Kuchnia Lifestyle Święta

Zapach świąt

Midoblog
Midoblog
12 grudnia 2015
 

Co roku nadchodzi ten cudowny, wspaniały czas. Czas, któremu towarzyszy przepyszny zapach pierniczków. Zapach świąt.

Przyznam, że dopóki nie było Ann, nie myślałam nawet, że kiedykolwiek będę je piekła. Jednak od tamtego czasu wiele się zmieniło. Już wtedy, kiedy byłyśmy nierozłączne (czyt. byłam w ciąży) postanowiłam upiec pierwsze w swoim życiu pierniczki. Pamiętam, że tamten okres w ogóle był dla mnie cudowny, magiczny i wypełniony po brzegi pięknymi chwilami. Również wtedy po raz pierwszy upiekłam piernik z jabłkami i przepyszny pasztet. Od tamtego czasu święta w naszym domu wyglądają zupełnie inaczej. O wiele lepiej.

W tym roku to już szóste pierniczenie wspólnie z Ann. W zeszłym roku było już bardziej wspólnie niż osobno. Z Ann jest niezły pomocnik.

IMG_4398

Nawet wpadła na pomysł, żeby rozdać je babciom. W tym roku musimy się bardziej przyłożyć, bo lista osób, do których mają dotrzeć nasze pierniczki uległa minimalnemu zwiększeniu. I tak pierniczki mają być dla pań z przedszkola, dla pani dyrektor, dla najbliższych koleżanek. Nie ma wyjścia. Więc zabieramy się do pracy.

Poniżej przepis, który sześć lat temu dostałam od przyjaciółki, za każdym razem wychodzi

IMG_4435

Dla zabieganych i zapracowanych polecam pierniczki dr. Oetkera. Wychodzą równie pyszne. A tak naprawdę w tym wszystkim, przy dziecku, chodzi o frajdę ze zdobienia i dzielenia się z innymi.

IMG_4445IMG_4451IMG_4447IMG_4448

Pora więc brać się za zdobienie. Już widzę, że w tym roku nie będę miała zbyt wiele do powiedzenia. Ann już zdobi.

IMG_4449

*Pierniczki mogą być twarde, zwłaszcza jeżeli zrobimy je zbyt późno. Skruszeją, jeśli będziemy je trzymać w puszce z kawałkiem jabłka – powinny zmięknąć po kilku dniach. A szczelnie zamknięte pierniczki (najlepiej w metalowym pudełku) można przechowywać nawet przez 2 miesiące.


Kuchnia Lifestyle Święta

Koniec semestru

Midoblog
Midoblog
15 stycznia 2016
 

Jak zapewne wiesz, jestem nauczycielką. Zawód, jak każdy inny. Można by tak powiedzieć. Chociaż, jak każdy inny ma swoje niuanse, komplikacje i ciemne swoje strony. I właśnie taka zbliża się wielkimi, ogromnymi krokami.

 

Koniec semestru.

Szczerze przyznam – nie cierpię tego okresu czasu. Nie ze względu na masę papierów, sprawozdań, uzasadnień, opinii, wniosków do dalszej pracy. To jest do przeżycia (mimo, że wszystko robi się na sam koniec, kiedy wszystko już jest wiadome czarno na białym – wcześniej, nawet ci najbardziej sumienni mogą tylko pomarzyć, żeby cokolwiek podsumowywać). Z jednego najprostszego względu – wystawianie ocen. Niestety, dla mnie to nic przyjemnego. Niejednokrotnie – nic oczywistego.

I nie chcę tu narzekać. Od tego jestem daleka. Bardziej chodzi mi o to, żebyś (jeżeli jesteś rodzicem) spojrzał na oceny swojego dziecka z troszkę innej perspektywy. W dzisiejszych czasach, kiedy z pomocą wychodzi nam librus (dla niewtajemniczonych e-dziennik zawładnął większością placówek edukacyjnych) mogłoby się wydawać, że wystawianie ocen to przysłowiowy „pikuś”. Zaiste. Zwłaszcza, jeśli masz średnią ważoną = każda ocena ma swoją wagę. Sprawdzian – oczywiście, że najważniejszy, więc największej wagi. Ale sprawdzianów jest najmniej. Więc, które z ocen są najbardziej istotne i najlepiej wpływają na ocenę? Zapewne kartkówki, zadania domowe, aktywność. Uczeń nie jest aktywny – cóż trzeba sprawdzić zadanie. Dyskomfort pojawia się wtedy, kiedy jeden uczeń ma ocen aż 16 (bo aktywny ponad przeciętność) a drugi raptem 8. Przy czym ten drugi ma praktycznie same 4 i 5. Pierwszy zaś, nieciekawe oceny ze sprawdzianów (czytaj dwójki) ale robi zadania dodatkowe, przynosi „kaktusy” (zadania trudne). Widzę, że się stara. Że chce. Że mu zależy. Cóż, jak się okazuje ( i tego jestem całkowicie pewna) nie każdy też potrafi pisać sprawdziany. Bo stres, bo nie jest pewny, więc woli nie napisać nic. Czasem najzwyczajniej nie potrafi skupić myśli. I w taki oto sposób pojawiają się sytuacje, w których mam jeden wielki dylemat. Bo jeden ma średnią 4,75, więc „piąteczka” jak nic, a drugi 4,60… i co? Wtedy muszę się rozdrobnić. Ale i tak nie czuję się z tym dobrze. I uwierz mi, niestety nieraz mam wrażenie, że oceny w ogóle nie są sprawiedliwe. No dobrze – ja to wiem. Nasza skala od 1 do 6 (przy czym 6 oznacza naprawdę wybieganie ponad przeciętność, ponad podstawę programową) oznacza, że mamy skalę tylko do 5 dla standardowego, przeciętnego ucznia (jeżeli pozwolisz, że tak to nazwę). Stanowczo za mało mamy ocen i możliwości. Tym bardziej, że nie ma czegoś takiego jak 4+ czy 5- na semestr. Tak po drodze i owszem, takie oceny pojawiają się w dzienniku, ale też nie zawsze są oczywiste. I, drogi rodzicu pamiętaj jedno – piątka piątce nierówna. I niejeden nauczyciel ma poważny dylemat przy wystawianiu ocen. Nikt nie chce ucznia skrzywdzić, czy też mścić się na nim poprzez ocenę.

Poza tym, chciałabym, żebyś popatrzył też inaczej na oceny swojego dziecka. Nie trzeba być ze wszystkiego dobrym. Uczniowie później ściągają, spisują zadania z internetu (dziś każde zadanie łącznie z numerem strony z książki możecie znaleźć w internecie, niestety nie zawsze odpowiedź jest poprawna) bezmyślnie, tylko dla oceny. Ich jedynym celem jest dobra ocena, nieważna droga do niej. Czasem odpuść. Masz na to czas zwłaszcza, jak dziecko chodzi jeszcze do podstawówki. Nie przekładaj wszystkiego na oceny, które tak, jak piszę nie zawsze są adekwatne do wiedzy. Pomyśl, że ocena dopuszczająca zaczyna się od 31% a kończy na 54%. Odpowiednio uczeń, który uzyskał 8,06 pkt na 26 i ten, który ma ich o 6 więcej nadal ma ocenę dopuszczającą. Notabene, jak uzyskać 0,06 punktu, skoro zazwyczaj dajemy ewentualnie 0,5 ?(!)

Na próbnym sprawdzianie szóstoklasisty jedna uczennica straciła (tylko) cztery punkty z angielskiego, jednak to już było (tylko) 90% i jednocześnie jest to już ocena dobra (bardzo dobra jest od 91% sic!). Pamiętajcie to tylko ocena. Czasem za bardzo się na niej skupiamy. A przede wszystkim, bardzo Cię proszę drogi rodzicu nie skupiaj się na tych najgorszych ocenach. Jeżeli Twoje dziecko przyjdzie z kilkoma ocenami, czy nawet tylko dwoma i będzie to 5 i 1 to porozmawiaj ze swoim dzieckiem najpierw o tej piątce. Doceniaj. Chwal. Otwieraj jego umysł na poszukiwania, ciekawość świata.

Ja nie mam wyjścia, muszę się skupiać na ocenach. Dla mnie są wyznacznikiem wszystkiego. Ale o wiele ważniejsze dla mnie jest myślenie, jeżeli wiesz co mam na myśli. Dlatego czasem średnia ważona to tylko mała podpowiedź dla mnie.

Powodzenia wszystkim dzieciakom na kolejny semestr. Już od poniedziałku!

image

P.S. Chwalę się. Taki drobiazg cudowny. Na swojej drodze spotykam cudowne dzieciaki.


Kuchnia Lifestyle Święta

po co w ogóle święty Mikołaj

Midoblog
Midoblog
5 grudnia 2015

Ostatnio, w trakcie rozmowy ze znajomymi, wypłynęło następujące pytanie:

No ale po co w ogóle wmawiamy dzieciom, ze święty Mikołaj istnieje? Przecież uczymy je kłamstwa…

Jak to po co?!     Oburzyłam się.

Okazało się, ze coś, co dla mnie jest oczywiste, nie dla wszystkich takim być musi.

IMG_4369

Pierwszy argument, jaki usłyszałam, był w stylu „musimy dzieci nauczyć, ze w dzisiejszych to mit, z którego nic nie wypływa, ze świat wcale nie jest taki dobry”. No niby tak, ale do tego trzeba dorosnąć. Dojrzeć. Na wszystko w życiu jest czas. Odpowiedni moment. Przecież każdy z nas uwielbia(ł) bajki, baśnie. Dzieci, które wierzą w Świętego Mikołaja, doświadczają w pewien sposób magii i cudów. Czuja się ważne, a kiedy otrzymają prezent, o jakim marzyły – wysłuchane. Poza tym, sama otoczka – pisanie listu, ktoś w nocy zabiera go z okna – czy może być coś cudowniejszego niż wyczekiwanie i uczucia mu towarzyszące? I nawet wtedy, gdy rysunek (bo z pisaniem rożnie bywa) jest mało wyraźny, mało dokładny, to dostają dokładnie to, o co prosiły, bo Mikołaj wszystko wie i wszystko widzi.

Skoro wszystko widzi, to również wie, czy dzieci są grzeczne. Jest to zatem idealny moment na przekazanie dziecku, że warto być dobrym. Chyba każdy z nas słyszał w dzieciństwie słowa typu „Mikołaj wszystko widzi”, czy też „Mikołaj obserwuje czy zasługujesz na prezent”. Okazuje się, że dziecko dokładnie wie, jak się powinno zachowywać. Potrafi pomagać, sprzątać, ładnie się odzywać. Jednym słowem, jakby było zaczarowane. Dla nas, rodziców, jest to tym samym również wspaniały magiczny okres w ciągu roku.

Pewnie usłyszałabym słowa sprzeciwu – ale jak długo? Przecież w końcu nadchodzi taki moment, ze wiara w Świętego  Mikołaja ulatnia się i odchodzi w zapomnienie. Dziecko zaczyna podejrzewać, a z czasem nabiera pewności, że to rodzice, dziadkowie, przynoszą prezenty. Ale co jest w tym złego? Wystarczy im to szczerze wytłumaczyć. Opowiedzieć skąd wzięła się tradycja prezentów, kim był i co robił święty Mikołaj.

Z Ann sytuacja będzie troszkę inna – ona widziała swojego tatę, który odwiedził dom Świętego Mikołaja w Laponii. Jednak, teraz wierzy, że prezent dostaje właśnie od tego jedynego (mimo, że zostawia on prezent u babci, cioci, wujka i jeszcze innych miejscach dla niej). Pozostałych panów Mikołajów wytłumaczyła mi ostatnio, że przecież każdy musi mieć jakiegoś pomocnika, a świat jest taki duży, że nawet, jak Mikołaj ma magiczne sanie, to bardzo by się zmęczył. Kiedyś jak odkryje prawdę, mam nadzieje, że zrozumie i sama zechce dawać najbliższym, których kocha, ich wymarzone prezenty.

Magia świat to coś co mamy w sercach. To cudowne wspomnienie oczekiwania i radości ze znalezionych prezentów. Dzieci uczą się cierpliwości, wytrwałości. Rozwija się ich wyobraźnia. Dzięki temu, że czują się ważne, kochane wzmacnia się w nich poczucie bezpieczeństwa. Więc może jednak warto…

Ja swojemu dziecku nie będę wciskał bajek…

Może teraz tak mówi, bo nie ma jeszcze dziecka… Nie wiem. Znam domy, w których bardzo wcześnie mówi się dziecku, że Święty Mikołaj nie istnieje. Myślę, że najważniejsze to zrobić to z głową. Wyjaśnić kim był, co robił, kiedy żył, a przede wszystkim dlaczego do dziś wszyscy w ten jeden dzień wręczamy prezenty osobom, które są dla nas ważne. Bo najważniejsze to robić coś w co się wierzy.

Ja już nie potrafię się doczekać miny Ann w niedzielę, kiedy dostanie to o czym napisała. Pamiętam ten błysk i gwiazdeczki łez szczęścia w zeszłym roku, kiedy w torebce od Świętego Mikołaja dostała dokładnie to o czym marzyła. W tym roku muszę zdążyć ze zrobieniem zdjęcia.