Lifestyle

Ulga dla skóry atopowej. Skuteczny sposób na objawy i zapobieganie nawrotom

Redakcja
Redakcja
17 marca 2022
 

Atopowe Zapalenie Skóry to choroba cywilizacyjna o podłożu genetycznym. Suchość, świąd skóry, zaczerwienienie i podrażnienie towarzyszą chorym każdego dnia, dlatego poprawa codziennego komfortu życia to priorytet osób z atopią. Badania pokazują, że działanie potrójnego kompleksu przeciwzapalnego złożonego z kwasu laktobionowego, pantenolu i gliceryny ma kluczowe znaczenie w codziennej pielęgnacji atopików. Wskazują także, że wyciszenie objawów AZS jest możliwe.

Badania kliniczne przeprowadzone na zlecenie Empire Pharma pokazują, że 84 proc. dorosłych dostrzegło poprawę swojego stanu skóry po stosowaniu emulsji i balsamu Atopic Forte marki SOLVERX® [badanie przeprowadzone w ostatnim kw. 2021 roku w Dermoklinice Centrum Medycznym w Łodzi, 50 uczestników].

– Jednym z kluczowych składników serii Atopic jest trio o działaniu przeciwzapalnym złożone z kwasu laktobionowego, pantenolu i gliceryny. Dla atopików to składniki bezcenne – powiedziała Agnieszka Kowalska, Medical Advisor, ekspert marki SOLVERX® – Kwas laktobionowy łagodzi podrażnienia i utrzymuje wysokie nawilżenie skóry. Z kolei olej jojoba i oliwa z oliwek naturalnie natłuszczają ciało. W przypadku AZS to absolutna podstawa. Skóra atopowa jest bardzo reaktywna, dlatego niezwykle łatwo „daje nam” sygnał, czy dany preparat jest dla niej właściwy. Atopicy wiedzą to najlepiej. Badania kliniczne pokazały, że zestawienie kwasu laktobionowego, pantenolu, gliceryny i naturalnych olejów działa nadzwyczaj szybko i dobrze nawet w przypadku ostrych stanów zaostrzenia AZS – dodaje.

Po pierwsze, nawilżanie

Wyzwanie numer jeden w przypadku Atopowego Zapalenia Skóry to suchość. Przesuszenie niesie ze sobą dotkliwy świąd i podatność na podrażnienie, pękanie oraz alergię. Odwodniona skóra traci swoją naturalną barierę ochronną, przez co może być narażona na nadkażanie. Koło się zamyka i pojawiają się kolejne dolegliwości. Jak wskazują eksperci, głównym zadaniem atopików w codziennej pielęgnacji jest maksymalna dbałość o częste i efektywne nawilżanie ciała. – 76 proc. dorosłych uczestników badań klinicznych zleconych przez Empire Pharma, wskazało, że używanie Emulsji do mycia Atopic Forte SOLVERX® zmniejszyło w ich przypadku objawy suchości skóry. Nie było ani jednego respondenta, który udzieliłby odpowiedzi negatywnej. Świadczy to o znacznym, pozytywnym wpływie, jaki składniki produktów wywierają na zmienioną chorobowo skórę – skomentowała Agnieszka Kowalska.

Po drugie, eliminowanie podrażnień

Skóra atopowa często bywa podrażniona, zaczerwieniona, a w konsekwencji – nie tylko staje się podatna na zakażenia bakteryjne, ale także, niestety, dotkliwie piecze i sprawia dyskomfort. Kluczowe w opiece nad skórą atopową jest, wobec tego, skuteczne eliminowanie podrażnień.

Badania kliniczne zlecone przez Empire Pharma pokazały, że 85 proc. dorosłych uczestników dostrzegło zmniejszenie objawów podrażnień skóry po użyciu Emulsji do mycia Atopic Forte SOLVERX®. Wniosek – skuteczną drogą do łagodzenia podrażnień w AZS jest działanie potrójnego kompleksu przeciwzapalnego: kwas laktobionowy, pantenol i gliceryna.

Po trzecie, zapobieganie nawrotom AZS

Atopowe Zapalenie Skóry oznacza naprzemiennie występujące okresy zaostrzenia i remisji choroby. Na nasilenie objawów wpływają, w dużej mierze, czynniki zewnętrzne, takie jak szorstkie ubrania, niewłaściwe, drażniące środki do prania i mycia, gorące kąpiele oraz niedelikatne wycieranie ciała po myciu. To tylko niektóre elementy, których należy unikać. Hasło-klucz to delikatna pielęgnacja – Skóra atopowa uczy nas cierpliwości. W przypadku pielęgnacji, konieczny jest odpowiedni dobór kosmetyków i systematyczne, delikatne postępowanie. Bez gorącej wody i długich kąpieli. Bez kosmetyków o mocnych zapachach, a także bez szorstkich swetrów i ręczników – powiedziała Agnieszka Kowalska. – Konieczne jest także mycie ciała sprawdzonymi produktami do skóry atopowej. Takie zestawienie pozwala zapobiec częstym nawrotom objawów. 76 proc. dorosłych uczestników badań klinicznych zleconych przez Empire Pharma wskazało, że używanie Emulsji do mycia Atopic Forte marki SOLVERX® zapobiega nawrotom oznak AZS – dodała. Uciążliwe objawy Atopowego Zapalenia Skóry to codzienność, ale… nie konieczność. Badania pokazują, że negatywne skutki schorzenia można minimalizować poprzez odpowiednią, systematyczną pielęgnację przy użyciu produktów nawilżających – emolientów do skóry wrażliwej i atopowej.

Atopic Skin Balsam do ciała. SERIA ATOPIC SKIN

  • Balsam przeznaczony do skóry atopowej o potrójnym działaniu.
  •  Zastosowany w produkcie  kompleks kwasu laktobionowego, alantoiny i pantenolu  zmniejsza uczucie swędzenia, łagodzi podrażnienia, a także wykazuje działanie przeciwzapalne.
  • Zastosowanie w odpowiednich proporcjach oleju jojoba, oliwy z oliwek oraz masła shea przywraca funkcję bariery hydrolipidowej skóry. Dzięki temu łagodzi uczucie ściągnięcia oraz eliminuje dyskomfort suchej skóry.
  • Balsam bardzo łatwo rozprowadza się na skórze i jednocześnie szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustego filmu.

Pojemność: 400 ml
Cena: 49,99 zł

Atopic Skin Emulsja pod prysznic. SERIA ATOPIC SKIN

  • Emulsja pod prysznic przeznaczona do skóry atopowej i łuszczycowej. Cechuje ją wyjątkowa delikatność uzyskana z naturalnych składników.
  • Olej lniany z zawartymi w nim NNKT Omega 3 i Omega 6 odpowiada za właściwe nawilżenie skóry oraz odbudowanie płaszcza lipidowego.
  • Olej jojoba wspomaga naturalne funkcjonowanie skóry oraz spowalnia jej starzenie się.
  • Zastosowany w produkcie potrójny kompleks kwasu laktobionowego, alantoiny i pantenolu  zmniejsza uczucie swędzenia, łagodzi podrażnienia, a także działa przeciwzapalne. Wpływa pozytywnie na regenerację naskórka.

Pojemność: 500 ml
Cena: 59,99 zł


Lifestyle

Każdy z nich był „jednorazówką”. Kontakt tylko do pierwszego seksu, później koniec. Nie chciałam się w nic angażować

Listy do redakcji
Listy do redakcji
17 marca 2022
fot. urbazon/iStock
 

Konto założyłam w październiku 2019. Ja, matka trójki dzieci, od pół roku stąpająca po równi pochyłej, zwanej rozwodem z psychopatą… Moje poczucie własnej wartości ślizgało się gdzieś po kątach wynajętego mieszkania, w którym z powodu paranoi prześladowczej po 12-letnim małżeństwie z gościem, który mnie śledził dosłownie wszędzie. Codziennie sprawdzałam czy nie ma kamer lub podsłuchów… bałam się jak cholera, ale wiedziałam, że muszę zrobić coś, żeby wyjść z błędnego koła, jakim stało się moje życie. Chciałam znów być kobietą! A co da nam więcej poczucia kobiecości i seksapilu niż śliniący się faceci? Wiem… ale u mnie podziałało!

W listopadzie był Mariusz, starszy o 10 lat, jak się okazało dyrektor dużego oddziału znanej firmy, żonaty i dzieciaty, ale potrafił pisać…  urzekł mnie swoim kosmopolityzmem i miłością do Włoch. I nie szczędził pieniędzy na przyjemności. Ale seks – porażka. Dzięki niemu dowiedziałam się, że toksyka rozpoznaję na odległość, moja intuicja to moja tarcza, a asertywność od teraz to drugie imię… i że uwielbiam saunarium i  seanse saunowe!

W grudniu był Michał, rozwodnik, ojciec i przyjaciel dla swojego syna i kumpel jego matki. Świetny człowiek do całonocnych rozmów o najlepszym lekarstwie na przeziębienie dla dzieciaków, ostatnim genialnym koncercie w jego teatrze, który prowadził i o tym w jaki sposób przyparł by mnie do ściany i wsunął swoją rękę pod skórzaną spódnicę. To robiło swoje, moja seksualność kipiała. W sypialni był dziki i namiętny. Ale on się zakochał, a ja nie toleruję papierosów… Tutaj dotarło do mnie, że nie muszę brać „pierwszego jak leci” byleby był…

W styczniu Karol. Miłośnik luster w sypialni, shibari i lekkiego bdsm. Potrafił monologiem przez telefon wywołać u mnie takie doznania, jakich niejeden pewnie nie dałby rady będąc obok… Poznawanie własnego ciała przed lustrem, przy świecach i z telefonem przy uchu jest dużo lepsze niż czytanie Greya. Spotkanie w jego mieszkaniu, w sypialni faktycznie pełnej luster to niezapomniane doświadczenie. Sex w wyszukanej bieliźnie i patrzenie na odbicie własne i partnera… Ale jego tęsknota za byłą była zbyt silna. Tam zrozumiałam, że nie można tworzyć swojego życia na nowo, ciągnąć za sobą smród starego. I że w swojej sypialnie będę miała lustra!

„Jeden okazuje się żonatym narcyzem, drugi udaje miłość, trzeci nażera się za twoją kasę”. Tinder – pole minowe dla kobiet

W lutym był Romek. Rozwodnik w ogromnym konflikcie z była żoną, pogubiony w byciu ojcem dla dwóch córeczek i totalnie niedojrzały w sprawach damsko męskich. Zapalony amator salsy, mieliśmy razem iść na kurs. Niestety plany swoje, a życie swoje, na kurs nie dotarłam. Trochę chciał mnie uczyć w domu, trochę chciał być we wszystkim co robię, trochę radzić i uczyć się ode mnie, piekł i przywoził mi domowe chleby, a w walentynki zawitał z Rafaello… ale zrozumiałam, że ja kolejnego dziecka nie potrzebowałam… mój partner musi być dojrzały i inteligentny emocjonalnie…

 Każdy z powyższych był „jednorazówką”, kontakt tylko do pierwszego seksu, później koniec. Nie chciałam się w nic angażować. Ja tylko miałam latać nad ziemią na obłokach mojej kobiecości!

I w marcu pojawił się Wojtek. Tzn pojawił się już wcześniej, od jakiegoś czasu sporadycznie, ale ciekawie pisaliśmy i ciągle nie mogliśmy trafić na wspólną herbatę. Potrafił mnie zaskoczyć, kiedy nagle zadzwonił bez zapowiedzi, a dotąd tylko pisaliśmy. W samochodzie z moim nastolatkiem, na zestawie głośnomówiącym, udałam, że to klient z pracy. Gdy się zadzwoniliśmy wieczorem, gdy dzieci spały, rozmawialiśmy 4 godziny. O niczym i o wszystkim. W lutym w końcu się udało, okazał się być interesującym człowiekiem, ale wtedy uznałam, że to idealny materiał na kumpla, nic więcej. Wizualnie totalnie nie był w moim typie, ze względu na nadwagę. Ale naprawdę potrafił mnie zaskoczyć! I gdy zaprosił mnie na koncert (nikt nigdy nie zaprosił mnie na koncert), w dwie godziny zorganizowałam opiekę dla dzieci a w myślach już przeglądałam zwartość szafy. Okazało się, że wejście na koncert do loży VIP to dla niego pikuś, a  Karaś i Rogucki to jego znajomi. Sam jest pracownikiem technicznym w zespole jednej z najpopularniejszych obecnie wokalistek, nie raz pracował dla wielu artystów, a światek scen, świateł, gitar, perkusji i dobrego wokalu to jego bajka… Trochę mi to imponowało, ale bardziej to, że on nie robił z tego powodu szumu, a wręcz krył się z tym, żeby „złapać kogoś na siebie, a nie na popularność” jak mówił. Był szczery i skromny w tym wszystkim. Po koncercie, szybka kolacja i kilka godzin spędziliśmy na rozmowie w… samochodzie. I tam pocałował mnie po raz pierwszy. I to też było zaskoczeniem. Bo w sumie ja nadal myślałam, że to świetny kumpel. Ale pocałunek zmienił wszystko. Od tamtego momentu pisaliśmy do siebie praktycznie codziennie i rozmawialiśmy wieczorami. To naprawdę był świetny kumpel, taki od wszystkiego. I wtedy zrozumiałam, że chcę, żeby podstawą mojego związku była przyjaźń…

Czekała go ostatnia rozprawa rozwodowa w sądzie, bardzo się stresował, a nasze wieczorne rozmowy również o przyczynach rozpadów naszych małżeństw dawały nam obojgu bardzo dużo wsparcia, zrozumienia i zbliżały nas do siebie. Marcin ma córkę, która jest dla niego najważniejsza, a wiadomość, że ja jestem mamą trójki dzieciaków nie przeraziła go, choć początkowo nie chciał uwierzyć. W dniu rozprawy ja postanowiłam zrobić mu niespodziankę i po przyjechałam do jego mieszkania. Był strasznie zdenerwowany po sądowej batalii, ale chyba też wdzięczny, że mógł z kimś o tym pogadać. Nadmiar emocji sprawił, że wylądowaliśmy … na jego nadmuchiwanej kanapie. Jednak wtedy ja postanowiłam, że nie chcę, żeby to była „jednorazówka” jak poprzedni tindermeni… Ale chciałam, żeby on też mógł wybrać. I uzgodniliśmy, że jeśli dojdziemy do 5 randki, to dopiero wtedy…

I wtedy spadł na nas lockdown…

Zamknięcie w domach, zakaz przemieszczania, restrykcje w sklepach, pozamykane szkoły, praca zdalna… Strach, kontra chęć spotkania się z nim i tęsknota…

Ale i wygrała chęć poznania nowego… innego… fascynującego…

Przyjeżdżał (a dzieliło nas 35 km) wieczorami, kiedy było ciemno, a moje dzieci już spały. Żeby nikt nie wiedział, nikt nie wiedział, sąsiedzi nie donieśli, nie mieli pretensji. Widzieliśmy się co 4,5 dni. Gotowaliśmy wspólnie kolacje, siadaliśmy na kanapie z winem i gadaliśmy godzinami. Mieliśmy niewiele możliwości – mieszkanie 60 mkw, dzieci śpiące w pokojach obok i krycie się przed światem.

„Ten rok przyniósł mi blisko 40 pierwszych randek. Usłyszałam setki komplementów i na nowo uwierzyłam w siebie. A miłość?”

Piąta randka oczywiście była wyjątkowa, ale po niej to był istny szał. Dziś wiem, że idealne dobranie się pod każdym względem w sferze seksu jest możliwe! Nikt nigdy nie działał na mnie w taki sposób, nikt nigdy nie spowodował, ze byłam taka dzika i taka delikatna, i  wrażliwa i zdecydowana. W niczyich ramionach nie czułam się nigdy tak bezpieczna, bezbronna i silna jednocześnie. Potrafił nie tylko doskonale pieścić moje ciało, ale pieścił też umysł, serce i duszę… Zrozumiałam to, gdy początkiem maja zadzwonił i poinformował, że nie może przyjechać. W pierwszej kolejności pomyślałam, że może córka została u niego na noc. Ale okazało się, że miał wypadek na motocyklu. Ta wiadomość zmroziła mnie całkowicie. Chciałam natychmiast wsiąść do samochodu i jechać do niego! To nic, że lockdown, to nic, że  dzieci bez opieki, to nic, że auto służbowe z gps i nie mogę go ruszyć… Byłam przerażona wizjami tego, w jakim on może być stanie. Rozmawialiśmy już o tym kiedyś, że jak wsiada na motor, traci hamulce i zdolność racjonalnej oceny sytuacji. Byle szybciej i dalej….  Okazało się na szczęście, że  jest już w domu, bierze gorącą kąpiel żeby zeszło napięcie, czuje się raczej dobrze, tylko trochę boli go bark i ma parę zadrapań. Zastopował mnie oczywiście z przyjazdem do niego, ale przegadaliśmy jeszcze sporo czasu zanim emocje opadły i mógł położyć się spać. Ja nie mogłam zasnąć. Uświadomiłam sobie, że mi na nim zależy. Tak zwyczajnie chyba… Jak na bliskim człowieku. Jak na przyjacielu. Jak na kumplu od seksu bo był blisko. Tak przecież ustaliliśmy, nie idziemy w związek, ja z ciągnącą się sprawą rozwodową, w terapii żeby móc poukładać sobie życie na nowo, on z pracą, w której większą część roku spędzał na trasach koncertowych po kraju. Przecież to rozumiałam i się zgodziłam, świadomie, po co komplikować sobie życie, i komuś…

Ale zrozumiałam, że z każdą chwilą chciałam więcej jego. Ale nie tak, że tutaj, teraz i już. Nie. Chciałam świadomie, powoli zbudować coś trwałego. Z nim właśnie. Z jedyną osobą  przy której w 100% byłam sobą… W dresach i wielkich skarpetach na stopach, ale on wiedział, że z czerwonym pedicurem, który mu się bardzo podobał. W potarganych włosach, po seksie, ale z galopującym sercem i rumieńcem na twarzy, którą on całował przytulając mnie. Ze łzami na policzkach kiedy rozmawialiśmy o naszej przeszłości. Z łaskotkami i lodami, gdy miałam chandrę. Z paznokciami odbitymi na jego plecach w namiętności i delikatny, czułym głaskaniu w chwilach refleksji…

I zrobiłam coś, czego chyba nie powinnam była zrobić. Albo zrobiłam to zbyt wcześnie. Albo w niewłaściwy sposób. Tych albo do dzisiaj jest milion. I pytań  „dlaczego?”i „co by było gdyby?”

Powiedziałem mu przy okazji kolejnego spotkania. Že jest dla mnie ważny. Że wystraszyłam się, że mogłabym go stracić. Źe to nic wielkiego i poważnego jeszcze nie jest, ale nie będę okłamywać siebie, że to nie jest nic. Bałam się. Pierwszy raz przy nim bałam się, ale pokonałam ten strach, jak nigdy wcześniej nie umiałam. Długo leżeliśmy wtuleni w siebie, całowałam jego obolały bark, a on tulił mnie do siebie głaszcząc po plecach. Sex był inny niż zwykle – długi i powolny, pełen czułości, delikatności, pasji. Miałam wrażenie, ze wcześniej nie byliśmy tak blisko, nigdy nie czuła, żebyśmy aż tak stapiali się w jedno. Oboje braliśmy i dawaliśmy w tym całych siebie, ze wszystkimi doświadczeniami, rysami, błędami i nadziejami. To było… magiczne…

I się skończyło…

Coraz mniej wiadomości i telefonów, zero spotkań, unikanie, oskarżanie, ignorowanie,  frustracja, kłótnie.

„Zaufałam i czekam na ciąg dalszy. Po prostu jesteśmy dla siebie. Bez żadnych gwarancji, naturalni ze swoimi wadami”

Po powrocie do normalności, po zakończeniu lockdownu, miałam nadzieję, że jednak będziemy mieli możliwość poznać się inaczej, sprawdzić jak nam będzie poza moim mieszkaniem, moją kanapą, bez śpiących dzieci za ścianą, z naszymi dziećmi buszującym w parku, z innymi ludźmi, naszymi znajomymi… Ale nie było możliwości… Moja wina, wyszły demony dotąd siedzące głęboko i nieprzepracowane na terapii. Jego wina, chęć odizolowania się od tego co pozornie sprawia zawód, a w głębi skrywa uczucia. Ból, który poczułam, gdy usłyszałam, że nie będzie już niczego więcej, mam w sercu do dzisiaj.

Utraciłam jedną, małą, część siebie. Tę, która już należała do niego, a ja nawet nie wiedziałam o tym. Ale największy chyba żal mam o to, że podjął tę decyzję sam, beze mnie, bez rozmowy, bez podjęcia choćby minimum wysiłku żeby spróbować. Ja dałam mu wybór, na początku. On mi na końcu nie…

Myślał, że załatwi to przez telefon. Tutaj się wściekałam. Nie pozwoliłam. Kazałam spojrzeć sobie w oczy. Chciałam usłyszeć od niego stojącego naprzeciw, że  4 miesiące nic nie znaczyły, że wspieranie się w tak trudnym okresie, który każdemu dał w tyłek, nic nie znaczyło, że przynoszenie ptasiego mleczka gdy nie miałam nastroju, nic nie znaczyło. Że sex był tylko sexem, kiedy ja czułam, że jest inaczej. Że wspólne wygłupy w kuchni były niczym. Że  wielogodzinne rozmowy i zarwane noce to było nic.

I zobaczyłam i poczułam, że się bał…

Zrozumiałam, że sam się pogubił…

Noc perseid, jezioro, koc i długa rozmowa. Ostatnie przytulenie, ostatni wdech zapachu jego ciała, ostatnie dźwięki jego aksamitnego głosu, ostanie spojrzenie w te niebieskie oczy. „Dziękuję”, które wtedy usłyszałam dało mi więcej, niż chciałam. Upewniło mnie w moim przekonaniu, że to nie było nic. Że to było wielkie „coś”.

Dzisiaj, z perspektywy prawie półtorej roku, jestem wdzięczna.

  • Za cudowny czas który mieliśmy wtedy.
  • Za wsparcie którego potrzebowałam, żeby zrozumieć, że jestem kompletna i wystarczająca.
  • Za poczucie bezpieczeństwa, brak oceniania, zrozumienie.
  • Za najlepszy sex na świecie – oficjalnie wystawię referencje jeśli będzie taka potrzeba 😂
  • Za moją kobiecość, która rozkwitła na nowo.
  • Za złamaną  deskę w kanapie, która przypomina.
  • Za to, że nauczył mnie że można być samą i szczęśliwą.
  • Za noc perseid – teraz już każda będzie spędzona z czułymi wspomnieniami.
  • Za pustkę w sercu,  która została wypełniona miłością do samej siebie.
  • Za to, ze jestem lepsza dzięki Niemu.

 

I pomimo, że już nikt na Tinderze nie przypadł mi do gustu, z nikim już nie pisało mi się tak dobrze, nikt nie był taki zabawny, interesujący, tajemniczy… Aplikacja się kurzy, ale dzisiaj wiem, że może zmienić życie na lepsze, nawet jeśli nie znajdziemy tam partnera na całe życie, to możemy znaleźć miłość na całe życie…

Wiem, że to może głupie, albo dziwne, ale ja i tak czuję, że jeszcze będzie pięknie, że to po prostu nie był ten moment, że będzie cdn… może w którąś noc perseid… z piosenką „Pistolet” w tle… teraz moją ulubioną…


Lifestyle

Sławomir Sikora, bohater „Mojego długu”: po więzieniu byłem jak dziki zwierz, facetem, który nie nadawał się do związku

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
17 marca 2022

Sławomir Sikora miał niespełna 30 lat, gdy wspólnie z Arturem Brylińskim rozkręcał biznes. Wtedy zaczął ich szantażować Grzegorz, znajomy, żądając spłaty wyimaginowanego długu. Zgłosili sprawę policji, ale nie dostali pomocy. Pobicia, próby zastraszania, groźby wobec bliskich nasilały się. W marcu 1994 roku Sikora i Bryliński zabili swoich dwóch oprawców. W 1997 roku zostali skazani – każdy na 25 lat więzienia. Sikora spędził za kratami 10 lat. W 2005 roku został ułaskawiony przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, a Bryliński pięć lat później przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Krzysztof Krauze nakręcił na podstawie ich historii głośny do dzisiaj – „Dług”. W kinach możemy obejrzeć kolejną produkcję będącą niejako kontynuacją poprzedniego filmu –  „Mój dług”. Rozmawiamy ze Sławomirem  Sikorą o najważniejszych kobietach jego życia. Tych, które miały największy wpływ na to, jakim dziś jest człowiekiem.


Ale na początek pytanie – dlaczego powstał film „Mój dług”? – Krzysztof Krauze spisał to, co miałem mu do powiedzenia, a potem wykreował własną postać. Słabo się w niej odnajdowałem. To był jakby mój niewyraźny cień. Teraz mogę w pełni uczciwie przyznać się do bohatera „Mojego długu”. Tak, to ja. Poza tym najnowszy film jest właściwie o czym innym niż historia opowiedziana przez Krauzego. Jemu chodziło głównie o pokazanie, jak doszło do zbrodni. My dziś opowiadamy o tym, co działo się później – mówi Sławomir Sikora dla GW.


Ada – po prostu mama

Wychowały mnie kobiety: babcia Helena i mama Ada. Było nas w domu dwóch braci, ojca prawie nie pamiętam – mówi Sikora. Mama była pianistką, ale w latach 70-tych przeszła zapalenie opon mózgowych i musiała zrezygnować z kariery. Zaczęła pracować w przedszkolu, gdzie uczyła rytmiki. Zmarła przedwcześnie w wieku 60 lat, w 1993 roku. Czy gdyby żyła, mogłoby nie dojść do tej kaskady przemocy i w finale morderstw? – Mama zawsze powtarzała, że chciała, bym miał stabilną pracę, była przeciwko tym wszystkim moim interesom – opowiada Sikora. -Grzegorz dobrze znał moją mamę, miał do niej szacunek i przy niej zachowywał jeszcze jakieś normy. Ale gdy mama odeszła i wiedział, że mieszkam już sam, stał się bardziej napastliwy – dodaje.

Śmierć mamy, z którą Sławomir był silnie związany, była dla niego i brata szokiem. Gdy odeszła, obaj byli we Francji. Po przyjeździe dowiedzieli się, że karetka przyjechała za późno, po dwóch godzinach od wezwania. Organizowanie pogrzebu zajęło im dwa tygodnie. – To było jakieś szaleństwo, obłęd. Pamiętam, że w dniu pogrzebu o godzinie 6 rano przyjechały do mnie dwie policjantki, założyły mi kajdanki i zawiozły na komendę na przesłuchanie. Wtedy spytałem: – A co by było, jeśli to wszystko są wyłudzenia i haracze? Czy ich zatrzymacie? Usłyszałem tylko: – Chyba się pan naoglądał amerykańskich filmów. Wtedy powiedziałem, że za kilka godzin mam pogrzeb matki. Nikt mi nie uwierzył. Cudem miałem przy sobie jej akt zgonu, więc mnie wypuścili. Dlaczego to opowiadam? Nie chcę się usprawiedliwiać, ale śmierć mamy była dla mnie momentem przełomowym, przestałam już kontrolować sytuację. I rok później… zamordowałem dwóch ludzi.

Magdalena – wielka miłość

Między nimi było 10 lat różnicy. Magda – jedynaczka. Sławek –  chłopak z kasą, młody przedsiębiorca, którego przyjaciele wozili dobrym samochodem. Dzieliło ich wiele, ale to była miłość od pierwszego wejrzenia. Uwielbiali tańczyć, chcieli się pobrać i założyć rodzinę. – Pamiętam, że jak Magdalena przyjechała do mnie do więzienia, powiedziała: Sławuś, jakbym była w ciąży, to już bym miała taki fajny brzuszek. Wtedy sobie pomyślałem: – Boże, dobrze, że nie jesteś w ciąży, bo co by to dziecko teraz przeżywało – opowiada Sikora. Pisali do siebie przez 16. miesięcy, on codziennie do 1 stycznia 1996 roku. – Więzienie jest takim miejscem, że ja mogę nie pamiętać, co robiłem wczoraj, ale pamiętam dokładnie, co robiłem każdego dnia więzieniu i w jakiej celi wtedy siedziałem. Tam czas inaczej płynie. Także w listopadzie 1995 roku Magdalena napisała mi, że wszystko ją po prostu przerasta- mówi.
 Wyrok zapadł rok później. Ale czy te listy pomogły mu przetrwać? I tak, i nie. – Między nami narodziła się wtedy metafizyczna więź. Kochałem, tęskniłem, cierpiałem okrutnie. Wiesz, co mnie najbardziej rozwalało? To, że nie wiem, jak ona wygląda, czy nikt jej nie robi krzywdy. Obok w celi siedzieli gwałciciele, więc moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Powiem ci, że recydywa od samego początku mówiła mi, że lepiej bym nikogo na zewnątrz nie miał, jeśli zostałem skazany na 25 lat. Mówili: – Słuchaj, jak nie będziesz miał kontaktu ze światem zewnętrznym, to będzie ci się lepiej siedzieć. Ale jak ja miałem oderwać się od miłości?

Kiedy Magdalena miała stawić się na przedostatniej rozprawie, nic go nie obchodziło oprócz tego, że miał ją zobaczyć. Nie przyszła. Odczytano tylko cztery zdania jej zeznania. Sławek nie chce, byśmy je cytowali, mówi, że to zbyt bolesne. – Dziś już wiem, że to między nami musiało się skończyć. Przez 16 miesięcy pisaliśmy do siebie listy, ona słała mi paczki i zdjęcia, płakała. Musiała też oszukiwać swoich rodziców, którzy nie pozwalali jej jeździć na widzenia – mówi. To była wielka presja, także społeczna. Bo przecież dziennikarze pisali wtedy bzdury, że Sławek po morderstwie pił wódkę i kopał na moście na Górze Kalwarii odcięte głowy, krzycząc: „Gol!”.  – Po wyjściu z więzienia napisałem do niej maila, czy mogłaby mi te listy oddać, bo chciałabym mieć pamiątkę, zrobić ksero. Odpowiedziała, że niestety je wyrzuciła – mówi.

Magdalenę zagrała Anna Karczmarczyk


Anna – wybawicielka

W filmie „Mój dług” to Sławek napisał do Anny list z więzienia z prośbą o pomoc. W rzeczywistości było inaczej. – To ona do mnie napisała list w pięknym stylu, ładnym pismem i dlatego zacząłem jej odpisywać. Tak zaczęła się nasza znajomość, choć ja zupełnie wtedy nie chciałem, by ktoś mi pomagał – opowiada. To jednak dzięki staraniom tej kobiety wyszedł na wolność w 2005 roku, po dziesięciu latach. Anna zorganizowała zbieranie podpisów (ponad 37 tysięcy!) pod petycją i zabiegała o ułaskawienie, które ostatecznie podpisał ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski. – Gdyby nie Anna, która dla mnie wykonała tytaniczną pracę, pewnie nie byłbym teraz wolnym człowiekiem. To pewne! Kilka razy pojechałem do niej na przepustkę do Gdańska, nad morze. Chodziliśmy na spacery po plaży, zakochaliśmy się w sobie, ale ja wtedy byłem facetem, który nie nadawał się do normalnego życia. To nie mogło się udać. Anna była bardzo ciepłą, dobrą dziewczyną, ale po ułaskawieniu nasze drogi się rozeszły – wspomina.

Annę zagrała Olga Bołądz


Ninel – jego mame


Poznali się w Żydowskim Instytucie Historycznym w 2004 roku. Ninel wtedy powiedziała: – Jeśli kiedykolwiek będziesz w potrzebie, przyjdź do mnie na Jagiellońską, tu możesz sobie pomieszkać. Klucze do tego mieszkania miało wtedy z pięćdziesiąt osób: aktorów, pisarzy, artystów – wszyscy w potrzebie. – Najpierw podziękowałem, ale przyszedł taki moment w moim życiu, że zapukałem do jej drzwi. Nie wiem, czy mi uwierzysz, ale któregoś razu spotkałem tam samego Krzysztofa Krauze. Kiedy otworzyłem, spojrzeliśmy na siebie i zrozumieliśmy, że nie ma przypadków. Ninel była dla mnie jak mama, ale mówiłem po hebrajsku: „mame” – wspomina Sikora. W tym właśnie mieszkaniu oglądał wiadomości, gdzie na czerwonym pasku pojawiła się informacja, że jest ułaskawiony. Śmiali się razem z Ninel, że Sławek nigdy nie miał świadectwa z czerwonym paskiem, a teraz ma.


Gaba – Anioł Stróż

Gaba była moim dobrym duchem, aniołem stróżem – mówi. Co ciekawe, spotkali się tylko dwa razy w życiu, a stworzyli wyjątkową więź. Kiedy Ninel go rozpieszczała, Gaba potrafiła na niego nakrzyczeć:  – Sławuś, pozbieraj się do kupy, ogarnij się. Dużo pomagała emocjonalnie, robiła mu tłumaczenia na język angielski, wspierała dobrym słowem. Rozmawiali tylko przez telefon i pisali do siebie maile i SMS-y. – Pamiętam, że moja ówczesna dziewczyna bardzo była zazdrosna o tę relację i chyba poniekąd dlatego się rozstaliśmy – mówi.

Iwona – co dała wędkę

Ona dała mi coś, czego nigdy nie wyrzucę, dała mi wędkę – mówi Sławek. – Kilka razy wypiliśmy herbatę i głównie rozmawialiśmy przez SMS, bo Iwona jest bardzo zajętą bizneswoman. Konkretna osoba, ale na wszystko brakuje jej czasu. Kiedyś napisała do mnie: – Sławek, zbliżają się twoje urodziny. Co chcesz na prezent? Zastanawiał się długo, bo wydawało mu się, że ma wszystko. Ale kolega podpowiedział, że przydałby mu się komputer, bo mógłby napisać książkę. „Może jakiś laptop?”, napisał więc nieśmiało. A ona krótko: „Pecet czy Mac?” Sprawa ucichła, minęły chyba trzy tygodnie i znów przyszedł SMS: „Wybrałeś?”. Poszli więc razem do sklepu i tak Sławomir dostał swój pierwszy laptop, na którym napisał dwie książki: „Osadzony” i „Mój dług”.

Aga – żona

W 2009 roku poczułem, że ponieważ w kraju mi się nie układa, wyjadę gdzieś daleko – mówi. Wymyślił sobie, że kupi bilet do Buenos Aires i będzie pracował w dokach. Jednak znajomy mu podpowiedział, żeby najpierw poszedł na pielgrzymkę do Częstochowy z osobami niepełnosprawnymi. Ciekawość wzięła górę. – Drugiego dnia zacząłem iść blisko pewnej dziewczyny, która też pchała wózek. Aga ujęła mnie tym, że kompletnie nic nie mówiła, wydawała się tajemnicza. Ale znalazłem do niej klucz, bo podobnie jak ja, lubiła fotografować. Była też bardzo wytrzymała, kompletnie nie przeszkadzało jej to, że śpimy byle gdzie, że idziemy dziennie po 30 kilometrów. Pomyślałem, że jest bezproblemowa – opowiada. Myślał wtedy, że ponieważ nie wyszło mu z Anną, to nie uda mu się już z żadną kobietą. – A tu na mojej drodze znowu stanęła wolontariuszka, dziewczyna, która robi coś dobrego ze swoim życiem, chce pomagać innym. Okazało się, że Aga jest z Dolnego Śląska, z maleńkiej miejscowości nad jeziorem. Zacząłem ją odwiedzać, aż po dziesięciu miesiącach zorientowałem się, że moje mieszkanie w Warszawie stało się najdrożej wynajmowaną szafą, do której przyjeżdżam tylko wymieniać ubrania – mówi. Pobrali się w 2013 roku. – Kiedyś pchaliśmy po wózku, a dziś pchamy już trzy ze swoimi dzieciakami – dodaje.

Antonina – jedyna córka

Ojcem został po 50. Późno, więc śmieje się, że jako 57-latek jest bardziej dziadkiem. Wylicza: Franciszek ma siedem i pół roku, Antonina pięć lat, a Stanisław skończone trzy lata. „Ale córka, to oczko w głowie tatusia. Jak wracam z jakiejś podróży, to ona pierwsza do mnie podbiega, rzuca w kąt oglądanie „Psich patroli” i krzyczy: -„Tatusia do mnie przyjechała!” Każdy facet w tym momencie byłby na łopatki rozłożony – mówi Sikora. Ale Sławek nie chce zbyt dużo opowiadać o rodzinie. – Noszę stygmat gościa, który 10 lat siedział więzieniu i który zabił. Dlatego staram się dziś chronić prywatność ze względu na dzieci. Czasem różne telewizje proponują, że przyjadą i pokażą mnie z żoną z dziećmi. Absolutnie nie zgadzam. Nie dlatego, że mam coś do ukrycia, ale dlatego, że nie chcę, żeby moje dzieci były napiętnowane – mówi.

Maryja – Matka Boska


Jeszcze połączyłbym te wszystkie kobiety taką piękną klamrą – mówi na koniec. -Wśród tych kobiet, które wpłynęły na moje życie, jest jeszcze — może najważniejsza – Maryja. Jestem mocno nawróconym facetem. Gdyby nie Ona – nie byłoby mnie, rodziny, dzieci.

Sławomira Sikorę zagrał Bartosz Sak


Zobacz także

10% kobiet mówi, że wychodzi za mąż z miłości, z czego połowa, moim zdaniem, jeszcze kłamie…

„Ktoś kiedyś powiedział – noc to pora kochanków”. Akcja #ListdoNiego

Urodowe SOS, czyli plan naprawczy dla włosów