Lifestyle Macierzyństwo

„Kiedyś, opowiem Ci historię o tym, jak tysiące Aniołów zeszło na ziemię, by Ci pomóc”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 lutego 2016
Arch. prywatne
 

„Pani dziecko ma nowotwór” – mało pamiętam z tego dnia. Po Świętach pojechaliśmy z Marceliną na kontrolę okulistyczną i już nie wyszliśmy ze szpitala – wspomina Ania, mama Marcelinki, dziewczynki, której pomogły tysiące ludzi – aniołów, jak mówi jej mama.

– Wszystko działo się tak szybko. Jeszcze dzisiaj ciężko poskładać mi myśli. Dowiedzieliśmy się o chorobie Marceliny, o sposobie leczenia nowotworu, a kilkanaście dni później pakowałam walizki, bo lecieliśmy do kliniki Nowego Jorku. Tak naprawdę teraz przychodzi czas, żeby móc spojrzeć spokojnie na to, co się wydarzyło.

Pamiętaj – życie pisze własny scenariusz

Jeszcze przed urodzeniem córki Ania i Radek postanowili, że nie będą zamieszczać zdjęć dziewczynki na społecznościowych portalach. Zdjęcie wózka, łóżeczka – owszem, ale bez samej Marcelinki. Matki jednak mają szósty zmysł, intuicję. – Cały czas, gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że nie uda się nam Marceliny schować przed światem, że przyjdzie moment, kiedy wszyscy ją zobaczą… Bo ona zawsze chętnie szła do innych ludzi, była ciekawa świata. Przypomniałam sobie o tym, kiedy zobaczyłam ulotki ze zdjęciem Marceliny – z chęcią pomocą odzywali się do nas nawet ludzie z Australii.

Pamiętaj – nie obwiniaj się

Tę historię zna wiele osób. Niespełna rocznej dziewczynce stawiana jest diagnoza: siatkówczak  – rak złośliwy. W Polsce 90% przypadków kończy się amputacją oka. Na ten rzadki nowotwór  choruje rocznie około 20. dzieci.

–  Kiedy usłyszeliśmy tę informację, byliśmy w szoku. „Państwa dziecko najpewniej straci oko. Jest ciężko chore”. Taki komunikat otrzymaliśmy i z taką informacją nas zostawiono,  bo do gabinetu doktora ustawiała się długa kolejka – wspomina Ania. – Miałam tysiące myśli – że może gdybym szybciej zareagowała, gdybym była bardziej uważna, to stan Marceliny nie byłby tak poważny. Szybko jednak doszłam do wniosku, że jeśli będę się zadręczać i obwiniać to zwariuję, a w takim stanie na pewno nie pomogę Marcelinie. Skupiliśmy się przede wszystkim na tym, co możemy dla niej zrobić.

Z rutynowej kontroli okulistycznej Marcelinka trafiła od razu na oddział onkologiczny. – My jeszcze przesiąknięci rodzinną świąteczną atmosferą, robiąc podsumowanie cudownego dla nas roku, w którym urodziła się nasza córka, na dwa dni przed Sylwestrem słyszymy, że Marcelina jest bardzo ciężko chora. To był szok. Bałam się onkologii… tej atmosfery nadchodzącej śmierci. Tymczasem na oddziale panował wyjątkowy spokój, wszyscy byli bardzo pogodni.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Pamiętaj – proś o pomoc

Ania podkreśla, jak bardzo ważne jest wsparcie. Nie należy się zastanawiać, tylko prosić o pomoc, gdy jej potrzebujemy. –  Nie można na siebie brać całego ciężaru, bo możemy go w pewnym momencie nie udźwignąć. Dlatego, kiedy już byliśmy na oddziale, a Marcelinka spała już bezpiecznie w łóżeczku, zadzwoniłam z prośbą o pomoc do mojej mamy i teściowej. Powiedziałam: „Potrzebuję, żebyście byli tu z nami”. Przyjechali od razu, wspierali nas cały czas. Mogłam wyjść popłakać do łazienki, wiedząc, że obok Marceliny siedzi bliska osoba, która daje siłę mojej córce, kiedy mi zaczyna jej brakować.

Ania i Radek zaczęli rozmawiać z innymi rodzicami chorych dzieci. Dowiedzieli się o możliwościach leczenia siatkówczaka… I o kwocie półtora miliona złotych, która jest potrzebna, by Marcelinka mogła przejść leczenie w specjalistycznej klinice w Nowym Jorku. – Siedzieliśmy z naszymi najbliższymi na oddziale i zastanawialiśmy się, jakim cudem jesteśmy w stanie zdobyć takie pieniądze. Dla każdego z nas to była niewyobrażalna suma. Amerykańscy lekarze dają Marcelinie 80% szans na uratowanie oka. W Polsce mówiono, że na 90% Marcelina straci oczko, bo chemioterapia może okazać się nieskuteczna.

Od rodziców dziewczynki z tym samym nowotworem usłyszeli, by nie czekać na wyniki po pierwszej chemioterapii, tylko od razu zacząć zbierać pieniądze na leczenie w Stanach, nie tracić czasu.

Pamiętaj – nie trać nadziei i wiary

To, jaki rozmiar przybrała akcja zbierania pieniędzy dla Marcelinki, zaskoczyła wszystkich. Styczeń to miesiąc, kiedy informacji o chorych i potrzebujących dzieciach pojawia się mnóstwo. Brat Radka – taty Marcelinki, napisał na swoim facebookowym profilu, że półtora miliona złotych to wpłacenie po 10 złotych przez  150 tysięcy ludzi. – Płakaliśmy ze szczęścia, kiedy usłyszeliśmy, że uzbierana jest połowa kwoty, wtedy uwierzyliśmy, że to naprawdę jest możliwe – wspomina Ania.

– Dlaczego się udało? Myślę, że zadziałało kilka rzeczy. My nie postawiliśmy Marceliny w roli pokrzywdzonego dziecka. To piękna dziewczynka, z ogromną chęcią do życia, której przytrafił się nowotwór. A co najważniejsze –  nie działaliśmy w pojedynkę – tłumaczy Ania dodając: – Tak nie mielibyśmy szans. Od początku byli z nami znajomi i ich znajomi. Radek porozdzielał zadania. Oni nie spali po nocach, odpowiadali na wiadomości, kontaktowali się ze znanymi osobami, z mediami prosząc o pomoc w nagłośnieniu akcji. Dzwonili do nas obcy ludzie, to było coś niesamowitego… Moja ciocia – katechetka powiedziała, że na początku modliła się o cudowne uzdrowienie Marcelinki. Ale gdy zobaczyła, co się dzieje, wiedziała, że Marcelince zostało dane inne zadanie – zjednoczyć ludzi, połączyć anioły, które chcą nieść pomoc, obudzić dobroć w ludziach. To było jak lawina, ludzie poczuli w sobie moc mogąc pomóc innym, wiemy, że zaczęto organizować zbiórki pieniędzy dla innych dzieci.

Ania wspomina wiele wzruszających gestów. – Nauczyciel z miasta, z którego pochodzę, poprosił, by na pogrzeb jego żony, który zmarła na raka, zamiast kwiatów przynieść pieniądze i wrzucić do puszki dla Marceliny…

Kiedy jeszcze odbywały się koncerty zorganizowane dla Marceliny, Ania już pakowała ich na wyjazd do Stanów. – Zadzwoniłam do naszej doktor prowadzącej i powiedziałam, że my już chyba drugiej chemii w Polsce nie weźmiemy, że lecimy…

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Pamiętaj – dobroć wraca

Ania z Radkiem dzisiaj myślą o założeniu fundacji. Pisze do nich wiele osób z prośbą o pomoc. Odpisują, podpowiadają, ale teraz,  jeszcze przez jakiś czas, cel mają jeden  – wrócić ze zdrową Marcelinką do domu.

Badania dna oka zostały przesunięte na najbliższą środę ze względu na słabsze wyniki krwi dziewczynki. – Jestem osobą myślącą pozytywnie, że wszystko musi pójść dobrze. Już w Stanach od lekarzy usłyszeliśmy, że stan Marcelinki jest bardzo poważny, że nowotwór zaawansowany… Że oni nic nie mogą obiecać. Tu nikt na pierwszym spotkaniu nie daje nadziei mówiąc, że wszystko będzie super.

Dzisiaj Ania mówi o najtrudniejszym okresie: – Teraz mogę spojrzeć spokojniej na to wszystko co przed nami. Nie jest mi łatwo, kiedy pogrążam się w myślach o leczeniu, o chorobie… Pomaga codzienna rutyna. Zadaniowość. Szpital, badania. Spacer. Kolacja. Kąpiel.

Kończymy rozmowę wiedząc, że to przecież jeszcze nie koniec tej historii. Na swoim Facebooku Ania napisała: „Kiedyś opowiem Ci historię o tym, jak tysiące Aniołów zeszło na ziemie, aby Ci pomóc moja Księżniczko!”.

Arch. prywatne

Arch. prywatne


Lifestyle Macierzyństwo

Dlaczego kochamy? Jak się okazuje – często za nieoczywiste rzeczy. Obejrzyjcie koniecznie

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 lutego 2016
Fot.Screen/You Tube
 

Za co można kochać najbliższą osobę? Za to, że jest, że czujemy się przy niej bezpiecznie, że daje nam wsparcie i zrozumienie. To prawda. Ale często też kochamy za drobnostki, za rzeczy, o których nie mówimy. 

Walentynki można obchodzić, ale nie trzeba. Są tacy, którzy czekają na romantyczne gesty i ci, dla których to dzień jak każdy inny. Jedno jest pewne – od czasu do czasu warto powiedzieć sobie nawzajem, dlaczego kochamy – na różnym etapie związku.

Obejrzyjcie film i zobaczcie trzy pary, które powiedziały co kochają w sobie nawzajem – miało to być coś, czego nie mówili sobie nigdy wcześniej. Może dla was stanie się to inspiracją.


Lifestyle Macierzyństwo

„Nie chodziłam na imprezy, nie miałam chłopaka” Gdy jesteś dla siostry jak matka

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
13 lutego 2016
Fot. iStock/IvanJekic

Weronika: Młode dziewczyny powinny chodzić na imprezy, spotykać się ze znajomymi, przeżywać miłości. Ja zastępowałam siostrze matkę.

Jest szósta rano. Próbuję ignorować świdrujący w uszach dzwonek telefonu. Po szóstym sygnale rzucam okiem na wyświetlacz aparatu. Magda. Odbieram. Po drugiej stronie krzyki. „Nienawidzę mojego życia, szefowa się na mnie uwzięła, pół nocy nie śpię.” Uspokajam: „Awanturami nic nie zdziałasz, spróbuj porozmawiać”. Popołudniu SMS: „Miałaś rację, czasem wystarczy porozmawiać”. Wciąż to samo. Próbuję pokazać Magdzie, że musi radzić sobie sama. Nie mogę być na każde zawołanie. Odbierać telefon nawet w kinie, bo ona „koniecznie musi porozmawiać”. Ratować ją, gdy ma problemy z facetami.

„Co chciałby pani uzyskać dzięki naszym spotkaniom?”, spytała mnie kiedyś terapeutka. Powiedziałam: „Chcę być dla siebie ważna. Nawet nie wiem, co lubię jeść, i co chcę robić w życiu zawodowym. Wiem za to, że siostra  marzy o podróży do Wietnamu, rywalizuje z najbliższą przyjaciółką, wiecznie się odchudza, ale kocha dobrze wysmażoną jajecznicę. Na mnie mnie nie ma już miejsca”.

Odpowiedzialność- od zawsze

Do czasu pojawienia się Magdy wychowywałam się na podwórku. Dobrze się uczyłam, nie zawracałam nikomu głowy. Rodzice chcieli tylko, żebym mówiła, gdzie będę.

25 lat temu. Zima. Druga w nocy. Czekam z głową opartą o drzwi, aż  tata wróci ze spotkania.  Marzył o synu. Niestety, gdy mu się urodziła druga córka, on już był w alkoholowym ciągu.  Miał być przed 22.00. W końcu jest! Kroki po schodach i próba trafienia kluczem do zamka. „Miałeś nie pić, obiecałeś. Przecież jutro ze szpitala wraca mama! Musimy złożyć łóżeczko, już je przyniosłam z piwnicy, ale go sama nie skręcę i nie przestawię mebli” – wyrzucałam.

Cuciłam ojca, podawałam narzędzia. O czwartej rano łóżeczko było gotowe. Nastawiam budzik. O ósmej mam sprawdzian z matematyki.

Przekonanie: „Nigdy nie mogę odpuścić”

„Jaka ona  śliczna”, zachwycam się dzień później. „Nie dotykaj! Coś może się stać”, denerwuje się mama. Denerwuje się tak jednak tylko przez parę tygodni. Potem coraz częściej oczekuje pomocy. „Wyjdź z nią na spacer”, „Podgrzej zupę”, „Zmień pieluchę”, „Pobaw się „, „Wykąp”. To ja wstawałam w nocy. Mama uważała, że dziecko musi sobie popłakać. Nie mogłam tego znieść, więc całymi godzinami nosiłam ją na rękach.

Pamiętam pytania nauczycielki: „Kochanie, dlaczego jesteś taka blada?”. Nie spałam, nie byłam w stanie się uczyć. Magda miała dwa lata, gdy mama oznajmiła: „Wracam do pracy, wiesz, że ojciec nas nie utrzyma. Od tej pory to ty jesteś najważniejszą opiekunką siostry. Jesteś za nią odpowiedzialna, rozumiesz? Nie dam rady robić wszystkiego”.

Brak miłości– od zawsz

Początek lat 90. Zdałam do jednego z lepszych liceów w mieście. Już we wrześniu nowi koledzy integrują się po lekcjach.  „Idziesz z nami?”, pytają mnie. „Nie mogę”, odpowiadam. Patrzę na zegarek. O 15. 00 powinnam odebrać Magdę. Po kilku takich propozycjach przestają mnie zapraszać. Wstaję codziennie o 5.00. Upiorny rytuał. Budzenie sześciolatki. Czas przygotowań: dwie godziny. Potem szybkim krokiem do przedszkola i bieg do autobusu, żeby dojechać do szkoły, która jest w innej dzielnicy. Popołudnie też tylko z siostrą: codzienne odbieranie, spacer, układanie budowli z drewnianych klocków, kąpanie, czytanie książek. Często zasypiam z nią, budzę się koło północy i dopiero próbuję się uczyć.

Ona jeszcze na początku pyta: „A gdzie mama? W pracy? Kiedy wróci?”. Bolało, ale z czasem Magda tęskniła mniej. Ja tłumaczyłam: „Mama jest lekarzem, pomaga innym”. Wiem, że uciekała przed ojcem.

Czasem mama się budziła, przez tydzień była wspaniała. Ale Magda tego już nie chciała. „Weronika zrobi”, krzyczy, gdy mama podaje jej kanapki. „Weronika przeczyta, wykąpie”. Po latach opowiem terapeutce o pewnej sytuacji. Ojciec wraca z picia z kumplem, robi aferę, latają talerze. „Mamo, mamo, niech on przestanie” Magda wczepia się w moje ramiona. To ja byłam z Magdą na akademiach przedszkolnych, potem szkolnych, kupowałam szkolne podręczniki,  ćwiczyłam alfabet i szlaczki. Mijały lata. Zmieniały się tylko lekcje, które odrabiałyśmy. Siostra była moim życiem. Nie wyjeżdżałam na ferie, obozy. Nie miałam przyjaciółek, chłopaka.

Przekonanie: Nie jestem ważna. Ważna jest tylko siostra

Brak sprawiedliwości: od zawsze

Kiedyś terapeutka mi powiedziała: „Nie zmienisz innych, ale możesz zmienić siebie”. Zadziałało. Powoli staję się bardziej siostrą Magdy niż matką. Podczas terapii wybaczyłam mamie – nie dawała sobie rady. I naprawdę  nas utrzymywała. Może byłoby łatwiej gdybym mogła liczyć na kogoś z rodziny. Ale nikogo bliskiego nie mieliśmy. Typowy dom alkoholika. Wszystko dzieje się w ukryciu. Chyba dlatego poszłam na psychologię, żeby lepiej zrozumieć te mechanizmy. Poza tym to przecież umiałam najlepiej – pomagać innym. Magda jest dziecinna, egocentryczna, skupiona na sobie. Nigdy nie pyta: co u ciebie, zawsze zalewa mnie historiami na swój temat. Jestem siostra pomocnica, a do tego siostra marudna, bo czegoś od niej wymagam.

I mam przeciwko swoją matkę, która próbuje nadrobić czas. One lekko podchodzą do życia, ja marudzę. Czasem wchodzę do pokoju i wiem, że właśnie rozmawiały o mnie. Że jestem ta nudna. Kiedyś przyjaciółka powiedziała mi, że w rodzinie prawie tak zawsze jest. Jest dziecko odpowiedzialne i to drugie – lekkoduch. Być może to prawda.

Nawet dziś to ja pracuję nad sobą próbując zrozumieć Mamę i Magdę. One nad sobą nie pracują, bo uważają, że jest ok.

Terapeutka kiedyś spytała: Co jest twoją siłą? Jaki jest plus z tego, że musiałaś tak szybko dorosnąć.

Pomyślałam: zawsze można na mnie polegać, nigdy nie zawodzę, wiem, że jestem silna.

Przekonanie: Dam radę. Sama. Zawsze.


Zobacz także

Bądź szalona i zatańcz w deszczu. Tydzień trzeci, dzień #5

„Nie zazdrość szczęśliwym parom, pomyśl co możesz zrobić”. Mężatka do innych kobiet

Nagrywał filmy, jak przechadza się obok mojego domu. Głuche telefony, listy, maile… Nie uciekniesz. Tak smakuje 7 lat strachu