Macierzyństwo

Co ludzie powiedzą?

Midoblog
Midoblog
5 października 2015
Co ludzie powiedzą?
 

W gronie naszych znajomych można zaobserwować całą paletę barw charakterów. Każdy z nas żyje inaczej, po swojemu. To jeden z powodów, dla których lubię ludzi. Lubię ich odwiedzać, spotykać się na różnych gruntach. Nawet jeżeli z ich wizją świata się nie zgadzam, to szanuję ich wybory życiowe. Ostatnie takie spotkanie dało mi wiele do myślenia…

W skrócie małżeństwo + dwójka. Otwarci na innych. Zdrowe relacje. Ona – chwali się, że wyjeżdża na wakacje. Dla mnie oczywistym było (w sumie nie wiem dlaczego?), że jedzie z dziećmi. Na co słyszę, nie zdążywszy jeszcze dokończyć pytania, że jedzie z mamą… dzieci zostają z tatą. I w tym momencie załącza mi się światełko – no a niby dlaczego nie?… On też wyjeżdża, zresztą pewnie jak większość naszych mężczyzn – delegacje, szkolenia, integracje, wygrane konkursy firmowe… Praktycznie w tym samym momencie pojawiło się w mojej głowie „ALE”. I niestety nie pojedyncze

1. Przecież On pracuje, będzie z tego powodu musiał brać urlop (poważnie?)
2. Dzieci są małe – dla nich tydzień to naprawdę długo
3. Skoro On bierze wolne, mogliby przecież jechać razem
4. Czy to nie za bardzo egoistyczne
5. No w końcu jest matką…

I tak się one kotłowały w mojej głowie. Aż po prostu pękły. I wiecie co – kiedyś usłyszałam – szczęśliwa matka, to szczęśliwe dzieci! I przez te cztery lata macierzyństwa niejednokrotnie się w tym utwierdzałam.

Skąd się wzięły moje wątpliwości? Ze mnie samej tylko… Dzieciom nic się nie stanie. Też potrzebują kontaktu z tatą, który w tygodniu często (nawet gdyby mógł) zastępowany jest mamą. Jej się należy. Opieka nad dziećmi to praca na nie jeden etat. Nawet jeżeli troszkę w tym egoizmu, to co z tego. Sami musimy dbać o siebie i o poczucie spokoju i harmonii psychicznej. Przecież wróci wypoczęta, uśmiechnięta, a każdy czasem musi zatęsknić, nawet dzieci.
Ja swego czasu wpadłam troszkę w taką pułapkę. Sama sobie ją przygotowałam i to dość starannie. No i oczywiście o narzekaniu postanowiłam zapomnieć. No w końcu jestem matką – więc muszę to i tamto… I w taki oto sposób reszta życia zeszła na plan, nie no na żaden plan. Taki po prostu nie istniał. Na scenie zostało dziecko i wszystko co z nim związane. Ostatnio wracam do „żywych”. Wielkim plusem też jest wiek Ani. Jednak, przyznam szczerze, że nie zawsze jest to dla mnie łatwe. Takie przeciwności się we mnie ścierają.

Czasem kobieta (ale nie tylko) po prostu MUSI wyjechać. Czasem wystarczy niedaleko. Czasem wystarczy kawa na mieście. I to już nie tylko mowa o matkach. Chociaż tak, one niejednokrotnie za dużo biorą na siebie. I niejednokrotnie to dużo za dużo społeczeństwo od nich wymaga. Szkoda, że tak łatwo innym przychodzi ocenianie, kiedy nie widzą środka. Powierzchowność. A czasem taki wyjazd to ratowanie rodziny (takie sytuacje też znam).

Każde spotkania ze znajomymi wiele mi dają. I mimo przekroczonej magicznej liczby wiekowej (sic!) i własnych doświadczeń, wciąż odkrywam siebie.


Macierzyństwo

Do utraty sił

Midoblog
Midoblog
9 października 2015
 

Czasami rozsypuje się na kawałki. Puzzle, które nie pasują do codziennej układanki. Wtedy jeszcze bardziej uświadamia sobie, jak wiele znaczą dla niej najbliżsi. Jak bardzo kocha życie.

Wtedy też ma do siebie ogromny żal, że za mało słuchała, za mało się skupiała na potrzebach innych… Przecież dla siebie zawsze można znaleźć czas, nawet w nocy, jak wszyscy śpią… Na co dzień zapominała, że życie bywa nieprzewidywalne…

Co jakiś czas w jej życiu pojawia się ktoś, coś, jakaś sytuacja… Wczoraj uświadomił jej to film. Do utraty sił.  „O dżizas! znów jakiś męski o bokserze” pomyślała, nie czytając wcześniej jakichkolwiek recenzji. Minęło bodajże pół godziny, kiedy pierwsze łzy pojawiły się w jej oczach i tak już zostało…. Film psychologiczny pod każdym względem. Nie jakiś tam pusty zbiór ograniczony.
Nasycony przepełniony psychologia do granic możliwości. Jego granica zmierza do nieskończoności uczuć, które są zazwyczaj głęboko ukryte i rzadko (za rzadko) widzą światło dzienne.

Odbierała go przede wszystkim pod kątem własnego małego świata…
Z jednej strony niecierpi, nienawidzi takich filmów a z drugiej tak wiele jej uświadamiają… Codzienność przytłacza tak wiele… I tak często patrzymy na czyjeś emocje egoistycznie… A dziecku, ale nie tylko dziecku trzeba pozwolić przeżyć… Złość, nienawiść, smutek, żal, gniew, żeby zrozumiało, co czuje… Żeby chciało być blisko, rozmawiać, dzielić się. Nie można narzucać swoich wizji świata. Nie możemy mówić, co się czuć powinno, bo wtedy tylko i wyłącznie sprawiamy, że wątpi w swoje emocje… Czuje inaczej niż rodzic mu mówi i się gubi w tym świecie, w którym przeciwności są na porządku dziennym.

Miała wrażenie, że sama na co dzień buduje świat, w którym brakuje przestrzeni. Przestrzeni na spontaniczność, samodzielność. Wszystko musi być poukładane, idealne… według jej widzenia świata. A nawet w matematyce wiadomo ideały nie istnieją. Więc, po co to wszystko? Dziś jest jutro nie ma… Ona nie chce być niszczycielem marzeń… Chciałaby, żeby przy niej kwitły… I obiecuje sobie, że małymi kroczkami do tego dojdzie…
Bo wie, że lepiej biec do przedszkola niż jechać autem… Wtedy więcej radości, uśmiechu, i frajdy!
I przypomniała sobie, jak w drodze powrotnej mijała chłopczyka z babcią. Uderzył ją jego wyraz twarzy – identyczny jak jego babci. Chłodny, smutny, wykrzywiony. Dzieci będą takie, jaki świat my im pokazujemy.
Film uświadomił jej nieskończenie wiele… Wiele z tego nie potrafi nazwać…a może nie chce, bo mogłoby się wydawać zbyt banalne.

Rano pozbierała się z kawałeczków w całość, żeby zrobić rodzinne śniadanie… I spojrzała na swoją rodzinę z innej perspektywy. Z miłością, której wymiar znów uległ przekształceniu.