Lifestyle

Zacznij opłakiwać matkę, której nigdy nie miałeś. 5 strategii, które pomogą ci zarządzać relacją z toksyczną matką

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
15 października 2017
Fot. iStock / AkilinaWinner
 

Nie łatwo jest zostawić za sobą trudne doświadczenia z dzieciństwa i biec bez tego bagażu, do przodu, przez całe dorosłe życie. Nie można po prostu odsunąć od siebie złych wspomnień, nie da się wymazać ich gumką ze swojej głowy. Można jednak ograniczyć ich wpływ na naszą rzeczywistość.

Jaki jest konflikt podstawowy?

Potrzeba bycia kochanym i akceptowanym przez rodziców nie kończy się wraz z dzieciństwem. Mimo, że jako dorosła osoba uświadomisz sobie, że masz toksyczną matkę, która nadal otwarcie cię lekceważy, nadal potrzebujesz jej i marzysz o jej miłości. To jest konflikt podstawowy, który w sobie nosisz. Z jednej strony chcesz uwolnić się spod jej toksycznego, destrukcyjnego wpływu, z drugiej – pragniesz mieć matkę. Takie „zawieszenie” może trwać latami. Możesz nawet wyznaczać nowe granice i reguły waszej relacji, by zaraz potem wrócić do dawnych zasad. Jej zasad. Twoje osobiste kryzysy mogą sprawiać, że zaczniesz postrzegać ją jako jedyny stały i bezpieczny element twojego życia. Chociaż twój umysł wie, że nie ma tu dobrej miłości, twoje serce wciąż ma nadzieję na cud.

5 proaktywnych strategii, które możesz wypróbować, czyli jak zarządzać relacją z toksyczną matką

Zwróć uwagę na konflikt podstawowy

Zrozumienie, w jakim punkcie się znajdujesz, jeśli chodzi o twoje emocje związane z matką są tutaj kluczową sprawą. Jesteś jedyną osobą, która potrafi określić najlepsze dla ciebie rozwiązanie. I tylko ty wiesz, czy dane rozwiązanie daje ci poczucie większej kontroli nad twoim życiem i szczęściem. Zasięgnij rady terapeuty, jeśli uważasz, że sama nie dasz rady określić swoich emocji i uczuć. Nazwij lęk, niepewność, nienawiść, emocjonalne uzależnienie.

Zbadaj, dlaczego tak w siebie wątpisz

Większość, jeśli nie wszystkie, niekochanych przez matki córek dorasta, wątpiąc we własne uczucia, myśli oraz w swoją wartość. Ta sytuacja utrzymuje się w dorosłym życiu. Musisz wiedzieć konkretnie, dlaczego tak się dzieje. Być może matka zmarginalizowała twoje osiągnięcia, wyśmiewała twoje uczucia lub nadmiernie cię kontrolowała. Ciągle zastanawiasz się, czy oby na pewno nie miała racji, czy jesteś „przewrażliwiona” lub „nienormalna”. Dowiedz się, co w JEJ zachowaniu sprawiło, że tak o sobie myślisz. Powiedz o tym głośno, przyznaj to. Świadomość, choć przytłaczająca, prowadzi ku wolności.

Zacznij zaprzeczać obrazowi, który budowano w tobie przez lata

Przestań szukać dla niej usprawiedliwień („ona też miała trudne dzieciństwo”, „nie była szczęśliwa z tatą”). Zdolność do działania zaczyna się od twojego uznania, że ​​możesz wpływać na zachowanie tylko jednej osoby w tej relacji – na twoje. Zaprzecz w końcu temu, co wmawiano ci latami. Nie jesteś taka, jaką widziała cię matka.

 Zbuduj dla siebie wsparcie

Jako dorosła, niekochana córka może obwiniać siebie za to, że jest źródłem problemu (co oczywiście nie jest prawdą) i podjąć się zadań ponad swoje możliwości (samodzielna naprawa relacji z matką). Ważnym krokiem jest nauka praktykowania współczucia dla samej siebie. Uwierz w to, że mała dziewczynka, którą kiedyś byłaś, nie zasługuje na takie traktowanie. Jeśli masz zaufane, bliskie osoby w swoim życiu – zbuduj krąg wsparcia. Nie powinnaś być sama ze swoim problemem.

Zacznij opłakiwać matkę, na którą zasłużyłaś

Co to znaczy? Pożegnaj się z nadzieją, że coś się zmieni na lepsze. Zaakceptuj to, że tej relacji nie da się naprawić. Być może jest to najtrudniejsze z zadań, które przed tobą stoi, dlatego warto pamiętać, że to tylko etap na drodze, którą masz do pokonania. Przeżyj żałobę po matce, której nie miałaś, a na którą zasłużyłaś. Tej, która by cię słuchała, śmiała się razem z tobą, żartowała, kochała bezinteresownie.


Na podstwie: blog.psychcentral.com


Lifestyle

Odżywiaj się mądrze. Dowiedz się, jakim typem metabolicznym jesteś i co się z tym je

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
15 października 2017
10 grzechów głównych twojej lodówki
Fot. iStock / YinYang
 

Zastanawiasz się: „Jak ona to robi, że na tej diecie tak chudnie, a ja ani rusz”? Albo decydujesz się na dietę, po której przyjaciółka nie ma efektu jojo, tymczasem ty tyjesz po niej na potęgę.

Szczerze? Serdecznie dość mam zalewających rynek książek w stylu: „Najlepsza dieta świata”. Wszyscy próbują się prześcignąć w tym, która dieta jest najskuteczniejsza, najprostsza i idealna właśnie dla ciebie. Jakiś szał. A jak ostatnio kolega na siłowni powiedział mi: „Wiesz, jestem na diecie pudełkowej”, to omal nie spadłam z ławeczki z dość sporym obciążeniem.

I kiedy wpadła mi w ręce książka „Metaboliczne IQ – twój kod do zdrowia”, nie ukrywam, że podeszłam do niej bardzo, ale to bardzo sceptycznie. Tymczasem lektura okazała się niezwykłym odkryciem. Stąd rozmowa z autorką Agnieszką Pająk. Poznajcie swój typ metaboliczny, żebyście w końcu mogli jeść, co chcecie i nie korzystali z gotowych diet, które w ogóle nie są dla was. A kto wie, może ktoś z was zrozumie, dlaczego kłóci się ze swoim partnerem?

Typ metaboliczny – z czym to się właściwie je?

Twórcą typów metabolicznych był William Wolcott, amerykański lekarz. On pierwszy dokonał takiego podziału. Natomiast ja – przez 10 lat współpracy z marką Dr Grace ( Dr Grażyna Pająk), rozpracowałam je dogłębnie i rozwinęłam do pięciu typów, ponieważ zwłaszcza w typie mieszanym występują różnice. Niedawno na podstawie analizy danych, które otrzymujemy ze stworzonego przez nas systemu online doszedł jeszcze typ szósty – zaburzony metabolizm.

Udzielone odpowiedzi sugerują, iż reakcje na skrajnie różne grupy produktów są podobne, mimo tego absolutnie nie wskazują na typ metaboliczny mieszany, który charakteryzuje się zróżnicowaniem odpowiedzi. Organizmem osoby z takim wynikiem rządzi rozchwiany autonomiczny układ nerwowy. Raz górę bierze układ współczulny – roślinożerca, aby następnie zostać zdominowanym przez układ przywspółczulny – mięsożercę.

To jakim typem metabolicznym jesteśmy określa sposób w jaki nasz organizm spala cukier.

I tak – typ węglowodanowy spala cukier dużo wolniej niż typ białkowy, który jeśli będzie się żywić węglowodanami, musli i wszystkimi produktami, które są łatwo trawionym cukrem, to będzie mieć ciągłe jego skoki we krwi, będzie tyć, źle się czuć, stanie się agresywny/a i odwrotnie. Natomiast, gdy typ skrajnie węglowodanowy będzie się żywić białkiem i dużą ilością dobrego tłuszczu popadnie w depresję i będzie płakał w kącie – to tak w skrócie.

Jakie typy metaboliczne wyróżniamy?

Mamy trzy główne typy. Typ metaboliczny węglowodanowy, mieszany i białkowy. Typ mieszany powinien jadać w proporcjach 50:50, jeżeli chodzi o tłuszcze, białko i węglowodany. Jeśli nie przesadza w żadnym z kierunków, to ogólnie czuje się dobrze, nie tyje, zachowuje równowagę.

Dla typu białkowego 70% diety powinny stanowić białka i tłuszcze, natomiast 30% węglowodany.

Natomiast typ węglowodanowy powinien jadać 60% węglowodanów i 40% białka i tłuszczy. Bardzo często ten właśnie typ zapomina o tłuszczu, wydaje mu się, że jada go bardzo dużo, a potem okazuje się, że jest to łyżeczka masła przez cały tydzień. A przecież nasz organizm jest zbudowany z białek i tłuszczy, jeżeli nie dostarczymy mu tych komponentów, nie jesteśmy w stanie się regenerować i czujemy się źle.

Wyróżnione przeze mnie dwa dodatkowe typy: typ mieszany węglowodanowy i mieszany białkowy to typy, gdzie proporcje spożywanych produktów przechylają się na stronę białkową lub węglowodanową.

Skąd możemy się dowiedzieć, jakim typem metabolicznym jesteśmy?

Najlepiej rozwiązując test, który znajduje się w książce. Pytania w nim zwarte zostały skonstruowane w taki sposób, aby bez większego trudu móc na nie odpowiedzieć.

Jakie to pytania?

Między innymi: jak się czujesz po zjedzeniu czerwonego mięsa, a jak po zjedzeniu posiłku tuż przed snem. Jakie jedzenie osłabia koncentrację, a jakie produkty sprawiają, że się uspokajamy, albo wręcz przeciwnie – irytujemy. Tych pytań jest 48 i dotyczą różnych obszarów, także reakcji naszego organizmu na produkty, problemy ze skórą.

Kiedy obserwuję, jak ludzie rozwiązują ten test, to widzę, jak bardzo niektórzy mają zaburzony metabolizm, do tego stopnia, że nie potrafią odpowiedzieć na pytania bez cienia wątpliwości. W takim przypadku polecam przeprowadzenie czterodniowego testu, który polega na tym, by przez dwa dni jadać w skrajnych proporcjach białkowych przez dwa kolejne w skrajnych proporcjach węglowodanowych. Najlepiej przeprowadzić ten test w weekend, bo wtedy jesteśmy w stanie najbardziej wsłuchać się w nasz organizm. Wyjątek może stanowić sytuacja, kiedy występują jednostki chorobowe – wtedy faktycznie trudno o prawidłowy wynik testu. Natomiast „normalny” zdrowy człowiek jest w stanie to zrobić.

Pokazuje Pani jak bardzo ważne, by przyjrzeć się sobie i zauważyć, jak po danym rodzaju produktów się czujemy.

Zgadza się. W prawidłowym rozwiązaniu testu ważne jest to, by zrozumieć, że robimy to dla siebie, a nie pod oceny. Bo często może się komuś wydawać, że któryś z typów może być zły, czy gorszy i często asekuracyjnie wybieramy odpowiedzi, na zasadzie: „wszyscy biorą B, to ja też wybiorę”. Wybieramy też odpowiedzi przez pryzmat tego, jak wszyscy się żywią w rodzinie, sugerujemy się tym, co wszyscy jedzą, a nie tym, jak my się po tym jedzeniu czujemy.

Na szczęście panuje coraz większa świadomość tego, co jemy, choć odnoszę wrażenie, że częściej wtedy, kiedy chcemy schudnąć. Później znowu wrzucamy w siebie jedzenie bezrefleksyjnie.

Nigdy się nie odchudzałam, chociaż wyglądałam różnie w zależności do tego, gdzie, jako nastolatka, jeździłam na wakacje. Jak pojechałam do jednej cioci, która karmiła mnie węglowodanami, dżemami, ziemniakami, a jestem skrajnym typem białkowym, to po tygodniu przytyłam 12 kilo i wyglądałam jak piłka plażowa. Natomiast jak pojechałam z drugą ciocią nad morze i przy niej jadłam kurczaki, warzywa, to ważyłam 48 kg i było mi widać żebra. Nie byłam na żadnej diecie, mimo że popadałam w różne skrajności.

Widziałam ostatnio dwie książki w księgarni pani dziennikarki, która spektakularnie schudła i powiem, że jestem zawiedziona tą treścią.

Każdy prześciga się w tym, która dieta jest najlepsza.

Dostajemy bardzo dużo diet od ludzi, którzy ogromnie się roztyli i popadli naprawdę w jakieś wagowe skrajności. Obserwuję też panie dietetyczki na rynku i co widzę. Otóż jeśli pani dietetyczka ma typ metaboliczny skrajnie węglowodanowy swoim sposobem żywienia próbuje odchudzić wszystkich z lepszym lub gorszym skutkiem. Cóż, na chwilę to działa, a potem przychodzi efekt jojo.

Co wyróżnia określenie swojego typu metabolicznego od innych diet?

Chyba najlepiej, jak podam przykład. Pamiętam, jak kiedyś prowadziłyśmy audycję w radiu na temat typów metabolicznych. Zadzwonił do nas zszokowany człowiek mówiąc, że uratowałam mu życie, bo odkąd wprowadził się do swojej partnerki, to był na skraju wyczerpania emocjonalnego. Cały czas się kłócili albo partnerka była w depresji albo on był agresywny, coś złego działo się z jego zdrowiem. Ogólnie związek mu się sypał. Co się okazało. Otóż kiedy byli razem, ale mieszkali osobno, żywili się jednak w inny sposób, bo każdy sam sobie gotował. Natomiast, kiedy on się do niej przeprowadził, zaczął jadać węglowodany, makarony, mączne rzeczy i czuł się coraz gorzej, tył z dnia na dzień. Kiedy usłyszał w radiu o typach metabolicznych, zrozumiał, gdzie tkwił jego problem.

Zresztą, to często jest bardzo widoczne w małżeństwach. Widzimy tęgą kobietę i szczupłego mężczyznę albo na odwrót. Duży misiek, którego żona katuje kolejnymi dietami, a on jest coraz grubszy, coraz bardziej wściekły i nie wiadomo, czego ona by nie robiła, jakby go nie karmiła, to go nie odchudzi.

Ciekawe…

Co więcej, obserwując ostatnio dzieci podczas wakacji na Sycylii, po tym jak się zachowywały, po ich charakterze i postawie, mogłam określić, jakim są typem metabolicznym. Dziecko „węglowodanowe” się obraża i histeryzuje i z nikim się nie bawi, a „białkowe” zrobi aferę, krzyknie na wszystkich i po 15 minutach już jest okej. Dalej się kąpie, bawi się z innymi dziećmi.

Moja najnowsza obserwacja jest taka, że typ białkowy cierpi bardzo często na przeprost kręgosłupa przez co ma do przodu wypchany brzuch i to nie jest kwestia otyłości. I choćby nie wiem, co robił, to nigdy nie będzie mieć tak wklęsłego brzucha, jak typ węglowodanowy. To widać na plaży bez względu na narodowość ludzi, których obserwuję.

Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz. To jakim ktoś jest typem metabolicznym widać po emocjach, formułowaniu maili. Oczywiście, że wyuczone rzeczy mają wpływ, ale te naturalne odsłaniają nasze metaboliczne metaboliczne IQ.

To znaczy?

Typ węglowodanowy, kiedy dzwoni to przez pierwsze piętnaście razy przeprasza nim zacznie rozmawiać, spyta pięć razy czy nie przeszkadza i zanim dojdzie do sedna minie kilkanaście minut. Tymczasem typ białkowy zadzwoni i powie: „Chcę się umówić na wizytę, są wolne terminy?”.

Idealnym przykładem takiego skrzyżowania dwóch różnych typów, jest duet Marcin Prokop i Dorota Wellman. On typ skrajnie węglowodanowy, ona białkowy i pewnie do diety podsuwają jej warzywa, by schudła, a to nie tędy droga, tak się nie uda.

Mamy klientkę, która przyjechała ze Stanów na warsztaty. Przez wiele lat leczono ją bezskutecznie na „ostrogi”, a okazało się, że brakowało jej białka i tłuszczy. Jak zaczęła jeść odpowiednie produkty, to przestały boleć ją pięty.

Mało tego, nowe badania mówią, że zmieniając swój mikrobiom, można zmodyfikować charakter – studenci, którzy byli małomówni i się wstydzili, zaczęli jadać kiszonki i stali się bardziej otwarci i odważni. Myślę, że nie bez znaczenia było to, jakim typem metabolicznym byli.

Jak widać to, co jemy ma wpływ nie tylko na to, ile ważmy i jaką dietę powinniśmy stosować, ale także na to, jak się zachowujemy. Równowaga to jest klucz do zdrowia fizycznego, psychicznego, duchowego i społecznego, a metaboliczne IQ to twój kod do zdrowia.

autorkaAgnieszka Pająk – diet coach, twórczyni popularnego portalu slowfoodlife.com, proppagatorka zdrowego stylu życia , ekspert wellness, członek Slow Food International.

 

 

 

 

 

 

 

METABOLICZNE IQ_okladka


Lifestyle

Ktoś kiedyś napisał, że nauczyciel ma wpływ na wieczność i nie wiadomo gdzie kończy się jego oddziaływanie. Dziękujemy Wam

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
14 października 2017
Fot. iStock/fstop123

Dzień Nauczyciela. Jak co roku obchodzimy z dziećmi. Właśnie: kto obchodzi? My rodzice? Uczniowie? Sami nauczyciele? Tak się utarło, że 14 października kupujemy kwiatki, czekoladki, czasem filiżankę, jakiś fajny szal (to już bardziej zaangażowana trójka klasowa). Czy myślimy wtedy: dlaczego ten prezent? Zastanawiamy, za co dziękujemy? Kim nauczyciel jest i za co dziecko chciałoby (powinno) podziękować? Wreszcie za co my rodzice jesteśmy mu wdzięczni? I… czy rzeczywiście czujemy się wdzięczni?

Zadaję sobie to pytanie co roku, gdy przychodzi mail w sprawie prezentu. Mam wrażenie, że i formuła pytania się zmienia. Z: „Co kupujemy w tym roku” przeszliśmy: „Czy kupujemy coś na dzień nauczyciela”. Coś, co było oczywiste wcale już takie nie jest.

Napisałam kilka lat temu tekst o tym, że współczuję nauczycielom. Szerował się w sieci jak szalony. W sumie sukces dziennikarski, ale poza tym żaden sukces. Napisałam wtedy prawdę, że dziś nauczyciel nie jest dla nikogo autorytetem. Jest zbyt wymagający, niczego nie uczy i ciągle narzeka. Pisałam o tym, co słyszałam. Minęło kilka lat i jest tak samo.

Ostatnio (w deszczu) zbierałam podpisy pod szkołą moich dzieci, aby mogły uczyć się języka hiszpańskiego, którego w naszej szkole nie ma. Co ważniejsze, chcieliśmy by drugi język wprowadzić od 4-5 klasy, a nie od 7-ej, jak w naszej placówce do tej pory było. Według mnie (i nie tylko) to niepotrzebna strata czasu jeśli chodzi o możliwości przyswajanie informacji w młodszym wieku, zwłaszcza w kontekście nauki języka. Stałam pod szkołą i zbierałam (oprócz podpisów) komentarze: „W czwartej klasie drugi język? O rany, będzie więcej uczenia, a wiadomo, że nauczyciel niczego nie nauczy, więc trzeba będzie zbierać na kolejne korki”, „Hiszpański? Niech najpierw angielskiego nauczą się uczyć!”, „O nie. Ja nie będę wysiadywać w domu jeszcze dodatkowo nad hiszpańskim!”. Plus przy okazji: „Przy tym poziomie edukacji…”, „Zna pani nauczycielkę od…? To dopiero kretynka”, „Dla mnie to grono pedagogiczne to jedno wielkie xxx”. Zamykam zmokły od deszczu zeszyt z podpisami i zaczynam myśleć.

O co chodzi?. Przecież to naprawdę dobra szkoła. I do tego publiczna. Dyrektor świetna, nauczyciele fajni. Spotykam wielu naprawdę dobrych pedagogów, nowe pokolenie pełne jest pomysłów, wciąż się szkoli, wymyślają wspaniałe rzeczy. Zaryzykowałabym tezę, że współcześni nauczyciele są coraz lepsi i mają więcej narzędzi do uczenia. Myślę: czy w dawnych czasach przyszłoby komukolwiek do głowy, by nazwać nauczyciela kretynem? Czy było wobec nauczycieli tyle niechęci? Tyle agresji i pretensji? W końcu do nauczyciela zwracano się per „profesor”. Gdzieś na jednym z zebrań ktoś rzucił, by z tym skończyć, bo po co dewaluować stopnie naukowe? Przecież nauczyciele profesorami nie są. W sumie to i prawda, ale czy o to w tym wszystkim chodziło? Czy ta formuła grzecznościowa nie znaczyła czegoś więcej? Szacunku? Autorytetu?

Mówią: „Na autorytet trzeba sobie zasłużyć”. Święta prawda! Ale przy takim podejściu nas rodziców jest to niezwykle trudne. Przebiją się tylko ci najlepiej uspołecznieni nauczyciele, których się po prostu uwielbia. Ci o mniejszych kompetencjach społecznych będę mieli pod górkę. Za surowa. Za mało pogodna. Za dużo wymaga. Czy mimo tego taki nauczyciel nie powinien spotkać się z szacunkiem? Mylimy dwie sprawy: lubić kogoś i szanować. Sporo jest takich nauczycieli, których niełatwo lubić, ale warto szanować za to, jak uczą. Ja bym chciała, by jednak dzieci uczone były szacunku. Jako bazę. A czy to będzie ich ulubiony pedagog? Czy dostanie większy bukiet kwiatów z podziękowaniem- to już zależy od postawy nauczyciela.

Czy są kiepscy pedagodzy? Są. Antypatyczni, autorytarni, nierzadko nudni, bez poczucia humoru, mówiący piskliwym głosem, czasami podnoszący głos, są tacy, którym zdarza się wybiec z płaczem z klasy, są wrażliwcy, są lękliwi, ci bez uroku, bez daru opowiadania, sztywni, schematyczni i tak dalej. Tak, są. Są także wspaniali. Empatyczni, kreatywni, energiczni, cudowni bajarze, o radiowym głosie, ciepli, pełni uroku, zabawni, otwarci, mili, opiekuńczy, z dobrym sercem, wrażliwi na krzywdę dziecka, optymistyczni, pełni pasji. Jak w każdej grupie zawodowej. Jak w każdej grupie, w której dziecko będzie funkcjonować: będą i tacy i tacy. Na obozie, na studiach, w pracy. Tak będzie wyglądał ich dorosły świat. Szkoła jest miejscem, które przy okazji (a może przede wszystkim) ma uczyć życia. Prawdziwego życia. We wszystkich jego barwach. A w prawdziwym życiu spotykamy różnych ludzi i musimy sobie z nimi poradzić.

Dziękuję Wam Nauczyciele za ciężką pracę. Szczególnie dziękuję tym z Was, którzy oddajecie swoje serca za nasze dzieci. Tym, którzy pochylacie się nad cierpiącym dzieckiem, którzy zamiast karać zadajecie sobie pytanie, co się z nim dzieje, że nie uważa, że bije, że zasypia na lekcjach? Dziękuję za każdy telefon wykonany w celu sprawdzenia tego, za każdą spokojną rozmowę z rodzicem, za każdą lekcję wychowawczą, w trakcie tłumaczycie, że słabszy nie oznacza gorszy. Za każdą oddaną ze swojej przerwy minutę na to, by przysiąść się do tego, co zawsze siedzi w najciemniejszym rogu szkoły. Dziękuję także Wam, bo wiem, że i tacy są, którzy przygotowujecie więcej kanapek do szkoły, bo dostrzegliście, że w Waszym otoczeniu są takie dzieci, którym nikt kanapki nie zrobi.

Dziękuję, że niektórym z Was chce się porozmawiać o chorobie mamy, dopytać, jak dziecko to przeżywa, odpuścić mu, gdy wiecie, że nie daje rady. Że rozumiecie, że rozwód rodziców to także rozpad świata Waszego ucznia, że może on być w tym czasie napięty, chaotyczny lub nieobecny myślami. Dziękuję, ze przywołujecie do życia tych, którzy są częściej nieobecni niż inni, mówiąc do nich „Widzę, że coś się dzieje. Czy chcesz o tym porozmawiać”, a kiedy on tylko wzrusza ramionami dodajecie „Jakbyś zmienił zdanie, to jestem”. To jedno pytanie przecież może przecież zmieć kierunek życia dziecka.

Dziękuję za to, że chce Wam się poświęcić swój prywatny czas i zrobić nocowankę w szkole, pojechać zamiast na jeden dzień to trzy, a może pięć na wycieczkę, że zabieracie na lekcję swojego psa ratownika i pokazujecie sztuczki, że idziecie na spacer, gdy energia spada i rozmawiacie o głupotach, a nie o historii, że rozumiecie czasami, że głupoty też są ważne i że nie można zapomnieć się z dziećmi śmiać.

Dziękuję jeszcze bardziej tym, którym nie przestaje się chcieć. Pomimo.

Większość z nas dorosłych spotkała na swojej drodze choć jednego wyjątkowego nauczyciela. Dzięki niemu zostaliśmy lekarzami, pisarzami albo też fizykami. Dzięki niemu być może do dziś kochamy sport, zwierzęta lub czytanie. Dzięki niemu uwierzyliśmy w swój talent albo też uwierzyliśmy w ludzi. Moja Babcia jak była już bardzo stara (miała ponad 90 lat) uwielbiała siedzieć przy oknie i wspominać. Wiecie o czym najczęściej opowiadała? O nauczycielach. Ktoś kiedyś napisał, że nauczyciel ma wpływ na wieczność i nie wiadomo gdzie kończy się jego oddziaływanie.

Uwielbiam tę starą reklamę Hallmark’a. Dziękuję Wam Nauczyciele.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Zobacz także

Kieliszek wina, papieros i zachód słońca – takie było jego ostatnie życzenie. A wy? O co poprosilibyście wiedząc, że zostało wam tak mało czasu?

Dominika Kasińska: nie wyobrażam sobie życia bez ludzi

Odpuściłam. Przestało mi zależeć na tym, by zadowolić wszystkich. W końcu ile można tak żyć?