Lifestyle Listy do redakcji

„Wszystko co było jego, to półtora miliona długów, dwójka dzieci i żona. Reszta należała do mnie”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
22 października 2016
fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Droga Redakcjo,

Piszę ten list ostatkami sił. Zapłakana, w starym dresie i nieumytych od kilku dni włosach siedzę na parapecie okna, które miało być naszym romantycznym miejscem. Widok może i jest piękny, ale nienawidzę tego miasta z całego serca. Tak jak i tego cholernego komputera, na którym zobaczyłam jego zdjęcia pierwszy raz. Kilka dni temu przeczytałam na waszym portalu artykuł o związkach z dużą różnicą wieku. Zazdroszczę wszystkim kobietom, którym się udaje…

Poznałam go przez portal randkowy. Napisałam pierwsza, bo nie należę do tych dziewczyn, które czekają na pierwszy krok faceta. Już samo zdjęcie sprawiło, że miałam ochotę rzucić dla niego wszystko. Motyle latały mi w brzuchu, a w głowie miałam pstro, jak zakochany szczeniak. Odpisał. Pamiętam ten moment doskonale. Warszawska piątkowa noc, dużo alkoholu, flirt… I nagle dźwięk, zwiastujący największą porażkę w moim życiu. Choć wtedy myślałam, że będę najszczęśliwszą kobietą na świecie. Przez chwilę nią byłam.
On – 48 lat, wysoki, przystojny, ideał! Mieszkał na Śląsku, miał dwójkę dzieci z poprzedniego związku i ten swój amerykański styl bycia. Kiedy przy pierwszej możliwej okazji powiedział mi, że spędził w Stanach piętnaście lat, zapiałam z zachwytu! Bo ja, lat 29, przeciętna blondynka z małego miasta, mieszkająca w Warszawie, marzyłam o kimś, kto widział wielki świat. Przyjechał do Warszawy przy pierwszej możliwej okazji. Zanim mu to zaproponowałam, w  żartach zapytałam, czy mnie nie zgwałci i nie zabije. Nie zgwałcił mnie fizycznie, ale zabił dawną, radosną mnie.

Byłam zakochana do tego stopnia, że po trzech miesiącach znajomości rzuciłam swoją świetnie płatną pracę w Warszawie i przeprowadziłam się do Katowic. Nie znałam tu nikogo poza nim, nie miałam pracy, ale czy to miało wtedy znaczenie? Liczył się on! Mogłam patrzeć na niego godzinami, z dumą wędrować z nim przez miasto i widzieć zazdrość innych kobiet. Byłam z siebie taka dumna! Moje zagubienie nie trwało długo. Szybko znalazłam świetną pracę, poznałam kilka osób, wszystko zaczęło się układać. Moje szczęście było jednak jak bryła węgla, którą ktoś w końcu musiał napalić w swoim piecu zwanym „życie”.

Mieszkaliśmy w jego kawalerce, co wcale mi nie przeszkadzało. Te kilkadziesiąt metrów było dla nas wystarczające. On jednak upierał się na znalezienie czegoś większego. „Planuje naszą przyszłość! Chce mnie w swoim życiu!” Znalazłam piękne mieszkanie w samym centrum Katowic, z ogromnym oknem wychodzącym na centrum miasta. Znalazłam, bo on nie miał na to czasu, ciągle był w pracy, w trasie, u dzieci… W mojej głowie nie pojawił się żaden alarm. Nawet w momencie, kiedy podpisując umowę najmu, on zapomniał swojego dowodu i przekonał mnie, żeby spisać umowę na mnie. „Nie martw się, przecież i tak będziemy płacić razem!” – rzucił szybko i dał mi całusa w czoło. Ten znak miłości i zaufania był pocałunkiem Judasza. Kiedy dzisiaj o tym myślę, mam ochotę zedrzeć z czoła całą skórę, może to pozwoliłoby mi pozbyć się tamtego wspomnienia…

Mijały miesiące, a ja ślepo zakochana brałam na siebie kolejne rzeczy – samochód, kredyt, najnowszego iPhone’a i Macbook’a, bo przecież nie mógł pracować na zwykłym laptopie! Rozumiałam go nawet, w końcu tyle lat spędził w Stanach, był do tego wszystkiego tak przyzwyczajony, a ja chciałam, żeby był ze mną szczęśliwy! Pewnego dnia sprawdziłam stan swojego konta. Nie było na nim ani grosza, choć był dopiero początek miesiąca. Karty w porfelu także nie było. On siedział wygodnie w kanapie obok mnie, a ja z paniką w oczach zaczęłam biegać po mieszkaniu i szukać karty. Nie było, nigdzie jej nie było! Widząc moje zagubienie wziął telefon i kazał mi zastrzec kartę. Bez wahania to zrobiłam, a przy okazji zamówiłam dwie nowe karty, tak jak prosił – dla bezpieczeństwa. Boże, jak mogłam być tak naiwna?! To był początek końca.

Dla partnerki rozwodnika nie ma chyba większego koszmaru od spotkania twarzą w twarz z jego przeszłością, czyt. z byłą żoną. Wpadłam na nią, kiedy stała pod naszym blokiem. Czekała na niego zupełnie rozwścieczona. „Gdzie on jest?! Mów! Na mieszkanie w takiej dzielnicy was stać, a na 1200 zł alimentów już nie?!” Byłam przerażona, cała się trzęsłam. Nie miałam pojęcia, o czym ona mówi. Przecież każdego miesiąca dorzucałam się do zabawek dla dzieciaków, do ich wspólnych wyjazdów, wypadów do zoo, do kina, na lody… Dopiero po dłuższej chwili, kiedy obie się uspokoiłyśmy, opowiedziała mi o jego długach, przez które wrócili ze Stanów. Było tego półtora miliona. To jednak nie było najgorsze – on ciągle był żonaty…

Rozwodu nie wzięli, bo gdyby tylko podał miejsce zamieszkania, komornik od razu by go znalazł i zaczął egzekwować długi. Jego była żona chciała ruszyć na przód, wziąć ślub po raz drugi, stworzyć dzieciom normalny dom, a on ciągle ją blokował. Poczułam, jak spływał na mnie zimny prysznic. Jakby ktoś w jednej sekundzie przebił moją mydlaną bańkę w której żyłam. Zapłakana pobiegłam do domu, zaczęłam sprawdzać wszystkie kredyty i konta. Spłacone były tylko raty, które sama płaciłam. Całe to szczęście i bogactwo było na niby. Jego firma wcale nie była jego, ale kuzyna. On dostawał pieniądze „na lewo”, żeby tylko nie miał stałych dochodów. Alimentów nie płacił od roku, a wszystkie prezenty które dostawałam, były z pieniędzy, które dorzucałam do jego wyjść z dziećmi.

Byłam wściekła, miałam ochotę go zabić, pozbawić wszystko. Niespodzianka – on niczego nie miał. Wszystko, co miał, należało do mnie. Samochód, drogie gadżety, dizajnerskie ciuchy. Jedyne o czym marzyłam, to ognisko przed domem, w którym płonęłyby wszystkie jego rzeczy. Znienawidziłam go w jednej sekundzie.

Kiedy wrócił do domu, próbował się tłumaczyć, błagał o przebaczenie, o jeszcze jedną szansę. Nie miałam jednak litości, już nie. Zabrał swoje rzeczy i wyprowadził się do kuzyna. Do dziś próbuje się ze mną skontaktować, ale gdy ostatni raz zagroziłam, że napiszę donos do skarbówki – odpuścił.

I tak oto siedzę sama w ogromnym mieszkaniu, które miało być symbolem mojego nowego życia. Oczy bolą mnie od płaczu, a paznokcie pożółkły od nadmiaru papierosów. Nigdy nie paliłam, ale od momentu tamtego spotkania wypaliłam już kilkaset paczek. Wypalam siebie. Nie wiem, czy komukolwiek jeszcze zaufam, pokocham, pomogę…


Lifestyle Listy do redakcji

Tych 7 rzeczy inteligentni emocjonalnie ludzie nie robią!

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
22 października 2016
Inteligentni emocjonalnie ludzie, nigdy nie robią tych kilku rzeczy...
Fot. iStock / SanneBerg
 

Kiedy klienci narzekają na obsługę, ona z nimi rozmawia, uspokaja, tłumaczy i proponuje rozwiązanie – jest jak uniwersalny plaster na konflikty. Po prostu potrafi swoją obecnością wprowadzić utracony spokój, racjonalność. On pracuje w ratownictwie, pomaga obcym, cierpiącym ludziom. Nie wypala go to, choć nie jest łatwe. Ona jest filarem związku, stroną, która nie musi ustępować, żeby rozwiązać problem. Na co dzień ma dobry kontakt z ludźmi, sporo osób wskaże ją, jako „prawdziwego przyjaciela” – dobrze słucha, cieszy się sukcesami swoich bliskich, chce być, pomagać, nie ocenia – jakby wszystko rozumiała, bez zbędnych pytań, wałkowania tematu.

Co wspólnego mają ze sobą te osoby? Inteligencję emocjonalną. W psychologii EQ definiuje się jako zdolność do umiejętnego zarządzania i rozpoznawania emocji innych osób oraz swoich. Ale inteligencja emocjonalna nie jest tylko potężną dawką empatii przyklejoną do pleców, to również zdolność do bycia empatycznym, wyrozumiałym i racjonalnym wobec samego siebie.

Czy „opłaca” się być EQ? Bardzo, bo taka zdolność bardzo ułatwia życie, trzyma na większy dystans kłopoty emocjonalne, w które często się pakujemy i pozwala żyć lżej, bliżej szczęścia. Inteligentni emocjonalnie ludzie, nigdy nie robią tych kilku rzeczy…

1. Nie dają się wciągnąć w dramaty innych osób

Podstawową cechą EQ jest empatia. Jednak istnieje olbrzymia różnica pomiędzy zrozumieniem czyjejś sytuacji i chęcią pomocy – a przenoszeniem na siebie negatywnych emocji, czy wręcz życie czyimiś problemami. Dzięki inteligencji emocjonalnej dużo łatwiej obronić się przed toksycznymi związkami, które bazują na „wciąganiu” drugiej strony w swoją emocjonalna sieć.

2. Nie narzekają

Marudzenie i narzekanie ma dwa ukryte znaczenia. Pierwsze, oznacza, że mamy problem, którego nie potrafimy rozwiązać. Po drugie, że jesteśmy ofiarami. Zamiast szukać winnych – szukają rozwiązania. Wiedzą też, że ich reakcje emocjonalne – wpływają na innych ludzi.

3. Nie mówią zawsze „tak”

Bo „rozumiem cię” – nie oznacza zgadzam się na wszystko. Czyjaś ciężka sytuacja nie oznacza złotego biletu na życie. Wiedzą też, że kolejny kieliszek wina – będzie miał swoje konsekwencje rano, spontaniczny wyjazd na weekend – uniemożliwi spełnienie wcześniejszych zobowiązań. Nie godzą się na wszystko dla akceptacji, pod presją, w potrzebie chwili. Potrafią racjonalnie decydować, nie omijając konsekwencji.

4. Nie liczą na szczęście

Ani dla siebie, ani dla innych osób. Nie muszą. Biorą swoje sprawy i szczęście w swoje ręce – i chętnie pomagają innym też w ten sposób spojrzeć na świat. Nauczyli się już w życiu, że jest różnica między sprezentowaniem ryby i wędki. Że zawsze następuję moment, gdy trzeba nauczyć się żyć na własny emocjonalny rachunek – a wtedy lepiej na dokładkę nie dostawać od świata rozczarowania i beznadziejności. Żalu. Na szczęście liczą, pracują na nie, szanują je, uczą się go nie omijać.

Fot. iStock / MilosStankovic

Fot. iStock / MilosStankovic

5. Nie są cynikami

Choć nie ma ludzi całkiem niepodatnych na negatywne emocje, atmosferę – inteligentni emocjonalnie ludzie potrafią ograniczać ich wpływ na siebie.Nie są cyniczni.

6. Nie plotkują

Zupełnie nie rozumieją plotek. Bo przecież nie wciąga ich teatralne, dramatyczne przeżywanie cudzych problemów. Kłopot – to  nie powód do ekscytacji, ale sprawa do rozwiązania.

7. Nie rozpamiętują przeszłości

Wiedzą, że przeszłość ukształtowała teraźniejszość. Korzystają z tej wiedzy, ale nie zamierzają rozpamiętywać przeszłości. Wiedzą, że do niczego się już nie przyczyni, mogą tylko stracić tak cenny dzisiaj czas, czas na lepsze życie.


 Na podstawie: Lifehack,  huffingtonpost


Lifestyle Listy do redakcji

„Życie jest bardzo proste, to my upieramy się, żeby je utrudniać”

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
22 października 2016
"Życie jest bardzo proste, to my upieramy się, żeby je utrudniać"
Fot. iStock

A uparci jesteśmy jak osły. Prawie się o szczęście potykamy – ale nie, wolimy wybrać zamiast niego, udowadnianie swoich racji. Przeciskamy się z uporem maniaka przez małe szczęścia codziennie, klnąc pod nosem, że mogłyby się przesunąć, bo przejścia nie ma! Zauważyć je? Po co, kto zwraca uwagę na rzeczy, których wcale nie planował, które wyrosły jak przeszkody?! A potem, gdy już dotrzemy do „tego” momentu, możemy iść i z podniesioną głową szczęścia szukać. Tylko gdzie u licha, jak nigdzie go nie ma?

Na ulicy? Krzywimy się na myśl o tych frazesach, przeszliśmy już wszystkie, ani grama szczęścia tam nie leżało – no chyba, że zgodnie „staropolskim” porzekadłem, szczęściem nazwiemy wdepnięcie w g… A szczęścia jak nie było, tak  nie ma… I co dalej?

Rozczarowanie, smutek, złość i bezsilność – bo najwyraźniej ktoś nas w życiu oszukał, szczęście miało być, czekać… nie ma. I nikt nam tylko nie powiedział, że od lat niesiemy je na plecach, i krok po kroku gubimy w tym pospiechu, kropelka po kropelce. A wystarczyłoby przecież tylko o tym wiedzieć. Pamiętać o tym, że…

8 prawd, które prowadzą do szczęścia

„Szczęście nie jest czymś, co przychodzi gotowe. Ono pochodzi z twoich własnych działań”.

~ Dalai Lama ~

Szczęście jest jak pocałunek. Żeby cieszył, musisz go z kimś „dzielić”.

Życie jest bardzo proste, to my upieramy się, żeby je utrudniać.

Naucz się odpuszczać.  To klucz do bycia szczęśliwym.

Ciesz się swoim życiem, bez porównywania z innymi.

Jeśli spędzisz całe swoje życie czekając na burzę, nigdy nie będziesz miał okazji by cieszyć się słońcem.

Kiedy jesteśmy tym, kim chcemy być – to jest właśnie szczęście.

Nie czekaj na „szczęście”, które ktoś ci narzuca.


Źródło: Lifehack


Zobacz także

Pierwsza Dama milczy, a jej poprzedniczki zabierają głos w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej

Pierwsza Dama milczy, a jej poprzedniczki zabierają głos w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej

Ja pie*dole, no łeb spadł mi i leży obok. Czy ci panowie nie mieli własnego rozumu?

Uważasz, że ogólnie jesteś zdrowa? Te objawy mówią, że jesteś w błędzie