Lifestyle Macierzyństwo REPORTAŻ

„Chciałam komuś zrobić dobrze, a tymczasem to ja dzisiaj dostaję tyle, że trudno to sobie wyobrazić”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 stycznia 2016
Fot. iStock/Milenko Bokan
 

– Myślałam o chłopcu w wieku mojego syna. Żeby miał się z kim bawić i z kim zaprzyjaźnić się. Chciałam też, by zobaczył, że nie wszystkie dzieci mają takie życie jak on. Żeby nauczył się pokory.

Beata, mama 9-letniego Maksa. Zawsze była społecznikiem. Może dlatego, że wychowana została w dysfunkcyjnym domu. Jej tata zmarł, gdy miała 14. lat, a mama przez ponad 30. chorowała na stwardnienie rozsiane. Ostatnie lata cierpiała na wodogłowie. Beata zajmując się chorą mamą dorosła znacznie szybciej niż jej rówieśnicy.

– Wydaje nam się, że jedyną formą współpracy z domem dziecka, oprócz sponsoringu, jest adopcja albo stworzenie rodziny zastępczej. Dowiedziałam się jednak, że istnieje coś takiego jak Rodzina Zaprzyjaźniona z Domem Dziecka. Mało kto wie, że coś takiego funkcjonuje.

To był listopad. Beata dowiedziała się, że do domów dziecka często ludzie dzwonią przed świętami spytać, czy jakieś dzieci można wziąć do siebie. Jednak dyrektorzy placówek rzadko zgadzają się na taką praktykę. Rodzina zaprzyjaźniona z domem dziecka otwiera możliwość zajęcia się jednym z dzieci. Zabrania do domu co jakiś czas, też na święta.

– Ja wiem, że może podeszłam do tego mało pedagogicznie, ale z uczciwością i szczerością. Nie interesowała mnie 4-letnia dziewczynka, bo ani nie mam ciuszków, ani zabawek i nie odróżniam Monster High o Elzy. Znowu dla starszego chłopca towarzystwo mojego syna byłoby mało atrakcyjne.

Ktoś mógłby powiedzieć: jakie to samolubne, wziąć dziecko, żeby było towarzystwem dla własnego. Różnica polega na tym, że Beata takim dzieckiem się zaopiekowała, a ten co tak myśli pewnie nawet tyłka nie ruszył z kanapy, by pomóc.

– Mój syn jest jedynakiem, ma to co większość dzisiejszych rzeczy:  gry, własny pokój, do szkoły wozi się go samochodem. Chciałam mu pokazać, że jest inny, niestety gorszy świat, żeby zobaczył, że nie zawsze jest łatwi, bo to prawdziwe życie kiedyś też go spotka. I myślałam, że może nie wyrośnie na egoistę, że będzie miał kolegę do zabawy, a kto wie – może przyjaciela na długie lata.

Można by było gdybać, bo przecież chłopcy mogli być zupełnie różni i nigdy nie udałoby im się dogadać. W domu dziecka w Pleszewie jest 46. dzieci. 80% z nich ma nieuregulowaną sytuację prawną – nie mają szans na adopcję. To tam Beata poznała Oliwiera – 9-latka i jego dwie siostry, starszą 12-letnią i młodszą 6-latkę.

Aby zostać rodziną zaprzyjaźnioną nie trzeba spełniać zbyt wielu warunków. MOPS przychodzi owszem sprawdzić warunki lokalowe, ale raczej ogólnie: czy w domu nie ma alkoholu, czy jest czysto. Rodziną zaprzyjaźnioną może zostać osoba samotna, starsze małżeństwo, któremu wnuki wyjechały za granicę, młodzi ludzie. Wystarczy czyste mieszkanie i wykazanie dochodu, czasami opinia z miejsca pracy.

– Na początku spotkaliśmy się w gabinecie dyrektora, później przyjechałam z synem. Siostry Oliwiera z nami spędzały czas, by nie czuć się odrzucone. To był czas przedświąteczny. Rodzeństwo miało jechać do swojej mamy. Bardzo się cieszyli.

Dzień przed Wigilią telefon. – Pani Beato nikt po nich nie przyjechał. Tylko oni zostali w domu dziecka…

To nigdy nie jest prosta decyzja. – Gonitwa myśli, gdzie ich położę, gdzie posadzę, jak sobie damy radę. 50 metrów kwadratowych mieszkania w bloku będzie wywrócone do góry nogami. Bałam się, że będą zazdrosne, nie wiedziałam, jak mój syn zareaguje… To nie był impuls: tak zgadzam się, bo zawsze jest milion wątpliwości. Ale one trwają chwilę.

Pojechaliśmy po dzieci w Wigilię. Płakałam. Dzieci czekały spakowane. Najmłodsza już dzień wcześniej włosy zakręciła  na papiloty: „Ciocia ja mam dwie sukienki, bo jak mi się barszcz na jedną wyleję, to mam drugą na zmianę, a wiesz, musze wyglądać przecież”.

Dzieci tak grzeczne, jakbym ich w domu nie miała. Zaskakiwały mnie pytaniami: „Ciocia, a kiedy będzie pora na mycie? A kto pierwszy? A na bajki jest jakaś lista?”. Był dla mnie tylko jeden trudny moment, kiedy na pasterce ksiądz mówił: „Uściskajcie waszych rodziców, że dziś są blisko was, podziękujcie mamusi, że przygotowała wszystkie potrawy…” One nie dały po sobie poznać. Ale ja wróciłam rozdygotana, z wyrzutami sumienia, że dzieci naraziłam na taką sytuację.

Beata wspomina, że to były ich najbardziej rodzinne Święta – dom wypełniony dziećmi, śmiechem, zabawą. Wspólnym śpiewaniem kolęd. – Zaczęło się od jednego dziecka, a skończyło na trójce – śmieje się. Kiedy przyjeżdża do domu dziecka odwiedzić „swoje” dzieci, rozmawia czasami z dziewczyną. Ma 20 lat, a 15 spędziła domu dziecka. – Mówię do niej, że przykro mi, że jej życie tak się ułożyło. I co słyszę: „Pani Beato to jest najcudowniejsza rzecz, jaka mnie w życiu spotkała. Ja tu mam największe szczęście: mam przyjaciół, mam znajomych, skończyłam szkołę”.

– Wiem, że niektórzy mogą uważać to za okrutne. Że dajesz tym dzieciom nadzieję, zabierasz na weekend i oddajesz z powrotem. Ale one chodzą do normalnych szkół. Wiedzą że istnieje inne życie niż to w domu dziecka. Przecież widzą, że nawet ich wychowawczynie mają swoje rodziny. A ja jeśli mogę im dać pięć minut radości, pokazać, jak wygląda normalny dom, a nasze życie przecież składa się z chwil – to niech to będą takie właśnie chwile. Te dzieci chcą tylko wspólnie spędzonego czasu, nie interesują je rzeczy materialne, tylko te, które można robić razem.

Życie różnie się plecie. Miał być przyjaciel dla Maksa. A jest trójka. I to dwie dziewczynki. Może teraz Beata bardziej orientuje się w dziewczęcych bajkach i postaciach.

– Dzisiaj czuję, że jestem nie w porządku, bo to ja dzisiaj biorę, a miałam dawać. Jadę do nich i tam, w tym domu dziecka, pośród tych wszystkich dzieci ustawiam sobie priorytety. Ciągle jestem na zero, bo co ja im dzisiaj mogę dać – trochę czasu, a tyle ile my jako rodzina od nich odbieramy… Rachunek jest po ich stronie.  Wiem, że to nie ja daję, przynajmniej nie teraz.

Beata chciałaby rozpowszechnią ideę zaprzyjaźnionych rodzin, bo zrobienie dzieciom paczki na święta dla nich niewiele znaczy. One potrzebują uwagi, rozmowy, pewności, że komuś na nich zależy. Są świadome swojej sytuacji. Oliwie na początku mówił: „Nie wiem, czy chcę, żebyś przyjeżdżała”. Kiedy Beata spytała dlaczego, odpowiedział: „Bo wolałbym, żeby to mama przyjeżdżała”. – A teraz nie może się odkleić, kiedy wyjeżdżamy. Coraz trudniej jest nam się rozstawać, wychodzić. Ale jesteśmy szczerzy wobec siebie, ja nie obiecuję więcej, niż mogę dać. A one są szczęśliwsze. To najważniejsze.


Lifestyle Macierzyństwo REPORTAŻ

Marylin Monroe – dziewczyna, która umiała być szczęśliwa nawet wtedy, gdy była smutna

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
31 stycznia 2016
Fot. Wikimedia/ Studio publicity still. 20th Century Fox / CC0 Public Domain
 

A to ważne. Była też osobą, której nie dane było nigdy zaznać poczucia spokoju, emocjonalnej stabilizacji. Kiedy słaba i zmęczona załamaniem nerwowym, Marylin Monroe stała w oknie szpitala psychiatrycznego czekając na swojego byłego męża, myślała z pewnością o tym, jak przewrotne są koleje jej życia. Paznokciami pomalowanymi lakierem w kolorze szkarłatu stukała rytmicznie w szybę. Wszystko wróciło. Znowu. 

To w tym samym miejscu leczyła się jej matka, Gladys Baker. To stąd Marylin, a może mała dziewczynka, którą w tej chwili na nowo się stała, musiała po prostu uciec. Z Joe DiMaggio, tak jak wiele lat wcześniej połączyło ją uczucie. Był jedyną osobą, którą mogła teraz poprosić o pomoc. Terapia zmieniła Joe, a Marylin zaufała ponownie. Może gdyby nie nagła śmierć MM, były mąż dałby jej to, czego nie miała przez całe życie: poczucie bezpieczeństwa.

Dzieciństwo

W czasie największej popularności, o przeszłości nie mówiła wiele. Tak było lepiej. Jak mogła o tym mówić, wtedy, kiedy choroba psychiczna stanowiła temat tabu? Mało kto wiedział, że jej matka boryka się z ciężką schizofrenią, agent MM nie chciał by ten fakt odbił się negatywnie na karierze aktorki. W wywiadach Marylin opowiadała więc, że jej rodzice nie żyją. I pewnym sensie była to prawda: nigdy ich nie było, tak naprawdę.Samotność i rozpaczliwe pragnienie akceptacji ukształtowało i ją, i jej wrażliwość.

Wczesnym  popołudniem 1933 roku mała Norma Jeane stała na ganku białego domku z ogródkiem. Mieszkała tu od niedawna. Do siódmego roku życia przekazywano ją z jednej rodziny zastępczej do drugiej, raz trafiła nawet do sierocińca. Z matką nie dane jej było spędzić wiele czasu. W pamięci idealizowała więc chwile, kiedy były razem. Obraz Gladys, uśmiechniętej i czułej, miała wyryty w serduszku. Chwile jej słabości, momenty, w których się załamywała, wymazywała z myśli jak gumką nieudane rysunki w zeszycie. Często wyobrażała sobie, jak mama zabiera ją do siebie, jak urządzają razem piknik, jak układają w wazonie kwiaty. W domu: w miejscu, w którym będą już zawsze razem. Jak zwykle rozpoznała ją już z daleka. Na pozór spokojna, ale wewnętrznie roztrzęsiona Gladys zjawiła się znów w jej życiu, tym razem by „zabrać małą na jeden dzień”.

Wiedząc, że kobieta ma problemy psychiczne, Ida Bolender, pod której opieką znajdowała się wówczas Marylin, nie zgodziła się powierzyć córki matce. Dziewczynka długo patrzyła w dal za znikającą gdzieś w parkowej alejce postacią. Do tego widoku ciągle jeszcze nie potrafiła się przyzwyczaić. Jakiś czas później Gladys udało się „wykraść” Normę, zamykając podstępem Idę w jej własnym domu. Dziewczynkę udało się odzyskać, a Gladys znikła na jakiś czas. Kiedy wróciła, zdawała się być na tyle stabilna emocjonalnie, że zwrócono jej dziecko. Kupiła dom i pianino. Matka i córka zamieszkały razem. 

 

Czas spędzony z mamą trwał kilka miesięcy. Marilyn zachowała go w pamięci jako cudowny, beztroski i szczęśliwy. Poza jednym, najtrudniejszym momentem. W 1934 roku, po serii testów psychologicznych okazało się, że choroba psychiczna 32-letniej Gladys postępuje. Ten obraz będzie towarzyszył Normie już do końca życia. Nie zdoła go w sobie „przepracować”, oswoić, odłożyć gdzieś „dalej” w głowie.

Stoi przy kuchennym stole, a Gladys leży na ziemi i na przemian to śmieje się, to płacze, bełkocząc coś niewyraźnie. Jej przyjaciółka, Grace, przytrzymuje jej nogi i ręce. Przerażona dziewczynka może tylko patrzeć i usiłować zrozumieć, co niedobrego dzieje się z najbliższą jej osobą. Chwilę później, w asyście policji Gladys zostaje wyprowadzona z domu i odwieziona do szpitala psychiatrycznego.  Tam spędzi większość swojego życia, a Marylin będzie ją odwiedzała (od pewnego czasu potajemnie) rozpaczliwie próbując zyskać jej akceptację. Nawet wtedy, gdy matka przestanie już ją rozpoznawać. A pianino, które kupiła Gladys, gdy zamieszkały razem, Marylin odnajdzie i odkupi (zlicytowano je wraz z domem). Będzie ono dla niej najdroższą pamiątką po tych kilku, szczęśliwych miesiącach. Pamiątką po czasie, gdy przez chwilę mogła być dzieckiem.

Ojciec

Fot. Flickr / Ky / CC BY

Fot. Flickr / Ky / CC BY

Trudne, niepewne dzieciństwo MM rzutowało na całe, dorosłe życie. O pracy nad filmami z jej udziałem mawiano, że to „skaranie boskie” i wyzwanie nawet dla najbardziej cierpliwych. Ci, którzy nie znali jej historii uważali ją z pewnością za nieznośną i kapryśną gwiazdę. Ale za jej ciągłymi niedyspozycjami, spóźnieniami i legendarną już niezdolnością do zapamiętania najprostszych kwestii kryło się coś, o czym wiedziało tylko kilka osób. Chorobliwa niepewność, strach przed tym, że zawiedzie, że nie podoła zadaniu. Że miłość, którą ją otaczano i wyznawano jej wiele razy, to uwielbienie tłumów zniknie. Tak nagle jak znikała i pojawiała się jej matka, jej czułość i opieka.

W 1960 roku Marylin pracowała na planie filmowym z Clarkiem Gable ( film „Misfits”). Była wówczas wyjątkowo „nieznośna”. Ilość doliczonych dni zdjęciowych, pomyłek i dubli z jej udziałem była rekordowa. Kilka tygodni po zakończeniu realizacji filmu, Clark Gable doznał ataku serca i zmarł. Marylin nigdy sobie tego nie wybaczyła. Wiedziała, że jej spóźnienia i fanaberie doprowadzały aktora do szewskiej pasji i prawdopodobnie przyczyniły się do zapaści.

Ale to właśnie przez niego bardziej niż zwykle, nie mogła skupić się na pracy. To przed nim uciekała. Marylin miała na punkcie Clarka obsesję, traktowała go w sposób wyjątkowy. Przesądził o tym jeden, bardzo delikatny fakt. Wspomnienie z  dzieciństwa, które odżyło, gdy stanęła twarzą w twarz z wielkim aktorem.

Miała wówczas kilka lat. Siedziały z Gladys na ławce w ogrodzie. Rozmawiały o czymś zupełnie nieistotnym, kiedy nagle matka wyciągnęła z torebki dużą, lekko zniszczoną fotografię. „To twój ojciec” powiedziała, wskazując na zdjęcie mężczyzny. Mężczyzny łudząco podobnego do Clarka Gable. Serce dziecka zabiło mocniej. W końcu bezimienny dotąd ojciec zyskał konkretną twarz. Zarówno mała jak i dorosła już Marylin godzinami rozmyślała o nim, o tym co by było, gdyby dane im było zamieszkać razem, stworzyć prawdziwą rodzinę.

Spotkanie z aktorem kompletnie ją rozbiło. Rozkojarzona i nie potrafiąca skonfrontować swoich wyobrażeń z dzieciństwa w rzeczywistością zawodziła na planie bardziej niż zwykle. Pogrążona w depresji MM tak bardzo przeżyła śmierć aktora (którego utożsamiała z ojcem), że rozważała nawet samobójstwo – planowała rzucić się z 13 piętra wieżowca, w którym mieszkała.

Miłość

Znacie na pewno słynne zdjęcie Marylin, w białej sukience uniesionej podmuchem. MM uśmiecha się na nim beztrosko i lekko prowokacyjnie. Wygląda perfekcyjnie i pięknie. To jedno ujęcie (do filmu”The Girl”) kosztowało ją bardzo wiele. Trudno nawet zrozumieć jak wiele.

Jest piękny słoneczny dzień. Marylin stoi wśród innych członków ekipy filmowej, na jednej z nowojorskich ulic. Oszołomiona patrzy na rosnący wciąż tłum gapiów. Zdjęciom przypatruje się około 5000 osób. Jedną z nich jest ówczesny mąż Marilyn – baseballista Joe DiMaggio.  Marylin drży. Choć ma na sobie podwójną bieliznę wie, że ON, wychowany w bardzo katolickiej rodzinie tradycjonalista, nie zrozumie. Norma Jeane skrzętnie ukrywa zdenerwowanie. Przez kilka godzin pozuje ze swym zwykłym, słodkim uśmiechem na ustach. A potem następuje piekło. Po wspólnym powrocie do hotelu St. Regis Joe robi żonie taką awanturę, że obsługa hotelowa zaalarmowana przez gości wdziera się do pokoju, żeby ocenić sytuację. Następnego dnia makijażystki Marylin starannie tuszują ślady przemocy na ciele gwiazdy. To nie jest pierwszy raz.

Po rozwodzie Joe i Norma Jeane zostali przyjaciółmi. Zapewne nie spodziewali się, że miłość połączy ich znowu, wiele lat później.

Joe zmienił się, przeszedł terapię, rzucił alkohol i zainteresował się poważnie literaturą. Być może przeczuwając swoją śmierć, Marylin wymusiła na nim pewną obietnicę.

marylin cytat1kwaity

– poprosiła patrząc na niego ” w ten” sposób. DiMaggio obietnicy dotrzymał. Przez dwadzieścia lat, trzy razy w tygodniu składał na jej nagrobnej płycie róże. Umarł w 1999 roku. Przed śmiercią powiedział tylko: ”Wreszcie zobaczę Marylin”.

Głupia blondynka

Tego od niej oczekiwano. A ona starała się za wszelką cenę zasłużyć na przychylność i miłość innych. Zabawna, niezbyt mądra, słodka… Taki wizerunek budowała przez lata. Ten kostium pasował na nią najlepiej, Tak było jej najłatwiej ukryć jej udręczone wnętrze. Ironia losu. W rzeczywistości Marylin była wybitnie inteligentną i wrażliwą osobą. Ludzi zaskoczyło to, że w 1956 roku związała się z pisarzem i intelektualistą Arthurem Millerem. Nie wiedzieli prawdopodobnie, że już wtedy jej biblioteka liczyła około 400 książek. Były tam pozycje literatury europejskiej i amerykańskiej, biografie, monografie, różne wydania historii sztuki. MM kochała czytać i kochała kupować książki. Interesowała się też sztuką, a jej ulubionym artystą był Goya.

marylin cytat2 mamy te same marzenia

Gdy ponownie związała się z Joe Di Maggio, razem czytywali poezję i wymieniali uwagi na temat współczesnych pisarzy. Wreszcie mogła być sobą. Przed nim nie musiała grać.

Choć Marylin śpiewała o tym, że diamenty są najlepszymi przyjaciółmi kobiety, prywatnie wybierała skromną biżuterię. Taka była i ona: na zewnątrz błyszcząca, szalona, piękna. A głęboko w środku skromna, krucha i niepewna. Ikona amerykańskiego kina odeszła 5 sierpnia 1962 roku.


Lifestyle Macierzyństwo REPORTAŻ

Nauczy szyć każdego. Bo szycie to jej pasja, a „Co za szycie” to źródło jej ogromnej wiedzy o modzie i projektowaniu

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 stycznia 2016
Fot. Screen z YouTube / COza szycie

Ubieraj się tak jak czujesz! Bądź sobą! i Zrób to Sama!” Tak brzmi jej motto. Ruda, czyli Anna Maksymiuk-Szymańska ma pasję i potrafi nią zarażać innych jak mało kto. Pewnego dnia postanowiła sobie po prostu, że nauczy się szyć i… poszła do szkoły. Dziś jej tutoriale na kanale YouTube ogląda kilkadziesiąt tysięcy osób. Zapraszamy Was na spotkanie z autorką vloga i książki „Co za szycie”. Może i w waszym domu jest gdzieś, głęboko schowana, odziedziczona po babci czy mamie maszyna do szycia…

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Ania, o co chodzi z tym szyciem?! Nie łatwiej pójść i wybrać sobie coś w sklepie?

No właśnie nie. Bo jak pójdziemy do sieciówki to nagle okazuje się, że ciuchy są niewymiarowe. Za duże, za małe, za krótkie albo za długie. Każdy z nas jest inny, a sieciówki szyją według schematów i ciężko jest dopasować ubranie do swojej sylwetki, żeby fajnie leżało. Niskie osoby maja wieczny problem z za długimi rzeczami, wysokie z za krótkimi itd. Poza tym bardzo często jest też tak, że mamy w głowie jakąś wizję ubrania, a nie możemy go znaleźć w sklepie. 

I to właśnie było tym impulsem? Takie wkurzenie, że nie możesz znaleźć tego, co sobie wymarzyłaś?

Raczej nie wkurzenie, a właśnie ta wizja. Ja zawsze byłam kolorową osobą, która wiedziała jak chce wyglądać. Moda to moje drugie imię, więc chciałam nauczyć się szyć, żeby tworzyć sobie oryginalne, fajne, których nikt nie będzie miał – ubrania, i to było motywatorem, bo zakupy w sklepach nadal robię, jak na zakupoholiczkę przystało.

Fajne to szycie, ok. To dlaczego niektórzy podchodzą do niego jak pies do jeża? Że takie babcine, że się nie chce? Że za dużo roboty? Dlaczego NIE szyjemy?

Nie spotkałam się z czymś takim.
Serio?
Tak. Raczej pojawiają się na początku obawy czy dam radę itd., ale ja własnie pokazuje ze można stworzyć coś fajnego, nie babcinego i samemu.
A co Ci  to daje, poza tym, że realizujesz dokładnie swoje wizje?

To jest jak sport 🙂 Jedni pływają, drudzy biegają, ćwiczą itd., ja swój wolny czas spędzam szyjąc. Wtedy zapominam o całym świecie, o problemach, relaksuję się. Czasami szycie mnie wkurza, irytuje, denerwuje, zwłaszcza jak coś się nie udaje (są takie dni, że wszystko idzie źle), ale to też ma swój urok i lubię to :D.

Jesteś samoukiem? 

 Nie. Ja jestem z tej szkoły ludzi, co zanim coś zrobią najpierw pójdą się tego nauczyć. Ze mną też tak było, ja muszę mieć bata nad sobą, żeby coś zrobić, więc poszłam do szkoły projektowania, bo wiedziałam, że jak będę musiała to wytrwam. Nie sądziłam, że tak szybko się w to wkręcę. Szkołę skończyłam, ale szycie dalej kształcę, bo w tym nigdy nie można być pewnym na 100%.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

To szycie, to taki powrót do korzeni. Wyciągamy stare maszyny, takie po mamie czy po babci… U Ciebie w rodzinie też są jakieś tradycje związane z projektowaniem albo szyciem?

U mnie tak nie było. Ja sama chciałam się po prostu nauczyć szyć i tyle. Ale później okazało się, że moja ciocia jest krawcową z wykształcenia, babcia umie szyć, mama też coś tam zrobi, a tato kiedyś prowadził szwalnię techniczną, jeszcze jak mnie nie było. Ale nigdy to szycie nie było jakimś rodzinnym biznesem raczej potrzebą czasów. Natomiast wiele moich widzek ma takie historie i wynajdują na strychu maszyny i zaczynają szyć ze mną.

A szyjemy rodzinnie? „Międzypokoleniowo”?

Raczej nie. Wiele osób mi mówi, że ich mamy i babcie szyją i to jako zawodowe krawcowe, ale nie mają siły, żeby je nauczyć. Podejście i brak dystansu ich gubi. Nie mają tyle cierpliwości, żeby wytłumaczyć pewne rzeczy w prosty sposób.

Sama masz dziecko:) Jak organizujesz swój czas?

Jak każda mama. My doskonale wiemy, że jak nie my to nikt za nas tego nie zrobi. Moją regułą są listy to do. Ja mam zawsze każdy dzień zaplanowany i wypisaną listę rzeczy, które danego dnia muszę zrobić chociażby nie wiem co. Fakt, że pracuję dużo, średnio 20 godzin na dobę, ale ja to lubię. Jednak bez listy by się nie obeszło, bo jak mam za dużo wolnego czasu to się tak snuje i snuję i nagle okazuje się, że już jest wieczór i nic nie jest zrobione, a jak realizuje wszystkie punkty z listy to idzie szybciej i łatwiej. Np. na dzisiaj mam zaplanowanych jeszcze tylko 15 rzeczy do zrobienia.

Doskonale to rozumiem. Ale podziwiam  samodyscyplinę… Aniu, na blogu piszesz o idei DIY – realizujesz jeszcze jakieś inne projekty pod tym szyldem?

Dla mnie DIY i szycie w tej chwili jest bardziej pasją. Sama jestem z wykształcenia też dziennikarką, PR-owcem i projektantką ubioru i w tym się realizuję. Prowadzę agencję PR, rozwijam swoją markę odzieżową, pracuję jako dziennikarka i spełniam się jako prowadząca tv 🙂

Kim jest Ruda Pogodynka?:) To twoje alter ego?

To jest taki mój szalony projekt – spełnienie marzeń. Jak byłam mała zawsze chciałam pracować jako pogodynka albo odpowiadać na listy do redakcji, no i jako, że jakieś parcie na szkło mam, bo to co robię skądś się bierze, więc postanowiłam to marzenie zrealizować i sobie zrobiła własny program z pogodą 🙂

Wydałaś książkę „Co za szycie” (bajeczny tytuł) to poradnik? Możesz troszkę o nim opowiedzieć? 

Książka „Co za Szycie” ma taką samą nazwę jak mój vlog i jest poradnikiem szyciowym dla początkujących. Chciałam stworzyć taką książkę, która będzie idealna dla amatorów na samym początku drogi z szyciem. Ja na swoim vlogu pokazuje, że nie trzeba kończyć kursów, szkół i być wykwalifikowanym konstruktorem odzieży, żeby coś uszyć w domu. Od początku chodziło mi o pokazanie, że każdy potrafi jeśli zechce, że można coś stworzyć samemu dla dziecka, dla siebie.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Udało Ci się zmotywować mnóstwo dziewczyn!

Wiele moich widzek zakochało się w szyciu dzięki moim filmom i poszły kształcić się dalej, a teraz mają nawet swoje marki odzieżowe. Wracając do książki, to muszę powiedzieć, że nie ma na rynku polskim nowych książek o szyciu, napisanych w tak przystępny sposób. W mojej znajdziesz wszystkie potrzebne rzeczy na starcie. Jaką maszynę do szycia wybrać, jakie akcesoria, co jak się nazywa i do czego służy, jakie stopki, materiały, gdzie szukać, inspiracje i najważniejsze – wykroje. Ale nie są to gotowce tylko w klarowny sposób jest wytłumaczone jak zrobić wykrój na własne wymiary. Do książki dołączona jest płyta DVD z filmami, na których pokazuję krok po kroku jak zrobić dany wykrój i jak później go wykorzystać w szyciu. To tak w skrócie :).

I jaki masz teraz odzew wśród czytelniczek?

Nie sądziłam, że odzew będzie tak dobry i tak duży. Sprzedało się już ponad 9 tysięcy książek, jest szaleństwo, widzki i czytelniczki piszą mi tak cudowne rzeczy, że za każdym razem jak to czytam to ryczę ze wzruszenia. Pytań jest mnóstwo, czasami potrafię siedzieć kilka godzin i odpisywać na maile i wiadomości. Pytają o to jak uszyć, jaki materiał wybrać itd, ale też coraz częściej okazuje się, że pomogłam im zmienić życie, dałam nadzieję, pasję. Są osoby, które szyły zawodowo i znienawidziły szycie,a dzięki mnie na nowo wróciły do zwodu i pokochały szycie znów. Więc zaczyna to przypominać terapię grupową 🙂 Cudowne uczucie, którego nie da się opisać:)

 Aniu, co dalej? Jaki następny krok? W którym kierunku chcesz rozwijać – siebie i firmę?

 Tak, to jest plan na ten rok. Pisze drugą książkę, chcę zainwestować w samorozwój, w doskonalenie, chcę nauczyć się robić buty, bo to jest mój konik. Kocham buty, mam ponad 200 par, jestem butoholiczką, przyznaję się do tego i dobrze mi z tym i postanowiłam, że się nauczę je robić 🙂 Chcę rozwijać dalej swoją markę em em szop, której w zeszłym roku poświęciłam mniej czasu, chcę podróżować więcej w tym roku, synek jest już starszy, więc możemy sobie pozwolić na więcej. W tym roku chcę spełniać swoje marzenia i realizować projekty, których w głowie siedzi co nie miara:) Ale tych jeszcze nie zdradzam 🙂

Więc życzę Ci energii i siły, żeby udało się te plany zrealizować!

Dziękuję!

 

Fot. Archiwum prywatne autorki ksiązki

Fot. Archiwum prywatne autorki książki

Anna Maksymiuk-Szymańska — absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim i Wrocławskim,
z wykształcenia dziennikarka, projektantka, specjalistka ds. PR. Swoją przygodę z modą rozpoczęła
ponad 10 lat temu. W tym czasie stworzyła pierwszą modową telewizję internetową Babskie TV, agencję
marketingowo-PR ową Babski PR oraz pierwszy w Polsce vlog o szyciu, Cozaszycie. Wydała przewodnik „Co za szycie!”. Obecnie rozwija swoją
markę odzieżową em em szop, szyje, nagrywa i realizuje swoje pasje. Jest mamą dwuletniego Tymka.

YT – https://www.youtube.com/user/cozaszycie
FB – https://www.facebook.com/cozaszycie.vlog


Zobacz także

Nawet dzieci wiedzą, czym jest równość. Koniecznie zobaczcie tę fantastyczną, norweską kampanię

Brawo JOHNSON’S! Jeszcze nikt nie zrobił takiej reklamy! Bo każde dziecko – zdrowe, czy chore jest najważniejsze dla swojej mamy

Jak żyć?! 46 motywacyjnych cytatów o życiu, prosto od… Alberta Einsteina!