Pielęgnacja Uroda

Masaż kobido – efekt liftingu twarzy bez użycia skalpela. Co warto o nim wiedzieć?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
18 października 2021
Masaż kobido
Fot. iStock
 

Masaż kobido to wyjątkowo intensywny masaż twarzy, który zyskał  w ostatnim czasie na popularności wśród kobiet. Nazywany przez zwolenników liftingiem bez skalpela, masaż kobido intensywnie wpływa na stan skóry i mięśni twarzy. Na czym polega jego działanie i kto może skorzystać z jego zalet?

Czym jest masaż kobido?

Masaż Kobido to głęboki masaż wywodzący się z tradycji Dalekiego Wschodu. Dzieli się na etapy, które należy przeprowadzić w ustalonej kolejności: masaż rozluźniający, relaks, drenaż limfatyczny, lifting oraz akupresura. Masaż ma na celu pobudzenie różnych obszarów na twarzy. Ruchy wykonywane przez osobę wykonującej masaż powinny być zarówno powolne, aby masaż relaksował masowaną osobę, oraz intensywne, szybkie jak i zdecydowane, aby pobudzić skórę do odbudowy, by uzyskać efektu liftingu. Na początku poszczególne ruchy mogą być odczuwane jako powodujące dyskomfort, ze względu na intensywność. Należy jednak pamiętać, że masaż Kobido jest bezpieczny, a jego dodatkową zaletą jest to, że jest on bezinwazyjny, ale skuteczny. Masaż z wykorzystaniem technik liftingujących można wykonać także na szyi lub dekolcie.

Masaż kobido

Fot. iStock/Masaż kobido

Już pierwsza sesja masażu Kobido przynosi wyczuwalne efekty, ale by utrzymywały się one dłużej i były bardziej widoczne, warto powtarzać zabiegi. Dla pełni efektu zaleca się 12 sesji masażu, po 2 sesje w tygodniu. Po tym warto raz na jakiś czas poddać się kolejnym masażom dla podtrzymania osiągniętego efektu.

Komu polecany jest ten rodzaj masażu?

Masaż Kobido jest naturalnym i nieinwazyjnym rozwiązaniem dla pań, które chcą zachować młody wygląd bez ingerencji chirurga lub inwazyjnych zabiegów kosmetycznych. Jednymi ze wskazań jest ujędrnienie skóry wiotkiej, dojrzałej. Masaż Kobido można także wykorzystać do relaksacji po ciężkim dniu, oraz dla rozluźnienia spiętych mięśni karku i głowy.

Jak przebiega masaż Kobido?

Masaż Kobido składa się z kilku etapów: masaż głęboki, relaks, drenaż limfatyczny, lifting oraz akupresura. Pierwszy etap, masaż tkanek głębokich, powinien złagodzić nadmierne napięcie mięśni twarzy, co przekłada się na spłycenie niewielkich zmarszczek mimicznych. Zazwyczaj ten etap wykonywany jest bez użycia olejku lub innych specyfików.

Następnie stosuje się relaksacja, która pozwala poprawić krążenie krwi w skórze, co wpływa na lepsze odżywienie i dotlenienie tkanek. Dzięki temu skóra twarzy zyskuje lepszy koloryt. Skóra, przez zwiększony przepływ krwi, ujędrnia się i napina. Kolejno stosowany jest drenaż limfatyczny, dzięki szybkim ruchom ręką uprawiany jest przepływ limfy, co zmniejsza opuchliznę i cienie pod oczami. Osoba wykonująca masaż przechodzi dalej do masażu liftingującego, który jest najbardziej intensywną częścią masażu Kobido. W tej części skóra jest dość intensywnie podbierana, pociągana, ugniatana czy podszczypywana, co może powodować nieco nieprzyjemne odczucia, choć to zależy od wrażliwości danej osoby. Ta najbardziej intensywna część masażu Kobido ma  poprawić owal twarzy, zadziałać jak zabiegi medycyny estetycznej. Na sam koniec stosuje się technikę akupresury, aby mocniej stymulować pracę poszczególnych mięśni, łagodzić ból, oraz pobudzać do pracy narządy wewnętrzne.

Masaż kobido

Fot. iStock

Masaż kobido — za co warto go docenić?

Masaż Kobido jest chwalony za zauważalny wpływa na kondycję skóry. Po jego regularnym stosowaniu można zauważyć wiele pozytywnych zmian:

  • zmniejsza napięcie mięśni, wpływa na ich rozluźnienie. Dochodzi do pobudzenia pracy nerwów, skóry i mięśni;
  • skóra staje się lepiej dotleniona i odżywiona, co wpływa na jej zdrowszy i świeższy wygląd;
  • ze skóry uwalniane są toksyny, co wpływa na jej szybsze oczyszczenie;
  • następuje pobudzenie produkcji kolagenu i elastyny, dzięki którym skóra unosi się i zachowuje młodzieńczy wygląd. Poprawie ulega kontur twarzy, policzki się podnoszą. Dochodzi ido spłycenia zmarszczek oraz bruzd nosowo-wargowych. Właśnie dzięki temu mówi się w przypadku masażu Kobido o bezinwazyjnym liftingu;
  • dochodzi do zmniejszenia opuchlizny oraz spłycenia worków pod oczami;
  • dochodzi do redukcji stresu — osoba masowana może się w pełni zrelaksować, co przekłada się na lepsze samopoczucie;
  • następuje złagodzenie konsekwencji bruksizmu i zmniejsza sztywność mięśni twarzy;
  • rozluźnienie mięśni karku i szyjnych podczas masażu Kobido pozwala pozbyć się  dokuczliwych napięciowych bólów głowy.
Masaż kobido

Fot. iStock/Masaż kobido

Przeciwwskazania dla wykonania masażu Kobido

Bez wątpienia masaż Kobido ma wiele zalet dla kondycji skóry, wyglądu twarzy i ogólnego samopoczucia. Jednak nie każdy może sobie pozwolić na taki rodzaj masażu. Istnieją przeciwwskazania takie jak:

  • podwyższona temperatura ciała;
  • stany zapalne skóry;
  • otwarte rany i otarcia;
  • nieleczone nadciśnienie tętnicze.

Ważne jest również, by zachować odpowiedni ostęp między innymi zabiegami kosmetycznymi, a wykonaniem masażu Kobido. M.in.: po zabiegu wstrzyknięcia botoksu trzeba odczekać 2 tygodnie, a nawet pół roku należy odczekać zabiegu założenia nici liftingujących.


źródło:  www.medonet.pl 

Pielęgnacja Uroda

„Miałam odwagę powiedzieć publicznie, że nasze ciała nadal domagają się przytulania i aktów intymnych”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
18 października 2021
 

– To, że mogę z Gerdziem dzielić czas, emocje, przeżycia, śniadania i kolacje jest po prostu wspaniałe. Kochanie to nie tylko są pieszczoty i przytulanie, ale przede wszystkim – dawanie siebie drugiej osobie. Jeżeli się kogoś kocha takim, jakim on jest i to uczucie jest głębokie, wtedy z ogromną radością dajemy siebie w postaci bycia gotowym na dobre i na złe. Bo w końcu życie czasami płata nam figle, ono nie składa się z samych przyjemności – mówi Iwona Mazurkiewicz, znana z show TVP „Sanatorium miłości. Z nami bez pruderii rozmawia o seksie, menopauzie i miłości w dojrzałym wieku. 

Iwona i Gerard Makosz (81) to jedyna para, która poznała się dzięki programowi „Sanatorium miłości”, cały czas jest razem i planuje wspólną przyszłość. Niedawno Gerard poprosił Iwonę o rękę. Planują ślub.

 

Jak odważyć się kochać w dojrzałym wieku?

– Myślę, że każdy wiek jest dobry na zakochanie się. Bycie samemu jest dziś chorobą cywilizacyjną.

Pani udało się zakochać tuż po „60”! Zaufała pani na nowo mężczyźnie, mimo że miała pani za sobą wiele bardzo trudnych doświadczeń.

– Przeżyłam rozwód i to było dla mnie pierwsze traumatyczne doświadczenie, bo wtedy uważałam, że wychodzę tylko raz w życiu za mąż i to ma być „na dobre i na złe”. Ale tak się niestety nie stało. Natomiast kolejne trudne życiowe doświadczenie to była śmierć dziecka, a potem drugiego męża, więc jeszcze inaczej od tego momentu zaczęłam postrzegać tęsknotę do drugiego człowieka. Musiałam to przerobić, by móc otworzyć się znowu na ludzi. Przyznam, że wtedy długo towarzyszył mi brak zaufania do losu. Bałam się kolejnej traumy. Tym bardziej, że straciłam też dziecko, a to było najtrudniejsze pożegnanie, które na zawsze pozostawiło ból i smutek w sercu.

Jak po takich traumach udało się pani pozbierać?

– Do dziś jest trauma, bo nie lubię chodzić na cmentarz. Kiedy stamtąd wracam do domu, to wspomnienia otwierają ranę w sercu i wszystko powraca. Ja kiedyś nie potrafiłam rozmawiać z ludźmi, żeby nie zakończyć opowieścią o tym, jak strasznie tęsknię za moimi bliskimi. I zauważyłam, że ludzie nie chcą tego słuchać. Moje przeżycia były bardzo okrutne, wylałam bardzo dużo łez. Ale dziś cieszę się, że nadal jestem pogodna i potrafię się śmiać. Jeszcze inni mówią mi, że czerpią ode mnie energię.

Myślę, że trzeba nauczyć się zaakceptować swój los i z tym jakoś żyć. Bo ja już czasu ani zdarzeń nie cofnę. Moje motto życiowe to: „Żyć tu i teraz, cieszyć się wszystkim, co piękne wokół mnie”. Przecież życie ucieka z dnia na dzień. Tylko że ludzie gorzknieją po takich doświadczeniach!

Jak pani udało się zachować taką pogodę ducha?

– Przed laty prowadziłam sklep kosmetyczny. Pamiętam, że kiedyś do niego weszła kobieta, która straciła mamę i zachowywała się jak osoba w jakieś chorobie psychicznej. Krzyczała: „Gdzie jest moja mamusia?!” Mam dziś ciarki, jak to pani opowiadam. Wtedy wystraszyłam się. Pomyślałam sobie, że po śmierci dziecka i męża muszę sobie sama jakoś poradzić, bo jak tego nie zrobię, to mogę skończyć jak ta szalona kobieta w moim sklepie. Jeśli nadal będę płakać i obarczać swoimi kłopotami inne osoby, to dobrze się to nie skończy.

Ma pani całkowitą słuszność!

– Zdałam sobie sprawę, że to jest moje osobiste przeżycie! Dlatego sama muszę się z tym wszystkim uporać. Widzowie programu „Sanatorium miłości” często dziś do mnie piszą, lubią się o coś poradzić. Ja wtedy czuję się potrzebna. Wolę dawać ludziom dobrą energię, niż siedzieć do końca życia i płakać.

Jakim cudem odważyła się pani kolejny raz na miłość?

– Myślę, że u mnie zwyciężyło pragnienie bycia z kimś po prostu. To wzięło górę nad wszystkimi moimi obawami.

Jak pokonać swoje wewnętrzne obawy?

– Ja jestem niepoprawną optymistką, osobą dosyć ufną. Gerard od razu mi się bardzo podobał jako mężczyzna. Lubiłam sposób, w jaki traktuje kobiety – jego dżentelmeństwo, poczucie humoru i to, że lubi tańczyć. Oczywiście potrzebowaliśmy czasu, by sobie zaufać. Gerard wie, że nie zgodziłabym się, by mężczyzna kupił mnie prezentami. Potrzebuję kogoś, komu mogę zaufać. Jeżeli jestem w związku, to oddaję się na maksa i moje oczekiwania też idą w taką stronę.

Wasza miłość z Gerardem jest dla wielu dowodem na to, że można zaufać w dojrzałym wieku. Po prostu warto zaryzykować?

– To, że mogę z Gerdziem dzielić czas, emocje, przeżycia, śniadania i kolacje jest po prostu wspaniałe. Kochanie to nie tylko są pieszczoty i przytulanie, ale przede wszystkim – dawanie siebie drugiej osobie. Jeżeli się kogoś kocha takim, jakim on jest i to uczucie jest głębokie, wtedy z ogromną radością dajemy siebie w postaci bycia gotowym na dobre i na złe. Bo w końcu życie czasami płata nam figle, ono nie składa się z samych przyjemności.

Czy będąc kobietą dojrzałą, łatwiej pani zrozumieć mężczyznę?

– Czasami zadaję sobie pytanie, dlaczego ludzie nie potrafią być dobrzy dla siebie. Skąd się rodzą kłótnie z byle powodu?

A przecież niewiele trzeba, by załagodzić konflikt!

– Kiedyś przeczytałam książkę “Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus”. To jest lektura dla każdego, bo niestety różnimy się i warto rozumieć oczekiwania płci przeciwnej.

Mężczyzna jest istotą, której trzeba wprost powiedzieć: „Proszę, pomóż mi! Czy możesz to dla mnie coś zrobić?” Mężczyzna często nie domyśla się sam. Gerard jest bardzo chętny do pomocy, ale czasami widzę, że nie robi czegoś, co mi wydaje się oczywiste.

Czy to prawda, że się zaręczyliście?

Niby to nic nie zmienia, a jednak jeszcze bardziej czujemy się bliżej ze sobą. Narzeczony, narzeczona – brzmi to dostojniej i poważniej. To jest magia, choć deklarowaliśmy, że papierek nie jest nam do niczego potrzebny. Ale mamy świadomość, że jesteśmy dla siebie.

Wy z Gerardem w wywiadach mówicie, że nawet jak dwa dni jesteście bez siebie, to potwornie tęsknicie.

– Nawet pojawia się taka nuta zazdrości, że nie możemy być razem. My lubimy być razem – wieczorami siedzimy na tarasie, patrzymy w gwiazdy, pijemy lampkę wina. Bardzo mnie irytują hejty, że ja poleciałam na Gerdzia kasę. Tak jakbym dobrej emerytury nie miała. Co za bzdura! Nie przeszkadza nam też różnica wieku. Oboje jesteśmy w super kondycji. Kiedy byliśmy w hotelu, był pierwszy do tego, by zapisać się na tańce. Niejednej młodszej osobie, nawet o dwadzieścia lat, nie chciałoby się tak zaangażować.

Bardzo nas wspiera też córka Gerarda, która jest lekarzem dermatologiem z doktoratem. Podpowiada nam nowinki, jak długo utrzymać się w formie. Mówi mi, że jest spokojniejsza, że u boku jej taty pojawiła się kobieta, na którą on może liczyć. „Tata, poznając ciebie, wygrał milion na loterii”, usłyszałam od Toni.

Dlaczego jeszcze was hejtują?

– Wie pani, my byliśmy hejtowani okrutnie tylko dlatego, że miałam odwagę powiedzieć publicznie, że nasze ciała nadal domagają się przytulania i aktów intymnych. Ludzie nie doceniają, czym dla drugiego człowieka jest możliwość bliskości. Dlaczego w pewnym wieku mamy rezygnować z obdarowywania drugiej osoby tymi pięknymi przeżyciami?

To cudowne, co pani powiedziała!

– My z Gerardem uwielbiamy się przytulać. Jak zasypiamy, to często trzymamy się za rękę.

Hejtowano panią nawet za to, że powiedziała pani, że łagodnie przechodziła menopauzę.

– Moje pokolenie nie ma odwagi rozmawiać o intymności. Pamiętam, że moja mama na przykład nie rozmawiała ze mną o wieku dojrzewania. Natomiast o menopauzie czytałam różne książki. Czasem zdarzyło mi się też porozmawiać o tym z koleżankami. Robiłyśmy to dlatego, że chciałyśmy wymienić się swoimi doświadczeniami z pierwsze ręki. Kobiety przechodzą menopauzę z różną intensywnością.

U mnie odbyło się to w sposób łagodny. Owszem czasem było pocenie się i chwilowe niedyspozycje. Faktycznie zhejtowano mnie za te słowa, bo ktoś napisał: „Tej Iwonce to wszystko się udaje. Nawet menopauzę miała przyjemną! Co ona taka zawsze szczęśliwa?!” Ja faktycznie w menopauzie nie musiałam korzystać ani z plastrów hormonalnych, ani konsultacji lekarza. Poza tym nie lubię narzekać, bo mam z natury takie usposobienie. Są osoby, które wszystko widzą w czarnych kolorach. A ja widzę w różowych! Zawsze powtarzam: „W różowych okularach po prostu łatwiej się żyje!”

Czy miłość w wieku dojrzałym jest inna?

– W wieku senioralnym, po takim ogromnym bagażu doświadczeń, potrzebujemy bardziej miłości zbudowanej na bazie przyjaźni niż erotyki. Bo zaczynają nam towarzyszyć lęki związane ze świadomością, że starzejemy się, że możemy częściej chorować.

Chorowała Pani ciężko, miała guza trzustki. A jednak dziś mam przed sobą niezwykle pogodną osobę.

– Ludzie mówią, że czerpią ode mnie energię, więc ja cieszę się, że udało mi się przejść z taką pogodą ducha. Pamiętam, że jak miałam guza trzustki, a był on wielkości pomarańczy 9 x 8 centymetrów. Pojechałam do profesora do Łodzi razem z moim synem. Lekarz wrzucił do komputera wyniki tomografii i spyta nas: „A gdzie jest chora?” Wtedy się odezwałam: „To ja jestem”. On: „Ale proszę nie żartować”. Dopiero po operacji podszedł do mnie i powiedział: ”Pani Iwono, pierwszy raz w swojej długiej lekarskiej praktyce miałem osobę taką jak pani. To się nie zdarza. Ludzie zwykle lamentują”.

A ja na pewno się martwiłam, ale nie robiłam z tego wielkiej historii. Po prostu podeszłam do tego jak do kolejnego wyzwania. Na spokojnie. Dziś wierzę, że to, co nas spotyka, czemuś jednak służy.

 


Pielęgnacja Uroda

„Dwulatka, którą niosłam przez las, jest w wieku mojego syna”. Reporterka o tym, jak na Podlasiu umierają ludzie

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
16 października 2021
Katarzyna Lazzeri, CNB, TVN24

„Wiedziałam, że w naszych polskich lasach mamy dzisiaj morze Śródziemne. Sytuacja jest o tyle inna, że tu jest dużo zimniej. Natomiast, choć jestem reporterką i biegnąc półtorej godziny przez las, wiedziałam po co biegnę, to i tak ten widok mną wstrząsnął. Nikt chyba nie jest przygotowany na to, żeby w środku Europy, w XXI wieku, trzy godziny drogi od Warszawy, zobaczy leżącą na ziemi kobietę w stanie agonalnym, mężczyznę w ciężkim stanie i dwulatkę bez butów, z lodowatymi i przemoczonymi nogami, bez rękawiczek. Ten moment coś we mnie bezpowrotnie zmienił” mówi Katarzyna Lazzari, reporterka „Czarno na białym”  w TVN24.

O tym miał być reportaż? O tym, jak ludzie tam umierają?

Od dłuższego czasu miałam w sobie dziennikarską potrzebę, żeby zajmować się rzeczami, które z mojej perspektywy są dzisiaj najważniejsze.
Ale pojechałam na Podlasie z niczym, nie znając nikogo, nie mając żadnych kontaktów. Po prostu wspólnie z moim operatorem, Adamem Diehlem, wsiedliśmy do auta. Miałam tylko umówione spotkanie z chłopakiem, który luźno współpracuje z różnymi organizacjami, ale przede wszystkim jest człowiekiem, który mieszka w strefie i na co dzień zajmuje się pomaganiem ludziom, którzy nocują prawie za jego domem, w lasach. Nie obiecał mi wywiadu. Przeciwnie – zapewniał mnie, że się nie nagra. Umówiliśmy się tylko, aby porozmawiać. Dzisiaj na Podlasiu ludzi, którzy pomagają jest niewielu i nie chcą pokazywać swojej twarzy. Jeśli będą na widoku, nie pojadą nawet spokojnie do sklepu po bułki. Być może nie uratują kolejnego dziecka, kobiety, rodziny, bo zawsze będą mieć ogon w postaci straży granicznej. Oni po prostu chcą móc pomagać tym ludziom. Nic więcej.

Co do pomysłu na reportaż, szukałam go. Dzisiaj na granicę jeżdżą wszyscy, każdy chce mieć materiał, ale organizacje są zajęte pomocą. Owszem, gdy ludzie na granicy wykazują chęć kontaktu z mediami, aktywiści to ułatwiają. Dla tych ludzi w lasach ważne jest, żeby mówić o tym, co się dzieje. Wcześniej wielu z nich chciało zostać w Polsce, teraz już nie. Widzą stosunek Polaków do nich, tego nie da się ukryć nawet w koronach drzew. Czasem są kilkanaście razy wypychani, brutalnie traktowani zarówno przez białoruską straż graniczną, jak i naszą – przynajmniej tak wynika z ich świadectw. Kiedy docierają do nich wolontariusze, w przejmujący sposób wręcz błagają, żeby nie wzywać służb. Zdarzają się sytuacje, gdy ci ludzie mają, na przykład, złamaną nogę i aktywiści, którzy nie mają nic wspólnego z medycyną, łączą się z lekarzami przez telefon i nastawiają tym ludziom nogi, żeby mogli iść dalej. A potem zostawiają ich w tym lesie, nie tylko dorosłych, ale też dzieci. Wracają do domu, ale nie potrafią sobie z tym emocjonalnie poradzić. Bo z tymi pozostawianymi osobami często traci się kontakt, mają nagle wyłączone telefony, nikt nie wie, czy się „udało”, czy nie. Wszyscy ludzie, których tam spotkałam, wolontariusze, aktywiści, czy po prostu mieszkańcy Podlasia są w fatalnej kondycji psychicznej. Nie odbyłam ani jednej rozmowy, w której nie byłoby łez.

Jak wyglądały godziny przed tym, zanim dostaliście informacje o dziewczynce i parze w lesie?

Dojechaliśmy do Białegostoku i weszliśmy do knajpy napić się ciepłej herbaty i złapać jakikolwiek zasięg. Na Podlasiu z zasięgiem jest zawsze kłopot, więc żeby dostać wiadomość, musieliśmy znaleźć jakieś miejsce.
Weszliśmy do środka i uderzyło mnie to, że tu się dzieje normalne życie. Ktoś pije wino, śmieje się, ma swój wieczór autorski. I to wszystko godzinę drogi od lasu, gdzie marzną ludzie. Miałam w głowie wiersz Czesława Miłosza „Campo di Fiori”, szczególnie ten fragment o karuzeli. Kojarzy pani?

„Tu na tym właśnie placu
/ Spalono Giordana Bruna/Kat płomień stosu zażegnał/ W kole ciekawej gawiedzi/ A ledwo płomień przygasnął/ Znów pełne były tawerny/Kosze oliwek i cytyn/ Nieśli przekupnie na głowach. Wspomniałem Campo di Fiori/ W Warszawie przy karuzeli, w pogodny wieczór wiosenny/ Przy dźwiękach skocznej muzyki/ Salwy za murem getta/ Głuszyła skoczna muzyka/ I wzlatywały pary/ Wysoko w pogodne drzewo (…)

Ja jednak wtedy myślałem/ O samotności ginących/ O tym, że kiedy Giordano/ Wstępował na rusztowanie/ Nie znalazł w ludzkim języku/ Ani jednego wyrazu/ Aby nim ludzkość pożegnać
Tę ludzkość, która zostaje.”

Taki abstrakt, ludzie umierają z zimna w lasach, a my się bawimy?

Tak, choć w tej knajpie dużo też rozmawiano o uchodźcach. Na scenę wyszedł mężczyzna, który w 1986 roku był w Afganistanie, zadedykował swój utwór wszystkim, którzy znajdują się dziś w pułapce na granicy polsko-białoruskiej, żeby zrobiło im się odrobinę cieplej…
Wtedy pomyślałam, że chciałabym zrobić materiał o Podlasiakach, czyli o ludziach, którzy mieszkają tak blisko granicy życia i śmierci.

Katarzyna Lazzeri, CNB, TVN 24

Ale potem dostała Pani wiadomość od informatora?

O czwartej rano, na jednym z komunikatorów dostałam pinezkę i informację, że w zaznaczonym miejscu jest kobieta w stanie agonalnym z mężczyzną w ciężkim stanie i dwuletnim dzieckiem. Spaliśmy wtedy w hotelu, wiadomość odebrałam o 4.30. To był i tak szarpany sen, cały czas sprawdzałam telefon. Zadzwoniłam do operatora i pięć minut później byliśmy w samochodzie. Przez cały czas nas instruowano, jak mamy dotrzeć do celu, dostaliśmy też kolejną informację, że ludzie z organizacji już tam jadą. Potem kolejną, że szukają we wskazanym miejscu, ale nie znajdują.
Byliśmy jakąś godzinę drogi pieszo od miejsca, w którym trzeba zostawić samochód, bo dalej droga prowadzi przez las. Dwukrotnie zatrzymała nas policja, ostatni raz ostro powiedzieli, że nie możemy dalej jechać, bo to jest trasa prowadząca do strefy. Zostawiliśmy więc samochód kawałek dalej, w krzakach. Zaczęliśmy biec, nie wiem, jak długo biegliśmy, trwało to naprawdę długo. To nie są łatwe tereny, bagniste, biegnie się przez pola kukurydzy, przez które ewidentnie przed nami szły już inne osoby. To był dziwny widok, środek dzikiego lasu, a tu poobgryzane kolby, wydeptane ścieżki, porzucony but, bielizna, kawałek papierka. W pewnym momencie przyszła wiadomość od aktywistów: „Chyba nie zdążyliśmy”, wraz z nią zdjęcie znalezionych, porzuconych ubrań. To mogło świadczyć o tym, że tych ludzi znalazła straż graniczna i znów wypchnęła na Białoruś. Ale biegliśmy dalej, kolejna informacja, kolejna pinezka, że oni jednak są, 600 metrów od pierwotnej lokalizacji. Aktywiści w końcu ich znaleźli.

I potem ten widok. Byli w strasznym stanie. Mężczyzna się trząsł, kobieta wpadała w stany półświadomości. Otwierała oczy, zamykała, oboje prawdopodobnie byli w hipotermii. Choć dziewczynka była bez butów, z przemoczonymi nogami, była w najlepszej formie. Noc spędziła między Syryjczykiem, a nieprzytomną już Syryjką, ogrzali ją własnymi ciałami. Na szczęście miała też ciepłą czapkę.

Ile tam było osób?

Na miejscu, przed nami, było trzech aktywistów. Potem dotarliśmy my. Dowiedzieliśmy się, że przyjedzie karetka z wolontariuszami z grupy „Medycy na granicy”, natomiast miejsce, do którego mogła dojechać karetka, znajdowało się mniej więcej kilometr od nas. Musieliśmy przenieść tych ludzi.
Podzieliśmy się. Dwóch chłopaków wzięło kobietę na ręce, mój operator to nagrywał, ale w niektórych momentach rzucał kamerę na ziemię, żeby pomóc tamtych nieść. Nagle oni opadli z sił, siedzieli na ziemi i jeden z nich mówi: „Zupełnie nie znam technik, jak nieść człowieka przez las”. Do dziś to zdanie mocno siedzi mi w głowie, no bo kto z nas kiedykolwiek uczył się tego, jak nieść człowieka kilometr przez las?
W tym czasie zostałam z jednym z aktywistów, który trzymał dziecko na swoich kolanach, obok niego leżał nieprzytomny Syryjczyk. Czekaliśmy aż tamci wrócą, żeby później do karetki zanieść dziecko i mężczyznę. Nie mogliśmy się ruszać, chłopak, który trzymał na kolanach dziecko był po operacji kręgosłupa, nie mógł dźwigać.

Później ktoś mnie zapytał, co było dla mnie najtrudniejsze. W reportażu jest sporo ujęć, gdy niosę dziewczynkę, a ona przerażona płacze krzycząc „mama, mama”. Teraz wiemy, że to była jej babcia, ale dziewczynka mówiła do niej „mama”. Więc ten moment, gdy dziecko wyło „mama” widząc, jak dwójka ludzi niesie tę mamę nieprzytomną był straszny. A potem inny, gdy kobieta się trzęsła, wydawała z siebie różne dźwięki, w końcu zamilkła, zwisała z pleców aktywisty i zastanawiałam się, czy ona już umarła, a dwulatka, którą niosę właśnie została sierotą, czy ma jeszcze mamę. Po pięciu minutach ta kobieta zwymiotowała, a ja się cieszyłam.

Patrzyłam na to dziecko i byłam w szoku, gorączkowo myślałam, co zrobić. Mam syna w jej wieku, miałam więc naturalny odruch, żeby puścić jej bajkę. Żeby wyrwać ją choć na chwilę z tego, co się dzieje. Z tego lasu, o świcie, gdzie jest tak zimno, gdzie niedawno było jeszcze minus sześć stopni. Puściłam jej arabską bajkę. Najtrudniejszy moment był wtedy, gdy ona oglądając tę bajkę – zaczęła się śmiać. Jak każde, normalne, dwuletnie dziecko, pokazywała paluszkiem na ekran i śmiała się w głos. Aktywista trzyma telefon, ogrzewałam dłońmi jej zziębnięte nogi. Jej chwilowa dziecięca beztroska, jej nieświadomość tak przecież trudnego położenia, była dla mnie trudna do szpiku kości. Jej śmiech, gdy ogląda bajkę będę słyszała jeszcze bardzo długo.

Doszliśmy w końcu do miejsca, gdzie była już para policjantów, kobieta i mężczyzna. Odebrali ode mnie dziewczynkę, pomogli też nieść mężczyznę. Tak dotarliśmy do karetki, na miejscu byli już lekarze wolontariusze, ratownicy medyczni z grupy „Medycy na granicy”. Dowiedzieliśmy się, że mężczyzna jest w stanie ciężkim, kobieta musi być natychmiast hospitalizowana, bo jej stan jest krytyczny, dziecko powinno trafić do szpitala ze względów bardziej społecznych, żeby zostało blisko babci.

Trafili do szpitala w Hajnówce. Kobieta czuje się lepiej, na pewno z tego wyjdzie, ma jeszcze zapalenie płuc, jest słaba. Wczoraj po raz pierwszy zobaczyła się z wnuczką, jak sama mówi – dodało jej to sił do walki. Nie wiemy jeszcze do końca, jaki los czeka tych ludzi, mamy nadzieję, że nie zostaną cofnięci na Białoruś.

Choć ja sama nie wiem, co będzie. Nagrałam rozmowę z lekarką z jednego z podlaskich szpitali. Powiedziała, że dwadzieścia lat pracuje w zawodzie i nigdy nie doświadczyła takich emocji. „Wie pani, ile ja trupów w życiu widziałam? Nigdy to nie robiło na mnie wielkiego wrażenia” mówiła. -„ Czym to się różni od ludzi, którzy przyjeżdżają do was często w agonalnym stanie?” spytałam. – „Tym, że te trupy, które widywałam to był przypadek– ktoś jechał pijany, ktoś w kogoś wjechał, nie dało się nic zrobić, a tutaj możemy pomóc. A ci ludzie umierają w lasach, do których my chodzimy na grzyby, na spacery, w lasach, których teraz nienawidzimy, bo boimy się tam wchodzić, żeby na te trupy nie nadepnąć.
Zresztą, większość lekarzy, z którymi rozmawiałam, a którzy mają bezpośredni kontakt z uchodźcami, którzy trafiają do szpitali prosto z granicy – są w fatalnej kondycji psychicznej.

Nie potrafią w to uwierzyć?

Szumią mi w uszach słowa tej lekarki, że to jest wojna przeciwko ludzkości. Koniec cywilizacji, normalności, że po tym wszystkim już nic nigdy nie będzie takie samo.
Jeden z mieszkańców mówił mi, że w tych lasach nocami niesie się echo wycia dzieci, kobiet, które błagają o pomoc. I oni to słyszą, i mówią, że choć krzyk jest głośny, nie wiadomo, w którym kierunku iść. Kobiety, które krzyczą: błagam, w imieniu boga, pomóżcie nam.

Spodziewała się Pani kiedykolwiek, że będzie w takim miejscu, w takiej sytuacji?

Przymykaliśmy wszyscy oko na to, co się dzieje w Syrii, w Afganistanie, na Morzu Śródziemnym. Jednak to było zawsze gdzieś tam, daleko. Owszem, dotykało nas to, przerażało, ale nie dotyczyło bezpośrednio. A teraz dotyczy. Zawsze interesowała mnie tematyka wojenna, ale nigdy nie przypuszczałam, że będę się znajdowała na zdjęciach, o których będę mogła powiedzieć, że to była kwestia życia i śmierci. Często się ścigamy z czasem, chcemy mieć newsa natomiast to są sytuacje, z którymi wielu reporterów się nigdy nie spotkało. Wszyscy uczymy się tej sytuacji. Zarówno ci, którzy tam są i pomagają, uczą się jak reagować, jak sobie z tym poradzić, jak zadbać w tym wszystkim o siebie, bo przecież jeśli nie zadbamy, nie starczy nam sił, by tam być i by rzetelnie tę wyjątkowo trudną rzeczywistość – opisywać.

Tak samo mocno nie chcę tam już nigdy wracać jak i chcę tam wrócić natychmiast. W zasadzie nie mogę przestać pracować. Miałam mieć kilka dni wolnego po emisji reportażu, ale absolutnie cały dzień byłam na telefonie, zastanawiałam się co ja jako dziennikarz mogę jeszcze zrobić. Jaką historię mogę opowiedzieć, żeby coś zmienić, coś pokazać. Trudno się wyłączyć.

CNB, TVN24

Z kim został Pani dwuletni syn, gdy Pani była tam, na Podlasiu? Myślała Pani o nim, gdy niosła syryjską dwulatkę?

Synka zostawiłam z moimi rodzicami pod Bydgoszczą. Dziś go odbieram, to pierwsze nasze tak długie rozstanie, tydzień. Ta sytuacja była podwójnie trudna dla mnie jako reporterki, ale też dla mamy. Jak niosłam na rękach tę dziewczynkę miałam takie typowe matczyne odruchy: poprawić jej czapkę, zawiązać lepiej szalik. Zastanawiałam się, kiedy to dziecko jadło.
Mężczyzna i kobieta byli ponad dobę bez jedzenia i picia, natomiast w plecaku babci były rzeczy dla dziecka, dwa musy, dwa małe słoiczki z dziecięcym jedzeniem. Nigdzie nie było łyżeczki, zaczęłam zastanawiać się, jak mam nakarmić dziewczynkę, w końcu wlałam mus do nakrętki od butelki. Ale dziewczynka nie chciała jeść, była bardzo zdezorientowana. Czy wpływało na moje zachowanie to, że jestem matką? Nie wiem, każdy człowiek chyba zrobiłby to samo.

 

https://tvn24.pl/go/programy,7/czarno-na-bialym-odcinki,11367/odcinek-1707,S00E1707,612519

Katarzyna Lazzeri, CNB, TVN24


Zobacz także

7 produktów spożywczych, bogatych w odmładzający koenzym Q10

Dzień #25, ostatni. Zadbaj o siebie naprawdę. #SlimemGO

8 kolorów korektora. Czy wiesz, jak ich używać?