Lifestyle Uroda

Cieszę się, płaczę, starzeję. Wolę żyć niż mieć wyprasowaną twarz

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 stycznia 2016
Fot. i Stock / Jan Wolak-Dyszyński
 

Powiedział, że przyjdzie z dziewczyną. Ok – pomyślałam, może tym razem coś z tego będzie. Mój boski starszy brat o urodzie Hugh Granta (ale tego z roku 2016, a nie z Notting Hill) do związków wszelakich ma dwie lewe ręce i nie tylko. Przynajmniej z tego, co wiem. A jestem w miarę na bieżąco. Wyciągam więc wafelki robione ręcznie przez moje dziecko, wybieram talerzyk najbardziej pasujący wzorkiem do sytuacji i zbieram z podłogi zabawki, które przybliższym kontakcie ze stopą mogą grozić upadkiem. Jeszcze tylko szybkie spojrzenie w lustro. Ja, młodsza siostra, muszę jakoś wyglądać jako dzisiejsza wizytówka rodziny…

Nie jest źle. Co prawda widać już te kilka niedospanych nocy (młody miał katar) i coś jakby rowki takie w kącikach ust. Cholera! Przyglądam się chwilę, ale niezbyt długą, bo wypadałoby jeszcze zmienić dres domowy na jeansy. Rowki obejrzę wieczorem, przy bezlitosnym świetle łazienkowej lampy.

Ledwo dopinam ostatni guzik, rozlega się dźwięk domofonu. Moje dzieci biegną na łeb na szyję, z piskiem, jakby to sam Harry Potter w towarzystwie Albusa Dumbledora i Zgredka miał właśnie stanąć w naszym progu. Otwieram drzwi i… widzę ją. Długonogą, długowłosą brunetkę, na oko dwudziestkę. W świetnie skrojonych dżinsach. Zdecydowanie świetniej niż moje, kupione wczoraj, w hipermarkecie. Brunetka podaje mi rękę i wpływa do na naszego mieszkania jak grecka bogini. Na jakiejś cholernej chmurce. – Ej, jeszcze ja – słyszę stłumiony w oddali głos mojego brata, bo z wrażenia zamknęłam na nim drzwi.

Dwudziestka zdejmuje kurtkę. Na (jej) tyłku te świetne dżinsy też jakoś lepiej leżą. Starannie umalowana, piękna twarz, cudownie zarysowane usta i ani jednego rowka wokół. Zaczynam żałować, że usunęłam z podłogi wszystkie żelaźniaki.

– O, masz dzieci – zauważa spontanicznie ona, kiedy mój syn wiesza się na jej torbie domagając buziaka na powitanie.
– Mam – odpowiadam przepraszająco. – Dlatego, właśnie hmmm no taki u nas troszkę dzisiaj bałagan… – Nie przejmuj się – mówi Kamila zamiast grzecznie zaprzeczyć, że przecież ależ skąd, pięknie tu posprzątane. – Mam trójkę siostrzeńców, wiem jak jest.

Siadamy do stołu i dwie godziny mijają nam na miłej, przyjacielskiej pogawędce. O tym, jak to ciężko znaleźć czas na fitness, ale zmusić się trzeba (Kamila). I że jak przychodzi weekend to nie ma bata, najważniejsze dla zdrowia to się wyspać, minimum do południa (Kamila). – Przy dzieciach, to się nie wyśpisz – mówię w zamyśleniu. – Dlatego ich nie mam – pada logiczna odpowiedź.
Mówimy jeszcze o tym, że wewnętrzna harmonia i spokój (wiadomo, że nie ja) odbijają się w naszym ciele jak w lustrze. – Każde przykre doświadczenie odbija się na twojej twarzy – Kamila przygląda mi się uważnie.

A potem okazuje się, że domniemana dwudziestka wcale nie już dwudziestką, a nawet, że jest trzy lata starsza ode mnie i zaczynam spoglądać na nią z podziwem. Na pożegnanie moja córka daje nowej „cioci” siarczystego całusa i wręcza wysmarowaną klejem koronę z papieru kolorowego. Kamila, jak przystało na królewnę, schyla się dostojnie po swoje trofeum i niezręcznie poklepuje siedmiolatkę po plechach. Podaję mi swoją piękną, gładką dłoń i na koniec zdradza jeden sekret. – Wiesz – mówi – unikam silnych emocji. Jak masz zmartwienie, to zaraz ci gdzieś to wyjdzie: w kącikach oczu, bo się marszczysz jak płaczesz, albo w tyłku bo za dużo zeżresz.

Zamykam drzwi za moim bratem i jego dziewczyną. I doznaję olśnienia. Kamili twarz prawie nie wyraża emocji. Jest nieruchoma. Kamila uśmiecha się półgębkiem, tak samo pochłania wafelki, byle zbytnio nie rozciągnąć skóry wokół ust. Mimika u Kamili prawie nie istnieje. Ten ideał piękna i mistrzyni równowagi duchowej głowę trzyma cały czas prosto, żeby nie pomarszczyć pięknej, długiej szyi. Właściwie to rusza się jak robot.

Wieczorem kładę dzieci, rozbieram się i wskakuje do wanny. Dokładnie oglądam każdy kawałek swojego ciała, przypominam sobie jak zmieniało się pod wpływem ciąż (rozciąganie i wciąganie), rozstań (litry wylanych łez – ile to zmarszczek!) zaczynania i kończenia sportów wszelakich… Potem, w ostrym świetle przyglądam się swojej twarzy. Twarzy ryczącej (ostatnio trochę więcej niż kiedyś) trzydziestki. Niewyspanej, z podkrążonymi oczami. Młodość? Jest w nich, gdzieś tam ją widzę. Zdecydowanie zbyt rzadko.

Rano rozmawiam z przyjaciółką. – Znaczy, ponaciągana? – podsumowuje Kamilę moja najlepsza z najlepszych znajoma. – Nie do końca – przyznaję. – Raczej niezbyt emocjonalna – tłumaczę i bezczelnie „sprzedaję” przyjaciółce sekret Kamili, który wyjawiła mi na pożegnanie. – E tam – pada lekceważąca odpowiedź. – Ona się zwyczajnie mumifikuje. Wyobrażasz sobie jak musi nią czasem wewnętrznie telepać, żeby się nie zmarszczyć? Człowiek nie może się cały czas kontrolować. Ona chce zatrzymać młodość, czy pozory młodości?

Zaczynam rozumieć. W końcu młodość to też prawo do chwilowego szaleństwa, do emocji, do łez i do śmiechu. A nie troska o to, że gdzieś tam, w okolicach oczu już nie tak idealnie wyprasowane. Młodość jest przede wszystkim tym, co w środku. I ja to ciągle mam. Wy na pewno też 😉


Lifestyle Uroda

Znacie obrażalskich? Tych, którzy składają się z fochów? Może pora im wytłumaczyć, że łatwo ich przejrzeć

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
6 stycznia 2016
iStock/ Anetlanda
 

Kiedyś spotykałam ich bardzo często w drodze do pracy i obserwowałam dyskretnie w porannym tłumie, w metrze. Znajomi z biura, para od liceum, małżeństwo z dwójką dzieci. Punkt 7:20 wsiadali razem do wagonu, zajmowali miejsce i wyciągali telefony. Te same modele aparatów, te same miny, podobne ubrania. Bardziej jak rodzeństwo, niż para. Zazwyczaj trzymali się za ręce, wymieniali pocałunki i nie zamieniali ze sobą ani słowa. Ale czasem było zupełnie inaczej. Chłodne spojrzenia, zaciśnięte usta i jej dłoń, która nie szukała już jego dłoni. Foch po prostu.

– Znowu się poobrażali – mówiła moja koleżanka parząc poranną kawę. – Będą historie. „Historie”, jak mówiła, to nic innego tylko zwierzenia w naszej biurowej kuchni, czyli jego lub jej opowieści o rodzinnych kłótniach i tysiącach nieracjonalnych powodów jej/jego focha. Bo ona za długo rano wybierała ciuchy, a on nie włożył malej rajstopek chociaż jest zimno. Bo on zapomniał wczoraj wstawić zupę do lodówki, a ona postanowiła, że skoro jej obiecał, to nie będzie tego za niego robić i on się za to obraził. Bo ona nie chciała, żeby z chorymi dziećmi została jego matka, więc zadzwoniła po swoją. Słowem, życiowe dramaty.

Bliżej południa, w porze lunchu ona i on zaczynali się „szukać”. On niby przypadkiem przechodził koło jej biurka, ona zupełnie nieintencjonalnie wpadała na niego na korytarzu… Kiedy o 17 tej wychodzili do domu, już znowu trzymali się za ręce. Ale ten cały „obrażalski” rytuał po prostu musiał się odbyć.

Ale nie zawsze jest tak miło. Mąż mojej przyjaciółki jest mistrzem strzelania fochów. Jak się uprze, to nie ma bata, każdy misternie przygotowany przez nią plan spędzenia rodzinnego weekendu spali na panewce. Ostatnio obraził się na żonę, gdy zwróciła mu uwagę, że są jednak dziedziny, w których on nie jest ekspertem. Zabolało na tyle, że zamknął się w sypialni na cały dzień i odmówił wszelkiej pomocy w opiece nad dziećmi, zbojkotował planowaną od dawna partyjkę gier planszowych oraz wieczorny seans familijny. Błagania, przeprosiny i w końcu groźby żony, nawet prośby dzieci nie przyniosły skutku. Ponieważ typ strzela fochem nie od dziś, jego reakcja nie była dla członków rodziny zaskoczeniem.

– Jak wytrzymujesz z takim „obrażalskim”? – pytam przyjaciółkę, w wyobraźni widząc już jak jako przykładna, ale emocjonalna żona, w podobnej sytuacji walę swojego osobistego męża w łeb, żeby się opamiętał i nie wygłupiał. – Zaczynam nie wytrzymywać – uśmiecha się smutno ona. – Życie z obrażalskim, to naprawdę ciężki orzech do zgryzienia. Właściwie nigdy do końca nie wiem, czy on za chwilę nie trzaśnie drzwiami i nie zostawi nas tak, z tymi niezrealizowanymi planami. A jak już się zdecyduję, że gramy bez niego albo, że sami idziemy na rower, to dostaje SMS: „ No widzę, że już nie jestem wam potrzebny”. I nowy foch. Trudna sprawa.

Trudna. W liceum miałam bliską znajomą. Przez długi czas uważałam ją za przyjaciółkę. Obrażała się na mnie często, z różnych powodów. Bo pożyczyłam komuś innemu zeszyt od biologii, bo na WF-ie ćwiczyłam z kimś innym w parze, bo lepiej przygotowałam referat, bo Maciek z 3B spojrzał na mnie „ w ten sposób”… Ot, taka dziecinada. Ale chodziłam, dopytywałam co zrobiłam źle, prosiłam o zawieszenie broni. Choć nie rozumiałam do końca dlaczego powinnam czuć się winna. – Nie wiesz? – wytłumaczyła mi kiedyś. – Skoro się na ciebie obrażam, to znaczy, że mi na tobie zależy, że jesteś dla mnie ważna. Na Zuzkę się nie obrażę, bo mam ja w nosie. Powinnaś czuć się wyjątkowo… W niedługim czasie od tej rozmowy nasze relacje ochłodziły się i stałam się znów zwykłą koleżanką z klasy. Fochy się skończyły. Odetchnęłam.

Hej, Obrażalscy! Łatwo was przejrzeć. Działacie cholernie schematycznie. Jeden impuls i już charakterystycznie drga wam powieka. Albo grymas się pojawia na do tej pory uśmiechniętej twarzy. „Więc to tak” – zdajecie się mówić. I już wyrok wydany. Skazujecie nas na te wasze zimne spojrzenia, karzecie ciszą i przymusową samotnością. I tym waszym cierpieniem na pokaz, tym żałosnym widokiem tylnych części ciała, ulokowanych w geście protestu na kanapie w salonie. Naprawdę, dobrze wam z tym?

Pora zjeść snickersa.


Lifestyle Uroda

O co tyle hałasu? Żadna tam „noworoczna gorączka”. Nerw codzienny, tyle

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
31 grudnia 2015
Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain

– No o co tyle hałasu? – powiedziała pani z pieskiem równo rok temu przed moim kioskiem. – Normalna data, jak każda inna. Co miesiąc jest 31. – Chyba nie co miesiąc, he, he – wyśmiał ją elegancki gbur w garniturze. – O co pani w ogóle chodzi? Na koniec roku trzeba się zabawić. Taka tradycja.
Jak tradycja, to mus. Przede mną kolejna, upojna (głównie dla sąsiadów i głównie alkoholowo) noc sylwestrowa, czyli domowy kinderbal do 22. I awantura o północy, bo fajerwerki za jasne. I za głośne. I w ogóle, gdzie jest moja świnka Peppa, ta do spania?!

Co roku czuję, że ten lekki dreszczyk emocji, który powinien towarzyszyć mi już w okolicach godziny 15:00 odzywa się dopiero koło 19. I jest raczej związany z tym, że w domu, za przeproszeniem, burdel, naczynia ze zmywarki nie wyjęte, zabawki prowadzą koczowniczy tryb życia, a dziatwa rozbiega się do domu ruchem zupełnie niejednostajnym. Żadna tam „noworoczna gorączka”. Nerw codzienny, tyle.

– Cholera, jaki dreszczyk?! – mówi moja rozsądna przyjaciółka, a lewe oko już jej „lata” . – Od trzech lat się nie wysypiam: najpierw 9 miesięcy jako inkubator, potem rok nocnego wycia, przewijania i karmienia, a teraz ciągle katary i bunt dwulatka. Żebym świadomie zarwała noc dla jakiejś bandy odpicowanych na błysk bab z telewizji? One w rekordowym tempie zrzuciły świąteczny tłuszcz. Ja nie mogę zrzucić mojego od dwóch lat. I w sukience z H&M wyglądają tak, że bym tę sukienkę kupiła. Raz się nawet dałam nabrać, dziękuję. Chybiona inwestycja. „Pretty woman” już widziałam, i te inne co w kółko powtarzają też. Fajerwerki? Obejrzę sobie w telewizji, dzień po. Idę spać o 22. Koniec, kropka.

– A ja idę na sylwestra do kina – mówi nasza znajoma i wyciąga z reklamówki święcącą kreację „a la glista” w kolorze srebra. – W ten dzień nie można siedzieć w domu. To przynosi pecha! A już w byle czym, o na pewno nie! Przed świętami kupiłam sobie świetny ciuch, no przecież nie mogę go nie mieć gdzie założyć!

– Zwariowałaś? – diagnoza przyjaciółki jest bezlitosna. – Kto będzie w kinie oglądał twoje ciuchy?! Po ciemku? I po jakiego diabła wciskasz się (aj!) w coś tak niewygodnego? Coś ci się od tego poprawi? Lepiej zrozumiesz co ten albański reżyser chciał ci powiedzieć?

Znajoma nie zrozumiała, strzela mini focha i burczy coś pod nosem o tym, że przynajmniej Gośka zzielenieje jak ją w tej gliście zobaczy. I, że mąż ją zapewniał, że idą na maraton komediowy, nic ambitnego. Z resztę, nieważne. Dla niej liczy się, żeby w Nowy Rok wkroczyć śmiało, w butach na obcasie. Najlepiej w nowych butach na wysokim obcasie. Bo przecież jest taka wróżba: Jaki Sylwester, takie całe 12 miesięcy po nim. Dlatego Iwonka wyjdzie dziś z pracy o 13, bo 13:30 jest umówiona (już od przedświąt) u kosmetyczki „na paznokcie i mejkap”.

– Będziesz z tymi pazurami i sztucznymi rzęsami jak Dragqueen metrem?… – wydyma usta moja przyjaciółka. – A jak ci coś odpadnie?

– Daj spokój. Nowy Rok to jednak nowy początek – rozmarzam się w bliżej nieokreślonym kierunku. – Ja tam Iwonkę trochę rozumiem.

To prawda, trochę rozumiem. Rozumiem to „zaklinanie” rzeczywistości ponoworocznej, to nadawanie magicznych znaczeń końcom i początkom. I te postanowienia noworoczne: „od 1.01. się odchudzam” albo „ znajdę w końcu czas dla siebie”. I nawet jestem w stanie pojąć tę Iwonki rywalizację z Gośką na lepszy noworoczny image. Dopóki nikt mi nic nie każe i nie narzuca, mogę zrozumieć wszystko. Ale cholera jasna, ja się dziś w srebrną glistę nie zapakuję, bo „taka tradycja”. Nie zrobię bilansów (po co się dobijać) i postanowień (stracone złudzenia). Przywitam 2016 jak starego znajomego, o którym coś tam już wiem, ale zostawiam mu jeszcze jakiś margines zaskoczeń. I pójdę spać.

Jedno jest pewne: 31.12, to zawsze tylko data. Dla niektórych symboliczna, dla innych bez znaczenia. Więc spędzajcie ten dzień tak, jak lubicie, byle było wam dobrze;) A w Nowym Roku wrzucajcie częściej „na luz”. To jedyna rzecz, której będzie można wam szczerze pozazdrościć. W kontekście sylwestrowych paznokci i mejkapu, oczywiście :). I jeszcze, życzę, żeby wam nic nie odpadło;)