Dieta Macierzyństwo

Depresja jest tematem tabu, ale o męskiej depresji w ogóle nikt nie mówi

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
23 lutego 2021
Fot. iStock/domoyega
 

– Mój mąż leczy się od trzech lat na depresję. Widziałam wcześniej, że dzieje się z nim coś niedobrego, ale nie chciał rozmawiać. Mówił: “to stres, przejdzie” – opowiada Agnieszka.

Dom, praca, dzieci, kariera zawodowa na pełnym rozpędzie. – Zawsze imponowało mi to, że jest taki zaradny, że na wszystko znajduje rozwiązanie. Czułam się przy nim bezpiecznie. Pamiętam rozmowy o drugim dziecku, kiedy miałam wątpliwości, czy podołamy finansowo, czy damy sobie radę. Powtarzał: “nie martw się, przecież o nas zadbam” – wspomina Agnieszka.

Są małżeństwem od 16 lat. Marcin pełen energii, pomysłów, inicjator towarzyskich spotkań, wyjazdów, zawsze pomocny. – Czasami się zastanawiałam, skąd on bierze motywację do tych wszystkich działań. W naszym związku to raczej ja byłam tą, której czegoś się nie chciało, która marudziła i narzekała. Pewnie dlatego, że wiedziałam, że mogę sobie przy Marcinie na to pozwolić.

– Cieszył się z narodzin naszych córek, widziałam, że dla nich zdobyłby nawet gwiazdkę z nieba. I choć wiele uwagi poświęcał naszej rodzinie, to też bardzo absorbowała go praca, starał się łączyć obowiązki najlepiej, jak umiał, ale czasami siedział wieczorami, jak dziewczynki już poszły spać, żeby nadrobić jeszcze jakieś rzeczy.

Agnieszka pamięta powrót z wakacji. – To było jakieś pięć lat temu. Widziałam, że Marcinowi ciężko jest wrócić do pracy, co było dla mnie zaskoczeniem, bo on jednak lubił to, co robił. Myślę, że i tak dosyć późno zauważyłam zmiany w jego zachowaniu, że przegapiłam moment, kiedy już działo się coś złego.

Depresja to podstępna choroba, często ukrywa się za uśmiechem, za aktywnością, chęcią działania. Chorzy biorą na siebie coraz więcej obowiązków, aby przykryć to, że ich psychika cierpi. Nierzadko oszukują całe otoczenie, ale i samych siebie, przekonując, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że nie mają żadnych problemów.

– Zauważyłam, że Marcin zaczął być rozdrażniony. Trudno to uchwycić, ale widziałam, że irytuje go to, że dziewczynki biegają, że proszę go, żeby wyrzucił śmieci. Nic nie mówił, ale w jego mowie ciała, było coś takiego, co przykuło moją uwagę.

Pytała, czy coś się dzieje, czy się czymś denerwuje, a on odpowiadał, że ma dużo na głowie. Nowy szef w pracy, nowy projekt, jego awans i większa odpowiedzialność. – Uspokajał mnie tymi wyjaśnieniami. Myślałam: dobra, trzeba przeczekać.

Agnieszka postanowiła kupić mężowi na urodziny rower. – Wiem, że marzył o nowym, odłożyłam pieniądze, przyjaciele się dorzucili. Zrobiliśmy mu imprezę niespodziankę, z której autentycznie bardzo się ucieszył. Chciałam, żeby miał coś, co oderwie go od pracy, od domu. Rower wydawał się być idealnym pomysłem. Sama go wieczorami wypychałam, żeby poszedł pojeździć, w końcu sport, adrenalina, endorfiny, to coś, co poprawia nam nastrój. Chodzę na fitness i wiem, jak po zajęciach świetnie się czuję. Mam większą cierpliwość do dzieci, więcej energii, pomimo zmęczenia fizycznego więcej mi się chce.

I faktycznie Marcin chętnie przez kilka tygodni wychodził na rower. Nie chciał jednak towarzystwa, wolał pojeździć sam. – Czasami, kiedy wracał, nie chciał opowiadać, gdzie był, nie zawsze, ale jednak. Brał prysznic, włączaliśmy sobie jakiś film i w ciszy spędzaliśmy wieczór. I znowu byłam spokojna, bo miałam wrażenie, że on wyciszał w ten sposób jakieś swoje negatywne emocje.

Zaczął kręcić się nocami po domu. Tłumaczył Agnieszce, że nie może spać. – Po raz kolejny słyszałam, że to przez pracę, ale kiedy budziłam się i widziałam, jak nie śpi i patrzy w sufit, zupełnie nie wiedziałam, jak mu pomóc. Zresztą on tej pomocy nie chciał. Rozmawiałam z koleżankami. Mówiły, że ich mężowie też miewają takie etapy, że to na pewno praca, że nie dzieje się nic złego, że skoro nie znika wieczorami, nie chowa przede mną telefonu, nie wychodzi, gdy ktoś dzwoni, to przecież mnie nie zdradza, więc nie powinnam się martwić.

Depresja to niewidzialny wróg. Przysiada po cichu i czeka, żeby wspiąć się na nasze ramię, by swoim ciężarem przycisnąć nas do podłogi, odebrać chęć do życia, do radości, do marzeń.

– Te wzruszenia ramion, kiedy pytałam, czy pójdziemy do kina, czy spotkamy się ze znajomymi. Wtedy pierwszy raz spytałam: “Marcin, co się naprawdę dzieje, martwię się, widzę, że coś cię gryzie, że z czymś sobie nie radzisz”. Oburzył się, że jak to on sobie nie radzi. Jest świetnie, dlaczego to ja ciągle narzekam i podważam to, co on robi? Zaniemówiłam i się wycofałam.

Mama Agnieszki też ją uspokajała. “Daj mu spokój, może potrzebuje odpoczynku, nie ciosaj mu kołków na głowie” – mówiła. Gdy Agnieszka na głos powiedziała: “a może to depresja”, mama ją zbeształa. – No co ty? Taki facet i depresja, przecież on się nigdy nad sobą nie użalał, prędzej ciebie bym o depresję podejrzewała.

– Zaproponowałam Marcinowi, żeby porozmawiał z lekarzem w kwestii leków na bezsenność. Te ziołowe kupowane w aptece nie pomagały, łykał też codziennie magnez, który pomaga radzić sobie ze stresem, ale nic się nie zmieniało. Stał się osowiały, nieobecny. Niby się bawił z dziewczynkami, ale jakby go nie było. Miałam wrażenie, że wszystko co robi, jest jak z automatu. Zaczął szybciej chodzić spać, a raczej leżał w łóżku. Próbowałam go gdzieś wyciągać, pytałam, co z rowerem, ale słyszałam tylko, że nie dziś, żebym dała mu spokój.

Nie wytrzymała. – Chociaż wszyscy powtarzali, że mam się nie martwić, że jego nastrój jest chwilowy, że jaka to niby depresja, przecież nie leży, chodzi do pracy, pomaga mi w domu. Jednak ja intuicyjnie czułam, że go tracę. Stałam się uważniejsza na to, co mówi i jak, co faktycznie robi, jak się zachowuje. Pewnego wieczoru weszłam do sypialni, usiadłam obok niego i wprost powiedziałam: “Marcin, myślę, że potrzebujesz pomocy”. Cisza. Słyszałam bicie swojego serca i tak bardzo się bałam, że po raz kolejny tę pomoc odrzuci.

Zaczęłam mówić mu o tym, że widzę, jak się zmienił, że mnie to bardzo martwi i niepokoi. Nie zaczął jak ostatnimi tygodniami krzyczeć, że o co mi chodzi, że on się nie zmienił. Słuchał. Mówiłam mu swoich spostrzeżeniach, że stał się wycofany, że chwilami jest jak ktoś zupełnie obcy, jakby był z nami tylko ciałem. Podkreślałam, że to nie pretensje w stosunku do niego, że mówię to z troską. Że boję się, że jak nie da sobie pomóc, to wydarzy się coś złego.

Złapał mnie za rękę. I tak bardzo mocno ją trzymał. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byliśmy tak blisko, tak bardzo razem. Położyłam się i przytuliłam do niego. Widziałam, jak łzy płyną mu po policzkach, ale nic nie mówił. Nie odezwał się ani słowem. Czekałam, głaszcząc go jak dziecko po włosach. Powtarzałam, jak bardzo go kocham, jak jest dla nas ważny. To była długa noc.

“Nie chce mi się żyć. Nie wiem, co się dzieje, nie mogę z siebie wykrzesać żadnej radości. Patrzę na ciebie i dziewczynki i czuję pustkę” – powiedział. “A zaraz za nią pojawia się poczucie winy, że przecież nie mogę was zostawić, odejść, umrzeć. Nie umiem nad tym wszystkim zapanować”.

Byłam przerażona tym, co usłyszałam. Płakaliśmy oboje, oboje z poczucia ogromnej bezsilności, bo to coś przyczaiło się w naszym szczęśliwym przecież domu i postanowiło wszystko zniszczyć.

Na drugi dzień Agnieszka od znajomej, która leczyła się na depresję, dostała numer do psychiatry. Zadzwoniła, opowiedziała mu o wszystkim. Zapisał jej męża na wizytę.

– Widziałam, że nie było mu łatwo. Z jednej strony pojawiła się w nim jakaś iskierka, która jednak szybko gasła. Obiecałam, że nikomu nie powiem, że idzie do psychiatry. Dostał leki, ale lekarz szybko pozbawił nas złudzeń. “To nie będzie tak, że za kilka dni zacznie pan żyć jak wcześniej, czeka pana długa droga do wyzdrowienia”. Opowiadał, że mężczyźni bardzo często ignorują objawy depresji, że ich najbliżsi ich nie zauważają, bo przecież mężczyna, glowa rodziny nie może się mazać. Ten stereotyp jest silnie w nas zakorzeniony.

Marcin chodzi na terapię od trzech lat. Agnieszka opowiada, że najtrudniejsze były rozczarowania. – Tak bardzo chciałam, żeby szybko wyzdrowiał. Przychodziły dni, kiedy był dawnym Marcinem, ale bywały rzadkością. Dziś, po tych trzech latach, mogę powiedzieć, że jest spokojnie. Marcin odstawił ponad rok temu leki, nie ma napadów lęków, dobrze sypia, uśmiecha się tak, jak kiedyś. Bardzo dużo rozmawiamy o tym, jak się czujemy, o naszych emocjach, o planach, wakacjach. I choć wydaje się, że wszystko wróciło do normy, ja wciąż jestem uważna. Czasami śmieje się ze mnie, żebym mu się tak nie przyglądała. Ale nie mogę inaczej. Wiem, że depresja to podstępna choroba, nie chcę, by znowu wkradła się do naszego życia niepostrzeżenie.



Zobacz także

Syndrom pustego gniazda

Kiedy dziadkowie nie interesują się dziećmi… Znak czasów, czy zamierzone działanie?

Anna Gensler: „Ilustracja dla najmłodszych dzieci powinna być przede wszystkim pozytywna”