Lifestyle

Witaj jesieni, żegnaj bikini! W końcu można ukryć swoje ciało w workowatych sukienkach! Cudownie

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
11 września 2017
Fot. iStock
 

Witaj jesieni. Jak ja się cieszę, że w końcu nadeszłaś, że chłodem powiało i ani widu ani słychu po lecie. Zresztą – jakim lecie, kto je spędził nad naszym morzem, faktycznie może mieć tylko powody do narzekań. I wcale się nie dziwię. Pogoda nas nie rozpieszczała, ale tego przewidzieć nie mogliśmy jeszcze kilka miesięcy temu.

No więc u progu lata stanęłyśmy znowu przed naszą szafą próbując przepchnąć letnie ciuchy przed te zimowe… Mało kogo napawa to optymizmem, bo raczej to przemeblowanie garderobiane odsłania wszystko to, czego zobaczyć byśmy nie chciały.

Bo znowu postanowienia noworoczne wzięły w łeb i ani dieta nam nie wyszła, ani aktywność nie okazała się być aż tak aktywna, by zrobiła z nas na lato boginie seksu. No bo przyznajmy sobie tak szczerze, po babsku – która z nas nie chciałaby poczuć się we własnej skórze piękna? I bez znaczenia, czy nosimy rozmiar 36 czy 46? Po prostu mieć takie poczucie, że nasze ciało wygląda fajnie, że kurde zadbałyśmy w końcu o nie i nie wstydzimy się wystawić go do słońca!

Umówmy się, kobiety plus size potrafią wyglądać cudowniej niż niejedna ikseska. Jak ciało jest wysportowane, wymasowane, nawilżone i lekko muśnięte słońcem… eh… Rozmarzyłam się. Cóż, moje takie nie jest, a do ideału jeszcze mu brakuje. Bo jak już ten przeklęty cellulit zniknie na chwilę, to fałdka na boczku się pojawi. Mięśnie brzucha pieczołowicie ćwiczone na siłce nijak się latem pokazać nie chcą. Może w następnym – mówi trenerka, a ja myślę: „Do następnego, to ja tabletki na odwodnienie i odtłuszczanie wezmę, może podziała!”. No więc mnie jakoś tak bardzo brak pogody tego lata nie zmartwił. Nie musiałam sprawdzać czy we wszystkie sukienczeki, spódniczeczki i bluzunie z zeszłego roku się zmieszczę.

Co za ulga, że one sobie wisiały, a ja mogłam bez problemu na nie patrzeć myśląc: „Ha, w tym roku za zimno, wcale cię nie ubiorę, a za rok to ja już taka laska będę!”. Srały muszki będzie wiosna – jak to mawia klasyk. Ale nie ma co się zniechęcać, a kto wie, może jednak tym razem i już nareszcie w końcu będę piękna na kolejne lato! Marzyć nikt mi nie zabroni, a jak ja sobie dodam, że marzenia należy spełniać, może to się okaże wystarczającą motywacją.

Ale tymczasem witam jesień z uśmiechem. O witaj ukochana, która pozwalasz opatulić się ogromnymi swetrami, wrzucić na siebie workowatą sukienkę, założyć grube rajstopy i buty, które skryją opuchnięte stopy!

O witaj jesieni, kiedy już swoje ciało mogę skryć niczym tajemnicę w przepastnych koszulach, dżinsach i jesiennych kozakach. To niemal jak kokon, którym się otaczam, by na lato zrzucić sobie te warstwy ubrań i bez cienia wstydu pokazać swoje piękne ciało… No dobra, trochę mnie poniosło. Ale wiecie, chodzi o to, że kocham jesień za to, że już nie muszę ubierać koszulek z krótkim rękawkiem i zastanawiać się, czy mi już wisi czy jeszcze nie ta dziwna skóra na ramionach (skąd się jej nagle do cholery tyle bierze?). Nie muszę się martwić, czy nie zapomniałam ogolić sobie pach w kąpieli, a niefortunnie ubrałam sukienkę na ramiączkach i nijak dyskretnie zerknąć się nie da, czy tam już coś rośnie czy nie, a co dopiero się przeciągnąć, czy podnieść rękę prosząc o rachunek kelnera, który niczym Adonis biega po letnim ogródku ulubionej knajpki.

Jesień to koniec ze sprawdzaniem, czy nogi się dobrze ogolone, czy nadal walczyć z wrośniętymi po wosku włoskami. Tak to jest, jak się chce choć raz iść na łatwiznę i na wosk się człowiek wybierze przed urlopem. No i masz babo placek, jesień spędzę na wydłubywaniu tych włosków ze skóry. Mogę zapomnieć o bikini choć na chwilę, nie przejmować się czy wszystko wygląda tak, żeby w oczy nie kuło. Strój kąpielowy dwuczęściowy głęboko chowam do szafy, niech poczeka na lepszą wersję mnie za rok. Ten jednoczęściowy zostawię, może basen zimą… W końcu jakoś do tej lepszej wersji dojść trzeba, może dopłynąć będzie łatwiej.

Ale teraz – nadchodzi jesień, hulaj dusza kalorii nie ma! No bo przecież każdy, gdy robi się zimno i szaro za oknem, zasługuje na odrobinę przyjemności w postaci gorącej czekolady cz grzanego wina, porcji ciasta z bitą śmietaną i i kanapki z białym świeżym pieczywem prosto z piekarni przywiezionym i choć dopiero 21:00 to już ciemno, a ten chlebek taki ciepły i tak pachnie… Oj tam pół bochenka. Dopiero wrzesień, na odchudzanie i formę przyjdzie czas. Siłownię trzeba odwiedzić, co by się zapisać od listopada pewnie, biegać to najlepiej od października,nie można przecież tak od razu, bo kto do czerwca wytrzyma. Dieta? Hmm dieta. No tak. Dieta. Dieta może poczekać, w końcu niedługo urodziny mamy, teściowej, przyjaciółki, Święta, no kto by się odchudzał przed Świętami, prawda? Nowy Rok, kilka miesięcy do lata, nawet chudnąć pół kilograma na tydzień (bo tak zdrowo i rozsądnie, o diecie wiem wszystko), to wyjdzie jakieś osiem mniej do maja! Phi jeszcze będzie pięknie!

Tymczasem żegnaj bikini, witaj jesieni. Idę po kanapkę! A wieczorem owinę się w koc!


Lifestyle

Jak facet, który zamiast mózgu ma fiu*a i w dodatku bardzo małego, może mówić o idealnej kochance? On przecież nigdy takiej w łóżku nie miał!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
18 września 2017
Fot. iStock/VikaValter
 

Powiem tak – jeszcze się nie otrząsnęłam z szoku. Powaliło mnie na dobre kilka dni i musiało upłynąć trochę czasu, żebym myśli mogła zebrać. Bo gdy czytam, że idealna kobieta według mężczyzn to taka, która:

Musi wiedzieć, dlaczego BMW jest lepsze od Mercedesa a silniki V8 od V6. Nawet jeśli ma w tej wiedzy braki, powinna dokładnie słuchać, gdy ją oświecam. Najlepiej łącząc to z robieniem mi dobrze ustami.*

To jeszcze nic, a taka?

Nie może budzić się, gdy biorę ją „na śpiocha”. Powieka nie powinna jej drgnąć nawet jeśli podpinam się do ciaśniejszej dziurki.*

A może taka?

Musi być świetnym kumplem, który pójdzie z tobą na piwo i transmisję meczu do knajpy. A podczas tego kumpelskiego wypadu z własnej inicjatywy zrobi ci laskę pod stołem.*

Co niektórzy myślą, że idealna kochanka to taka, która:

„Francuza” powinna robić tak, żeby prześcieradło wciągało mi przez tyłek.*

W artykule opublikowanym na łamach internetowej wersji CKM można znaleźć jeszcze kilka niewybrednych definicji idealnej kochanki, według, jak twierdzą autorzy: „normalnych, zdrowych, lubieżnych heteroseksualistów”.

Pomyślałam: dobra, dobra ochłoń, nim zaczniesz miotać ogniami smażąc na stosie wszystkich facetów uprzytomnij sobie, że nie wszyscy tacy są. To po pierwsze. Po drugie, że wiadomo, że jak świat światem tacy ograniczeni umysłowo też są. I nie jest to żadnym odkryciem tych debili, którym staje, gdy tylko widzą Małgorzatę Rozenek w nowej reklamie operatora telefonicznego. Choć by się nie wiadomo jak zapierali na żywo, to w głębi swojego małego fiu*ta z wielką przyjemnością zajęliby miejsce Majdana.

Tyle tylko, drogie chamy i bęcwały – o Małgorzacie Rozenek to wy sobie możecie pomarzyć. O kobiecie, która zaciągnie was do damskiej toalety, bo akurat ma ochotę na seks, możecie jedynie śnić. Na myśl o tej, która uwielbia robić wam dobrze ustami i jest w tym naprawdę świetna (i ona o tym doskonale wie) możecie się tylko obślinić. A ta, która będzie krzyczeć z rozkoszy, którą sama sobie potrafi dać bez waszej pomocy, a wam pozwoli tylko patrzeć, jest w ogóle poza zasięgiem waszego ciasnego mózgu! I małego k*tasa.

I nie, nie współczuję waszym kobietom, bo takich z pewnością nawet nie macie. Bo żadna mądra, fajna i lubiąca seks kobieta nawet na was nie spojrzy, a nawet jak spojrzy, to od razu wyczuje, że ma do czynienia z prostakiem, który zapomina języka w gębie, gdy ona proponuje mu seks w najmniej oczywistym miejscu i momencie.

Tak, mocni to wy jesteście jedynie w gębie. Znamy takich erotomanów gawędziarzy, którzy głośno mówią, ile to dup nie przelecieli i ile krzyczało, gdy je rżn**i. Prawda? Już słyszę ten wasz pomruk zadowolenia, to wasze przerośnięte ego, które na chwilę rośnie w spodniach, by i tak nie sprostać żadnemu zadaniu poza tym narzuconemu wam przez waszą prawą rękę. Tak, była też taka definicja:

Jeśli znajdzie się taka, która penisa zna lepiej, niż moja prawa ręka, ozłocę ją. Lecz wiem, że to jedynie marzenia…*

Jasne stary, że marzenie! Chyba, że znałbyś cipkę swojej kochanki, tak jak jej palce – to może byłaby szansa, żeby wasza wiedza się wyrównała! Ale nie – bo faceci piszący takie rzeczy są tak ograniczeni, że poza własnym fi*tem nic nie widzą. Walą sobie konia oglądając te wszystkie laski pojawiające się w gazetce, wyobrażając sobie, że one robią im loda w tych wypasionych autach, które także można w niej obejrzeć. I wyobrażać sobie, że zasiadają za jego kółkiem z laską wyglądającą co najmniej jak Natalia Siwiec po wszystkich możliwych ingerencjach lekarzy.

Słabiutko panowie. Wiecie, co jest najlepsze, że wasze opinie świadczą tylko o waszym kompletnym braku wyobraźni – w łóżku i w życiu. Dla was seks sprowadza się do tego, żebyśmy zrobiły wam loda (co przyznacie – przy odrobinie wprawy nie jest trudne, by doprowadzić was do błagania o to, byśmy skończyły), żebyśmy wypięły tyłek i oprócz zawodzenia, jak jest nam z wami wspaniale (bez znaczenia jest dla was czy to prawda) najlepiej nic więcej nie mówiły. Gratuluję! Zresztą myślę, że wam pewnie dość spora kolekcja pornosów na co dzień wystarcza.

I przepraszam – po pierwsze za to, że zniżyłam się poziomem do tych idiotów wypisujących takie rzeczy i zaćmienia mózgów tych, którzy postanowili to opublikować i rozpowszechnić. Ale jestem przekonana, że tacy imbecyle, jak autorzy tych pseudo definicji tylko tak są w stanie cokolwiek zrozumieć, a poza tym ucinam im argument w postaci przeintelektualizowanej suki. W końcu mówię ich językiem.

Po drugie przepraszam tych wszystkich facetów, którzy wraz tymi troglodytami zostali wrzuceni do jednego worka. Naprawdę daleka jestem od generalizowania. Bo wierzę, a nawet wiem – że większość mężczyzn pod tymi słowami by się nie podpisała. I choć proszą, żebyśmy szeptały im w łóżku różne rzeczy, to nigdy definiując idealną kochankę nie powiedzieliby takich rzeczy. Nie, drogie chamy, ci fajni panowie, z którymi z dziką przyjemnością chodzimy do łóżka, zdefiniowaliby swoją kochankę tak, że każda z nas z chęcią i bez chwili zawahania wskoczyłaby im do łóżka. I to jest ta wielka i nigdy nieprzekraczalna granica dla tych, którzy czytając tekst w CKM pomyśleli: „dobrze sukom, w końcu niech wiedzą, gdzie ich miejsce”.

*Cytaty pochodzą z tekstu zamieszczonego na stronie CKM „Jaka musi być kochanka idealna”.


Lifestyle

„Słowo „kredyt” działa na mnie jak płachta na byka i kiedy zaczynam: „po ch*j nam to było”, mój mąż patrzy z politowaniem…”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
6 września 2017
Fot. iStock/avid_creative

Kredyt. Brrrr. Zimne poty, bezsenność, nocne koszmary. Brrr. Kredyt, który miał być cudowną przepustką do posiadania czegoś na własność staje się klatką, z której trudno się wydostać. Brrr.

Ile razy wyobrażaliście sobie lub (szczerze współczuję) śniło wam się, że przychodzi windykator, że zaglądacie na konto, a tam brakuje na kolejną ratę. I choćbyśmy nie wiem, jak mieli w dupie pieniądze, to jednak kredyt to coś, co nas prześladuje przez wiele dłużących się lat.

Nienawidzę. Słowo „kredyt” działa na mnie jak płachta na byka i kiedy zaczynam: „po ch*j nam to było”, mój mąż patrzy z politowaniem i tłumaczy zawiłości mało dla mnie widocznej inwestycji w coś, z czego na dzisiaj w ogóle nie korzystamy. Tak szczerze, to myślę, że sam sobie próbuje to zracjonalizować, by nie myśleć, że to była nasza wspólna najgłupsza decyzja w życiu.

Czasami, jak mnie nerw na początku miesiąca ogarnia, kiedy zliczamy wszystkie nasze wydatki, sratki i podatki, zastanawiam się, po co ludziom kredyt. Po co nam kredyt? Czy nasze życie nie byłoby szczęśliwsze, gdybyśmy nie dostawali tego przyprawiającego o chwilowy napad paniki SMS-a z banku: „Prosimy o uregulowanie należności w wysokości 8,23 franka szwajcarskiego”, bo akurat tyle zabrakło do całkowitej raty. Mąż źle przeliczył, o co nie mam pretensji, bo kto by się w tym połapał.

Kupiliśmy mieszkanie, na kredyt oczywiście, na raty, które wydawały się nam możliwe do spłacenia, kto by brał pod uwagę najbliższe 30 lat, kto by pomyślał, że wyprowadzimy się w pioruny? Żyje się tu i teraz. Młode małżeństwo, czekające na drugie dziecko, wszyscy mówili: „O teraz powinniście iść już na swoje”, „No teraz to już własne mieszkanie”. Gdzie ja wtedy miałam rozum? Dlaczego mi się lampka nie zaświeciła: „a po co ci?”. Źle mi było w naszym wynajętym mieszkaniu? Może i było już na czwórkę ciut za małe, ale zawsze do wynajmu można było znaleźć większe, a nie od razu kupować, kredytować się i czekać na analizy banku i ostateczne „tak” po dostarczeniu setki dokumentów, gdzie miałam wrażenie, że odarta zostałam ze wszystkich tajemnic, o których teraz wie bank, pośrednicy banku i wszyscy koledzy Królika.

Mamy jakąś taką potrzebę posiadania, społecznie czujemy się poważani mając coś swojego. Jasne, że dzisiaj jestem mądrzejsza o dekadę spłacania kredytu za mieszkanie, w którym od kilku lat już nawet nie mieszkam. I wiem jedno – dzisiaj na bank (nomen omen) nie wzięłabym po raz drugi kredytu tylko po to, żeby coś mieć. Żeby to mówiło o mnie: „patrzcie to moje, to znaczy, że zarabiam, że mój status materialny i społeczny jest na poziomie akceptowalnym przez innych, że stać mnie spłacać kredyt we frankach”. A kogo nie stać, jak już się wzięło, płacić trzeba, czy stać czy nie stać. I tyle. Można biadolić czy to uczciwe czy sprawiedliwe, że ten frank tak do góry poszedł, ale kogo to obchodzi. Byłaś głupia, jak podpisywałaś dokumenty, to teraz płacz i płać. No głupia byłam jak but.

Wiecie, nie żebym była amerykańskim fanatykiem, ale jednego od zawsze zazdroszczę Amerykanom. Zazdroszczę im nieustannej gotowości do zmiany, do przenoszenia się z jednego miasta do innego, z jednego końca kraju na drugi, bo jest praca, taka potrzeba, bo dzieci, szkoła, pasje. Tymczasem u nas nadal panuje kult mojego kawałka własnej podłogi. Musi być. Musimy zapuścić korzenie tak głęboko, że nogami w końcu nie możemy ruszyć, ba – wyjechać nigdzie nie możemy dalej, bo przecież kredyt i nas nie stać. Ale podłogę własną co drugi dzień umyć możemy. Chwała za to. Co tam marzenia o wakacjach, skoro rynek akurat się załamał i ktoś musi odkładać, bo rata najważniejsza, bo przecież nie mogą odebrać ci tego, na co tak ciężko harujesz.

Pytam siebie: serio? potrzebujesz domu z aktem własności do szczęścia? Oj tak, nie raz słyszałam: „Ale obcemu za wynajem płacić będziesz? Lepiej tę kasę daj na coś swojego”. Na swój bank. Oczywiście. Swój własny mały taki banczek, co to ratunię kredytunię zamiast opłaty za wynajem co miesiąc pobiera i czasami wspaniałomyślnie co niektóry daje wolne od spłaty na wakacje. A jak za 15 lat ci nie starczy, bo stracisz pracę, bo zachorujesz, bo może wydarzyć się dziesiątki nieprzewidywalnych rzeczy, to ten twój baneczek odbierze ci tej twój domeczek. O i tyle będzie twojego. 15 lat, czyli jakieś 180 rat pójdzie w pizdu z dymem. Ja pie*dolę.

A tymczasem, mając wynajętą chatę niczym się nie wiążemy. Jest praca w Krakowie – proszę bardzo przenosimy się, szukamy mieszkania, jest wyjazd na Filipiny, bo akurat znajomi Polacy szukają kogoś, kto im pomoże prowadzić knajpę? Żaden problem, zero stresu, czy rata wpłynie, czy nie, czy najemcy, dzięki którym kredyt się spłaca, przypadkiem nie zechcą zdemolować nam chaty i przepaść jak kamień w wodę? Życie bez kredytu byłoby piękne, ale nie liczę na przypływ gotówki taki, że stać by mnie było po prostu spłacić bank, który rozsiadł się jak panisko na mojej hipotece.

Nie mam pretensji do banku. Widziały gały co brały, a raczej widziały tylko to mieszkanie, a reszta, no przecież jakoś to będzie. Eh. Cwaniacy. Wiedzą, że rządzi nami potrzeba konsumpcjonizmu, że miarą naszego szczęścia coraz częściej staje się to, co posiadamy. Znajoma mówi: „wezmę auto w leasing, to moje jakieś takie już… wiesz, pewnie zaraz się popsuje”. Idealna wymówka, żeby wziąć coś na raty, tylko po co? Naprawdę jest taka potrzeba? Jak z pralką, a nie daj Boże z telewizorem. Większy, lepszy – taki, przy którym koledzy powiedzą: „wow, stary, ale wypas” i pralka z tysiącem funkcji, których w rzeczywistości nigdy nie wypróbujesz, ba nawet nie poznasz. Na raty, bo co to 50 złotych miesięcznie. Żaden pieniądz. Chyba, że jeszcze dasz się skusić na specjalne ubezpieczenie poza gwarancją. Bo czemu nie skorzystać.

Kredyt to pułapka przywiązania. Nie tylko do miejsca, rzeczy, ale też do ludzi. Przecież od kilku lat powtarzamy, że wspólne kredyty łączą nas bardziej niż małżeństwo. Rozmawiam z przyjaciółką, która mówi: „Stara, masz rację, ja dzisiaj myślałam, po co ja ten kredyt cholerny płacę, jak za mniejszą kasę wynajęłabym też fajny dom, a jak dzieci z niego by wyszły, to zamieniłabym na mniejszy albo jakby mi się znudził, to poszukałabym innego, bo ja wiem, czy dzieci będą chciały tu zostać? Płacę co miesiąc ratę z nadzieją, że moje dzieci na tym skorzystają? Wolałbym część tej kasy odłożyć na świetne wakacje z nimi i żyć spokojniej”. Jak to było: mądry kredytobiorca po wzięciu kredytu?

Mogę tu sobie pobredzić licząc na zrozumienie. Sytuacji i tak nie zmienię, bo dzisiaj mój kredyt przewyższa wartość mieszkania, więc nawet go sprzedać mi się nie opłaca. Co za paranoja. Na szczęście mam fajnych najemców, niech im się tam dobrze mieszka, żebym ja mogła pójść dalej.

A może, z drugiej strony, to kwestia znalezienia swojego miejsca na ziemi? Ale czy kiedykolwiek i już na zawsze możemy być pewni, że tu właśnie chcemy mieć swój własny kawałek podłogi? Mi życie pokazuje, że jednak niekoniecznie… Jedyne, co pewne, to kolejna rata do zapłacenia.