, piekarnia, skorupa. Czyli nasz osobisty folklor

Kreską Asi
Kreską Asi
29 października 2015
 

toaletowy_4-16

Rowerem do pracy. To już wiecie. Póki co się nie poddaję.

Choć 4 stopnie na plusie mi w twarz o siódmej rano.

Ale nie o tym.

Na początku trasy wpadam po ciepłe bułeczki. Do piekarni. Niczym francuska Amelia. Ale ja Asia. I piekarnia daleka od francuskiej. Bo popeerelowska.

I w niej się dziś zatrzymamy.

Parkuję rower przed piekarnią. Już nozdrza tańczą, jak u disneyowskiego Pluto. Pachnie obłędnie, po francusku. Zabezpieczam rower łańcuchem – bo Polska. Francja-elegancja: sztuczne zakurzone kwiatki w witrynie. Oprócz zapachu – nic nie wskazuje na pyszności. Zimne, metalowe, odrapane drzwi – należy pchnąć mocniej w celu ich otwarcia: Skrzypnięcie. Skrzypnięcie 2: to Pani ekspedientka (zdaje się Założycielka owej piekarenki – wiekowa) pyta: Słuuucham??

A ty potrzebujesz dłuższej chwili na zastanowienie. Bo jedno oko łapie ukradkiem zastygły tutaj czas. Czerstwe pieczywo, jako dekoracja (tylko raz mi się zdarzyło takie faux pas, że chciałam je kupić). Gustowne, kwieciste serwetki uwypuklają jego walory smakowe: żadne, bo przecież zęby byś sobie połamał. Ominąwszy te rekwizyty docierasz w końcu do lady. Ona z pewnością pamięta czasy Peerelu. Odrapana przez wszystkich przewijających się tu przez lata klientów.

I kropka nad i: przebarwiona czasem i potem gąbeczka przyklejona na stałe – Pani Ekspedientka przecież musi wytrzeć palce po każdym użyciu banknotów. Szczęście, że bardziej z francuska podaje pieczywo – przez foliową rękawiczkę. Jestem przy ladzie, ale nadal nie mogę się skupić na asortymencie. Wzrok mój, teraz już niemal bezczelnie, jest wlepiony w osobę Ekspedientki.

Oto Sześćdziesięciolatka z rekwizytami nowoczesności: Nienaganne tipsy na mocno pomarszczonych dłoniach. Dwukolorowa kompozycja lakieru do paznokci – ostatni krzyk mody. Blond pukle przymocowane złotymi spinkami – nieco chaotycznie. Za każdym razem zastanawiam się czy to peruka. Cały make up jakby przeklejony od dwudziestolatki.

Na mocno zaorana zmarszczkami skórę. A na nosie fikuśne, ornamentem zdobione, okulary.

Zestawienie całości, neonowych kolorów na skórze i paznokciach, jest karykaturalne. Niczym gipsowa kukła pomalowana przez gimnazjalistów. Skorupa. I taka ksywa już do niej przylgnęła. ( Mówimy rodzinnie: Idę do Skorupy po bułki ). Pobyt w piekarni jest jak wehikuł czasu. Albo wybitna scenografia jednego z polskich kultowych filmów. Sentymentalne doznania potęguję muzyka płynąca z trzeszczącego radioodbiornika: „..Karuzela, karuzela, świątek, piątek i niedziela…”. Z głębokiego zamyślenia wyrywa mnie ponowne, dobitniej powiedziane:

„Tak, słucham??!”. I wybieram cośtam pysznego na śniadanie. I to jest ostatnia chwila na krótką eksplorację piekarenki. Wzrok dopada na w połowie puste regały. I dostrzegam tą w połowie pełną: zapełnioną krzyżówkami Pani Ekspedientki, nadgryzioną kanapką, szklanką w wiklinowej owijce – z pieczątką ust Pani Ekspedientki na rancie. I dostrzegłabym dużo więcej Skarbów, ale Pani wręcza mi już rachunek i tytkę z pieczywem. Francja – nowoczesność. „Niech Pani siatkę niesie otwartą, bo chleb świeżutki i się sparuje!” – Polska.

I powiedzcie mi, kto z Was, na tych nowoczesnych, pozamykanych, monitorowanych osiedlach ma takie cudo?

Zapraszam Was do Skorupy.

Smacznego.

CZYTAJ WIĘCEJ NA BLOGU: Kreską Asi


Lifestyle Macierzyństwo

Bój o drożdzówkę. Czyli słów kilka o Ustawie Żywieniowej

Kreską Asi
Kreską Asi
17 października 2015

Zanim ten cały polityczny, przedwyborczy sajgon się rozkręcił się na dobre, były DROŻDŻÓWKI. A raczej nie było. I w tym był problem. I dowodem trzeba było się okazać, aby w szkole móc takową zakupić. I dziw brał ustawodawców, że dzieci i młodzież, oraz niejednokrotnie ich rodzice nie są ZA zdrowym jedzeniem. Rodzicom się trąbi, że przecież od podstaw trzeba zdrowe żywienie uskuteczniać.

Szkoda, że przeoczono parę pierwszych lat owych PODSTAW, w których to dziecko najbardziej właśnie te nawyki żywieniowe nabiera. Znaczy po tym jak dziecko wyjdzie z brzucha. Wpierw są rodzice: cyc, eko warzywka i inne dobroci. Podstawione pod twarz dziecka, szybko w niej lądują. Smakują po prostu. Potem jest SZOK. Żłobek znaczy się – nie dość, że ryczysz, bo Ci obca baba ma Berbecia przewijać/wychowywać. To jeszcze SYF. Widzisz jadłospis rocznego dziecka i robisz zeza. Naleśniki z serkiem danio, jogurty owocowe, biszkopty, gofry z cukrem pudrem, kakao, czekoladowe kuleczki z mlekiem itp. Słowem: CUKIER. I co robisz? Rewolucję. I wywalają Ci dziecko z jednego żłobka (pozdrawiamy poznański niepubliczny Żłobek Pinokio). W następnym już cicho siedzisz. Tylko trochę ręka świerzbi, gdy inne mamy na zebraniu rodziców zgłaszają uwagi do jadłospisu, chcą usunięcia TORTÓW z żłobkowych urodzin każdego dziecka. Trochę się poddajesz. Soczki do picia są niby bardzo rozcieńczone. A po co są w ogóle? Nie pytaj. Najzdrowiej, jak możesz karm dziecko w domu i trzymaj kciuki, żeby tym zwyczajem przesiąkło. Ale nie dziwmy się potem, że ów Siedmiolatek tak bardzo pragnie drożdżówki. Więc reflektory poprosimy skierować na stołówki żłobków i przedszkoli. Tam, gdzie dzieci nie mają jeszcze takiego (a właściwie żadnego) wyboru.

Ps. Nie mam paranoi. Słodycze nie są Zosi obce i zakazane. Spróbowała już niemal wszystkiego. Ostatnio pożarła na przykład moje ptasie mleczko. Ale to raczej są kęsy słodkości raz na ruski rok. Nigdy, jako posiłek. Te, zakładam, że mają być pożywne i zdrowe. I Zosia sama sobie wsypuje przeróżne bakalie i zboża do jogurtu naturalnego.

Smacznego!

Bój o drożdzówkę. Czyli o Ustawie Żywieniowej słó kilka.