Macierzyństwo

To jednak genialne, że dzieci rosną. Czasami naprawdę warto to docenić

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
27 lutego 2016
Fot. Unsplash/Annie Spratt / CCO
 

Mam w pracy koleżanki, które mają dzieci młodsze. Młodsze od moich. Dużo młodsze. Moje Dziki to już osiem i dziesięć lat, a ich to przedział od roku do pięciu lat.

I kiedy tak ich słucham, to czasami sobie myślę, że to jednak genialne, że dzieci rosną. Czasami naprawdę warto to docenić.

Dlaczego? Jak masz starsze dzieci to pewnych rzeczy nie musisz i pewne sytuację już cię nie dotyczą, bo możesz:

Ubrać się sama bez naciągania nikomu czapki i zakładania butów

Szybko się zapomina te wyjścia z domu, kiedy trzeba ubrać dwójkę i siebie i jeszcze najlepiej się przy tym nie spocić jak mops. A teraz – butów nikomu nie wciskasz, zamek od kurtki zapinasz tylko jeden – swój. I czekasz, aż reszta się ogarnie do wyjścia

Nie zaprzątać sobie głowy tym, kto co założy

Twój udział w garderobie dzieci ogranicza się jedynie do prania i wieszania ich ciuchów. Same już układają je w szafie, same też wybierają, co chcą założyć. Już nie ma: „Nie chcę tych rajtuz”, „Nie lubię tej bluzki”, „Ja chcę koszulkę w smoki”, a koszulkę w smoki diabeł przykrywał ogonem i nigdy nie można jej było znaleźć o poranku.

Nie przerywać nagle rozmowy

Bo okazuje się, że właśnie jednemu trzeba wytrzeć tyłek, a drugie dorwało się do szuflady z mąką u cukrem. „Przepraszam cię, muszę kończyć – kupa”. To zdanie już ciebie nie dotyczy. Jak i trzask rzucanej przez ciebie słuchawki, bo właśnie twoje dziecko wdrapało się na kanapę i chce skoczyć. I nikt nie mówi: „Halo, halo jesteś tam”, kiedy ty stoisz z otwartą buzią podziwiając mazaje na ścianie wykonane przez dziecko, które odkryło właśnie malarski talent. A czułaś, że coś jest za cicho.

Nie sprawdzać, czy masz jak dostać się do sklepu

Ile schodów pokonać, czy jest podjazd na wózek, czy winda wystarczająco szeroka. Zapominasz te wszystkie sposoby na wciągnie wózka po schodach – a przecież dochodziłaś w tym do perfekcji. Dziecko nawet się nie budziło, jak targałaś wózek na trzecie piętro do dziadków.

Zrobić spokojnie zakupy

Bez wjeżdżania między półki wózkiem, wyciągania z niego tego, co dziecko zdążyło przemycić. I bez pakowania zakupów – trochę w koszyk, trochę dziecku między nogi i torba, którą ciężko nieść i pchać wózek. Zawsze myślałam: „Za jakie grzechy sama to sobie robię, te zakupy i z nimi tachanie się”. A teraz. Cyk – samochód, koszyk, czyta przyjemność. Bez szukania dzieci między półkami. Kiedyś znajomy spotkał mnie w markecie i mówi: „Wiesz, jak już wszedłem, to wiedziałem, że jesteś – twoje dzieci było słychać…”. Taaaa J

Powiedzieć: „Zrób sobie sam kanapki”

I nie lecieć i pytać, co by zjadło. Studzić, chuchać i miksować. Martwić się, czy zje, czy nadal lubi marchewkę, czy może już mu się odwidziało. Co więcej, nawet niekoniecznie zawsze musisz biec do kuchni robić dziecku głodnemu jedzenie, bo ono samo zrobi sobie kakao, jajecznicę, budyń, czy płatki z mlekiem. Cudowne jest to wyliczanie, co potrafi zrobić samodzielnie do jedzenia.

Nie odprowadzać

Z językiem wywieszonym do przedszkola, żłobka. I jeszcze myśleć, czy dzisiaj przypadkiem nie ma dnia zabawki. Bo wiesz – dramat w szatni. Jak masz szczęście (mi się udało), że szkoła jest blisko domu, to wystarczy na lodówkę przyczepić plan lekcji i pilnować godzin wyjścia. Wychodzą sami, sami wracają, a jeszcze mają kolegów w pobliżu, do których też SAMI mogą iść. To prawie jak wolność 🙂

Poza tym starsze dzieci: same obcinają sobie paznokcie, myją głowę, rozczesują włosy, czytają wieczorem książkę, nalewają sobie sok do picia. I tak patrzę sobie na tych moich chłopaków, myślę, że znowu ze spodni wyrośli i że jeszcze jeden bochenek chleba by się przydał, bo to co jest na pewno nie starczy – wrócili z boiska. I że kurtki brudne. Rękawiczka zgubiona. Ale wiecie, fajnie, że są starsi. Pogadają, podskutują, ale nadal się przytulają. Także drogie koleżanki i mamy młodszych dzieci, jak czasami macie dość – wszystko się kiedyś kończy, a… zaczyna nowe. Ale o tym może kiedy indziej 😉


Macierzyństwo

My wojną jesteśmy naznaczeni, ale dzisiaj – po Brukseli, boję się o moje dzieci

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
23 marca 2016
Fot. iStock / Mitja Mladkovic
 

„To jest przegrana walka i trzeba nauczyć się z tym żyć” – napisał ktoś na Facebooku po informacji, o zamachach w Brukseli. Znajoma mieszkająca w Londynie ostrzegała, żeby ograniczyć w najbliższych dniach korzystanie z metra. Ktoś do mnie mówi: „Mają taki wywiad, tyle wiedzą, a oni jeszcze z tymi bombami potrafią się wcisnąć”.

Siedziałam wczoraj i słuchałam, choć chyba bardziej oglądałam to, co wydarzyło się w Brukseli. Przypomniał mi się okrutny poranek z tragedią w Paryżu w tle. Mocniej dotarły do mnie doniesienia o wybuchach, o wojnie, o konfliktach, także tych na Ukrainie.

Staram się nie widzieć świata w czarnych barwach, odsuwam od siebie wizje, które później spędzają mi sen z powiek. Wolę myśleć: „Nam nic się nie stanie, wszystko w końcu zostanie złagodzone, rozwiązane, załatwione”, niż nakręcać w sobie spiralę strachu. Ale znajoma napisała: „Lecę za chwilę do Europy. Szczerze – boję się”.

I pomyślałam, że od tego nie uda się uciec. Siedziałam i  płakałam ze strachu, z bezradności. Z poczucia, że to nie ja będę decydować o szczęściu moich dzieci. Że choćbym stanęła na głowie starając się, by ich życie było szczęśliwe, to nie wiem, w jakim świecie przyjdzie im żyć. Im i ich dzieciom.

I dzisiaj, gdy wychodzili rano do szkoły uśmiechnięci, z tornistrami na plecach, przepychając się w drzwiach stałam i patrzyłam na nich myśląc: „Oby jak najdłużej”. Oby ich życie jak najdłużej składało się z beztroski, ze wspólnych kłótni i przepychanek. Z kolegów, którzy odwiedzą ich po południu i lekcji, których nie chce im się odrabiać.

Dostaję wczoraj maila: „Przepraszam, odezwę się za kilka dni. Mam rodzinę w Brukseli. Przepraszam…”. Czytam, że ktoś zastanawia się, czy puścić swoje dziecko na wycieczkę gdzieś za granicę.

Ten strach jest realny, co więcej on jest namacalny. Jeszcze kiedyś krzyczałabym: „Nie dajmy się zastraszyć, ten strach jest najgorszy. Kiedy się boimy łatwiej nad nami zapanować, łatwiej manipulować i ograniczyć!”.

Ale dzisiaj boję się o moje dzieci. Boję się o to, że ich pokolenie i pokolenie ich dzieci będzie musiało poznać smak wojny. Noszę w sobie paskudne przekonanie, którego nienawidzę, że to się zdarzy. I z tym przekonaniem nie potrafię walczyć, uśmiechać się do tego ironicznie. Bo dziś wiem, że to jest realne.

My wojną jesteśmy naznaczeni, choć jej nie pamiętamy. Często nie pamiętają jej nawet nasi rodzice, ale nosimy ją w sobie. Nie tylko dlatego, że jako Polacy kochamy się w martyrologii, ale lubimy myśleć o sobie, że cierpieliśmy za miliony.

Nie chcę, by kolejne pokolenia niosły w sobie tę iluzję. Że wojna wyzwala, że ginie się w imię wyższej idei. Że nawet ci niewinni zasługują na miano bohaterów.

Nie chcę, by moje dzieci były takimi bohaterami. Nie chcę, by ktoś wykuwał dla nich czy dla ich przyjaciół tabliczki upamiętniające ich kompletnie bezsensowną śmierć.

Nie chcę, by musiały uciekać, by nagrywały telefonem filmiki, które później ktoś złoży w jeden długi film o ich czasach, o czasach życia w strachu, w czasach ucieczki i czającego się wokół zagrożenia.

Nie chcę, by opowiadały swoim dzieciom, jak wychodziły do szkoły z tornistrami przepychając się w drzwiach, jak o czymś, co dzisiaj jest (bynajmniej chwilowo – tak tłumaczyliby swoim dzieciom) niemożliwe.

Nie chcę, by rozsnuwały wizję spokojnego i szczęśliwego świata, który tylko był i który będzie być może kiedyś udziałem ich dzieci i wnuków i ich dzieciństwa, o którym tak rzadko pamiętają w obliczu tego co się dzieje.

Nie chcę myśleć, że ta wojna byłaby inna, bo tocząca się na poziomie gospodarczym, politycznym, w zaciszu gabinetów prezydenckich. Że na pierwszym miejscu stawiany byłby interes najbogatszych.

Nie chcę w ogóle myśleć o tej wojnie, bo boję się irracjonalnie nawet tego, że  to jak samospełniająca się przepowiednia.

Na stronie UNICEF-u czytam: Wojna dotyka pokolenie dzieci i młodych osób, które zostały wyrwane z systemu edukacji. Trauma, której doświadczyły, każe im coraz częściej patrzeć na przyszłość jedynie przez pryzmat przemocy.

I myślę, że nieważne o jakiej wojnie piszą, że nieważne, gdzie ona się toczy. Ważne, że zawsze dotyka ona tych najbardziej bezbronnych, tych pełnych marzeń, szczytnych idei. Którzy tak, jak teraz wcześniej, mówią: „Nie bójmy się”, choć budzą się w nocy zlani potem jeszcze nie wiedząc co ich czeka.

I najbardziej na świecie pragnę właśnie, by nigdy się tego nie dowiedzieli. By nigdy nie poczuli mojego dzisiaj strachu, smutku i miliona obaw. By te emocje nigdy nie stały się ich udziałem. By przemoc pozostawała nadal zamknięta w pytaniu: „Mamo co się dzisiaj stało” i w moim tłumaczeniu, że zginęli niewinni ludzie, że po raz kolejny, ktoś chce zburzyć nasz spokój.  I w przytuleniu się do mnie i w dziecięcym: „Ale nam nic nie grozi? Bo to nie w Polsce?”. Na to nie umiem już  odpowiedzieć… A tak bardzo bym dzisiaj chciała.


Macierzyństwo

Do bycia szczęśliwym trzeba umieć dorosnąć. Zrozumieć, za czym się tak goni

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
26 lutego 2016
Fot. Flickr/Mitya Ku / CC BY-SA

Jestem szczęśliwa. Tak. Moje życie jest spokojne, nie, nie nudne i przewidywalne. Ale brak w nim jakiś przewrotów, które wywalałyby wszystko do góry nogami.

Kiedyś myślałam – spokojne życie to nie dla mnie. Musi się coś dziać, gdzieś muszę biec, podążać. Stawiać cele i je realizować. Szybko, mocno i już, i teraz.

Spokój to nuda. Szkoda życia na nudę. Na płynięcie wolne, unoszenie się na fali. Trzeba wyprzedzać. Szukać. Smakować wszystkiego.

Dzisiaj myślę, że biegłam, bo nie byłam we właściwym miejscu. Ten zgrzyt z tyłu głowy, jak niewygodne ubranie, metka, która uwiera, a której nie można odciąć.

To szukanie, te cele – są wtedy, gdy masz poczucie, że nie wszystko jest tak, jak powinno. Wydaje ci się, że jest okey, że przecież masz wszystko, co chcesz. Dzieci, poukładane życie, pracę. Jakąś kasę. Ale jest w tobie takie destrukcyjne działanie. Szukasz zaczepki z życiem. Prowokujesz. Sprawdzasz granice, na ile możesz je przesunąć. Gdzie jest granica twojej moralności, twojej hipokryzji, twojego komfortu i poczucia bezpieczeństwa.

Bo komfortu nie ma. Przyznajmy to szczerze. Jak czuć komfort, gdy tkwisz w nieciekawym związku, gdy praca jedynie ZDAJE SIĘ być satysfakcjonująca. Gdy patrzysz na siebie chcąc przeglądać się w oczach innych. Mężczyzn, kobiet. Kiedy brak ci dystansu i obiektywizmu do wszystkiego, co wokół się dzieje.

I ta potrzeba kontroli. Bo tylko ja wiem najlepiej. Bo ja zrobię właściwie. Bo nikt inny tylko ja.

I gonisz. Że niby za marzeniami? Na pewno? Powiedz szybko trzy – teraz, w tym momencie.

Jest się ślepym na ludzi, na to co mówią, kim są. Ślepym też na siebie. Wpadasz w jakąś matnie. Śmiesznie, ale pomyślałam o chomiku w kole. On może jest i tam szczęśliwy, ale czy ty jesteś.

Gonimy swój własny ogon. Żeby przeskoczyć postawioną samym sobie poprzeczkę. A że się nie udaje? Bo jak ma się udać, skoro nie chcemy tak naprawdę tego osiągnąć?

Myślisz: dobrze, że są dzieci, one uczą mnie uważności. Jak długo będziesz się oszukiwać? Nic nie dzieje się za sprawą kogoś. Może być przyczynkiem, ale to ty musisz chcieć w tym wytrwać. W tej uważności, zatrzymaniu się, spojrzeniu w oczy.

Myślałam, że nie umiem inaczej, że taka jestem, że moje życie po prostu musi być gonitwą i bitwą. Moja mama spytała mnie pewnego dnia, w szale realizacji jakiegoś kolejnego „cudownego” planu: „Kochanie, a czemu ty nie robisz w życiu tego, co kochasz?”.

Usiadłam. I usłyszałam ciszę. Nie było krzyków, planów i zmian. Jakie to proste. Robić to, co się kocha. I jak odległe. Bo przecież tak mało realne.

To był czas przeprowadzki i wtedy myślałam, że zmiana miejsca zamieszkania uspokoi mnie. Moja terapeutka mówiła: „Dlaczego uciekasz? Przed czym?”. A ja mówiłam, że nie uciekam, że to zmiana, która jest mi potrzebna, to rozwój. To MOJA decyzja.

Dzisiaj myślę, że uciekałam pewnie po raz kolejny przed sobą. Przed tą, której nie lubiłam. Która nie wiedziała, czego chce. Jakby przeprowadzka miała to wszystko nazwać. Co chcę, gdzie idę, kim jestem.

Nie lubiłam siebie z tym rozedrganiem. Z tym brakiem pewności. Z tą potrzebą dostarczania sobie coraz więcej bodźców. Takie życie pod prądem. Elektrowstrząsy budzą cię i zmuszają do działania.

I to uczucie, że jakbym usiadła, to tak, jakbym nie żyła.

Ale usiadłam. I zaczęłam nazywać to, co kocham. I o to walczyć. Dlaczego dzisiaj jestem szczęśliwa?

– bo robię, to co kocham, choć wydawało mi się to nieosiągalne

– bo spotykam ludzi, którzy uświadamiają mi, jak wielkim darem jest to, co posiadam

– bo otworzyłam się na innych i zaczęłam słuchać, co mówią

– bo zaczęłam uważnie słuchać i zamknęłam się na tych, których słuchać nie powinnam

– bo lubię siebie mimo wątpliwości i obaw, ale zaczynam kochać w sobie niedociągnięcia, a walczyć z tymi, które naprawdę mogę zmienić

– bo przestałam się przeglądać w oczach innych

– bo przestałam na jednych liczyć, a na innych zaczęłam liczyć bardzo

– bo nauczyłam się prosić o pomoc i mówić, że czasami mi się nie chce

– bo zaczęłam zmieniać siebie, a nie innych

– bo przestałam oczekiwać, że powinnam dostać więcej

– bo nie myślę, że to co mam jest niewystarczające, bo to jest wszystkim, co dziś mam – nie można mieć więcej

I lubię ten spokój i to szczęście. Oczywiście, że tkwię w niedoczasie, że przyjaciółka pyta: „Żyjesz?”, a przyjaciel pisze: „Ile ty biegniesz?”, bo miałam oddzwonić tydzień temu, po tym jak wrócę z psem z biegania…

Ale tak mi dobrze. W zewnętrznym chaosie i zawirowaniu, a ze spokojem w duszy, w sobie. Jestem szczęśliwa. Ty też bądź.