Lifestyle

Więc człowiek stworzył instytucję, gdzie mężczyźni zwłaszcza zajęli pozycje i wymyślili różne bzdury

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
24 kwietnia 2016
Fot. Unsplash/Ago Ngalonkulu / CCO
 

Taka sytuacja: spotkały się kobiety w piątek wieczorem. Znają się doskonale, wszak przyjaźń je łączy. Spotkały się by wina się napić, pogadać o facetach i o życiu ogólnie. Każda bez wyjątku, ma życie przeciekawe. Każda jest na swój sposób genialna. No jak to baby, po prostu. Jedna Hiszpanka i cztery Polki, na gruncie amerykańskim. Takie kobiety pomiędzy. Pomiędzy ojczyzną tam i ojczyzną tu. Tam już nie przynależą, tu nie będą przynależały nigdy. Więc są „in between”, pomiędzy, po prostu.

Czy to źle? Trudno powiedzieć. Czasami takie życie w przestrzeni dzielącej różne mentalności może być najzwyczajniej nie do zniesienia. Częściej jednak bywa zaskakujące, ciekawe i co ważne, dziko odkrywcze. Tego piątkowego wieczoru, klub pięciu kobiet, od tematu pożądania, który wokół zapachu najwyraźniej się kręcił, nagle wypuścił się szalonym galopem na rozległe stepy kościoła, religii, wychowania i poczucia winy. Zamarłam. Tak niezwykły to temat do dyskusji.

Karolina

Wychowana w katolickiej Hiszpanii, przez wieki całe nie odważyła się spojrzeć w oczy swojej waginy. Bo wagina to szatańska, grzeszna sprawa, powiedzieli jej księża. Co piątek chodziła do spowiedzi. Młodą panienką była i w głowę zachodziła, jakie tu grzechy księdzu zarecytować. Bo choć młodą panienką  była, to przecież NIE grzesznicą, która do spowiedzi winna co tydzień zaglądać! W oczy waginie nie spoglądała, lustro służyło jej do innych oglądów, a zatem…. skąd te grzechy wielebny ojcze? Skąd? Kiedy wreszcie po lustereczko sięgnęła, jako kobieta już całkiem dorodna, wagina nie tylko szatańską jej się wydała, ale do tego nad wyraz nieurokliwą. Karolina została fotografem. Kwiaty są jej pasją, orchidee przy tym zwłaszcza. Orchidee ladies and gentelman!… Kwiaty najzwyczajniej sromowe! …. Bo taka, niestety, jest ironia losu.

Małgosia

Której klasa i elegancja zawsze nas inspirowały, mówi że egzamin z religii oblała. Ona. Która wie wszystko. Z religii pałę dostała. Bo dzieckiem będąc, ze strachu umierała przed księdzem surowym, pełnym boskich pytań niezrozumiałych. – Pod jaką postacią Chrystusa przyjmujesz? Zapytywał ksiądz na egzaminach. A ona, uczennica piątkowa, uczennica doskonała, tej religijnej abstrakcji, nijak nie pojmowała. – Nooooo…. – mówił ksiądz, chcąc pomocnym być zapewne. – Co takiego zajadasz codziennie Małgosiu? – …. hmmmm… errrrr…myślała na głos Małgosia… Ziemniaki?! – sama w odpowiedzi zapytywała, bo jakoś pod postacią chleba Boga nie widziała.

Wreszcie Agata

W twarz od siostry dostała. Z otwartej ręki. Bo się nie nauczyła. Cze-goś-tam. Więc strzał. I policzek, który piecze do dziś. Tyle, że Agata, się nie dała. W poczucie winy nie dała się wpędzić. Młoda była. Głupia pewnie też. Ale pomyślała, ta siostra to nie Bóg. Bo Bóg wie, co w jej sercu jest. I Bóg rozumie, że nie o zadanie domowe tu chodzi! Skąd Agata wiedziała? Nie pytajcie mnie, wiedziała i już. I postanowiła, że nikt, ale to nikt, nigdy nie wyśle jej w tą podróż do krainy, która poczuciem winy się rządzi.

Karolina, Małgosia i Agata, wylądowały potem w owym kontekście „pomiędzy”. Karolina i Małgosia, klasycznie niemalże, przytargały poczucie winy we wszystkich walizkach, w które upchały życie zza oceanu. Agata, wręcz przeciwnie. Zostawiła winę, jak to mówią Amerykanie: behind. W ojczyźnie: TAM. I dawaj! Nowe życie TU zaczęła eksplorować. Życie bezwinne. Takie życie bez poczucia, że jakąś odpowiedzialność ponieść musi. Że wina jest częścią jej istnienia. Że to ludzkie niby jest, tak  się obarczać do obrzydzenia.

Bo Bóg stworzył człowieka na obraz i podobieństwo swoje. I Bóg, który miłością przecież jest nieograniczoną, dał człowiekowi wolną wolę. Więc człowiek stworzył Kościół. Stworzył instytucję. A w tej instytucji, ludzie, mężczyźni zwłaszcza (bo świat jest patriarchalnie zorganizowany)  zajęli pozycje i wymyślili różne bzdury. Karolina, w oparciu o nie, odrzuciła najbardziej kobiecą część siebie. Uznała waginę za obrzydliwość i zabiła w sobie wszystko to, co w niej jest kobietą. Małgosia spłaszczyła Boga. Sprowadziła wszystko co boskie do patatas bravas. Bo strach, w który wpędził ją ksiądz, był poza ROZUMEM.

A potem na scenę wkroczyła Agata. I nie zdziwiłabym się wcale, gdyby Bóg uznał ją za swoją faworytę. Nie jestem, broń Boże, ekspertem w sprawach boskich, ale  wierzę, wierzę, że Bóg kocha tych wszystkich zwariowanych ludzi, których stać na autentyczność. Takich, którzy nie dadzą się okładać siostrom z otwartej ręki. Takich, dla których Bóg, objawia się pod postacią patatas bravas. Takich, którzy kochają siebie dokładnie takimi, jakim Bóg ich stworzył. Z waginą tysiąca kolorów.

Post scriptum

Ta sama Agata, Agata z płonącym policzkiem, Agata bezwinna, dorzuciła mimochodem: Kościół w Polsce, jakim go znamy, zahamował rozwój spirytualny Polaków……

O.K. To było po winie. … W klubie pięciu kobiet…. Ale może pomimo wszystko, warto się nad tym zastanowić….


Lifestyle

Trzy lata po Broad Peak czas wciąż nie leczy ran. Ewa Berbeka o stracie męża

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
24 kwietnia 2016
Trzy lata po Broad Peak czas wciąż nie leczy ran. Ewa Berbeka o stracie męża
Ewa Berbeka/Mat. prasowe
 

Poniedziałek przyniósł bardzo smutną wiadomość. Po długiej chorobie zmarła Ewa Dyakowska-Berbeka, graficzka i scenografką, wdowa po Macieju Berbece, który zginął  2013 roku na Broad Peak. Artystka była związana z Teatrem Witkacego w Zakopanem od 1985 roku. Przyjaciele pożegnali ją słowami „Wczoraj wieczorem odeszła od nas Ewa Dyakowska-Berbeka – plastyk Teatru, niezwykle utalentowana kobieta, ale przede wszystkim nasza Najdroższa Przyjaciółka. Współtworzyła Teatr Witkacego od początku jego istnienia.”
linia 5x

Rozmowa z Ewą Dyakowską-Berbeką, opublikowana w magazynie Oh!me w 2016 roku.

linia 5x

Byli małżeństwem ponad 30 lat. Taka miłość rzadko się zdarza. Wiele małżeństw, gdzie jedną z miłości mężczyzny są góry, te najwyższe, rozpadło się. Dlaczego to akurat trwało? Bo ona pokochała go dlatego, że on kochał góry. Ta miłość go ukształtowała. Ewa Berbeka wiedziała, że zabierając Maćkowi miłość jego życia wyrwałaby to, co sprawiało, że był tym a nie innym człowiekiem. Nigdy nie stanęła na drodze jego wspinaczki. Sama nie ryzykowała, mieli czterech synów, ktoś musiał bezpiecznie zostawać w domu.

Ktoś powie: „Nie rozumiem mężczyzn, którzy narażają własne życie zostawiając w domu żony i dzieci”. Ten, kto tak myśli nie jest w stanie zrozumieć pasji, która wypełnia po brzegi, kiedy miłości do gór i do drugiego człowieka się nie kalkuluje. One po prostu są obie, obok siebie, niemal spójne. Wanda Rutkiewicz powiedziała kiedyś, że bardziej od himalaistów podziwia ich żony. To one czekają, żyją codziennością podczas, gdy oni gdzieś blisko chmur nie rzadko walczą o życie. I o marzenia.

A później schodzą. I są blisko swoich żon, dzieci. Do czasu, kiedy góry ponownie ich nie wezwą. Maćka Berbekę wezwało Broad Peak. Po 25 latach miał okazję stanąć po raz drugi oko w oko z górą, która dawno temu roześmiała mu się w twarz. 25 lat temu był pewien, że stanął na szczycie tej góry i że został pierwszym człowiekiem, który zdobył ten ośmiotysięcznik zimą. Okazało się jednak, że góra z niego zadrwiła. Berbeka dotarł do Rocky Summit przedwierzchołka, który znajduje się na wysokości 8027 m n.p.m., wtedy był przekonany, że to szczyt, do którego jednak zabrakło mu kilkadziesiąt metrów. Te kilkadziesiąt metrów 25 lat później były jego ostatnią drogą.

Maciej Berbeka z Adamem Bieleckim, Arturem Małkiem i Tomaszem Kowalskim 5 marca 2013 roku zdobyli Broad Peak.

Radość po zdobyciu szczytu trwała chwilę, każdy, kto cokolwiek wie o górach, wie, że najważniejsze jest zejście ze szczytu. Bezpieczne dotarcie do bazy. W domu na Maćka Berbekę czekała żona – Ewa i czterech synów.

W górach było późno, ciemno. Słaba łączność z uczestnikami wyprawy wzmagała niepokój. Ten niepokój od początku towarzyszył żonie Maćka. Berbeka i Kowalski ze szczytu nie zeszli. Ciała Macieja Berbeki nie odnaleziono.

Ewa Raczyńska: Bała się Pani, kiedy mąż wyjeżdżał na tę wyprawę?

Ewa Dyakowska-Berbeka: Tak. Bałam się, choć nigdy o swoich obawach nie mówiłam głośno, bałam się, że kiedy je wypowiem będą jak samo spełniająca się przepowiednia. Tym razem oprócz lęku było coś jeszcze. Trudno to wytłumaczyć. Może to zachowanie Maćka potęgowało moją niepewność, gdzieś w środku rosło przeczucie, że ta wyprawa może skończyć się inaczej niż zawsze, że Maciek może nie wrócić. Dziś tak o tym myślę, z perspektywy czasu. To był jakiś podskórny niepokój. Myślę, że Maciek też się gdzieś tam w środku bał. To była jedyna wyprawa, kiedy tuż przed wyjściem cofnął się i popłakał żegnając się. Podczas wielu przecież wcześniejszych wyjazdów, które odbywały się w ramach jego pracy, nigdy tak nie zareagował. Każde wyjście w góry niesie za sobą niebezpieczeństwo. Ale wtedy było tak wiele emocji, może niewypowiedzianych głośno, ale było…

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Mówiła Pani o wyrzutach sumienia, które się pojawiły, że tym razem może jednak mogła Pani męża zatrzymać…

Pytałam samą siebie, że może gdybym postąpiła inaczej… W człowieku rodzi się tyle pytań, wątpliwości, próbuje wytłumaczyć sobie, to co się stało. Moi synowie uświadomili mi, że obwinianie siebie do niczego nie prowadzi, że to nie tak. Dzisiaj już mnie to nie nurtuje, poradziłam sobie z tym poczuciem winy, które chciałam być może niesłusznie sobie przypisać.

Po wyprawie nie chciała Pani rozmawiać o mężu. Po trzech latach możemy przeczytać książkę – wywiad z Panią „ Jak wysoko sięga miłość. Życie po Broad Peak”.

Książka to nie był mój ani zamiar, ani plan. Pomysł wyszedł od zakopiańskiej dziennikarki Beaty Sabały-Zielińskiej, a ja sama w życiu bym nie pomyślała, by w ogóle napisać jakąś książkę, a już o naszym życiu z Maćkiem – wcale. Ja też nie zakładałam, że ta książką powstanie. Beata, kiedy zaczynałyśmy rozmawiać, zostawiła przestrzeń na to, by zobaczyć, co z tych naszych rozmów wyniknie. Spotykałyśmy się przez siedem miesięcy, kilka razy w tygodniu po dwie, trzy godziny. Kiedy skończyłyśmy, pomysł książki nie pojawił się przez jakiś czas i wtedy pomyślałam, że może i dobrze… Stało się jednak inaczej.

Miała Pani potrzebę mówienia o mężu, o waszym wspólnym życiu?

Myślę, że tak. Z czasem w trakcie tych rozmówi z Beatą, łapałam się na tym, że czekam na te spotkania. Zgadzam się z tym, że wspomnienia pozwalają przedłużyć czas obecności bliskiej osoby, której już obok nas nie ma…

Zresztą dwa dni po wiadomości o śmierci Maćka siedzieliśmy nad jego zdjęciami. Chłopcy wysypywali je z szuflad, pudeł, bo jakoś nigdy nie mieliśmy albumów. Te zdjęcia to takie zatrzymane chwile. Poza tym minęły trzy lata i właściwie nie ma dnia, żebyśmy z synami nie rozmawiali o Maćku właściwie jak o obecnej osobie. „A tata to, a tata tamto”.

Można pogodzić się ze stratą?

Myślę, że nie. Ja nie potrafię znaleźć w sobie zgody.

Półtora roku temu mówiła Pani w jednym z wywiadów, że czas nie leczy ran. A teraz, po trzech latach? Coś się zmieniło?

To żaden czas, żeby ukoić ból. Bo to ani mało ani dużo. Nie wiem, myślę, że taki czas nigdy nie przyjdzie.

Mat. prasowe

Mat. prasowe

To może chociaż łagodzi?

Łagodzi? Nie wiem, ja jednak nadal stoję przy swoim zdaniu, że czas, w moim przypadku, nie leczy ran. Zastanawiam się nawet, czy to poczucie braku wraz z upływem czasu się nie nasila, czy ta tęsknota, pustka nie jest odczuwalna jeszcze bardziej, czy nie jest jeszcze bardziej dojmująca.

Przecież bywało tak, że Maćka nie było kilka miesięcy w domu. Więc na początku, przez długi czas było tak, jakby Maciek wyjechał. Tylko tym razem nie wrócił…

Myślę, że z czasem jest trudniej. Co nie znaczy, że nie jestem spokojniejsza. Bardzo dużo dał nam wyjazd pod Broad Peak, by móc się z Maćkiem pożegnać w miejscu, w którym zginął. Codziennie wracam myślami do tamtego miejsca.

A żałoba po stracie? Jak długo może trwać?

Nie miałam momentu takiej całkowitej rozpaczy i wycofania. Nie było też takiego czasu, kiedy bezsilnie opuściłam ręce, i nie miałam siły żyć. Od pierwszego dnia, kiedy dowiedziałam się o śmierci Maćka, nie potrzebowałam pomocy specjalistów. Chyba ważne było to, że się nie odizolowaliśmy od ludzi, że wokół nas było cały czas dużo bliskich nam osób, i nas samych jest dość sporo. Nie potrafię określić czasu trwania żałoby. Ja jestem cały czas w takim wspominaniu Maćka.

W Zakopanym pięć lat temu, by upamiętnić nadanie praw miejskich miastu, powstał festiwal „Inspirowany górami”, podczas którego przedstawiana jest twórczość młodych ludzi. Z Maćkiem od początku byliśmy zaangażowani w jego organizację. Po tragedii pod Broad Peak zwróciłam się z prośbą do władz miasta o to, by festiwal nosił imię Macieja Berbeki. Pasowała mi do Maćka jego formuła. Ponadto festiwal odbywa się corocznie w drugiej połowie października, zawsze w okolicach urodzin Maćka. Bardzo się ucieszyłam, kiedy władze miasta wyraziły zgodę.

Mówiła Pani, że najtrudniejsze dni to te ważne, pierwsze bez męża. Jak jest dzisiaj?

Nadal tak jest. Na początku faktycznie myślałam, że najcięższe dni, to będą pierwsze urodziny pierwsze święta, pierwsza rocznica ślubu, ale nie, każde kolejne bez niego tak samo bolą. Do tego nie można się przyzwyczaić.

Mówi Pani sobie dzisiaj, że „tak miało być”?

Nic sobie nie mówię, nie potrafię tego podsumować, powiedzieć, że tak miało być. Jest we mnie, nie wiem, może niezgoda, choć to za mocne słowo. Może powinno się to podsumować, to co się stało… Ja nie potrafię

Często rozmawia Pani z mężem, przy porannej kawie?

Czy to jest rozmowa? Może tak. Na pewno o nim myślę każdego dnia, codziennie. I zastanawiam się, co on sobie myśli, jak widzi, co się dzieje chociażby wokół książki.

Byłby dumny?

Może. Może tak.

Czego Pani najbardziej brakuje?

Maciek dawał nam poczucie bezpieczeństwa i ten brak jest najbardziej odczuwalny. Myśmy wszyscy wiedzieli, że ostatnie słowo, rada należało do Maćka. W każdym temacie od najbardziej błahych od bardzo ważnych chłopcy mogli się go poradzić. To czasami bywały takie małe rzeczy, ale jego pomoc, wsparcie nawet wtedy były strasznie ważne.

Gdy się pakuję, myślę o tym, że on pewnie inaczej by mnie spakował, doradził, co powinnam wziąć. Maciek na przykład zawsze kontrolował, jak ubieram dzieci, czy nie za ciepło, czy nie za cienko. Był zaangażowany w naszą wspólną codzienność. Tego nam brakuje…

Brzmi jak paradoks: dawał poczucie bezpieczeństwa przy tak niebezpiecznej pasji.

Najstarszy nasz syn powiedział, że nawet, gdy go nie było, my czuliśmy się bezpiecznie i myślę, że ci jego współtowarzysze różnych wypraw też to czuli. Pewnie dlatego z nim wyjeżdżali i wielokrotnie wracali. Zdarzało się, że jeździli po kilkanaście razy z Maćkiem.FB_470x336-2

Widzi go Pani czasami w drzwiach, jak wraca?

Nie, nie widzę. Rzadko mi się śni, moim synom też.

Chciałaby Pani, żeby częściej?

Może…

Mówi się, że dla himalaisty małżeństwo jest jak kula u nogi…

W naszym związku Maciek mógł realizować to wszystko, co chciał. Dzisiaj ja nie chcę go opłakiwać, chcę działać. Dlatego tak się cieszę na ten zakopiański festiwal. Bo on gromadzi wiele młodych ludzi. A Maciek kochał młodych, lubił ich uczyć, chodzić z nimi w góry. Myślę, że to też miało wpływ podczas tej ostatniej wyprawy. Zależało mu na tej trójce młodych ludzi, z którymi był tam, pod Broad Peakiem.


 

Mat. prasowe

Mat. prasowe


Lifestyle

Kosmetyczny powiew wiosny – prezentacja marki Nova Kosmetyki

Redakcja
Redakcja
24 kwietnia 2016
Fot. Materiały prasowe

Nie da się ukryć, że produkty Nova Kosmetyki powstały z wielkiej życiowej pasji  jej twórców i przynoszą autentyczne zadowolenie kobiet z ich stosowania, co przy licznych świadkach  potwierdziły znane z ekranów tv i lubiane Panie, licznie przybyłe na śniadanie prasowe do jednego z warszawskich showroomów: Anna Powierza, Anna Kerth, Anna Samusionek, Małgorzata Pieczyńska, Aleksandra Mikołajczyk, Dorota Czaja, Agata Załęcka, Małgorzata Ohme, Katarzyna Krzeszowska, Miss Polski 2012 – ambasadorka marki. 

Mimo, iż kosmetyków tej marki nie używa, prowadzący Conrado Moreno był znakomicie przygotowany z wiedzy o zasobach produktowych i zadawał fachowe pytania, na które zaproszeni redaktorzy i dziennikarze portali i pism urodowych otrzymali krótkie, ale bardzo fachowe odpowiedzi. Była też okazja do zapoznania się z nowymi produktami, które marka Nova Kosmetyki wprowadziła do znanych i nagradzanych już serii Go Argan i Go Cranberry.

Prawdziwym zaskoczeniem dla gości była premierowa prezentacja nowej linii dla dzieci Mikkolo, której powstanie zostało zainspirowane ( i opracowane graficznie) przez synków właścicieli.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Testowaniu nie było końca, zachwytom także. I dobrze, bo jak mówi przysłowie: „cudze chwalicie, swego nie znacie”, warto pochylić się na rodzimą produkcją, powstałą  wiedzy, doświadczenia i miłości do piękna i zadowolenia kobiet i od wczoraj dzieci. Mężczyźni muszą poczekać na swoją kolej do września, bowiem wtedy marka wprowadzi na rynek serię dla Panów.

www.novakosmetyki.pl

www.facebook.com/novakosmetyki

GALERIA ZDJĘĆ

ANT_6634

Fot. Materiały prasowe

ANT_6657

Fot. Materiały prasowe

ANT_6788

Fot. Materiały prasowe

ANT_6833

Fot. Materiały prasowe

ANT_6864

Fot. Materiały prasowe

ANT_6892

Fot. Materiały prasowe

ANT_6913

Fot. Materiały prasowe

ANT_6918

Fot. Materiały prasowe

ANT_6981

Fot. Materiały prasowe

ANT_7140

Fot. Materiały prasowe

ANT_7155

Fot. Materiały prasowe

ANT_7176

Fot. Materiały prasowe

ANT_7204

Fot. Materiały prasowe

ANT_7403

Fot. Materiały prasowe

ANT_7439

Fot. Materiały prasowe

ANT_7458

Fot. Materiały prasowe

 

 

 


Zobacz także

Prawda czy fałsz? Jak wyglądamy naprawdę, a jak w internecie. Modelka pokazuje swoje prawdziwe zdjęcia

Kilka nieoczywistych powodów, dlaczego nie możesz stracić na wadze

Rozwiązanie konkursu „Zainspiruj się wiosną”