Lifestyle Psychologia

Tylko się nam wydaje, że stać nas na zdrowy egoizm. Prawda jest taka, że nadal nie potrafimy o siebie zadbać. Uczmy się tego!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 listopada 2015
Fot. iStock / misfire_asia
 

Bo wszystko inne jest ważniejsze. Praca. Rodzina. Dom. Nawet teściowa. W robieniu (za przeproszeniem) innymi dobrze posuwamy się do granicy absurdu. Mówimy: „Jestem szczęśliwa, kiedy szczęśliwa jest moja rodzina”. No fucking way.

Wściekamy się na stereotypy narzucające role kobiecie i mężczyźnie. Udowadniamy, że my kobiety też potrafimy wymienić koło w aucie. Że wymalujemy pokój i jeszcze ugotujemy pyszny obiad dla całej rodziny. Że pobawimy się z dziećmi, powiesimy pranie, posprzątamy łazienkę, a wieczorem z uśmiechem zasiądziemy do zaległości z pracy po ostatnim zwolnieniu lekarskim, kiedy młodszy syn chorował. I uwaga, jeszcze nogi z dziką rozkoszą rozłożymy w nocy. Tak, to my kobiety, które wszystkich chcą zadowolić nie dbając zupełnie o siebie.

I te odwieczne wyrzuty sumienia, poczucie winy. „Tak, wyjdę do kina” i za chwilę: „Ale przecież dzieci tak czekają, żebym przeczytała im ostatni rozdział książki”. I już wiadomo, że z kina nici. „Może następnym razem, muszę się bardziej zorganizować”. Rezygnujemy z wyjazdu z przyjaciółkami, bo przecież mąż wróci zmęczony do domu po tygodniu w delegacji. Nie można mu zostawić dzieci na głowie. Aaaa, jak mnie to wkurza. I nie, nie żebym się różniła. Wiem, o czym piszę. Przyjaciółka mówi: „Zostań na noc, co będziesz po nocy wracać”, a mi w głowie już rozbrzmiewają: „Dzieci będą tęsknić, czy mają zakupy zrobione, czy mąż pamięta, na którą godzinę idą do szkoły i jakie mają zajęcia! Nie dam im buziaka z rana”. Zaraz za nimi idą racjonalne przesłanki, że przecież jestem z dziećmi non stop, mąż ma ręce, głowę i nogi, plan lekcji na lodówce, i że ucieszy ich męski wieczór i poranek. Wiem też, że przegadanie z przyjaciółką pół nocy dobrze mi zrobi. Złapię dystans, zatęsknię. W końcu też musze się wygadać, wyluzować. Zostaję, ale z samego rana, tuż po kawie jadę do domu.

Plus jest taki, że wiem, iż z każdym kolejnym razem łatwiej będzie mi zostać, powiedzieć: „Chłopaki muszę wyjechać, umówiłam się na babski weekend, wiem, że sobie poradzicie”. Oczywiście nie tak świetnie, jak gdybym ja była i upiekła w sobotę ciasto (wrrrr już wkurzam samą siebie takim myśleniem). Pani Niezastąpiona. Basta. Koniec. Jestem dla tych, których kocham, ale jestem też dla siebie. Bo siebie też kocham. Nie jestem jedynie od zapamiętywania planu lekcji, dodatkowych zajęć, wymyślania atrakcji, gotowania i sprzątania, i zabawy. Muszę nauczyć się dbać też o siebie.

Myślałam, jak się do tego zabrać najlepiej. Spróbuj.

Lista rzeczy, które zrobiłaś dzisiaj dla innych

Usiądź wieczorem z kartką . Podziel na rodzinę, na kolegów z pracy, na swoich rodziców, teściów i wypisz, co dla nich dziś zrobiłaś. Po kolei. Od zrobienia kanapek na śniadanie dzieciom, kawy mężowi, zakupów swojej mamie. A teraz zaznacz wszystkie te rzeczy, których robić nie musiałaś, bo inni poradziliby sobie sami. I te, w przypadku których mogłaś poprosić o pomoc – choćby przy wieszaniu prania w domu. I jak? A teraz kolejny krok.

Lista rzeczy, które zrobiłaś dla siebie

Ale tylko dla siebie. Nie liczy się, że ustawiłaś pralkę, by pranie rozpoczęło się na godzinę przed twoim powrotem do domu. Czy kupiłaś ciasto do kawy, z którym podzieliłaś się koleżankami z pracy. Nie. Tylko dla siebie. Drzemka po południu? Słuchawki na uszach i pół godziny relaksu z muzyką? Wyjście na ćwiczenia? Bieganie? Z poczuciem, że robisz to dla siebie, a nie po to, żeby schudnąć i bardziej podobać się mężowi. Chodzi o rzeczy, gdzie zaspokajasz tylko i wyłącznie swoje potrzeby. Poleżenie na podłodze w pokoju u dzieci i przyglądanie się z im? Powiedzenie: „Nie mam siły/ochoty” na zrobienie czegoś, o co proszą cię inni. Bo dzisiaj zwyczajnie ci się nie chce. Co przecież nie znaczy, że jutro tego nie zrobisz. I jak? Masz te dwie listy? Porównaj je. I zrób kolejną.

Lista rzeczy, które cię wkurzyły

Wszystko, co cię zdenerwowało. Niezakręcona pasta do zębów, przestawione kubki w kuchni, każda pierdoła. I obok zaznacz, w którym sytuacjach dałaś upust swojej złości. Powiedziałaś, że coś cię denerwuje, wyprowadza z równowagi, że ci się nie podoba. A ile razy zacisnęłaś usta i umyłaś filiżankę po kawie, podniosłaś skarpetki z podłogi i powiesiłaś ręcznik w łazience. Złościsz się? Mówisz o tym? Dopóki nie powiesz, co cię wkurza, nie oczekuj, że ktoś się tego domyśli. Tak wiem, czasami nie chce się po milion razy powtarzać tego samego, więc może nie powtarzaj. Powiedz, że nie będziesz robić niczego za innych. Mąż wychodzi z kolegami, a ty chciałaś wyjść pojeździć rowerem? On wiedział o tym. Daj sobie prawo do złości.

Lista rzeczy, które chciałabyś zrobić

Ale tylko dla siebie. Wyjście do kosmetyczki, odkładanego od dwóch tygodni fryzjera. Na basen, masaż, saunę, aerobik czy jogę. Do przyjaciółki na kawę lub na film do kina. A może pospać pół godziny po przyjściu do domu? Wypisz wszystko, co ci przyjdzie do głowy, nawet kąpiel w wannie przy świecach, kiedy nikt nie wejdzie do łazienki. Masz? To teraz weź kalendarz i wpisz, kiedy co zrobisz dla siebie. Zaplanuj to. Powieś na lodówce, żeby wszyscy domownicy zobaczyli i wzięli pod uwagę twoje plany. Ty ich plany przecież uwzględniasz. Dodatkowe zajęcia dzieci, koszykówkę męża. Wplatasz to, co dla ciebie w ich rozkład dnia. Jeśli coś z czymś koliduje, ustalcie kompromis.

Spójrz w lustro

Masz te listy? Przyjrzyj się im. Może to jedyna rzecz, którą dziś dla siebie zrobiłaś? Stań przed lustrem. Uśmiechnij się do siebie i powiedz patrząc sobie w oczy, że nie zasługujesz na to, co znajduje się na ostatniej liście. Że nie możesz sobie tego dać. Bo wszyscy inni są ważniejsi do ciebie. Co czujesz?

Właśnie…

Daj sobie szansę na egoizm. Zadbaj o siebie. Kochaj. I bądź szczęśliwa również sama ze sobą, a może przede wszystkim.


Lifestyle Psychologia

Sprawdź hormony i włącz szczęście

Kacper Nosal
Kacper Nosal
4 listopada 2015
Fot. Pixabay / Public Domain CC0
 

Bycie szczęśliwym często kojarzy się z takimi utartymi wyrazami jak kariera (czasami NAWET dodatkowo występująca wraz ze spełnieniem zawodowym), cudownym związkiem/małżeństwem, założeniem rodziny, zarabianiem niebotycznych pieniędzy itp.. Mało kto zdaje sobie sprawę, dlaczego robimy to, co robimy. Warto zatem przyjrzeć się wielkiej czwórce” hormonów, których zawodem jest dawanie nam szczęścia”. Przed tobą: endorfiny, dopamina, serotonina i oksytocyna.

Endorfiny­ – lekarze polowi

Organizm człowieka w sprytny sposób zachęca nas do trzymania formy – wprawiając endorfiny w ruch łagodzi ból mięśni. W trakcie, a także po totalnym zniszczeniu kondycyjnym powodują, że czujemy się nieprzyzwoicie dobrze :). Ma to dla naszego zdrowia dość zbawienny wpływ, nieprawdaż? Endorfiny również przeciwdziałają stresowi, czyli – walczą” z niebezpiecznym czynnikiem osłabiającym naszą odporność na różne choroby (np. nowotwory czy depresja).

Jak można je wyzwolić?

♦ Uśmiechając się! (co odważniejsi mogą spróbować tej czynności w stosunku do przypadkowych ludzi, np. w metrze). Według Robina Dunbara, sama praca mięśni (biorących udział w śmianiu się) powoduje produkcję endorfin. Co ciekawe, wygląda na to, że nawet sztuczne uśmiechanie się powoduje poprawę nastroju. Warto więc może spróbować świadomie polepszyć sobie humor? 🙂
♦ Uprawiając sport
♦ Uprawiając seks
♦ Jedząc czekoladę (najlepiej z umiarem)

Dopamina­​ – ​motywator personalny

No właśnie. Pomaga nam osiągnąć cele, które sobie zakładamy i motywuje nas do realizacji kolejnych. Po osiągnięciu celu czujemy przecież przypływ dobrego samopoczucia prawda? Według Mercè Correa, dopamina również pełni rolę związaną z unikaniem rzeczy strasznych.

UWAGA:​ istnieje niebezpieczeństwo uzależnienia się od dopaminy. Dlaczego? M.in. ze względu na możliwość natychmiastowej gratyfikacji. Np. uzależnienie od portali społecznościowych, mówi Ci to coś?

Jak można​ ​ją wyzwolić?

♦ Skreślając z listy zrealizowane zadania
Jedząc słonia łyżeczką” ­ rozbijając duże cele na mniejsze, dzięki czemu zastrzyki dopaminy będą częstsze i w rozsądnych ilościach
♦ Celebrując momenty sukcesu (a no choćby zdanie prawa jazdy)
♦ Słuchając muzyki

(A tak a propos celebracji patrz niżej)

Serotonina­ – Celebrytka

Duma, status społeczny. Otrzymujemy publicznie awans w firmie – ­ rośniemy, wykonaliśmy właśnie ważne dla szefa zadanie i dostajemy od niego pochwałę -­ rośniemy. Jesteśmy na uroczystości rozdania świadectw ukończenia szkoły średniej przez nasze dziecko -­ również rośniemy! A to, co czujemy w tych sytuacjach to m.in. właśnie przypływ serotoniny.

Jak można ją wyzwolić?

♦ Badanie Perreau­-Lincka i in. wykazało, że świadoma zmiana swojego nastroju może powodować produkcję serotoniny
♦ Można się opalać 🙂
♦ Poprzez przypominanie sobie chwil, w których osiągnęliśmy sukces, bądź czuliśmy się ważni
♦ Po raz kolejny ­ ćwiczenia fizyczne!

Oksytocyna­ – Bezpieczna Altruistka”

Odpowiedzialna m.in. za nasze zaufanie do innych ludzi i tworzenie bliskich związków. Jaki jest najważniejszy zasób, który mamy? Nie, to nie są $$$, tudzież PLN. To czas. Czas, który nam się nie wróci, ale się zwróci”. Poświęcając go komuś, budujemy z tą osobą więzi.

A teraz uwaga, to wam się spodoba. Badanie ​René Hurlemanna pokazuje, że mężczyźni będący w związku, którym zaaplikowano oksytocynę, trzymali większy dystans do nieznanych kobiet, które uważali za atrakcyjne (sic!). Nic tylko pompować facetom oksytocynę :).

Jak można ją wyzwolić?

♦  Dane tylko kobietom – karmienie piersią niemowlaków powoduje wytwarzanie się oksytocyny. Czemu by nie wzmocnić jeszcze bardziej więzi z potomstwem? 🙂
♦ Przytulając się
♦ Poświęcając chwilę na pomoc komuś kto tego potrzebuje
♦ Przeżywając orgazm

Reasumując, hormony: endorfiny, dopamina, serotonina i oksytocyna NIE SĄ pigułkami szczęścia, NATOMIAST ich zdrowa ilość może przyczynić się do bardziej pogodnego i satysfakcjonującego życia. W końcu o to chodzi, prawda? 🙂


Artykuł inspirowany mową Simona Sineka Why Leaders Eat Last”, którą serdecznie polecam (znajdziecie na YouTube)


Lifestyle Psychologia

„Na twoje miejsce jest stu innych”. Więc zasuwaj grzecznie, to może dostaniesz podwyżkę

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
3 listopada 2015
Fot. iStock

– Nigdy nie wiesz, czy gdzieś indziej nie jest gorzej – mówił mi kolega, kiedy głośno myślałam o zmianie pracy. – Możesz trafić z deszczu pod rynnę – dodawał. Nie chciałam wierzyć, że w innej firmie może być tak samo, że wszędzie jest mobbing. Bo kim wtedy jest pracownik? Wyrobnikiem, na którym można wyładować swoje humory, którego uważa się za gówno, za niezdolnego samodzielnej pracy?

Jak najdalej od korporacji

Przecież jesteśmy dorośli. Idziemy do pracy wiedząc, co musimy zrobić, jakie są nasze obowiązki. „Przestań, u nas dzień zaczyna się od kawy i plotek. Chodź do nas, jak ci źle” – mówi znajoma, która pracuje w budżetówce. Tam nigdy specjalnie nikt się nie przemęcza. Usłyszałam kiedyś stojąc w kolejce rozmowę dwóch kobiet, które znałam z urzędu. „Wiesz, byłam z kierowniczką dziś na targu, super mają truskawki, wstąpiłyśmy jeszcze do cukierni na kawę”. Ręce mi opadły. Ciekawe, kiedy będę mogła odebrać dokumenty, na które tydzień już czekam, skoro one mają czas na zakupy w czasie pracy.

Ja mam problem z umówieniem się do lekarza na badania, bo w mojej firmie niemile widziane są nieobecności, nawet te sensownie usprawiedliwione i zaledwie godzinne.

Pracuję w firmie reklamowej. Polskim oddziale, siedziba firmy jest w Niemczech. Opracowujemy strategie marketingowe dla różnych firm. Łącznie jest nas około 40 osób, rotacja jest duża, więc nigdy nie wiadomo, ilu jest nas dokładnie. Ktoś na wypowiedzeniu, macierzyńskim czy okresie próbnym.

Jak zobaczyłam ofertę pracy, byłam zachwycona. Wcześniej pracowałam w dziale reklamy jednego wydawnictwa. Dość dużego. Tam presja na wynik była ogromna. Wiadomo, ile sprzedasz reklamy, tyle pieniędzy będzie miała firma, a ty odpowiednią prowizję. Każdy patrzył ci na ręce i wykorzystywał moment, kiedy podwinęła ci się noga. Strach było pójść na zwolnienie. Koledzy podbierali sobie klientów, obniżali stawki, negocjowali ceny.

Kryzys w firmie powodował, że było coraz gorzej. Ze stresu nie spałam. Bałam się, co zastanę wchodząc rano do firmy, czy dzwoniąc do swojego klienta nie usłyszę, że godzinę temu podpisał umowę z moją koleżanką zza biurka. Kiedy naszym szefem został kolega z działu, poszłam na zwolnienie. Nie podołałam presji, jaką wywierał na wynik finansowy. Od naszej pracy uzależniony był jego sukces. Można sobie wyobrazić, co się działo. Ktoś, kto chwilę wcześniej siedział z nami biurko w biurko, teraz wyzywał nas od debili, kiedy nie udało się podpisać zlecenia z klientem.

Powiedziałam: „Dość, nie pozwolę się traktować, jak wyrobnika,a potem żeby ktoś inny zgarniał za to pochwały i nagrody”. Zwolnienie od psychiatry. Stany lękowe, początek depresji. Dałam sobie czas. Zwolniłam, zadbałam o siebie. O dom, dzieci. Po kilku tygodniach zaczęłam przeglądać oferty pracy. Odrzucałam te, w których pojawiało się: „Premia za wyniki” czy „Premiowy system wynagrodzenia”. Nie chciałam żadnych premii, wiedziałam, że wiąże się to z wyścigiem szczurów, z podkładaniem sobie świń, choćby nie wiadomo, jak na początku zespół był zgrany. Pieniądz rządzi światem, także w takich firmach. Niestety. Nie chciałam też trafić po raz kolejny do działu sprzedaży. Najbardziej niewdzięczna praca, bo wszyscy od ciebie oczekują, że zarobisz na utrzymanie firmy. Dopóki idzie świetnie, noszą cie na rękach, kiedy przychodzi kryzys, jesteś pierwsza do odstrzału.

Idealne oferty pracy

No więc szukałam pracy. Byłam ostrożna. Nie chciałam po raz kolejny przeżyć tego samego. Mąż mówił, żebym się nie spieszyła. I w końcu trafiłam na ofertę wymarzonej przeze mnie pracy. Gdzie ważna jest kreatywność, obiecany elastyczny czas pracy, zgrany zespół (choć tu zawsze byłam ostrożna), a co najważniejsze, firma niemiecka, czyli zachodnie standardy pracy, a nie rodem od polskich dorobkiewiczów.

Rozmowa kwalifikacyjna. Bardzo miło. Kadrowa i kierowniczka działu, w którym miałabym pracować. Po angielsku – wiadomo, chodzi o kontakt z niemieckimi współpracownikami. „Miewamy wyjazdy integracyjne do Niemiec, czy będzie pani dysponowała czasem”, pytają, a ja myślę: „Super, w końcu coś dla pracowników”, zwłaszcza, że usłyszałam o wspólnych imprezach, szkoleniach. W końcu inwestują w zespół. „U nas pracuje się od 8 do 16:00, bez nadgodzin, nie przenosimy pracy do domu”, nie pytam więc o elastyczny czas pracy. Brak nadgodzin mi wystarczy. Żadnych maili po godzinach, dopracowań projektów wieczorami.

Kolejna rozmowa z dyrektorem oddziału. Interesuje go jedynie moje doświadczenie zawodowe, kiedy pada pytanie, dlaczego odeszłam z poprzedniej firmy mówię: „Wypaliłam się, szukam nowych wyzwań”. Widać, to mu wystarczyło. Dwa tygodnie później zaczęłam u nich pracę. Cieszyłam się, że jestem z dala od korporacyjnego klimatu, w zespole, gdzie pewnie wszyscy się znają, bo w końcu nie było nas zbyt dużo. Bez dress codu. Mogłam iść w tenisówkach do pracy. W końcu.

Miłe (nie)dobrego początki

To był czas urlopów, więc ludzi w firmie trochę mniej. Moja nowa kierowniczka na wakacjach, a ludzie świetni. Poznałam każdego. Obowiązkowe było przejście wszystkich działów, poznanie specyfiki pracy każdego z nich. Z tej radości, że w końcu zawodowo znalazłam się we właściwym miejscu, upiekłam ciasto dla wszystkich na miły początek.

„Magda, a jak uzbiera się więcej minut przed przyjściem do pracy, to można sobie odebrać wolne?”, spytałam koleżanki po kilku dniach. Odbijaliśmy się na wejściu i wyjściu z pracy. Czasami zdarzało mi się być 10 minut przed czasem. Miło, jak uzbiera się godzina wolna. Magda spojrzała na mnie: „No co ty? Nikt ci nie mówił, że musisz być pięć minut przed czasem, a jak przyjdziesz szybciej nikt dziękować ci nie będzie”, no tak przecież nie muszę być szybciej. Zdziwiłam się jednak, gdy kolega musiał zostać pół godziny dłużej w pracy za ośmiominutowe spóźnienie. „Pół godziny? Przecież to przegięcie”, mówiłam, ale on tylko machnął ręką: „Moja wina, zagadałem się u syna w przedszkolu”. Okazało się, że to standard. Przyjdziesz szybciej – twoja sprawa, spóźnisz się powyżej 5 minut, odrabiasz pół godziny. Za spóźnienia obcinana jest premia.

Z deszczu pod rynnę?

Sielankowa atmosfera nagle się skończyła. Po urlopie, moich dwóch tygodniach pracy, wróciła kierowniczka. Siedziała w przeszklonym gabinecie. Zresztą tak było w każdym dziale. Duży pokój i kierownik za szybą. Wszyscy w moim dziale jakoś dziwnie przycichli. Najpierw usłyszałam, że niezła ze mnie gaduła. No tak, lubię rozmawiać, poza tym nie wszystko da się omówić na mailu. Po co słać do siebie zza biurka kolejne wersje hasła reklamowego, skoro możemy to ustalić na głos, robiąc burzę mózgów. Kilka dni później usłyszałam od kolegi: „Wyślij mi to mailem proszę, zobaczę i napiszę, co zmienić”. Było to tak znaczące, że nie zaprotestowałam. Atmosfera się zagęściła, czy tylko mi się wydawało?

Na przerwie obiadowej usłyszałam, że nie możemy wszyscy na raz wychodzić z pokoju, ktoś musi zostać, jakby dzwonił telefon. W kuchni każdy patrzył na zegarek. Obiad trzeba było zjeść w maksymalnie 15 minut. Nie było krzeseł, tylko wysokie stoły, przy których jadło się na stojąco. „Żebyśmy za długo tu nie siedzieli i nie gadali”, tłumaczono. Poczułam w głowie lekki niepokój. Ale obiecałam sobie nie popadać w paranoję. To przecież niemożliwe, żeby wszędzie było tak samo. Powrót kierowniczki sprawił, że wszyscy chodzili spięci, przestaliśmy żartować i rozmawiać między sobą. Myślę: „Dobra, nowy projekt, wszyscy nerwowi”.

W regulaminie pojawił się zakaz używania własnych telefonów do prywatnych rozmów. Dwa dni po jego wprowadzeniu kierowniczka przez 15 minut darła się przez telefon na swojego syna, któremu nie poszedł jakiś sprawdzian. No tak, ona wprowadziła zasady, mogła je łamać.

Wódka i pierogi w nagrodę

Na mailu zdjęcie z monitoringu korytarza firmowego. Podpis: „Pamiętajcie proszę, że nasz budynek jest monitorowany, wychodzenie z biurowych pomieszczeń jest odnotowywane”. Brakowało tylko dopisku: „Wiemy, co robisz w drodze do kibla”.

15 minut przerwy obiadowej, 5 minut na pozostałe czynności – zrobienie kawy, herbaty, siku. Monitoring na komputerach, to norma już teraz. Nikogo nie dziwi. Ale kiedy kolega z innego działu dostał naganę za opłacenie przedszkola córki w godzinach pracy, byłam jednak w szoku. Przecież to chwila. Nie można być przez osiem godzin kreatywnym non stop.

Ściągnęłam różowe okulary. Albo inaczej. Ktoś mi je brutalnie zrzucił tuż przed firmowa Gwiazdką. „Dostajemy coś w kopertę z okazji Świąt?”, pytałam pamiętając o obietnicach wynagradzania pracowników imprezami i szkoleniami. „Olka, jeszcze się nie nauczyłaś, że tu nic się nie dostaje?”, odpowiedział kolega. Impreza była obowiązkowa. Pół godziny po pracy podjeżdżał po nas autokar, żeby zawieźć do knajpy. Przebierałyśmy się w firmowej toalecie i nad zlewem robiłyśmy makijaże wieczorowe. Trzeba było się świetnie bawić. W końcu spłynęła na nas dobroć szefa w postaci wódki na stołach i pierogach z kapustą i grzybami.

Za szkolenie zapłać sam

Z nowym rokiem premie zamieniono na nagrody uznaniowe. Musieliśmy podpisać aneksy do umów o pracę zrzekając się zapisanego w nich prawa do premii. Nie podoba się, możesz złożyć wypowiedzenie. Nagrody łatwiej cofnąć. Za byle co. Za jedno zwolnienie lekarskie potrącano 25% nagrody. Więc ludzie przychodzili z gorączką do pracy. Szczęście miał ten, kto posiadał dzieci i chorował w tym czasie, kiedy one. Tu nagrody nie zmniejszano.

Kładziono nacisk na rozwój zawodowy pracowników. Udzielano nam za darmo pomieszczenia do nauki niemieckiego, ale za lekcje musieliśmy już płacić sami: „Wynegocjowałem dla was zniżkę”, mówił szef dając do zrozumienia, kto z lekcji powinien skorzystać. Szkolenia odbywały się w weekend, a nagrodą za obowiązkowy udział była darmowa pizza w poniedziałek. Jedna na cztery osoby.

Nie wierzyłam, że to się znowu dzieje. Nie, nie było wyścigu, były zastraszone szczury, które bały się wejść do firmy, kiedy szef był szybciej od nas. To wróżyło kłopoty. Przeglądanie naszych komputerów, czasów logowania do systemu, wyjść do toalety. Najczęściej robił to tuż przed wypłatą nagród. Rozmowy roczne z pracownikami odwołał głośno mówiąc, że nie przewiduje podwyżek, bo jego zdaniem pracownicy tylko
o podwyżkach chcą rozmawiać. Koleżance, która zagroziła odejściem dał 17 złotych netto podwyżki. „Zadowolona?”, spytał. Nikt nie poszedł się więcej wykłócać. 17 złotych to jałmużna, dowód upokorzenia, wartość wkładanej pracy.

Praca ponad wszystko

„Kiedy jesteś w pracy, oczekuję, że poświęcisz się jej w 100%, na prywatne rozmowy masz czas po pracy”, powiedziała kierowniczka, kiedy usłyszała, jak z koleżanką rozmawiałam o dzieciach. Następnego dnia nie poszłam do pracy. Mąż mówił, że wyolbrzymiam, że przecież byłam taka zachwycona. „Nie jesteś przewrażliwiona? Może ona miała gorszy dzień, tobie też się przecież zdarza”. Tylko tych gorszych dni baliśmy się najbardziej. Kiedy wchodziła i nie odpowiadała na „cześć” wiedzieliśmy, że czeka nas ciężki dzień. Każdy pakował nos w monitor i zapadał się w fotel, byleby tylko nas nie zauważyła i nie wezwała kogoś do siebie. Bo wtedy już różnie bywało. Od sprzątania biurka, przez robienie miesięcznego raportu i tłumaczenie się z każdej minuty wylogowania na komputerze. Bo wylogowywać się trzeba było nawet wtedy, gdy wychodziło się do toalety lub kuchni wstawić wodę na kawę.

Czułam, jak się zapadam w siebie. Śniło mi się, że zapomniałam hasła do logowania. Że zepsuła się karta do czytnika na wejściu do pracy. Wiedziałam, że codziennie wracam tam, gdzie nie chciałam już nigdy być. Ale bałam się, że wszyscy uznają mnie za wariatkę. „Przecież inni tam pracują i wytrzymują”, słyszałam. Ale nikt nie wiedział, że jedna dziewczyna usunęła ciążę, bo bała się zwolnienia. „Nie mogą cię zwolnić, jak spodziewasz się dziecka”, tłumaczyłam. „Kierowniczka kiedyś powiedziała, że na każdego z nas ma jakiegoś haka. A to wystarczy na dyscyplinarne wyrzucenie”. Dwie nasze inne koleżanki były już na macierzyńskim, ona wiedziała, że nie może teraz urodzić dziecka. To szkodliwe dla firmy. „Spokojnie one wrócą, to wtedy postaram się o dziecko, w końcu łatwo zachodzę w ciążę”, mówiła. Inna po rozwodzie. Bez alimentów. „Gdzie ja będę szukać innej pracy, zawsze jest lepiej tam, gdzie nas nie ma. Tu przynajmniej wiem, czego się po nich spodziewać”.

Złożyłam wypowiedzenie. Chodzę na terapię. Boję się przeglądać oferty pracy. Boli mnie żołądek, kiedy czytam: „Młody dynamicznie rozwijający się zespół”, „To twoja szansa na rozwój”. Zadzwonił kolega. Zwolnił się. Rozkręca własny biznes. „Nie chcesz mi pomóc? Potrzebuję kogoś takiego jak ty. W końcu powtarzałaś mi: „Jesteś świetny, rzuć tę robotę w pioruny. Nie doceniają cię i nigdy nie docenią”, śmieje się. „Nie wiem. Pomyślę”, odpowiadam.

Opowiadam ci tę historię, żeby pokazać, jak traktuje się pracowników, którzy angażują się w pracę, zawodowe obowiązki, plany. Może opowiadam ją też po to, żeby przeczytać że nie wszędzie tak jest. Że nie można pozwalać tak się traktować. Że są firmy, w których szanuje się każdego pracownika, nie krzyczy w korytarzu na sprzątaczkę, która drzwi od toalety nie zamknęła. Nie zastrasza. I nie ubliża słowami: „Na twoje miejsce jest stu innych”.


Zobacz także

Idziemy jak ten koń z klapkami na oczach. I nagle budzimy się w miejscu, kiedy właśnie odchodzi od nas partner, jesteśmy maksymalnie wypalone

Powinieneś być silny. Pozwólmy mężczyznom płakać

Kilka największych błędów, jakie w związku popełniają faceci. Drodzy panowie – sama miłość nie wystarczy. Pora to zrozumieć