Lifestyle Psychologia Uroda

Świat zwariował: jeśli „nie zrobisz oka” nie wyjdziesz z domu

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 czerwca 2016
Fot. Screen z Instagram / Alicia Keys
 

Pod warzywniakiem na rogu spotkałam dziś moją sąsiadkę. Poznałam ją w zasadzie tylko po psie, który sterczał dość smętnie na samym końcu bardzo długiej smyczy. Sama sąsiadka była powiem nie do poznania: na głowie kaptur, czoło zasłonięte wielką grzywą, a na nosie wielkie ciemne okulary, choć słońca ani widu. Prawie po omacku wybierała pomidory malinowe i dwa banany.  

– Zapalenie spojówek? – pytam życzliwie i współczująco zarazem. – Nie – odpowiada mi wściekły głos. – Nie umalowałam się… Prosta i jednak dość oczywista odpowiedz zbija mnie z nóg. Zaraz, zaraz… Gorączkowo, ale najdyskretniej jak się da wkładam sobie palec w oko. Czy ja maznęłam rano tuszem rzęsy? Aj, nie! Wchodzę szybko do pachnącej koperkiem i bobem budki, żeby zapłacić za trzy ogórki gruntowe i mimochodem przeglądam się w szybie chłodziarki. Moja twarz na tle jogurtów owocowych i innych produktów mlecznych nie wygląda jakoś specjalnie tragicznie… Skąd więc ta nagła panika?

Wracam do domu i wchodzę do łazienki, staję przed lustrem. Dobrze znam ten widok, patrzę na siebie, nieumalowaną, „naturalną”. Moje odbicie, ten obraz różni się znacznie od zdjęć gwiazd i celebrytek publikujących swoje zdjęcia na portalach społecznościowych i przekonujących, że występują na nich zupełnie „saute”. Nawet jeśli rzeczywiście nie kapie z nich podkład i tusz do rzęs, to ich pozy, miny tylko naśladują naturalność i luz. W rzeczywistości to kolejny „fake”.  Ale kilka dni temu wpadł mi w oko artykuł dotyczący piosenkarki Alicii Keys. Alicia zapoczątkowała właśnie  ruch #NoMakeUp, który namawia kobiety do bycia naturalnymi. W założeniu sprzeciwia się narzucanym nam trendom, dążeniu do coraz bardziej wyśrubowanych ideałów.

Patrzyłam sobie na zdjęcia Alicii: przedstawiały normalną, sympatyczną, piegowatą dziewczynę. Myślałam sobie wtedy, że ta normalna, fajna dziewczyna stała się mi jeszcze bliższa niż wtedy, kiedy słucham jej emocjonalnych piosenek. W otwartym liście piosenkarka napisała: „Mamy prawo do powiedzenia NIE”. W natłoku codziennych spraw, kobiety, które łączą na raz wiele życiowych ról – realizują się zawodowo, wychowują dzieci, są przykładnymi żonami, mają prawo do przystopowania jeśli tego potrzebują. Mają prawo zatrzymać się na chwilę i przestać uszczęśliwiać wszystkich dookoła i zastanowić się czy tak na prawdę same są szczęśliwe.”

Jak tu jej nie kochać, jak się z nią nie zgodzić? Jak dalece zwariował świat, skoro moja, bardzo piękna i młoda sąsiadka, chowa się przed nim za kapturem i wielkimi okularami, wychodząc po dwa pomidory malinowe? Pal licho sąsiadkę! Moja reakcja też nie była lepsza. Spanikowałam. Co właściwie zmieniłoby się, gdybym tego dnia umalowała rzęsy? Za ogórki zapłacić i tak trzeba…  

Nie taki przykład chciałabym dać mojej córce, która w swoim pamiętniku ciągle jeszcze rysuje nieskazitelnie piękne i uśmiechnięte królewny z niesamowicie długimi rzęsami. Chciałabym jej powiedzieć kiedy trochę podrośnie, że naturalny wygląd jest naprawdę fajny, bo:

Świadczy o tym, że akceptujesz siebie taką, jaką jesteś

Z wystającymi (lub nie) kośćmi policzkowymi, z tymi fajnymi piegami na nosie i nawet „poduszeczkami” pod oczami. Z naturalnym, jasnym kolorem rzęs, gęstych, ale nie tak długich jak u pani w reklamie tuszu, „którego jesteś warta”. Masz do siebie dystans, nie czujesz presji idealnego wyglądu.

To prawdziwa Ty

Taka jaką widzisz się ty sama co rano i wieczorem, kiedy idziesz spać. Ta autentyczność to w dzisiejszym świecie, pełnym sztucznych uśmiechów, sztucznych piersi i nienaturalnych kształtów prawdziwa perełka.

Uczy cię pewności siebie wynikającej z tego, jaka jesteś, a nie jak wyglądasz

Dla ciebie naprawdę liczy się wnętrze i łatwiej ci także docenić to wnętrze u innych. To coś, co jest twoją siłą napędową, co pomoże ci zmagać się ze swoimi słabościami i być dumną ze swoich sukcesów i zalet.

Makijaż to fajna rzecz: możesz go zrobić, albo nie i naprawdę niewiele się zmieni. Wybór należy do ciebie.


Lifestyle Psychologia Uroda

Mężczyźni naszych matek…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
9 czerwca 2016
Fot. iStock / Geber86
 

W szkole miałam takiego kolegę: miły, inteligentny wysoki, kulturalny i przystojny. Ideał. Zdaniem naszych mam, oczywiście, bo my – dziewczyny – uważałyśmy go wówczas za straszliwego nudziarza. Lubiłyśmy go co prawda, ale żeby się z nim umówić do kina, czy na spacer?! Tylko na zasadach koleżeńskich, żadnych tam maślanych oczu i broń Boże żeby przyniósł którejś kwiatki!

W klasie panowała wówczas moda na wzdychanie do drobnego, eterycznego blondynka W., (dziś zachodzę w głowie na czym polegał ten fenomen, zwłaszcza odkąd na jakimś portalu społecznościowym zobaczyłam go jako łysego pulpeta z tym samym antypatycznym i postmodernistycznym wyrazem twarzy), który od czasu do czasu jedynie zaszczycał którąś z nas odrobiną zainteresowania. Trudno mi powiedzieć, czy to ten jego przerośnięty trzeci migdał i wiecznie lekko uchylone usta tak działały na nasze młodzieńcze, dziewczęce serca, czy raczej owa legendarna już niedostępność.

I ja również podkochiwałam się w nim jako nastolatka, a kiedy przypadkiem padało z moich ust  kilka słów niekłamanego podziwu dla jego romantycznie posępnej i dekadenckiej osobowości (dziś nazwałabym go zblazowanym małolatem), moja mama kwitowała to zawsze jednakowo: „Matko Boska, czy wyście wszystkie powariowały?! To przecież beznadziejny typ. Ja to lubię tego twojego kolegę z klasy, co gra na fortepianie. A wiesz, że dzwonił wczoraj do ciebie?…”. Wołałam wówczas nie wiedzieć. W szkole okazywało się, że pozostałe koleżanki miewały ze swoimi mamami podobnie.

Uwielbienie naszych mam dla owego muzykującego kolegi umiałyśmy umiejętnie wykorzystać… Umawiając się na spacer po lekcjach z W. lub – nie daj Boże – jakimś znajomym licealistą na widok którego szybciej biło nam serce, wystarczyło skłamać bezwstydnie rodzicom, że umówiłyśmy się właśnie z pianistą z klasy. Mamy nie miały obiekcji – przy pianiście, kulturalnym, wysokim i łagodnym, byłyśmy bezpieczne i „zaopiekowane”. Mamy jemu UFAŁY.  W rekordowy letni wieczór, dwie z nas były zatem z nim w kinie, dwie w parku, a trzy w Filharmonii Narodowej. W tym samym czasie, oczywiście.

Szperając ostatnio w pudełku ze zdjęciami mojej mamy, zobaczyłam fotografię przedstawiającą ją jako roześmianą i bardzo młodą dziewczynę w kostiumie kąpielowym na jakiejś nadbałtyckiej plaży. Oprócz mamy, na zdjęciu było jeszcze kilkoro innych młodych ludzi. – To Baśka, wyjechała do Niemiec tuż przed Stanem Wojennym. A to Lidka, muszę się do niej odezwać, też jest już babcią! – objaśniła mi mama. – A to? – spytałam wskazując na chłopaka, który nie pasował mi do reszty tego towarzystwa. Był bardzo wysoki i umięśniony, miał gęste, ciemne włosy i bardzo gęstą brodę. Patrzył w obiektyw aparatu bardzo pochmurnym, ale przyznam intrygującym spojrzeniem. No i na pewno nie był moim ojcem, choć na fotografii obejmował moją mamę w pół…

–  E…–  rozmarzyła się moja mama. – To Zbyszek. Wszystkie się w nim kochałyśmy. Był bardzo przystojny, kawał mężczyzny, popatrz tylko.

– Chodziłaś z nim? – spytałam szybko, próbując wyobrazić sobie moją mamę z jakimś innym facetem niż mój tata. Zrobiło mi się dziwnie niewyraźnie. I ten Zbyszek jakiś taki, obrażony, „nadmuchany”. Dziwny. – No, tak jakby – mama zrobiła dokładnie taką samą minę, jak moja córka przyłapana na wyjadaniu ponad przydziałowej ilości żelków. – Wiesz, on był taki niedostępny. W sumie każdej dawał nadzieję, ale o żadnej nie powiedział nigdy „moja dziewczyna”. Ale przystojny, co?

Przyjrzałam się bliżej Zbyszkowi. Jego amatorska uroda nie przekonywała mnie zupełnie. Może jakby go ogolić, ostrzyc jakoś? – Czy ja wiem – powiedziałam więc ostrożnie, nie chcąc zranić matczynych uczuć. Z opresji wyrwała mnie moja córka, siadając między nami i oświadczając: „Kostek się we mnie kocha.”.

– Kostek? – uśmiechnęłam się mimowolnie na wspomnienie miłego i kulturalnego dziewięciolatka o długich rzęsach i spokojnym usposobieniu. – Oj, mamo, ale on mi chce plecak ciągle nosić… I lekcje razem odrabiać… – To źle? – spytałam zdziwiona, zastanawiając się jakie też wymagania dotyczące rycerskich zachowań mogą mieć dzisiejsze trzecioklasistki. – No, ja wolę sama. A, wiesz, Piotrek powiedział, że może zaprosi mnie albo Kasię na mecz, żebyśmy mogły oglądać jak strzela gole i trzymać mu wodę… Poprawiałam mu dzisiaj zadanie w zeszycie.  To lecę pouczyć się wiersza – powiedziała moja córka i zniknęła w swoim pokoju. Spojrzałyśmy na siebie z moją mamą, a potem w milczeniu poskładałyśmy stare fotografie do tekturowego pudełka w gwiazdki. Niedostępność jak widać, nadal jest w cenie.

P.S. Wczoraj mój wysoki i „nudny” kolega z klasy pojawił się w moim życiu ponownie. A raczej pojawił się na ekranie komputera, wysyłając mi zaproszenie na popularnym portalu społecznościowym. I powiem wam jedno: czasem warto posłuchać mamy. 😉


Lifestyle Psychologia Uroda

Aż dziwne, że sama jeszcze nie skorzystałam ze swoich rad, takie są wspaniałe. Jeden dzień z życia matki

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
3 czerwca 2016
5 zaskakujących rzeczy, które mogą obniżyć twoją inteligencję
Fot. iStock / ArtMarie

Kiedy w piątkowy poranek dzwoni budzik, ostatkiem silnej woli zrywam się z łóżka. Dla matki, żony i dziennikarki z aspiracjami na „pracownika miesiąca”,  koniec tygodnia to tylko – i nie zawsze – koniec tygodnia w pracy, bo przecież dom, kot i wychowywanie dzieci weekendów nie uznają. Taka kolej rzeczy, tak się życie układa, kiedy masz rodzinę i próbujesz być dla nich, a chwilami także jeszcze dla siebie. Przynajmniej tak by wynikało ze wszystkich porad, których moim czytelniczkom zdarzyło mi się udzielać…

Hmmm. No właśnie, w tym momencie dociera do mnie, że mam najlepszą pracę na świecie. Piszę bardzo mądrze i zachęcam do pracy nad sobą, nad emocjami, do zadbania o siebie. Przekonuję, że życie może być po prostu lepsze, a wszystko zależy od odpowiedniego nastawienia. Aż dziwne, że sama jeszcze nie skorzystałam ze swoich rad, takie są wspaniałe. Po omacku prawie siadam do komputera. Otwieram pierwszy z brzegu, napisany przeze mnie artykuł. To będzie coś o opanowywaniu stresu, w pięciu punktach. Wydaje się być w sam raz: jest piątek, nie będę się za bardzo stresować, z resztą czym, w ten akurat dzień tygodnia, zwłaszcza kiedy mąż w delegacji.

Jejku, jak ja to ładnie napisałam, jak to zgrabnie wyszło. Wszystko prosto, jasno, można czerpać garściami i to – od ręki. Wydrukuje sobie tylko i gotowe. A więc dziś – dzień eksperymentalny. Zastosuję zasady, które od miesięcy wpajam setkom innych kobiet, które skusi piękna ilustracja i chwytliwy tytuł moich artykułów.

Punkt pierwszy: Nie wierz w złośliwość rzeczy martwych – świat jest ci przyjacielem

Tanecznym, nieco uroczystym krokiem wchodzę do kuchni. Wpływam właściwie, bo okazuje się, że kot przewrócił w nocy niedokręcona butelkę z wodą. Ale nic, nie będę się przecież przejmować taką drobnostką. To się przecież może zdarzyć. Mop, gdzie jest mop? Energicznie przecieram kuchenne kafelki. Zbyt energicznie. Dolna cześć mopa odpada, lądując pod szafką. Nic to, dziś dzień bez stresu! Szybko chwytam ręcznik papierowy. Trzeba było w ogóle tak od razu. I poranna gimnastyka przy okazji zaliczona. Wrzucam kapsułkę z kawą do ekspresu. Zaraz napiję się pysznej, aromatycznej latte. Zaraz. Za troszkę dłuższy raz. Chyba. Albo wcale. Super sprzęt zawodzi, kolejny raz od początku roku. Przyciskam święcący guziczek nieco mocniej, bardziej znacząco. Po kilku minutach zaklęć i gróźb do kubeczka spływa brązowa, dziwna maź, przywołująca skojarzenia z krowim plackiem na łące. Ale za to na zielonej i pachnącej.

Punkt drugi: Uśmiechaj się, uśmiech koi nerwy i zjednuje serca innych ludzi

Otwieram drzwi do pokoju córki i podchodzę do łóżka. – Kochanie – mówię radośnie – pora wstawać, idziemy do szkoły. Zaspane oczy patrzą na mój uśmiech krytycznie. Z czego tu się śmiać, kiedy mały, zmęczony tygodniem ciężkiej pracy w szkole człowiek najwyraźniej nie ma dziś ochoty na współpracę. – Nie śmiej się tak dziwnie – słyszę. – Ale ja uśmiecham się do ciebie – przekonuję chyba niezbyt przekonująco, bo dziecko odwraca się do mnie tyłem i zakrywa kołdrą po uszy. – Uśmiechnij się – mówię jeszcze – zobaczysz, będzie ci o wiele łatwiej zacząć dzień. – Mamo. Jestem zmęczona – słyszę spod kołdry, obrażony i bardzo pewny siebie głosik. – Kochanie – uśmiecham się już lekko nerwowo – Jeśli nie wstaniesz w ciągu najbliższych pięciu minut, spóźnisz się do szkoły. – No to, co? Jak zaspałaś ostatnio to napisałaś mi w dzienniczku, że bolał mnie brzuch i dlatego się spóźniłam, to teraz też możesz tak napisać. – Wstawaj w tej chwili – mówię zdecydowanym tonem, przez zęby. To przez uśmiech, który jakoś nie może mi się odkleić od twarzy.

„Mama!” – słyszę ryk mojego syna z drugiego pokoju – Już wstałem. Gdzie moje auto?!”. Uśmiech synku, uśmiech. Uśmiech zjednuje ludzi.

Punkt trzeci: Traktuj innych tak, jak sama chciałabyś być traktowana

Kiedy jakimś cudem, o godzinie 7:40 udaje mi się zapakować mało uśmiechniętą, ale bardzo bliską mojemu sercu dwójkę młodych ludzi do samochodu, nic już nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Jest piątek, mam dobre nastawienie, stosuje najlepsze na świecie zasady. Z tym optymistycznym założeniem wyjeżdżam z parkingu. Wyjeżdżam i trafiam w sam środek stada wygłodniałych rekinów. W większości samców. Może nie jestem mistrzem kierownicy, ale to nie znaczy, że trzeba mi zaraz kręcić na głowie kółko, wykrzykiwać dziwne wyrazy i zajeżdżać drogę.  „Traktuj innych, traktuj innych… – jak to było? – kołacze  mi się gdzieś w głębi. Więc znowu uśmiecham się przepraszająco, biję brawo panu (spojrzał się dziwnie), który zatrzymuje się na pasach zgodnie z przepisami, a nie pędzi na oślep do przodu, bo „tu nie ma świateł”.

Kiedy jednak jakiś łysy facet w czarnym, wielkim BMW stuka mi znacząco w głowę, bo zablokowałam mu pas do skrętu (przecież tylko na chwilę), nie wytrzymuję. Najdyskretniej jak się da (dzieci!) wywalam język w jego stronę. I …nie uwierzycie. Facet stosuje punkt drugi. Uśmiech. Czyli coś tu jednak działa. Tylko tak jakoś dziwnie, na odwrót.

Punkt czwarty: Zadzwoń do przyjaciółki, porozmawiaj o czymś przyjemnym, odwróć uwagę od sytuacji stresowej

Kiedy dzieci trafiają do odpowiednich placówek (starsze do szkoły, młodsze do przedszkola, a nie na odwrót, jak to się zdarzyło jednemu tacie), a ja mam za sobą rozmowę z wychowawczynią i innymi rodzicami („Teraz rozmawiamy o emocjach z dziećmi, więc proszę się w domu hamować, a jeśli państwo nie z tych, co potrafią się zachować, to na zebraniu będzie pogadanka o agresji, można się czegoś nauczyć”), wybieram numer do A. Odbiera, nie od razu, po kilku sygnałach i krzyczy do słuchawki: Cholera jasna, nie mogę teraz, jakiś pacan specjalnie zajechał mi drogę, bo mu podobno coś przyblokowałam!

Do biura dojeżdżam spocona, zmęczona. Jeszcze nie mam pomysłu jakie tematy zgłoszę na dzisiejszym kolegium, ale jedno jest pewne: to nie będzie poradnik. Idąc do kuchni po pierwszą poranną kawę, w zębach trzymam pomiętą kartkę z moim artykułem. Punkt piąty, lekko rozmyty, jest jeszcze ciągle widoczny: Podejdź do wszystkich niefortunnych zdarzeń z humorem. Wylewając więc ulubione latte na jasne, letnie spodnie śmieję się do łez, z tego jaka ze mnie gapa. Ubaw po pachy. Jak to dobrze, że mam przy sobie takie świetne porady.