Lifestyle

Wyzwanie: autobusem do Chorwacji. Czy wakacje mogą być lepsze?

Agnieszka Żukowska
Agnieszka Żukowska
11 sierpnia 2017
Fot. iStock / mbbirdy
 

Ktoś kiedyś powiedział, że podróże kształcą. Potem ktoś inny dodał: „ludzi wykształconych”.

A ja dorzuciłabym jeszcze – pod warunkiem, że podróżuje się na kółkach. 🙂

Oj przypomniały mi się stare dobre czasy, kiedy do miejsca przeznaczenia trzeba było jechać bardzo długo, a już sama podróż była największą atrakcją. Dzisiaj wysadzasz tyłek z samolotu i nawet nie zdajesz sobie sprawy, że część pięknej przygody dawno za tobą, a ty oprócz rozgrzanej płyty lotniska i chmur nie zobaczysz prawdziwego świata za oknem. To były czasy.

I myślałam, że już nie wrócą, kiedy w naszej redakcji pojawiła się propozycja – wyzwanie! Tak, wyzwanie, bo człowiek czasem jak się w swojej pamięci zatrzyma na obrazie rodem z PRL-u, to wołami nie zaciągniesz na dworzec autobusowy a potem okazuje się, że nie dość, że wszystko działa, to i że lepiej nie można było trafić.

I tak właśnie było tym razem. Wyzwanie – wyprawa autobusem na Makarską do Chorwacji z biurem podróży Oskar. W panice sprawdzam stan floty autobusowej i od razu w myślach pakuję dodatkową walizę z zabawkami dla dziecka. Bo to, że się będzie nudziło przez ponad 20 godzin jazdy to pewne. „Przygoda, potraktuj jak przygodę” – mówił głos w mojej głowie – „daj spokój…”. No to na szczęście dałam. A kiedy w warszawskim punkcie zbiórki okazało się, że rzeczony autobus wygląda jak luksusowy kamper, a moje dziecko zaczęło urządzać sobie z zachwytem swoje legowisko – odetchnęłam z ulgą. Komfortowa przestrzeń, dzięki rozsuwanym siedzeniom, solidne odstępy między nimi, rzeczywiście pozwalają zapomnieć, że podróżuje się autobusem. Mina zadowolonych dzieci zaabsorbowanych nowoczesnym sprzętem – bezcenna.

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Mat prasowe

Mat. prasowe

Dalej już było tylko lepiej i równie komfortowo. Przesympatyczna pilotka z poczuciem humoru i widocznym zaangażowaniem w naszą wygodę, płynnie przeprowadziła nas przez Czechy i Austrię, fundując krótki kurs nauki czeskiego. Zapisałam kilka fonetycznie, bo zamierzam używać:

– mam pomysł – mam napad

– miejsce zamieszkania – trwale bydlisko

– wiewiórka – drewni kocur

– widz – dziwak.

Generalnie uważam, że Czesi muszą mieć niesamowite poczucie humoru, bo rozbawieni byliśmy dosyć długo. Był i film na dobranoc, ponieważ multimedia w autobusie funkcjonowały dosyć sprawnie i zanim się obejrzeliśmy rankiem przywitały nas chorwackie, wapienne wzgórza.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Kilka dni na Makarskiej Riwierze przypomniały mi, jak niesprawiedliwie dzielił wieki temu lodowiec swoje krajobrazy. Chorwacja jest absolutnie jednym z najpiękniejszych krajów do wypoczynku i tak idealnym na autobusową czy samochodową wyprawę. Znajdziemy tu wszystko: i przymorską jej część – Chorwację Dalmatyńską, i górzystą, stanowiącą centralną część państwa i rozciągającą się w dolinach rzecznych Sawy, Mury, Drawy, Dunaju, Kupy, Uny, Bosy i Driny – Chorwację Posawską. Ma pełne klimatu, wspaniałe, dzikie, urwiste wąwozy i najpiękniejszy w Europie obszar krasowy: to Welebit wraz z Istrią. Ciekawostką jest fakt, że poszczególne skały posiadają własne imiona i przypisane są im tajemnicze legendy.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

My mieszkaliśmy w Makarskiej. To swoistego rodzaju centrum turystyki i wypoczynku, więc jeśli ktoś nie lubi nocnego życia, głośnej promenady to musi zdecydowanie jechać dalej.

Na chorwacką plażę trzeba się przygotować, to chyba już dzisiaj oczywiste: obowiązkowe buty do wody (nie klapki), mocny krem z filtrem (30. minimum dla dzieci i chroni tylko przez max.2 godziny), litry wody… W sierpniu temperatura jest potworna, a słońce zwyczajnie parzy. Dobrze jest zaplanować sobie co najmniej dwie wycieczki na pobliskie wyspy. Nie dość, że na otwartym morzu zdecydowanie przyjemniej, to jeszcze nieustających zachwytów ciąg dalszy.

(Nie, to nie był mój pierwszy raz w Chorwacji). Wybraliśmy się na dwie: Hvar i Brac. Spokojnie mogę napisać, że to obowiązkowe pozycje, jeśli wypoczywa się w Makarskiej.

Określany mianem – wyspy lawendy – Hvar, a konkretnie w naszym przypadku wioska Vrboska, to pełna uroku przystań z najlepszymi lawendowymi lodami jakie jadłam. Więcej lawendy nie widziałam ale wysłuchałam przy okazji historii tak powszechnie znanego – krawata, albowiem jego pochodzenie przypisuje się właśnie Chorwatom. Podobno w 1660 roku, regiment wojska chorwackiego podczas celebrowania zwycięstwa nad Turkami, wybrał się do Paryża przyodziany w niezwykłej urody chustach, zawiązanych na szyjach. Król Ludwik XIV, słynny z dobrego gustu, zauważył te jedwabne cuda na szyjach Chorwatów i tak się nimi zachwycił, że polecił utworzyć własny regiment – Royal Cravattes. A wiadomo, że z Paryża, to już tylko krok do wielkiego świata i od tego czasu krawaty na stałe weszły do obowiązkowego, eleganckiego, męskiego outfitu.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Dalej popłynęliśmy na wyspę Brac, której „złoty róg” znany jest na całym świecie, albowiem to jedna z najpiękniejszych plaż, której charakterystyczny piaszczysty trójkąt widoczny jest na wszystkich pocztówkach z Chorwacji (coś jak wrak statku na Zakynthos, czy kolorowe kamienice w Portofino). Podobno mieliśmy fart, bo w drodze na wyspę zobaczyliśmy stadko delfinów i już tylko piękny zachód słońca dzielił nas od pełni szczęścia.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Nie mogę nie wspomnieć tutaj o naszym rezydencie, Panu Włodku, którego autentyczność i radość ze swojej pracy naprawdę była wyjątkowa. Nie wiem, czy to dzisiaj takie oczywiste, mnie jego wiedza i profesjonalna opieka nad nami dawała dużo ulgi.

Ale wracam jeszcze do zachodu słońca. W Makarskiej wszyscy oglądają go na najdalszym cyplu wysuniętym w morze, niedaleko pomnika św.Piotra. Pomijam wszędobylskie kraby na skałach, widok rzeczywiście piękny. Tak, wiem, nad naszym polskim morzem równie wspaniały dlatego od razu się wytłumaczę: mam dosyć tej nieustającej loterii z czerwoną flagą nad Bałtykiem, stresu podczas kąpieli dzieci, które muszą wyjść kilometr w morze, żeby zanurzyć tyłki. Tu miałam je na oku nieustająco, przy samym brzegu, z mnóstwem atrakcji: rowerkami, zjeżdżalniami, dmuchanym torem przeszkód. Kocham polskie morze, ale chyba nie w wakacje…

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Z tej autobusowej przygody przywiozłam coś jeszcze – mocne postanowienie częstszego podróżowania nie tylko samolotem. 🙂

A jeśli wy rozważacie podróż autokarem na wymarzone wakacje, koniecznie zajrzyjcie na stronę biura podróży Oskar. 


Lifestyle

Dlaczego tak szybko się poddajemy? Warto sięgać po to, czego naprawdę chcemy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 sierpnia 2017
Fot. iStock/South_agency
 

Słomiany zapał – to często cechuje tych, którzy mają tysiące planów, chcą realizować swoje marzenia, a tymczasem zatrzymują się w połowie drogi rezygnując z tego, o czym z takim zapałem mówili. Znacie to?

Często mówimy, że coś w naszym życiu chcielibyśmy zmienić – pracę, miejsce zamieszkania, że chcielibyśmy COŚ zrobić – wyjechać w podróż, zdobyć jakiś szczyt czy po prostu, zrobić to, o czym od dawna marzymy. Tyle tylko, że to się nie udaje, zostajemy w sferze snucia opowieści pod tytułem: „Co by było gdyby…”.

Dlaczego tak szybko się poddajemy?

Oczekujemy szybkich rezultatów

Brak nam cierpliwości. Chcielibyśmy już i teraz mieć sprawę załatwioną i cieszyć się z rezultatów naszego pomysłu. Ale tak się nie da. Osiągnięcie celu wymaga drogi do przebycia. Chcesz schudnąć 10 kilogramów, licz się z tym, że nie zrobisz tego w tydzień. Ale czy to już powód, żeby się poddać?

Przestajemy w siebie wierzyć

„Nie dam rady”, „Mam słabą wolę” – usprawiedliwiamy się już na samym początku, kiedy na przykład chcemy zacząć regularnie ćwiczyć. Cel, który sobie stawiamy po krótkim czasie wydaje się dla nas za trudny do zrealizowania.

Żyjemy przeszłością

Niby chcemy coś w naszym życiu zmienić, coś osiągnąć, ale i tak oglądamy się wstecz analizując wszystko to, co się wydarzyło, często też to, co się nam nie udało.

Myślimy tylko o swoich błędach

Skupiamy się na naszych słabościach, na deficytach obawiając się, że popełnimy błędy, że jesteśmy niewystarczająco dobrzy. Ale przecież to błędy pchają nas do przodu, rozwijają nas.

Boimy się przyszłości

To może wydawać się śmieszne, że marzymy o czymś, co ma zmienić nasze życie na lepsze, a jednocześnie boimy się to wdrożyć w życie. Dlaczego? Często chociażby z obawy przed rozczarowaniem – że może jednak nie tak dużo się zmieni, że iluzja jaką tworzymy sobie w głowie może okazać się nieprawdą.

Porzucamy swoje talenty

Nie skupiamy się na tym, w czym naprawdę jesteśmy dobrzy, nie podążamy swoją pasją, tylko cały czas próbujemy zniwelować swoje braki, skupiamy się na słabszych stronach.

Wierzymy w swe słabości

To przekonania, które są w nas zaszczepione od dzieciństwa: „Jesteś ślamazarą”, „Ty do sportu w ogóle się nie nadajesz” – ktoś nam to mówił, a my w to wierzymy. Podobnie jak w podszepty naszego wewnętrznego krytyka, który nie chce nas wypuścić ze strefy komfortu podszeptując, że nie damy rady.

Myślimy, że coś się nam należy

Tak po prostu, że życie, inni ludzie, są nam coś winni. Więc czekamy, aż kasza manna spadnie nam z nieba, zamiast sami wyciągnąć rękę po to, czego w naszym życiu chcemy.

Boimy się porażki bardziej niż chcemy sukcesu

Paraliżuje nas myśl, że się nie uda. Dlaczego z góry zakładamy, że poniesiemy porażkę? Warto odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, dlaczego boję się porażki. Nie dlatego, że JA się jej obawiamy, tylko co powiedzą inni… Naprawdę chcesz, by to „inni” decydowali o twoim życiu.

Myślimy, że mamy coś do stracenia

Chcąc realizować własne cele często wydaje się nam, że coś stracimy. Nawet nie tyle my tak myślimy, co inni próbują nam to wmówić. Czy naprawdę straty będą takie wielkie, że można poświęcić dla nich własne plany?

Przepracowujemy się

Wydaje nam się, że tylko ciężko pracując osiągniemy swój cel, w efekcie przepracowujemy się a wyobrażenie tego, co chcemy zaczyna nam ciążyć, a wizja sukcesu w ogóle nie cieszy. Warto stworzyć sobie plan, jak krok po kroku zrealizować swoje pomysły.

Użalamy się nad sobą

Uważamy, że tylko nasze życie jest tak bez sensu i tragiczne, że tylko nam się nic nie udaje. Najchętniej załamujemy ręce i zamykamy się w tym naszym narzekaniu, zamiast podnieść głowę i iść do przodu. Z takim podejściem trudno cokolwiek osiągnąć.

Warto odpowiedzieć sobie czy wybieramy nasze życie takim, jakim jest dzisiaj, czy jednak chcemy coś osiągnąć, zmienić, pójść inną drogą, zrobić dla siebie coś, o czym marzymy od dawna?

 

 


Lifestyle

„Czy oni nie mogą się od nas odpier*olić? Muszą jeszcze teraz niszczyć nam życie? Chciałabym, żeby zniknęli, żebym nic do nich nie czuła, nawet tej nienawiści”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 sierpnia 2017
Fot. iStock

Kiedy brała ślub, jej matka powiedziała, że jest szczęśliwa, bo teraz jej córka będzie mogła w końcu spokojnie spać.

Pozornie wyglądali na zwykłą rodzinę, jak zawsze i jakich wiele. Ojciec wojskowy, w mieście, gdzie większość ludzi w jednostce pracowała. Wszyscy się znali, czy u każdego rozgrywał się taki koszmar? Można tylko przypuszczać, gdy wojskowy był podobny do Kasi ojca. Lubiący zaglądać w kieliszek, wybuchowy, który często wpadał w furię, lubił, gdy wszystko działało także w domu według wojskowej musztry. – Musiałyśmy z siostrą mieć łóżka pościelone tak, żeby rzucona moneta się odbijała. Nigdy nie było wiadomo, kiedy ojca najdzie, żeby sprawdzić. I chyba nigdy nie było idealnie, musiałyśmy poprawiać do skutku, zrzucał nam pościel na podłogę, krzyczał, wyzywał od brudasów i nierobów – wspomina Kasia. Mówi z takim spokojem, jak gdyby było to normą. – Wszystko zależało, w jakim humorze wróci z pracy. Gdy w złym, bez znaczenia było czy coś przeskrobałyśmy, czy nie. Zawsze znalazł pretekst, by nas ukarać. A to tornister nie w tym miejscu, a to krzywo podkreślony temat w zeszycie, kubek w zlewie. Każda drobnostka mogła go wyprowadzić z równowagi. Bił wtedy, gdzie popadło. Po głowie, plecach, kuliłam się tylko, żeby nie po twarzy. Kiedy miałam siną twarz, wypisywał zwolnienia ze szkoły. Musiałyśmy klęczeć na grochu, stać trzymając wyprostowane ręce, a on z linijką pilnował, by nam nie opadały, choć mdlały nam z bólu. Kiedyś złapał nożyczki i obciął mi warkocz… żeby mi do głowy nie przyszło „szmacić się z chłopakami”, jak to mówił.

Duży facet, uchodzący za duszę towarzystwa, którego wszyscy się jednak trochę obawiali. Nikt jednak nie stanął nigdy w obronie jego córek, choć przecież widzieli, jak chodziły zastraszone. – Pamiętam, jak moja siostra, Hania, zesikała się ze strachu, gdy niosąc kawę do stołu trochę się jej rozlało. Byli znajomi u rodziców. Normalnie pewnie kazałby jej zlizać z podłogi to, co rozlała, ale wtedy uśmiechnął się i powiedział: „Eh, co za niezdara”… Przecież wszyscy widzieli, jak ona zareagowała. Kiedy wszyscy poszli, spał pijany przy stole, ale na drugi dzień kazał siostrze szorować cała podłogę szczoteczką do zębów.

Matka? Była, równie zastraszona, bita i gwałcona. Kasia pamięta awanturę, gdy ganiał za nią z siekierą, porąbał całe drzwi, a jej mamie oberwało się już samym trzonkiem. Złamał jej wtedy żebro. – Siedziałam w kącie pokoju z zatkniętymi uszami, bo nie chciałam słyszeć jej krzyku, myślałam, że ją zabije. Prosiłam w duchu, żeby to się w końcu skończyło.

Ale były też dni dobre. Zabierał je na wesołe miasteczku, kiedy tylko zjawiało się w mieście i rozkładało obok wojskowego osiedla. Kupował watę cukrową i pił z kolegami piwo, chwaląc się jakie piękne ma córki. Co niedzielę byli w kościele. – Pamiętam jego wypastowane buty, to jedyna rzecz, którą robił sam, pastował te cholerne buty, a ja się w nie gapiłam przez całą mszę, zastanawiałam się,  jak można tak dbać o buty, a pomiatać własną rodziną?

Kasia wyjechała do szkoły z internatem, rzadko przyjeżdżała do domu. – Wolałam jechać do koleżanki niż wracać do tamtego piekła. Wtedy bardziej niż jego nienawidziłam mojej mamy, jak ona mogła nam to zrobić, była dorosła, mogła go zostawić! Kiedy wymieniał zamki – a co jakiś czas po powrocie ze szkoły nie mogłyśmy wejść do domu, klucze nie pasowały. Wtedy mama zabierała nas do babci. Bez ubrań, książek… Czekałyśmy, kiedy się zjawi, czasami przyjeżdżał na drugi dzień, czasami po tygodniu, dwóch… Majtki prałam wieczorem i suszyłam suszarką, żeby rano ubrać czyste. Babcia powtarzała mamie, że jej miejsce jest przy mężu, że on ją kocha i że nas kocha i gdy do niego nie wróci, to może on sobie coś zrobi, a tego my byśmy jej nigdy nie wybaczyły.

I wracały. Przez jakiś czas było spokojnie. On śmiał się przy kolacji, żartował, kupował swoim księżniczkom, jak o nich wtedy mówił, prezenty. A to nową lalkę, książkę, robot kuchenny, bo stary w ostatniej awanturze rozwalił rzucając nim o ścianę, bo ciasto mu nie smakowało… To był pretekst do kłótni.

Kasia Adama poznała w szkole średniej. Od razu wpadli sobie w oko. – Był taki radosny, ale też opiekuńczy, pierwszy raz przy kimś czułam się bezpiecznie… Kiedy pojechali pierwszy raz do jej rodziców, ojciec nie był zachwycony, ale próbował to ukryć. – Adam nigdy nie usiadł z nim do wódki. Jesteśmy razem już 15 lat, ale nigdy nie dał się nastraszyć czy sprowokować. „Zabiłbym go” – powiedział mi kiedyś „gdyby tylko przy mnie dotknął twoją matkę albo siostrę”.

Właściwie przestała przyjeżdżać do domu, dzwoniła tylko do siostry, która została, poszła do szkoły średniej w mieście, gdzie mieszkały, choć Kasia namawiała ją by wyjechała. – Nie wiedziałam, że ona aż tak jest słaba, że tak bardzo nie daje sobie rady z tym, co się działo w domu.

Kasia wzięła ślub, ojciec chciał wesela z rozmachem, ale nie pozwolili na to. Tłumaczyli, że ona w ciąży, więc chcą małe przyjęcie, zaprosić najbliższą rodzinę. – Choć byłam już od nich daleko, bałam się nadal, że na weselu zrobi awanturę, wiedziałam, do czego był zdolny po wódce. Nie raz bił się na miejskich imprezach, wystarczyło, że ktoś się na niego krzywo spojrzał.

Kiedy siostra Kasi, młodsza od niej o pięć lat, wyprowadziła się z domu do swojego chłopaka, ich mama wystąpiła z pozwem o rozwód. – Szybko… Nigdy nie zrozumiem, na co ona czekała. Myślała, że lepiej, żebyśmy miały ojca, tyle, że wolałabym nie mieć żadnego niż jego. Rozwiedli się, ale mama nadal z nim mieszka, nie ma odwagi się wyprowadzić, piją razem, później się biją i wydzwaniają na zmianę do mojej siostry.

Hania przestała odbierać telefony od Kasi, przestała w ogóle odbierać telefony. Od jej narzeczonego Kasia dowiedziała się, że jej siostra tygodniami nie wstaje z łóżka, że on nie wie, jak jej pomóc. Jego rodzice załatwili konsultacje psychiatryczne, stwierdzono depresję. – Choć już u nich nie mieszka, ma swoje życie, oni ją niszczą. Wydzwaniają do niej, na zmianę oskarżając o to, że jak mogła ich zostawić, wyjechać, że jeśli ojciec zabije matkę, to będzie jej wina. Matka, gdy tylko pokłóci się z ojcem, gdy on wymieni jej zamki, jedzie do Hanki. Zaprasza do niej swoje koleżanki. Hania ma duży dom na wsi, a matce się wydaje, że jej gościna się jej należy – mówi Kasia. – Kiedyś, jak nie odbierała telefonu, wysłali SMS-a, że babcia miała udar i że to jej wina. Nic takiego się nie wydarzyło, ale wystarczyło, żeby ją złamać. Mam ochotę krzyczeć, żeby się od nas odpie*dolili, że dosyć nam życia zniszczyli, że ani Hania ani ja nie zasłużyłyśmy na to, żeby tak jeszcze dzisiaj nas traktować. Dość upokorzenia przeżyłyśmy.

Kasia chce zabrać siostrę na trochę do siebie. Nie wie, jak do niej dotrzeć. – Ona z jednej strony wie, że powinna jak ja odciąć się od ojca i matki. Mi też nie było łatwo, ale byłam nieugięta. Ona ma jednak inną psychikę. Wszystko przeżywa. Jest w niej ogromne poczucie winy. Mówi do mnie: „Kasia, a jakbym tam została, może w końcu byłoby lepiej”. Ryczę… Bo nie mogę przeżyć tego, co oni zrobili mojej małej siostrzyczce. Co ja jej zrobiłam zostawiając ją w tym piekle samą, kiedy chciałam pomyśleć już tylko o sobie, być jak najdalej od tego, co tam się działo.

Pokazuje mi zdjęcie, na którym siedzą do siebie przytulone. Jak dwa porzucone kociaki, które tulą się, by ogrzać się nawzajem swoim ciepłem… Dziś mają 20 lat więcej, a odnoszę wrażenie, że nic w ich historii się nie zmieniło, że nadal są zagubione. Jedna w swojej złości, druga w bezsilności.

– Dziękuję mojemu mężowi za wyrozumiałość, za to, że jest moją tarczą, że chroni mnie przed demonami. Wiem, że moja córka nigdy nie doświadczy, tego co ja. To ważne, żeby mieć obok siebie kogoś takiego, kto da ci siłę i bezpieczeństwo. Chciałabym, żeby moja siostra też to poczuła, żeby mogła spać spokojnie, żeby zapomniała o tym, jak siusiała w nocy, gdy słyszała klucze w drzwiach, jak wtulała się we mnie… Dziś ja musze ją ochronić przed jej demonami, żeby ona mogła stworzyć ciepły i dobry dom dla swoich dzieci… – mówi Kasia zamyślona…

– Chciałabym tylko przestać ich nienawidzić… Bo dopóki ich nienawidzę, wiem, że to co było, jest jeszcze we mnie… Chciałabym nic do nich nie czuć, tak, by było mi zupełnie obojętne – oni i ich los.


Zobacz także

Jak daleko nam do zwierząt? Czasami mniej niż nam się wydaje. Z jakim zwierzakiem się zidentyfikujesz?

Najlepszy muzyczny prezent na gwiazdkę od Fresh ‘n Rebel. Prezentownik Oh!me 2018

Znasz najlepszą położną? Zgłoś ją do konkursu „Położna na medal”