Lifestyle

„Wczoraj chciałam odebrać sobie życie, jutro je komuś uratuję”

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
20 lipca 2016
"Wczoraj chciałam odebrać sobie życie, jutro je komuś uratuję"
Fot. iStock / Enrico Fianchini
 

Samobójstwo, anoreksja, przemoc domowa… Czy dziecko obciążone taką historią może wyjść na prostą i odczarować swoją przeszłość? Nasz bohaterka, która ze względu na rodzinę woli zostać anonimowa, ciągle uważa, że to właśnie dzięki temu, co spotkało ją kilkanaście lat temu, dziś jest tak silna. O swoich przeżyciach opowiada z uśmiechem na twarzy, choć w zielonych oczach czai się gdzieś nutka goryczy i smutku. Rodzice nie dawali jej szansy na normalne życie, ale ona na przekór wszystkim i wszystkiemu jest dzisiaj wzorową studentką ze świetnie zapowiadającą się karierą, a do tego za kilka tygodni uratuje komuś życie.

Wszystko zaczęło się w dniu moich narodzin, to taki symbol wszystkiego co złe dla całej rodziny. Tamtego dnia ojciec pierwszy raz wyjechał w trasę międzynarodową i od tej pory się nad nami znęcał – bił, poniżał, groził śmiercią, a my posłusznie robiliśmy wszystko to, co mówił. Ze strachu, początkowo może nawet słabości… Jakby tego było mało, jako jedyna z rodziny jestem do niego podobna i dlatego matka ciągle powtarzała, że skończę jak on, że każdy kto się ze mną zwiąże, moja rodzina, przyjaciele, będą cierpieć jeszcze bardziej niż my wtedy. Wpojono mi ogromną nienawiść do siebie samej, naprawdę wierzyłam w każde ich słowo; że kłótnie, każde uderzenie jest przeze mnie. No bo jak miałam nie wierzyć? Byłam dzieckiem.

Kiedy teraz myślę sobie o tym wszystkim, co wtedy się działo i słucham wykładów z psychologii o wpływie dzieciństwa na nasze całe życie, myślę sobie, że powinno mnie tu już dawno nie być. Zresztą mało brakowało… W wieku 12 lat chciałam popełnić samobójstwo. Wcale nie dlatego, że nie chciałam żyć – broń Boże! Ja tylko nie chciałam, żeby moi bliscy cierpieli, bo to ja byłam powodem ich wszystkich nieszczęść. Przecież to ja prawie zabiłam brata, a przynajmniej tak wmawiali mi rodzice. Nie, nie naskoczyłam na niego z nożem, ani nie utopiłam w wannie. Zaraził się ode mnie świnką, po której miał zapalenie opon mózgowych. Mama powiedziała, że on umiera przeze mnie, nie tłumacząc o co dokładnie chodzi i dlaczego przez dwa miesiące leżał w szpitalu. W głowie ułożyłam sobie idealny scenariusz.

Samobójstwo było genialnym planem i do tej pory uważam, że była to najlepsza decyzja w moim życiu, bo to ona zaważyła na tym, jak dzisiaj postrzegam samą siebie – po długim czasie zrozumiałam o jak ogromnej sile ta decyzja świadczyła. Nie byłam załamana, nie chciałam uciekać, zupełnie nie. Jako 12-letnie dziecko postanowiłam umrzeć dla mojej rodziny, dla ich szczęścia. Pewnego dnia poszłam do dziadka, żeby, jak przystało na dobrą wnuczkę, zrobić porządek w jego mieszkaniu. Nikogo nie było w domu, więc mogłam spokojnie zażyć wszystkie możliwe tabletki, jakie miał dziadek. Był  80-letnim inwalidą wojennym, łykał tego sporo; narkotyczne, na serce, na sen… Moje życie to jednak mieszanka ironii losu i sarkazmu. Znalazła mnie mama, która przy okazji zakupów chciała wykupić także leki dla dziadka. Musiała wrócić do niego po legitymację inwalidzką. Nie myśl, że to był zwrot w naszych relacjach, o nie! Pierwsze co usłyszałam po wybudzeniu w szpitalu to „znów mamy przez ciebie kłopoty”. Słodko, prawda?

Przełom w moich relacjach z rodziną nie nastąpił, ale ja bardzo się zmieniłam. Zrozumiałam, że ich nieszczęście nie jest moją winą, a cokolwiek bym nie zrobiła, oni będą tak uważać. Wtedy zaczęła się moja największą walka o samą siebie, bo wcześniej walczyłam o miłość rodziny. Robiłam wszystko, żeby mnie zauważyli – od nauki, zajęć dodatkowych, aż po pracę, żeby było im łatwiej. Wtedy też wpadłam w anoreksję. Im mniej mnie było w lustrze, tym lepiej. To śmieszne, ale wyjść z tego bagna pozwoliło mi dopiero zrozumienie tego, co zrobiłam mając dwanaście lat, co chciałam zrobić dla swoich najbliższych. To takie poczucie, że jednak mogę wszystko, że jestem cholernie silna i nikt nie jest w stanie mnie pokonać. Kilka miesięcy temu pierwszy raz, z czystym sumieniem spojrzałam w lustro. Polubiłam siebie.

W szkole zawsze patrzono na mnie jak na silną, przebojową dziewczynę, dążącą do celu. W moim przypadku to chyba kwestia wybuchowej mieszanki. Zawsze byłam szczera, bez obaw wyrażałam swoje zdania, taki typ buntowniczki. Otoczenie widziało wszystkie kłody rzucane mi pod nogi, spora część znajomych dość oględnie znała też moją sytuację domową.

Ja jednak ciągle szłam dalej, niezależnie od wszystkiego. To pewnie jakiś rodzaj uporu, ale nie ślepego. Po prostu, kiedy napotykam przeszkodę (a zazwyczaj z moim szczęściem są to kataklizmy) – nie cofam się. Nie dopuszczam do siebie opcji: poddam się. Nie mówię: „nie poradzę sobie”, tylko: „chyba muszę pokombinować i zrobić trochę inaczej”.Ludzie przeważnie w trudnych momentach załamują się, stają w miejscu lub co gorsze – cofają się i uciekają. A to przecież nie jest wyjście.

Zaczęłam angażować się w różne akcje. W szkołach były debaty, warsztaty, spotkania – uwielbiałam być organizatorką! Mogłam wtedy negatywną energię przekłuć w coś dobrego, czasem nawet bardzo dobrego. Na studiach poznałam dziewczynę, która była oficjalnym ambasadorem DKMS. Dużo rozmawiałyśmy, a mnie w głowie pojawiły się setki pomysłów. Przez trzy lata zrobiłyśmy około pięciu dużych akcji. W jednej mieliśmy najlepsze wyniki w Polsce, co zrekompensowało mi całe cztery dni bez snu. Zawsze uważałam, że należy pomagać innym i sprawiać by byli szczęśliwi. Naprawdę wierzyłam, że nasze akcje i rejestracja potencjalnych dawców ma sens, bo czasami to jedyny sposób żeby komuś uratować życie.

Nie mogłam być gołosłowna. Zarejestrowałam się na drugiej zbiórce dawców, chociaż od samego początku i poznania metod pobrań, czy tego z czym w ogóle wiąże się rak krwi byłam na to zdecydowana. Cztery dni temu dostałam wiadomość, że mam bliźniaka genetycznego, że mogę pomóc. Do teraz na myśl o tym telefonie mam ciarki! To było niesamowite… Nie czułam strachu, ale ogromną radość i spełnienie. Bo jednak te wszystkie organizowane akcje, moja ciężka praca miały sens! Jedyne czego się boję, to że w czasie dokładnych badań okaże się, że nie mogę być dawcą, że nie mogę pomóc…  Ale jestem pełna nadziei i wiary, że będę mogła uratować komuś życie, choć kiedyś sama chciałam je sobie odebrać.

Z wielu rzeczy musiałam zrezygnować. Dzieciństwo nieźle mnie zahartowało. Lubię myśleć, że moja siła bierze się z tego, że nie uciekam i biorę wszystko na klatę. Oczywiście nie dążę do celu z uporem maniaka. Pomimo utraty moich najważniejszych celów idę dalej i okazuje się, że za horyzontem pojawiają się nowe, lepsze drogi. Brat kiedyś mi powiedział, że jestem jak kleszcz -dawno powinnam zginać, a potrafię przeżyć w każdych warunkach. Trafne porównanie! Przez życie trzeba iść z uśmiechem i autoironią, więc ot co, jestem kleszczem!

Wysłuchała: Agnieszka Sierotnik


Lifestyle

Ratunku dwulatek… Nie daj się zwariować! Jak przetrwać rozwojowy boom

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
20 lipca 2016
drugi rok życia dziecka
Fot. iStock / portishead1
 

W karierze każdego rodzica nachodzi TEN moment. Gdy pewnego słonecznego dnia budzisz się, a zamiast słodkiego małego bobasa masz już pełnokrwiste dziecko. Takie dwunożne, z doskonale wybrzmiewającym NIE, gotowym do walki o swoje itd.. Drugi rok życia dziecka, to ten magiczny czas kiedy ONO zmienia się w pełni w NIĄ lub NIEGO z całym dobrodziejstwem inwentarza. I wielu uważa, że to najtrudniejszy fragment drogi przeciętnego rodzica.

I jest w tym dużo racji. Dwulatek to następny level – zupełnie inny. Z przyziemnych problemów „ono nie chce jeść” wchodzimy na pułap „ono nie chce jeść, bo…”; nudne i prostackie dylematy prosto z siatki centylowej zamieniamy na te dotyczące przekonywania, tłumaczenia -a  poziom dyplomacji graniczy często z absurdem. Bo otóż mały „bobas , który nic nie rozumie” przeistacza się w dziecko, które rozumie doskonale – ale nie zamierza z tego skorzystać. Ale nie demonizujmy – to też najpięknieksze chwile, niepowtarzalny i bardzo dynamiczny rozwój dziecka. Te momenty naprawdę cieszą – wystarczy, że nie dasz się zawariować! Jest kilka ważnych „zasad”, żeby te zmiany wyszły wszystkim na dobre.

1. Pożegnaj się z porównywaniem

To nigdy nie była najlepsza droga, ale wcześniej zdecydowanie częściej porównywałeś mimowolnie dziecko z innymi rówieśnikami – które z nich już siada, chodzi, gaworzy… Teraz porównania trafiają na listę absolutnie zakazaną, bo niczego dobrego do waszego życia nie wniosą (ani dla ciebie, ani dla dziecka). Jak nigdy wcześniej – właśnie teraz twoje dziecko będzie bardzo mocno zaznaczać swoją odrębność, kształtować ją powolutku. Nadal będzie związane z tobą niewidzialna nicią – jednak coraz częściej bedzie próbowało, jak daleko ona sięga.

Zacznie mieć swoje małe preferencje i zainteresowania. Zacznie jawnie okazywać swoje niezadowolnenie (ale też i radość).

2. Zacznij widzieć dziecko, jako samodzielnego człowieka

Takiego, który może czegoś nie lubić, może nie mieć na coś ochoty… Takiego, który bedzie rozczarowywał twoje oczekiwania – zupełnie tak samo jak ty – jego.  Jego będą śmieszyć i bawić inne rzeczy niż ciebie. Wiesz to, znasz swoje dziecko najlepiej – ale dopiero teraz zaczniesz je poznawać od nowa.

Fot. iStock / Juanmonino

Fot. iStock / Juanmonino

3. Szukaj informacji w wiarygodnych źródłach

Pamiętaj, że dziecka nie da się ani urodzić, ani wychować od linijki. To człowiek. Na różnych etapach życia – o różnym stopniu samodzielności. I choć każdy z rodziców marzy po cichu, że jego dziecko będzie „grzeczne” i wszystko uda im się wpracować – czasem to się nie udaje. Siegnij po poradniki z solidną podstawą merytoryczną i mądrze wykorzystaj swoją wiedzę. Pamiętacie książki „W oczekiwaniu na dziecko” czy „Pierwszy rok zycia dziecka”? Prawdziwe „biblie” świeżo upieczonych rodziców. Jest i następna część: „Drugi rok życia dziecka” autorstwa Heidi Murkoff i Sharon Mazel. Tam znajdziesz odpowiedź na wiele rodzicielskich dylematów. Od

4. Naucz się wyluzowywać

Wiesz już doskonale, że „dziecko musi już” to i tamto – to relikty przeszłości. Każde dziecko i każda rodzina funckjonuje nieco inaczej. Tak samo jak różnimy sie fizykalnie – i nie wszystkie dzieci muszą mieć określone wymiary – tak samo będzie z mówieniem, rysowaniem etc.. Nie jeden trzy- czy czterolatek jest mocno pokłócony z kredkami – bo zwyczajnie, nie sprawia im to przyjemności, i wcale nie oznacza to że dziecko ma zaburzenia małej motoryki. Na wszystko jest czas. Obserwuj, kontroluj (jeśli coś cię niepokoi, wybierz się do specjalisty – zawsze lepiej pójść niepotrzebnie, dla własnego spokoju), ale nie panikuj. Twój lęk i ciągłe oczekiwania zbudują atmosferę napięcia i stresu – dla wszystkich domowników. A to nie sprzyja nikomu.

5. Postaw na swoją wiedzę, to wam zaoszczędzi wiele stresu

Pierwsza pomoc, podstawowa wiedza o rozowju dziecka  na tym etapie zaoszczędzi wiele niepotrzebnego stresu. Sięgnij do książek, wypytaj pediatrę, zapisz się na kurs udzielania pierwszej pomocy – to wiedza, którą trzeba sobie odświeżać. Gdy poczujesz się pewnie na swoim gruncie, przestaniesz się denerwować większością sytuacji problemowych. To zupełnie jak z mitem o niejadkach – samonakręcające się spirale, a twój dwulatek – choć piekielnie bystry, akurat tego nie potrafi. Nie przestanie nakręcać „sprężynki”, ani testować twojej świętej cierpliwości.

Gdy ty WIESZ, nie musisz się denerwować na zapas czy porywać nieświadomie na walkę z wiatrakami.

I pamiętajcie, żyjemy wciąż zasypywani informacjami, których wiarygodność ciężko jest zweryfikować. Odetchnijcie, wyłączcie internet i idźcie na spacer do księgarni. My polecamy wam lekturę „Drugi rok życia dziecka”, Heidi Murkoff, Sharon Mazel. Właśnie ukazała się zupełnie nowa wersja tego słynnego poradnika.

Całkowicie nowe opracowanie znanego poradnika!
Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Kontynuacja słynnych poradników W oczekiwaniu na dziecko i Pierwszy rok życia dziecka. Skarbnica wiedzy dla matek i ojców. Najpopularniejsza seria poradników dla rodziców

Drugi rok życia dziecka to całkowicie nowe opracowanie znanego poradnika, który dotychczas obejmował drugi i trzeci rok życia. Jednakże czas pomiędzy 12 a 24 miesiącem życia jest szczególnie ważny w rozwoju dziecka i stawia przed rodzicami wiele wyzwań. Dlatego autorki postanowiły poświęcić temu trudnemu, ale i wspaniałemu okresowi odrębną książkę, w której skupiły się na drugim roku życia, ale też nieco wybiegają w przyszłość. Zawarły w niej mnóstwo najnowszych informacji na temat rozwoju dziecka i problemów, przed jakimi mogą stanąć jego rodzice i opiekunowie.

Heidi Murkoff jest autorką światowych bestsellerów na temat ciąży i rodzicielstwa, czyli przede wszystkim W oczekiwaniu na dziecko, Pierwszy rok życia dziecka, Drugi i trzeci rok życia dziecka i Dieta przyszłej matki. Założyła też stronę WhatToExpect.com i Fundację What to Expect. Magazyn „Time” zaliczył ją w 2011 roku do grona 100 najbardziej wpływowych postaci na świecie.
Sharon Mazel to autorka książek, dziennikarka i ekspertka w kwestiach dotyczących ciąży i rodzicielstwa.

Lifestyle

7 dowodów na to, że jesteś szczęściarą, bo twój facet naprawdę cię kocha

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
20 lipca 2016
Fot. iStock/Georgijevic

Tylko jak przekonać się, że facet, który pije z tobą poranną kawę, to ten, który już będzie na zawsze. Ile jesteście lat razem? Krótko? Czy może to związek z wieloletnim stażem, który wiele dobrych i złych rzeczy ma za sobą i ty mimo wszystko patrząc na niego ciągle myślisz: „Kurde, jak ja go kocham”.

Ach gdyby mieć tę pewność. My kobiety potrzebujemy nieustannie dowodów miłości, potwierdzania, że uczucie nie wygasa, że ciągle i ciągle jesteśmy kochane, ważne i atrakcyjne.

Każda z nas oczekuje czegoś innego, jednak jest kilka cech wspólnych dla faceta, który kocha i kochać nie przestanie.

Czy jesteś szczęściarą, bo masz przy sobie faceta, który:

– jest zaangażowany w wasz związek

To nie jest facet, który kwituje twoje zachowanie: „Znowu masz focha?”, „O co ci znowu chodzi?”. Nie udaje, że nic się złego nie dzieje, wręcz przeciwnie – chce zrozumieć, co się stało, chce wiedzieć, z czego wynika twój nastrój. Jasne, że to nie jest łatwe i nie zawsze się udaje, ale masz poczucie, że on nie odpuszcza, nie zamyka się w sobie i nie zamyka się na ciebie.

– nie unika problemów

On nie czeka, aż wybuchniesz, aż jemu się w końcu uleje. Nie zamyka szczelnie swoich negatywnych emocji, wręcz przeciwnie mówi o nich i wysłuchuje tego, co ty masz do powiedzenia. W takim związku nie istnieją „ciche dni”, co najwyżej minuty, w których odliczacie, żeby uspokoić nerwy i móc wtedy porozmawiać dążąc do rozwiązania problemu, a nie jego podsycania. On nie powie tobie: „Przesadzasz”, „Taka głupota cię wkurza?”. Facet, który kocha – szanuje uczucia drugiej osoby, który rozumie, że problemy także określają i definiują waszą relację.

– zwraca uwagę na drobne rzeczy

Pewnie, gdyby był sam, nie przeszkadzałyby my skarpetki w dziennym pokoju, opakowanie po pizzy w kuchni od dwóch dni, klejąca podłoga i brudna kuchenka. Ale on wie, że tobie takie rzeczy przeszkadzają, że cię denerwują i że zależy ci choćby na tym, żeby zamiast opakowania po pizzy w kuchni, w lodówce znajdowały się rzeczy, z których można zrobić zdrowe śniadanie. Dlatego o to dba. Robi zakupy, posprząta, dla niego to jest naturalne. Wiesz co jeszcze robi? Nie włącza w aucie muzyki, której nie lubisz, a której on słucha, gdy jeździ sam. Zobacz, niby nic, a jednak jego miłość składa się z tych małych rzeczy.

– stara się ciebie zrozumieć

Nie mówi, że to fanaberia, że nie potrzebnie coś roztrząsasz, czymś się przejmujesz. Najpierw chce cię zrozumieć, niejako wejść w twoje buty, pyta, rozmawia, słucha. I dopiero wtedy, jako osoba, która jest w stanie spojrzeć obiektywnie na twoje problemy, udzieli ci rady, którą możesz wykorzystać. Wiesz po prostu, że nie zbędzie cię jakimś wyświechtanym komunałem i że na jego próbę zrozumienia sytuacji możesz liczyć.

– chce, żebyś dobrze się przy nim czuła

To ten facet, który nawet jak wiesz, że źle wyglądasz powie ci taki komplement, że znowu poczujesz się piękna. On nie zatrzymuje wszystkich dobrych rzeczy, których o tobie myśli dla siebie. Bo co z tego, że one są w jego głowie. Wie, że kobieta, którą kocha potrzebuje słów, które będą jej nieustannie przypominać, że jest dla niego wyjątkowa.

– wiele rzeczy obraca w żart

To nie znaczy, że cię lekceważy. Wie, że każde z was popełnia błędy, że czasami powie coś, czego zupełnie nie chciało. Nie robi problemów z jakiś małych rzeczy, wręcz przeciwnie – śmieje się z nich mówiąc chociażby: „No jeszcze tego brakowało, żebyśmy się o to pokłócili”. I choć możesz być przez moment na niego wkurzona, to jednak za chwilę oboje się śmiejecie z całej sytuacji.

– wie, kiedy powinien być  poważny

To, że dużo się śmiejecie, nie sprawia, że on traci granicę, kiedy naprawdę cię zrani. Nie mówi: „Oj tylko żartowałem”, kiedy widzi, że ciebie naprawdę czymś dotknął. Umie przeprosić, umie przyznać się do błędu. Nie zostawia ciebie ze złymi emocjami, z poczuciem krzywdy i bólu, tylko chce to naprawić, porozmawiać o tym. Trudno żyć razem w całkowitej sielance. Wiadomo, że takie sytuacje też się zdarzają, ale on wie, kiedy przesadził, kiedy powiedział o jedno słowo za dużo. I stara się nie skrzywdzić już ciebie w ten sposób szanując twoje uczucia.

To nie jest obraz idealnego faceta – wiemy, że takich nie ma. To dowody na to, że on kocha, tak naprawdę i głęboko, że jesteś ważna w jego życiu i traktuje cię jak jego nieodłączną część. Warto o tym pamiętać, by wiedzieć, jakie to szczęście, mieć obok siebie tak kochającego faceta.


Zobacz także

7 sposobów na domowy relaks! Nie ma lepszego momentu na odprężenie niż środek tygodnia! Akcja #rodzINKA. Tydzień III, wyzwanie 18

Gdy ktoś flirtuje lub uwodzi twojego partnera. O przebaczaniu i radzeniu sobie z emocjami

Jeśli kobiety do szczęścia potrzebują zakupów, to ja jestem w tej części, która dodaje – zakupów w lumpeksach. Kocham