Lifestyle

Życie w kołowrocie po prostu nie oddycha… Żyjemy w biegu, wypoczywamy w pośpiechu, myślimy, mówimy, kochamy na czas

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
25 września 2016
Fot. iStock / 5ugarless
 

Wakacje mam za sobą. Teraz dochodzę do siebie, mniej więcej czwarty już dzień. Umordowałam się na wyjeździe jak jakiś szaleniec, który przestać nie może, więc ciągle gdzieś lezie, ciągle się kręci, wszędzie zagląda, a jeszcze tu i jeszcze tam… katedra, zameczek, ogrody królowej, a i muzeum też się jeszcze gdzieś wciśnie… Wypoczynkiem nazywamy tę mordęgę, nie wiedzieć czemu. To samo było w SPA. Poszłam tam przecież by się zrelaksować. Masaż był fajny, nie przeczę, pierwsza godzina leżakowania też, ale każda kolejna już zalatywała coraz to większym umordowaniem. Do tego stopnia się w owym SPA zmęczyłam, że następnego dnia w pracy ledwo żyłam!

Tymczasem oddech. Głęboki, łapiący kontakt oddech. Przywracający poczucie błogości i zadowolenia. Wyciszający umysł, neutralizujący rozedrgane myśli. Oddech, który włączyć możemy w każdym momencie, a o którym niestety nieustannie zapominamy. Bo życie w kołowrocie po prostu nie oddycha. Choć dusi się całkiem realnie, dławiąc nas fizycznym, bolesnym uściskiem. Nawet wtedy jednak nie oddychamy jak trzeba, tylko łapiemy porcyjkę powietrza i dalej mkniemy w bezsensie. Wakacje czy nie, przestać nie potrafimy. Chorzy na pęd, na zadaniowość, na plan i efekty. Jak jakieś mini korporacyjki, uczestniczymy w wyścigu szczurów.

W okresie niewakacyjnym, ten pęd nawet wydaje się uporządkowany. Wtedy bowiem handbook precyzuje każdy nasz ruch. Gorzej jednak sprawy się mają podczas okresów urlopowych, bo tutaj handbook już nie jest aż tak wyszlifowany w instrukcje. Więc każdorazowo, prawie bankowo, chaos się dzieje na upragnionych wakacjach.

Kiedy byliśmy młodsi, mniej zachowawczy, mniej zorganizowani i przede wszystkim przez dorosłość niedoświadczeni, wtedy wakacje były magiczne. Działo się co chciało, a my w tym nurcie płynęliśmy z prądem zachwyceni po pachy. Lecz kiedy przyszła dorosłość, pierwsze co zrobiła, zabrała nam spontaniczność. Do rzeki więc już nie wpadamy z radością, a fakt, że samolot nam uciekł albo że bagaż się spóźnił, wpędza nas w szał, ewentualnie w histerię. Zupełnie, jakbyśmy na jakimś nieuzasadnionym poziomie wierzyli, że drąc się na panią w okienku, cofniemy czas albo przynajmniej zawrócimy ptaszydło z obranego kursu co by i nas pobrało w lot.

Przyznać muszę, że doświadczenie tu poniekąd przeze mnie przemawia choć tym razem histerii nie dałam się ponieść zanadto, a zatem i ona zmyła się po jakiejś godzince. Bo fakt, samolot nam uciekł na ostatnim odcinku podroży, kiedy to na wpół przytomni zgubiliśmy się w czasie. Wewnętrzny szał wywołała przy tym wizja opłaty za bilety, tą jednak rozwiała naprędce pewna miła pani, której przyznaliśmy się bez bicia, że to czas nas zwiódł tak podstępnie na lotniska manowce. Opłaty wiec nie było, zaś miły ten akcent spowodował, że jednak wzięłam oddech. Ten głębszy, ten kontaktujący, ten wyciszający burczenie świata. Oddech, po którym otwarłam szeroko oczy i zobaczyłam, że w gruncie rzeczy nic się nie stało. Wszyscy żyją, są zdrowi i cali, mam gazetkę, męża na którym ułożyć do snu się prawie mogę, najpierw jednak zakupy w duty free (nowa szminka, fajny róż), sałata i winko, oraz czas na całkowity brak myślenia. No i co z tego, że w docelowym miejscu będę 7 godzin później skoro teraz mogę  trochę zwolnić, wybić się z tego tempa wariata i odpłynąć w obezwładniający luz.

Ech! Gdybyśmy tylko tak potrafili zawsze. W każdej sytuacji stresowej, skutkującej akcją, reakcją, ściśniętym żołądkiem, szybkim chodem i mową z prędkością światła. Gdybyśmy tak potrafili na spokojnie to życie przeżywać. Ale nie. Pęd musi być, bo taki jest znak naszych czasów. Żyjemy w biegu, wypoczywamy w pośpiechu, myślimy, mówimy, kochamy na czas. Tik tak, tik tak, odliczamy życie na tarczy zegara. Duża wskazowka, mała wskazówka i człowiek pomiędzy. Człowiek na czas, życie na czas i ta paraliżująca świadomość przemijania. Bo czas jednak płynie. Więc żyć trzeba jeszcze szybciej, zwiedzać jeszcze intensywniej, mknąć, gnać, cwałować… co by nie stracić, nie uszczknąć, nie pominąć nic. I paść, paść na twarz, zwalić się jak kłoda, ale tylko po wykonaniu planu, broń boże nie przed. Wtedy mówimy, że jest git, że jesteśmy spełnieni, odrobieni, wykonani. Wracamy więc z wakacji z tym planem 100% odrobionym i rzekomo mamy powód do radości. Sił tylko brak by świętować. Bo oto, zamordowani przez wypoczynek, walczymy z nadludzkim zmęczeniem. Czasem 4 dni, czasem jeszcze więcej. Bo „czas, Romadour, to jest taki robaczek, który chodzi i chodzi”*, człowiek zaś to taki gamoń, który miast głęboko oddychać nieustannie za czasem goni.


* „Gra w klasy”, Julio Cortazar: „Istnieje coś, co się nazywa czas, Romadour to jest taki robaczek, który chodzi i chodzi”.


Lifestyle

Kanalie. Mafie hipokrytów. Dlaczego okładacie nas po pyskach skrajnościami?

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
25 września 2016
Fot. Flickr / last24 / CC BY-SA
 

Kiedy przyszedłby do mnie ktoś, zapukał i powiedział, że mam mu odstąpić telewizor, bo tak zadecydowano, parsknęłabym śmiechem. Gdybym usłyszała, że na trzy cztery oddajemy wszystkie odbiorniki radiowe, bo są niemoralne i nie mówią za często o Bogu, pewnie poszczuła psem. Albo mężem. Gdybym otworzyła drzwi, a przed oczami stałby mężczyzna z wielkim workiem na płyty CD i nośniki USB wspominając, że do śmieci wszystko, co moje, bo mam złe preferencje muzyczne niezgodne z politycznym mainstreamem, zastanawiałabym się, gdzie ukrywa się kamera. Z którego profilu mnie biorą i czy zaśmiać się szczerze, może raczej rozpłakać do kości. Gdyby jutro przyszłoby uchylić okno i z niskiego parteru oddawać całą wypłatę w gotówce, bo tak chce państwo, pewnie zamknęłabym skrzydło na tyle zamaszyście i mocno, że łapa wyciągnięta po haracz zostałaby przycięta. Zastanawiam się i myślę, czy sąsiada z bloku naprzeciwko, który zaczął uzurpować sobie prawo do podglądania mnie nago, kiedy z łazienki przechodzę do kuchni, albo gdy na mężu spełniam najskrytsze seksualne marzenia, nie powinna zabrać policja? Pewnie tak. Bo podglądanie gołej dupy i zakłócanie miru jest niezgodne z prawem. Mylę się? Dlaczego zatem, skoro zza firanki zaglądać do mnie nie wolno, bezczelne wkłada się rękę w moje gacie, w moje łóżko i sumienie? Która siła wyższa, oprócz przerośniętego ego i rozbuchanego poczucia władzy nad rozumem, ciałem, nad kobiecością, dała szanownym rządzącym prawo do jawnego okradania z prywatności, gwałtu na wolności obywatelskiej i rozumie. Który przecież mam. Który przecież działa.

Jest dwudziesty piąty września. Stoję w tłumie w środku miasta, a w tłumie tym płyną łzy. Któraś z pań opowiada, jak na zezwierzęconym oddziale kazano matce patrzeć na kwilące z bólu nowo narodzone dziecko. Patrzeć i w imię Boga, w którego ewidentnie powinien wierzyć każdy człowiek lepszego sortu, odprowadzać maleństwo w spazmach na drugą stronę. Dziecko nie mogło złapać oddechu. Na liście nieodwracalnych, genetycznych zmian były też zarośnięte nozdrza i usta. Udusiło się. To dziecko miało się udusić. Mało tego, że matka całą ciążę żyła ze świadomością straty, która właśnie dokonywała się na jej oczach, to jeszcze zadaniem jej było podniesienie osobistego dramatu do wysokiej potęgi w imię człowieka z tytułem profesorskim. Jakiegoś kogoś, kto pływał na argumentach o moralności jak na najlepszej nadbałtyckiej fali. Niczym hybryda wszystkich znanych proroków. O hasło „Bóg życie daje i odbiera” wycierał swoje wszechwiedzące buty jak o wycieraczkę.

Stoję w tym tłumie i sama ocieram łzy. Zza pleców zwolennicy teorii pro life mamroczą coś o Hitlerze i rozkładają obrzydliwie wielkie plakaty z dziećmi wyciągniętymi z łona matki. Łączą wizerunek poronionego dziecka ze zdjęciem krematoryjnego pieca, do którego na metalowych taczkach wjeżdża martwe ciało dorosłego mężczyzny. I o ile jest we mnie hałda przyzwoitości, taktu i dobrego smaku czuję, że za chwilę nie wytrzymam i upuszczę instynktowi samoobrony, komuś dam w ryj. Pro life, to nie tylko za życiem dzieci, do cholery. Skoro pro life, to za życiem każdym. KAŻDYM. Pro life znaczy żyć. Czy ktoś jeszcze pamięta, że kobieta też jest właścicielką życia?

Stoję przed plakatami wyciągniętymi totalnie z kontekstu i rozglądając się wokół łapię powietrze chełstami, jak zanurzona w wannie zaściankowego absurdu. Po lewej tłum kobiet w przedziale wiekowym pełnym. Matki, ciotki, babcie, nastolatki, dzieci! Po prawej garść mężczyzn, starych pierników z posiwiałymi głowami, które z niejednego pieca chleb jadły i dochodzę: Kim jesteście ludzie, że odważacie się stanąć tu przede mną i machając palcem krzyczeć w twarz „wstydź się!”.

Otóż panie i panowie, wstydzę się. Codziennie. Że musze tu dziś być! Że musze walczyć o dobre imię każdej. Że muszę drżeć o spokojne życie córki. Wstydzę się, że macie czelność rozwlekać plakaty z wizerunkiem zakrwawionego płodu nie znając historii jego poczęcia. Brzydzę się przede wszystkim tym, że moszcząc się w hasłach o ochronie życia nienarodzonego nie macie do niego za grosz szacunku, stawiając zdjęcia te obok innych, nazistowskich. Kanalie.  Mafie hipokrytów. Dlaczego okładacie nas po pyskach skrajnościami? Bo tego się wstydzę na pewno. Nazywacie morderczyniami nie słuchając żadnego uzasadnienia? Za to kłopoczę się non stop.  Malujecie wizje kobiet leżących z rozłożonymi nogami, z których skorzystać może każdy. Obraz dających na prawo i lewo, a później latających na systematyczne skrobanki. TAK, TEGO JEST MI WSTYD! WSTYDZE SIĘ, ŻE WRZUCILIŚCIE NAS DO JEDNEGO WORKA.

Kończy się wiec. Ucicha nasz głos. W każdym mieście w Polsce jakaś historia właśnie odprowadza się do domu. Zrolowane plakaty lądują w koszach na śmieci jak wszystkie postulaty, których jesteśmy autorkami. Kończy się pokaz niezadowolenia. Bezsilność zagląda nam do oczu, bo żeby były nas miliony, a głos wrzeszczał odpowiednio mocno, to loża,  jak trzy japońskie małpy zakrywa sobie odpowiednio twarz, oczy i uszy.

Nie chcecie nas słyszeć. Przecież wszystkie to wiemy.

A ja jestem, czuję, potrzebuję.

Kocham siebie i swoje dzieci.

 


Lifestyle

Czy wiesz, jak budować swój wizerunek? I czy w ogóle to ciebie dotyczy?

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
25 września 2016
Fot. iStock / visualspace

Wizerunek, czy to mnie dotyczy?

Odpowiedź brzmi: TAK. Każdy z nas w sposób mniej lub bardziej świadomy kształtuje swój wizerunek w oczach innych. Poprzez nasz wygląd, zachowanie, sposób poruszania się oraz postawę życiową budujemy swój obraz w domu, w środowisku zawodowym, wśród przyjaciół.

To tak naprawdę nieodłączny element naszej codzienności i wbrew pozorom nie dotyczy tylko osób publicznych. Chociaż to właśnie ich wizerunek jest najszerzej komentowany i poddawany publicznej krytyce. Mam wrażenie, że poprzez takie działania słowo to uległo znacznej dewaluacji i kojarzy się coraz częściej z manipulacją, z działaniami niezgodnymi z etyką, zasadami, wartościami, które  mają na celu osiągnięcie wymiernych korzyści.

Z mojego doświadczenia i obserwacji wynika, że osoby, których wizerunek jest zgodny z ich wartościami, z tym co czują i myślą, są postrzegane pozytywnie i zdecydowanie lepiej radzą sobie z krytyką. Komunikat, który wysyłają w świat o sobie jest spójny: słowa, mowa ciała, postawa życiowa mówią to samo. Taka osoba jest odbierana jako wiarygodna i godna zaufania. Z takimi ludźmi chcemy mieć kontakt i chcemy słuchać , tego co mają do powiedzenia.

Pułapki

Trudno znaleźć kogoś, komu nie zależy na akceptacji innych, udanych relacjach z otoczeniem czy zwyczajnie bliskości, szacunku i wzajemności.

Kiedy czujemy się akceptowani, kochani, podziwiani jest nam lżej, łatwiej, przyjemniej. Dużo jesteśmy w stanie zrobić, by tak właśnie było, nawet jeśli musimy zapłacić za to wysoką cenę, np. wolności wyboru. Ile razy słyszałam, wcale nie chciałam o tym mówić, ale niezręcznie było nie odpowiedzieć. Dlaczego niezręcznie, bo rozmówca mógłby być niezadowolony? Albo wręcz odwrotnie, nie powiem, niech sobie nie myśli, że jestem słaba/y.

Istotne, żebyśmy byli świadomi, dlaczego dokonujemy takich czy innych wyborów, co tracimy, co zyskujemy i co jest dla nas ważne.Chodzi o to, by świadomie dzielić się sobą. Im więcej wiemy o sobie, tym łatwiej.

Tempo współczesnego świata powoduje, że mamy coraz mniej czasu i czasem gonimy za czymś, co wcale nie jest nam do szczęścia potrzebne. Ile znacie osób, które skończyły kierunek studiów, który nie wzbudzał ich zainteresowania? Albo inni, którzy tkwią w toksycznych związkach? W pierwszym przypadku mogło chodzić  o  zadowolenie bliskich, spełnienie ich oczekiwań, bycie dobrą córką czy synem. W drugim o wizerunek  dobrej żony, matki. Matka, która się poświęca jest powszechnie akceptowana. A taka, która jedzie sama na wakacje? Już niekoniecznie.  Wiem jak silny jest to wzorzec, słyszałam często, zobaczysz jak będziesz miała dzieci twoje życie się skończy.  Uff, nie skończyło się, ale musiałam zawalczyć o siebie. Zadałam sobie pytanie i co się stanie najgorszego jak ktoś pomyśli, a nawet powie, że jestem złą matką? Rozważałam różne scenariusze i nie było tak źle. Potem zapytałam siebie czy jeżeli zapomnę o sobie, swoim rozwoju, pasjach i zajmę się tylko domem i rodziną, mam gwarancję, ze inni to docenią. Odpowiedź brzmiała: NIE.  Potem usłyszałam od córki, miała wtedy 18 lat, …. Mamo gdybyś nie weszła na drogę rozwoju, to byłoby przerąbane w domu…..

Jedną z pułapek jest trzymanie się kurczowo, ogólnie akceptowanych wzorców bez wglądu w siebie, własne pasje, oczekiwania, predyspozycje. I ślepe naśladowanie innych.

Np. uwielbiam Kasię Bujakiewicz. I … wiem, że nigdy nie będę taka jak ona, żebym stanęła na głowie. Różnimy się tak bardzo. Pewnych rzeczy nie zmienię, mogę się nauczyć, ale to nie będę ja. Ile na to potrzeba czasu i energii? A de facto i tak wyjdzie słaba kopia. Czy warto? Czy nie lepiej skoncentrować się na swoich mocnych stronach i je rozwijać?Nie ma takiej opcji, żebyśmy zadowolili wszystkich, to może warto zacząć od siebie.

Spójrzmy na to przez pryzmat wystąpień publicznych, jednych mówców kochamy za energię, innych za dowcip, jeszcze innych za spokój. Jeśli spokój jest udawany, publicznośćodkryje to bardzo szybko, wyczuje fałsz i przestanie nas słuchać. Zamiast naśladować innych, proponuję sięgnąć do własnych atutów i nie zmieniać naturalnych predyspozycji. Wtedy też będziemy przyciągać osoby podobne do nas, pod względem temperamentu, wartości itp., takie którym możemy coś ważnego dla nich przekazać.

Każdy może mieć inny pomysł na życie. Ludzie oceniają przez pryzmat własnych doświadczeń i upodobań. Nawet to samo zachowanie w zależności od stanu psychofizycznego danej osoby może być ocenione zupełnie inaczej. Np. Kiedy wracam zmęczona do domu i w kuchni są wszędzie naczynia, nie wstawione do zmywarki. Jestem wściekła i myślę, że mojej rodzinie nic się nie chce i wszystko jest na mojej głowie.  Innego dnia wracam w dobrej formie, patrzę stoją jakieś kubki, wstawiam do zmywarki, 5 minut gotowe. Myślę: pewnie się spieszyli. Rodzina ta sama, a ocena inna. Obserwując, co się dzieje ze mną, mogę mieć wpływ na pewne sytuacje czyli np. uprzedzić ich, że jak wracam zmęczona po długim szkoleniu chcę, żeby naczynia były w zmywarce, a i jeszcze wolna łazienka. To też dla mnie ważne. Wtedy mogę pożegnać tzw. „wizerunek złośnicy”.Podobnie w pracy czy innej przestrzeni publicznej, jeśli wiem na czym mi zależy, jasno to komunikuję, wtedy mam szansę, że otoczenie weźmie to pod uwagę.

W jakiej roli występuję?

Na różnych etapach życia i w różnych sytuacjach występujemy wróżnorakich rolach, kluczem jest ich zdefiniowanie.  Ważne, żebyśmy my sami wiedzieli w jakiej roli występujemy. Czy będąc szefem zależy mi na kumpelskich relacjach czy raczej chcę być dla moich podwładnych autorytetem, a może człowiekiem od wszystkiego?Jakie chcę wywrzeć wrażenie, jaką relację zbudować? Ważne, by od początku jasno określić swoją pozycję. Na warsztatach,  dotyczących kreowania wizerunku, które prowadzę, proszę często uczestników, żeby zastanowili się nad jednym zdaniem, które chcą, żeby inni zapamiętali. To pytanie o wrażenie jakie chcą zostawić. To ważny element w świadomym budowaniu wizerunku.

Może będą dla was inspiracją pytania jakie sobie kiedyś zadałam, odpowiedź powinna się zawierać w jednym zdaniu.

  • Jak chcę, żeby zapamiętali mnie uczestnicy moich warsztatów?
  • Jak chcę, żeby zapamiętalimnie moi bliscy?

Kolejny krok to sprawdzenie jak inni nas odbierają, czy informacja o sobie ta, którą chcę wysłać w świat, to dokładnie, to o co mi chodzi. Zalecam ostrożność w sięganiu po informację zwrotną, czasem możemy usłyszeć coś,na co nie jesteśmy gotowi. Bezpiecznie jest zacząć wśród przyjaciół i bliskich.

Wizerunek to zbiór informacji na nasz temat, są to z jednej strony fakty, z drugiej odczucia,  to my widziani oczami innych. Im wyższy stopień samoświadomości i samoakceptacji, tym bardziej klarowny i prawdziwy obraz otrzymuje nasze otoczenie.

Świadomość siebie i samoakceptacja  wyraża się w naszej postawie i sposobie komunikacji, tej werbalnej i niewerbalnej. To nie tylko świadomość słabych i mocnych stron , lecz również wartości, uczuć, potrzeb czy przekonań oraz zgoda na to jaka/i jestem.


Iza ZiemińskaIza Ziemińska – trenerka rozwoju osobistego, rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne, doradca biznesowy. Komunikacją zajmuje się od blisko 20 lat. Mocno zaangażowana w projekty wizerunkowo-szkoleniowe, łączące świat rozwoju ze światem biznesu. Założycielka SZKOŁY WYSTĄPIEŃ PUBLICZNYCH oraz autorka programu coachingowego ŻYJ PEWNIE. Zarządza wizerunkiem osób publicznych, m. in. Katarzyny Bujakiewicz, Marzeny Rogalskiej,  Joanny Opiat-Bojarskiej i Andrzeja Polana.

 

Więcej na:

www.izazieminska.com

www.inmangement.com

Iza Ziemińska prowadzi na Festiwalu PROGRESSteron w Warszawie warsztat:

ŻYJ PEWNIE

http://www.dojrzewalnia.pl/oferta/progressteron-34/warszawa/z8631.html

CAŁY PROGRAM jesiennego PROGRESSteronu znajdziesz tu:

www.progressteron.pl

 


Zobacz także

„Bardzo proszę, drogi Google”, czyli jak babcia w Internecie odpowiedzi szukała

Ile ja ci synu jeszcze tych drożdżówek przywiozę w życiu?

Czy wiesz, co zaskakującego się wydarzy, jeśli codziennie będziesz codziennie jeść kurkumę?