Lifestyle Macierzyństwo

Trafiony, zatopiony. Bycie matką… witaj w naszym świecie

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
1 lipca 2017
Fot. Screen z Facebooka / Doodle Diary of a new Mum
 

Cudowne, boleśnie prawdziwe i trafiające w punkt ilustracje autorstwa Lucy Scott możecie podziwiać na jej Facebookowym profilu Doodle Diary of a new Mum lub w świeżo wydanej książce. Za co pokochały ją tłumy?

To proste, kiedy życie matki zaczyna cię przytłaczać, nic tak nie pomaga złapać dystansu, jak bratnia dusza w niedoli. A ci, którzy lubią sobie na mamuśkach poużywać lub walczą z ideą robienia z nas „nadludzi” wykłócających się o byle przywileje – patrzcie ;). Nie brak nam dystansu. I tak, zdecydowana większość z nas kocha ten bajzel – co nie oznacza, że nie wolno nam trochę ponarzekać.

Witaj w naszym świecie…










Lifestyle Macierzyństwo

„Kocham cię, nie mogę bez ciebie żyć” – notorycznie mi powtarzał. Przez dobrych kilkanaście miesięcy żyłam w strachu

Magdalena Lis
Magdalena Lis
1 lipca 2017
Fot. iStock / Jax71
 

Gosia mieszka na ósmym piętrze wieżowca. Siedzimy w jej salonie, jest słoneczne popołudnie, w pokoju  jednak panuje półmrok, dziewczyna opuściła w oknach rolety. Kiedy przychodzę do jej domu trzy razy upewnia się, że to ja, mimo iż widzi moją twarz na wideo domofonie. Przeprasza za tę nieufność mówiąc, że musi być bardzo ostrożna. Zbyt wiele przez swoją naiwność i łatwowierność doświadczyła.

OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

– Andrzej ponoć zakochał się we mnie tuż po pierwszym spotkaniu. Sprzedawałam w osiedlowym sklepie, którego byłam właścicielem. On był nowy w naszej dzielnicy, wprowadził się niedawno, mieszkał nieopodal. Na zakupy zawsze przychodził z psem, którego smycz przywiązywał pod drzwiami. Był miły, szarmancki, zagadywał. Któregoś dnia zapytał o numer telefonu, w żartobliwy sposób mu odmówiłam. Widziałam, że na jego twarzy malowało się rozczarowanie. On zupełnie nie był w moim guście, nie byłam zainteresowana.

Gosia zapomniała, że jej numer telefonu widnieje wraz z adresem na sklepowej witrynie. Andrzej spisał go sobie i mimo braku zgody dziewczyny napisał do niej pierwszą wiadomość.  Zaczął bardzo grzecznie, z kulturą, wskazał źródło posiadania numeru, zaproponował trzy opcje, rower, obiad, spacer, dając Gosi możliwość wyboru.

– Nie odpisałam. Godzinę później przyszła kolejna wiadomość, chciał upewnić się, że poprzedniego SMS-a na pewno dostałam. Kiedy znów milczałam zadzwonił, raz, potem drugi. Siedziałam z koleżanką, która zażartowała wówczas, że zdarzył mi się wyjątkowo nachalny amant. Na tamten moment wydawało mi się to śmieszne. Nie przypuszczałam, że może zdarzyć się coś złego.

SKARBIE, NIE MÓW „NIE” 

Z Andrzejem spotkała się nazajutrz w sklepie. Przyszedł jakby nigdy nic, zrobił zakupy. Odchodząc zapytał, dlaczego się nie odezwała. Gosia poprosiła go, żeby nie dzwonił, że ma chłopaka. Nie podziałało. Kilka SMS-ów przysłał jeszcze tego samego wieczoru. W sklepie pojawiał się kilka razy dziennie. Przychodził osobno po masło i osobno po bochenek chleba. Znajdował milion pretekstów by zastać dziewczynę na zmianie.

– Pierwszy raz naprawdę się przestraszyłam, kiedy MMS-em przysłał mi swoje zdjęcie. Stał bokiem do lustra, nago. To było obrzydliwe, natychmiast to skasowałam.  Po tej wiadomości przyszły kolejne, pytał, czy mi się podoba, zwracał się do mnie per kochanie. Niski blondyn, krępa budowa ciała. Jego twarz zaczęła śnić mi się nocami, kiedy miłe SMS-y przerodziły w te z pogróżkami.

Andrzej pisał, że bacznie Gosię obserwuje. Wiedział gdzie mieszka, wystawał pod jej domem. Przechodził od miłości do nienawiści, od kocham cię, do spalę cię, kiedy będziesz sama w pracy. Groził, że przebije jej opony, następnie pisał gdzie spędzą wakacje. Dziewczyna była totalnie przerażona. Zaczęła się bać się własnego cienia, ograniczyła prywatne wyjścia, poprosiła siostrę by ta na jakiś czas zamieszkała u niej, bała się zostawać sama w domu.

KOLCE

– Wierzyłam, że to musi być chwilowe, że chłopak się uczepił, ale zaraz mu minie. Moja siostra sugerowała, bym na wszelki wypadek zachowała otrzymywane SMS-y, że ona na moim miejscu całą sprawę zgłosiłaby na policję. Tak zrobiłam, został wezwany na przesłuchanie, ale w policyjnym reporcie wyczytałam, że on mnie wcale nie nęka, że on jest po prostu zakochany.

Policjant zapytał Gosię, czy przypadkiem ona Andrzeja nie prowokowała. Była zażenowana, zaprzeczyła. Kolejny raz próbowała tłumaczyć, że nie zna go bliżej, nic ich nie łączy, że to przypadkowa znajomość, którą nie jest zainteresowana. Zmieniła numer telefonu, wzięła urlop, wyjechała na działkę rodziców do ich letniego domu.

– Przez bity tydzień miałam spokój, myślałam, że tak już zostanie. Którejś niedzieli rano zobaczyłam go, jak kuca pod płotem. Myślałam, że sfiksowałam, że mam jakieś omamy. Tymczasem on przerzucił mi torbę zakupów przez płot, w środku był liścik. ‘Zjedz to wszystko proszę, ostatnio mi trochę zmarniałaś’.

Wieczorem życzył Gosi w SMS-ie dobrej nocy, dziewczyna nie wiedziała, skąd może mieć jej nowy numer telefonu. Przez chwilę była jego kotkiem, skarbem, tylko po to, żeby za moment zostać wyzywaną od szmat i ku*ew. Sugerował, że go rozkochała w sobie, a teraz się wymiguje, pisał, że on jej przyrzeka, że będzie tego żałować.

– Wiem, że powinnam to wszystko zostawić, ale nie dawałam rady tego czytać, kiedy tylko widziałam jakąś wiadomość to bez czytania ją natychmiast kasowałam. Kiedy blokowałam możliwość połączenia odzywał się z innych numerów. Znów zgłosiłam sprawę na policję. Kolejna notatka, kolejny brak reakcji. Nic się przecież nie stało, dostał zakaz zbliżania się do mnie na sto metrów i tyle.

LOVE, LOVE, LOVE

Ludzie z zewnątrz Gosi nie rozumieli. Chłopak się zakochał to dzwoni, co w tym może być złego? Niejedna jej mówiła, że chciałaby mieć tak wytrwałego w trudach wielbiciela, który wysyłałby jej setki SMS-ów, prezenty, kwiaty.

– Moja siostra postanowiła zainteresować się nim bliżej. Dowiedziała się, że mieszka sam, przyjechał do nas z innego miasta, że jego rodzice to bardzo zamożni ludzie, i że tuż przed przeprowadzką rozstał się z dziewczyną.

Siostry dotarły do byłej partnerki Andrzeja. Naświetliły jej sprawę, bez trudu zgodziła się na rozmowę. Dowiedziały się, że przeszła z chłopakiem podobny dramat. Że też było przypadkowe spotkanie, setki wiadomości, wyczekiwania pod domem, kwiatki, pluszowe misie zostawiane na masce samochodu. Nabrała się na tą jego grę pozorów, nawet się zakochała. Kiedy przerażona jego zachowaniem postanowiła zakończyć związek, porysował jej auto, groził, że najpierw ją a potem siebie zamierza zabić.

– Z całych sił życzyłam sobie, by mi odpuścił. Nie chciałam źle dla nikogo, ale podświadomie marzyłam, by znalazł sobie kolejną ofiarę. Działał falowo. Czasami wszystko na jakiś czas wyciszał, milczał, a ja oddychałam z ulgą wierząc, że to koniec.

Po pewnym czasie wszystko wracało. Gosię ogarniał ją paraliżujący lęk. Bała się wsiadać do windy, wracać po zmierzchu, zapalać światło w domu. Wszędzie widziała jego twarz, mimowolnie szukała go w tłumie. Dostała obsesji, zgłosiła się do lekarza, otrzymała leki. Andrzej z czasem wyprowadził się z jej osiedla, zamilkł na dobre, przestał przychodzić do sklepu.

POWRÓT DO ŻYCIA

– Pół roku później jeden z klientów w sklepie powiedział mi, że zrobiłam na nim duże wrażenie, że chciałby się ze mną umówić, poprosił żebym podała mu swój numer telefonu.  Ze strachu całej nocy nie przespałam.

Jej przerażenie sięgnęło zenitu, zapisała się na terapię, była tak słaba psychicznie, że uznała, iż sama nie da sobie z tym wszystkim rady.

– Kocham cię, nie mogę bez ciebie żyć – dla jednych to najpiękniejsze słowa na świecie, dla mnie największy dramat. Andrzej notorycznie mi je powtarzał.  Przez dobrych kilkanaście miesięcy żyłam w strachu. Dziś mam świadomość, że padłam ofiarą stalkera.

Dwa tygodnie temu Gosia była u fryzjera, znacznie zmieniła uczesanie. Tego samego dnia wieczorem dostała wiadomość z nieznanego numeru, że pięknie jej w tej nowej fryzurze, że bardzo ją odmładza.

– Znów poczułam to bolesne ukłucie w żołądku, choć to może być wiadomość od każdego, tyle razy zmieniałam numer telefonu, że mogę mieć braki w zanotowanych kontaktach do znajomych. Ze strachu nie odpisałam. Nie wiem komu nie podziękowałam za komplement, ale modlę się, żeby to nie był Andrzej. Drugi raz bym tego nie wytrzymała.


Lifestyle Macierzyństwo

Koleżanka wytyka mi, że spoczęłam na laurach i nie rozwijam się, a ja… jestem szczęśliwa!

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 lipca 2017
Fot. iStock / M_a_y_a

„To wprost niemożliwe, że kobieta z twoim wykształceniem i możliwościami nie chce robić kariery i rozwijać się” – usłyszałam niedawno od koleżanki. Niemożliwe? Dlaczego? Czy każdy musi robić karierę przez duże K  i za największe ambicje mieć awanse i tytuły przed nazwiskiem? Świat zwariował na punkcie rozwoju osobistego i słusznie, bo rozwijać się trzeba – tylko dlaczego ten rozwój pojmowany jest tak jednowymiarowo?

Mam 35 lat, jestem mężatką, matką dwójki dzieci. Od dwunastu lat pracuję w tej samej firmie, znam na wylot każdy jej kąt i każdego pracownika – co wcale nie jest trudne, biorąc pod uwagę, że jest nas tutaj niespełna dziesięcioro. Doskonale znam swoje obowiązki i dobrze wiem, jak będzie wyglądał każdy kolejny dzień w firmie. Nuda? Rutyna? Możliwe, ale wcale mi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – jestem z tym szczęśliwa! Szef traktuje mnie jak człowieka, a nie trybik w maszynie, współpracownicy nie marzą o tym, by podstawić mi nogę i są autentycznie życzliwi, nie boję się o utratę posady biorąc zwolnienie lekarskie z powodu choroby dziecka. Pensja może i jest przeciętna, ale wystarczająca, nie brakuje nam do pierwszego. Jedni stwierdzą, że złapałam Pana Boga za nogi i każą trzymać się tego, co mam, inni zarzucą, że spoczęłam na laurach i ugrzęzłam we własnej strefie komfortu (modne ostatnio słowo).

Pamiętam jak moi rodzice harowali, by mi i siostrze niczego nie brakowało. I pomimo wysiłków nie udało im się, bo brakowało nam najważniejszego – ich obecności. Mama była księgową, brała dodatkowe zlecenia i nawet w domu siedziała nad papierami. Nieustannie też szkoliła się, chodziła na kursy komputerowe, wdrażała do pracy w nowych systemach – nie miała wyjścia, wszystko „szło z duchem czasu” i zmieniało się często z dnia na dzień. Tata pracował w banku, zaczynał od zwykłego kasjera, a na emeryturę przechodził jako kierownik wyższego szczebla. Ta droga zawodowa kosztowała go mnóstwo wysiłku, dwa lata studiów podyplomowych, niezliczone godziny dodatkowej pracy, kursów i szkoleń.

Kiedy oboje byli  już na emeryturze, zapytałam ich, czy nie żałują swoich wyborów zawodowych. Sama stałam wtedy przed kolejną życiową decyzją i potrzebowałam rady, wskazówki kogoś bardziej doświadczonego. Mama powiedziała mi wtedy, że choć jest im teraz dobrze i mogą spokojnie odpoczywać, to czuje, jak wiele im umknęło w tym pędzie, że pewnych spraw już nie da się nadrobić i wynagrodzić. Obiecałam sobie wówczas, że ze mną będzie zupełnie inaczej, że moje dzieci nie poznają smaku samotności i rozczarowania kolejną nieobecnością rodziców i niedotrzymanym przez nich słowem. Że nie będę czekać do emerytury z realizowaniem swoich marzeń i odpoczynkiem, z prawdziwym przeżywaniem życia. Jak na razie, dotrzymuję słowa.

„Z twoją głową i umiejętnościami mogłabyś zajść o wiele dalej, awansować. Kiedyś byłaś zupełnie inna”. No tak, kiedyś nie miałam rodziny i praca była numerem jeden. Ale moje priorytety się zmieniły, potrzeby mam zupełnie inne, pragnienia nie te same, co dziesięć lat temu. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że w większych firmach, czy w korporacjach, perspektywy są o wiele większe. Że są prywatne ubezpieczenia lekarskie, karty do klubów sportowych, darmowe bilety do kina, duże premie świąteczne, kursy, szkolenia – tylko czasu brakuje, by z tego wszystkiego korzystać, bo trzeba biec w wyścigu i nie dać się wyprzedzić innym. Wcale o tym nie marzę! Wolę swoją nudę, spokój, wolne popołudnia dla rodziny i ograniczony stres.

Czy naprawdę miarą szczęścia w dzisiejszych czasach stał się rozwój zawodowy i pozycja, jaką zajmujemy na rynku pracy? A komfort, coś, do czego paradoksalnie każdy z nas dąży, postrzegany jest jako przeszkoda, uczucie tłamszące i ograniczające? Nie widzę nic złego w tym, że czuję się dobrze tam, gdzie teraz jestem, a swoją pracę traktuję jedynie jako źródło zarobku, a nie życiowej satysfakcji. To nie jest moja pasja. To nie jest moje hobby. Mogłabym bez niej żyć i być równie szczęśliwa. I nie boję się mówić o tym głośno, choć to niepopularne w dzisiejszych czasach i postrzegane jako wyraz braku ambicji, lenistwa i wygodnictwa. Od bycia wzorowym pracownikiem wolę bycie wzorową matką i żoną, a zamiast rozwoju zawodowego wybieram rozwijanie własnych pasji i zainteresowań – robię to świadomie i z ochotą, bez żalu i wyrzeczeń. To jest właśnie moja wizja szczęścia – nie żyję po to, by pracować, ale pracuję po to, by godnie żyć. Czy tak trudno jest to zrozumieć i zaakceptować?


Zobacz także

Chcesz mieć lepsze życie? Umów się z przyjaciółką na kawę! To naprawdę może wiele zmienić – dowiedzione naukowo!

Wyjdź za faceta, który będzie najlepszym ojcem dla twoich dzieci

4 ważne rzeczy, o które powinniśmy przestać się martwić. Najlepiej od teraz!