Lifestyle

„Toniemy w długach. Za kasę, która była na manicure i fryzjera, utrzymuję teraz całą rodzinę!”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
25 października 2021
Fot. iStock/Eva-Katalin
 

Nie powiem wam, ile mamy długów. Bo nie jestem w stanie tego wszystkiego policzyć. Nie chcę nawet tego liczyć ani się tym stresować. Gdybyście mnie zobaczyły, na pewno nie pomyślałybyście, że nie mam kasy. Nadal fajnie wyglądam i noszę się modnie. Ostatnio przyjaciółka powiedziała mi: „Ja na miejscu twojego męża poszłabym pracować do Żabki na kasie. Taki wstyd”. Zrobiło mi się okropnie przykro.


Ale od początku! Poznałam go pod koniec studiów, był dwanaście lat starszy, a ja przepadłam w tej miłości jak jakaś małolata. Wydawał się taki stabilny, czułam, że zawsze mogę na niego liczyć. Byłam bezpieczna, zakochana i bardzo szczęśliwa. Zawsze po pracy, kiedy koleżanki szły jeszcze na wino, dzwoniłam do Tomasza z pytaniem, jakie mamy plany na wieczór. Po prostu uwielbialiśmy swoje towarzystwo i przedkładaliśmy je ponad cokolwiek innego. Znajome śmiały się, że jesteśmy jak dwa gołąbeczki. Natomiast te, które lubiły mnie mniej, twierdziły, że jestem od mojego męża uzależniona.

Kiedy urodziły się nasze dwie córki, wspólnie z Tomaszem ustaliliśmy, że zostanę z nimi w domu. To wydawało się sensowne, ponieważ mąż dostał wtedy świetną pracę w kanadyjskiej filmie. Było nas stać dosłownie na wszystko. W domu miałam najlepszej jakości kanapy i markowe wino. W niedzielę na obiad jedliśmy sushi zamawiane z knajpy, bo nie chciało nam się gotować. Miałam czas dla siebie na jogę i fryzjera. Wynajęłam opiekunkę, która wychodziła z córkami na spacery i drugą panią, która dwa razy w tygodniu posprzątała i poprasowała. Czułam się jak w jakiejś bajce, jakbym Pana Boga za nogi złapała. Myślałam sobie, że tak powinno wyglądać życie każdej kobiety.

Zarabiałam też swoje pieniądze, które pozwalały mi czuć się niezależną. W wydawnictwie dogadałam się tak, że w trakcie urlopu wychowawczego robiłam kilka drobnych tłumaczeń w miesiącu. Kiedy młodsza córka zasypiała, a starsza była już w przedszkolu, siadałam przy dębowym biurku mojego ojca i pisałam, spoglądając na dwie wierzby za oknem. Tłumaczenia z włoskiego – to było dokładnie to, co chciałam robić po italianistyce. Bajka! – myślałam. Za swoją kasę chodziłam na manicure, czasem na masaż lomi-lomi, choć mąż nigdy niczego nie wyliczał. Zastanawiałam się, jakim cudem mnie, dziewczynie z malutkiej wsi pod Kłodzkiem tak się w życiu udało?

Kiedy nasze córki podrosły, firma męża zaproponowała, że zapłaci im za naukę w bardzo drogiej prywatnej polsko-kanadyjskiej szkole. Oczywiście, że zgodziliśmy się, bo przecież chodziło o lepszy start dla naszych dzieci. Na tamtym etapie nasze życie wydawało się jakąś pieprzoną sielanką. Do czasu aż zamknęli firmę męża! W ciągu dwóch, trzech tygodni Tomasz znalazł się na bruku i nagle okazało się wcale nie jest już tak łatwo znaleźć pracę na podobnym stanowisku. Ale na początku kompletnie się tym nie przejmowaliśmy, bo dostał pokaźną odprawę, mieliśmy oszczędności, kontakty, obrotnych przyjaciół, potrafiliśmy też trochę zacisnąć pasa i było dobrze.

Przez rok. Bo w końcu zaczęłam orientować się, że coś nie gra. Kiedy pewnego dnia otworzyłam szufladę wypełnioną po brzegi zapieczętowanymi kopertami od wierzycieli, banków i jakiegoś cholera „Czarnego Kruka”, byłam w szoku. Jakim cudem? No jakim cudem dałam tak uśpić swoją czujność? Byłam jak małe dziecko we mgle, które chce wierzyć innej dorosłej osobie, że ona wszystko ma pod kontrolą. Tego dnia wiedziałam już, że po pierwsze mój mąż potrafi kłamać jak z nut. A po drugie, że stracił nad naszymi długami kontrolę.

To była długo rozmowa. Płakałam pół nocy. Jednak na tym etapie wydawało mi się, że argumenty Tomasz brzmią sensownie. Mówił, że dla niego to wstyd i upokorzenie, że nie potrafi utrzymać rodziny i dlatego nic mi nie mówił o prawdziwym stanie naszych kont. Okazało się, że zaciągał pożyczki, by utrzymać przede mną fikcję płynności finansowej. Przyznał się do tej manipulacji, a ja byłam wściekła, tym bardziej że właśnie wykupił na kredyt dla całej rodziny wycieczkę na dwa tygodnie na Karaiby. No, kto tak robi, jeśli ma długi? No kto? Idiota i debil – już nie przebierałam w słowach.

Straciłam do Tomasza szacunek. Wyzywałam go, okładałam pięściami, ale w końcu jakoś mu wybaczyłam, bo wtedy jednak wierzyłam, że wkopaliśmy się oboje w jakiś chwilowy kryzys. Pojechaliśmy na te Karaiby i udało nam się znowu zapomnieć o kłopotach.

Na chwilę. Bo po powrocie z wakacji zaczęło się między nami okropnie psuć. Ja już nigdy Tomaszowi nie będę ufać! Przestaliśmy chodzić do łóżka. Staramy się mijać w domu. On wchodzi, ja biegnę natychmiast spotkać się z koleżanką. Zamawiamy w knajpie prosecco, bym mogła choć przez chwilę poczuć się jak dawniej. Jestem na męża zła, że nie potrafi odchudzić swojego CV i pójść do pracy, jaką dość łatwo znaleźć w Warszawie z wyższym wykształceniem. On jednak tłumaczy mi z uporem maniaka, że jak przyjmie pracę za cztery czy pięć tysięcy złotych netto, to utknie w niej już na wieki. Natomiast kiedy chodzi na rozmowy w firmach podobnych do tej, z której go zwolniono, słyszy, że ma za wysokie oczekiwania finansowe oraz za wysokie kwalifikacje. Dlatego nie może znaleźć pracy.

Najgorszego dowiedziałam się, kiedy w szkole naszych córek zostałam poproszona przez dyrektorkę na rozmowę. Czułam się jak idiotka, gdy usłyszałam od niej, że od roku nie płacimy czesnego, że owszem mój mąż regularnie przychodzi i mówi, że to już niedługo się zmieni. Dyrektorka powiedziała mi, że obie córki są bardzo zdolne i że ona dlatego pozwala nam na tak długą zwłokę w płaceniu. Poza tym docenia to, że przez kilka pierwszych lat raty były zawsze w terminie. Oczywiście dowiedziałam się, że dobro dzieci jest najważniejsze, ale jednak dalej tak być nie może.

Byłam zdruzgotana! Wróciłam do domu i spytałam Tomasza, czemu to wszystko przede mną ukrywał. Dlaczego oszukiwał mnie, że czesne w szkole spłaca z oszczędności? Jak mógł mnie zwodzić w tak ważnej sprawie?

Zażądałam, że musimy w końcu porozmawiać szczerze i coś z tym zrobić, bo długi w szkole urosły do gigantycznych rozmiarów. On tylko milczał. Nie odzywaliśmy się do siebie miesiąc. Pojechałam do mamy i powiedziałam jej, że chcę się rozwieść, bo nie wierzę już Tomaszowi. Mama jednak uspakajała, przypominając, ile lat on zapewniał rodzinie wygody i stabilność. Zalecała cierpliwość. Znów postanowiłam wybaczyć, tym bardziej że Tomasz odziedziczył wtedy spory spadek po śmierci swojego taty. Obiecał pospłacać długi w szkole i znaleźć pracę.

Tak minął kolejny rok. To już był już trzeci, w którym ja utrzymywałam całą rodzinę. Nagle pieniądze, które kiedyś przeznaczałam tylko na manicure, masaże, kino, prezenty i swoje przyjemności musiały nam starczyć na życie. Poprosiłam firmę o więcej zleceń i dostałam je, ale kiedy poprosiłam o etat, okazało się, że absolutnie nie jest to możliwe. Zarabiałam wtedy 3,5 tysiąca złotych na śmieciówce i musiałam za to utrzymać cztery osoby, nie mówiąc już o płaceniu za szkoły, za kredyty i pożyczki w banku.

Byliśmy przyzwyczajeni do wysokiego standardu i przyrzekam, że bardzo trudno nam było z tego zrezygnować. Obracamy się w towarzystwie osób zamożnych i świetnie ubranych. Kobiety z mojego otoczenia noszą wyszukaną biżuterię i żadna nie ubiera się w sieciowych sklepach. Wakacje spędzają na jachtach i w dalekich kurortach.

Przez pierwsze dwa lata próbowaliśmy dotrzymać im kroku, ale z góry wiedzieliśmy, że to się nie uda. Pieniądze ze spadku szybko się skończyły i znów zaczęliśmy z mężem tę samą rozmowę, że trzeba zabrać córki z prywatnej szkoły. On jednak przekonywał mnie, że dziewczynki są wrażliwe i że trudno im będzie odnaleźć się nagle w państwowej szkole z polskim programem. Był w tym sens, bo one uczyły się np. historii Kanady, a nie historii Polski, więc musiałyby materiał z kilku lat nadrobić. Dlatego znów zgodziłam się na to, czego chciał Tomasz.

W kolejnych latach, w czwartym roku jego bezrobocia, przestałam już liczyć nasze długi. Wyrobiłam w sobie chyba taki mechanizm obronny, by o tym wszystkim nie myśleć. Ze zadziwieniem zaczęłam patrzeć, w jaki sposób mój mąż próbuje zarabiać pieniądze. Zna się trochę na antycznych meblach, dlatego kupuje starocie i sprzedaje je z zyskiem. Ale nie są to jednak duże pieniądze, czasem w miesiącu udaje mu się zarobić jakieś 800 złotych. Niby nadal chodzi na te rozmowy o pracę, ale nic z nich nie wynika. Ciągle opowiada, że jest blisko rozkręcenia naprawdę dużego interesu.

Jestem zrozpaczona. Kiedyś był z niego taki zaradny koleś, a teraz już nie wierzę, że on znajdzie normalną pracę, która pozwoli mojej rodzinie odetchnąć. Niemal pięć lat już siedzi w domu. Cóż z tego, że sprząta mieszkanie, robi zakupy, nigdy mnie nie uderzył i nie pije alkoholu. Co z tego?! Ja chcę, by wrócił mój dawny mąż! Człowiek, któremu ufałam bezgranicznie i który dawał rodzinie oparcie.

Czasem jednak łajam samą siebie! A może Tomasz ma prawo się tak załamać!? A może teraz to ja powinnam harować i wyrwać nas z matni długów? Wiem, że wiele osób żyje podobnie jak my. Nie liczą już pieniędzy, które są winni… rodzinie, bankom, znajomym i innym wierzycielom. Usilnie próbują wiązać koniec z końcem i żyją z dnia na dzień.

Ale czy mężczyzna nie powinien w takiej sytuacji przejrzeć na oczy? Nie oczekuję, że Tomasz pójdzie pracować do supermarketu na kasie. Przecież spokojnie mógłby znaleźć średnio płatną pracę w Warszawie. Jak ja mam do niego trafić? Czy są tu kobiety, które mają podobne życiowe doświadczenia? Jak przemówiłyście do rozsądku mężom, którzy kiedyś byli na wysokich stanowiskach, a potem nagle wszystko stracili? Przecież zarabiać mniej, to nie wstyd! Jednak mojemu mężowi już się nie chce tak żyć. Powiedzcie mi, co ja mam robić, bo toniemy w długach.


Lifestyle

15 najważniejszych rzeczy, których ludzie najbardziej żałują na łożu śmierci

Redakcja
Redakcja
25 października 2021
 

Ludzie często boją się śmierci, ale tak naprawdę to nie sama śmierć jest przerażająca. Wszyscy musimy umrzeć, więc nie należy się obawiać, że nadejdzie nasz czas. To, co jest naprawdę przerażające, to umrzeć z żalem życia na wpół przeżytego. Żałujemy rzeczy, które mogliśmy i powinniśmy zrobić, rzeczy, które chcieliśmy, ale nigdy tego nie zrobiliśmy.

Oto 15 rzeczy, których ludzie najbardziej żałują na łożu śmierci. Upewnij się, czy czegoś nie przegapiasz.

1. Ludzie żałują, że nie robili rzeczy, które kochali, ponieważ nie mieli na nie czasu z powodu pracy, której nienawidzili. Pogoń za pieniędzmi w nadziei, że pewnego dnia będziesz się nimi cieszyć, to coś, co świat chce, byśmy robili, a nie my.

2. Zawsze mówi się nam o tym, co nas uszczęśliwi. To jest konsumpcjonizm. Musimy zajrzeć w głąb siebie i spróbować zrozumieć istotę naszej własnej jaźni. Prawdziwe szczęście pochodzi z wnętrza.

3. Poznanie siebie staje się łatwiejsze, gdy wiesz, jakie powinny być twoje priorytety w życiu. Twoje priorytety to rzeczy, które sprawiają, że czujesz się szczęśliwa i zadowolona, więc upewnij się, że masz je odpowiednio ustawione.

4. Największym źródłem żalu w życiu są chwile, w których należało się przeforsować, a nie zamiast tego zadowalać się tym, co było znane i wygodne. To są najważniejsze momenty życia, kiedy mogłaś osiągnąć wszystko. Nigdy nie zadowalaj się przeciętnym życiem.

5. Zawsze skreślamy listy kontrolne lub staramy się nadążyć za wieloma rozpraszaczami, np. na naszych smartfonach. Zapomnieliśmy, jak to jest cieszyć się życiem w tej chwili. Zwróć uwagę i żyj tu i teraz!

6. Że nie odważyliśmy się robić rzeczy, których chcieliśmy, tylko dlatego, że baliśmy się porażki. Ale kiedy spojrzysz na wszystkie te przypadki z perspektywy czasu, żal byłby znacznie większy niż wstyd porażki. Pamiętaj, że aby odnieść sukces, najpierw trzeba ponieść porażkę, a może nawet kilka razy.

7. Jest to jeden z najczęstszych żali, jaki odczuwa większość ludzi i jest to żal… z powodu nieuczenia się nowego języka. Taka nauka poszerza nasze horyzonty jak nic innego.

8. Nauczono nas brać pewne rzeczy za pewnik. Ale tylko poprzez poznawanie nowych ludzi i kultur możemy poszerzyć nasz światopogląd. Nie przegap tego.

9. Pomagaj innym w każdy możliwy sposób. Nigdy nie zapomnij o dobrych rzeczach, jakie ktoś dla ciebie zrobił. Oddawaj i to więcej niż możesz. Kiedy w końcu odejdziesz, zostaw coś dobrego, aby ludzie cię zapamiętali.

10. Chociaż zawsze mówiono nam, że poświęcanie się dla innych to wspaniała rzecz, nie oznacza to, że powinniśmy pozwolić innym wchodzić sobie na głowę. Naucz się wyznaczać granice i tego, że czasami musisz wiedzieć, jak powiedzieć „nie”.

11. Jeśli sama tego spróbowałaś, na pewno wiesz, że nietrzymanie urazy jest najlepszą rzeczą, jaką możesz dla siebie zrobić. Wybacz innym, nie dla nich, ale dla siebie.

12. Możesz spędzać każdą wolną chwilę, poświęcając ją swojej karierze. Ale nigdy nie da ci ona tego samego szczęścia, co spędzanie czasu z bliskimi. Pamiętaj, że kiedy zostało Ci tylko kilka cennych oddechów, żałujesz, że nie masz ich więcej, aby właśnie móc być z przyjaciółmi i rodziną.

13. Żałujemy, że nie pozwalaliśmy sobie na bycie bezbronnymi. Że nie ujawnialiśmy ludziom, jak się naprawdę czujemy. Wszyscy tak bardzo boimy się bycia bezbronnymi wobec innych, że aż robimy im krzywdę. W porządku jest być bezbronnym przed bliskimi.

14. Ludzie marnują tyle czasu w związkach, które nie są dla nich dobre. Czasami przechodzą przez lata tortur i maltretowania, ponieważ boją się odejść. A lata później kończy się to ich największym żalem. Miej odwagę odejść i zaakceptuj, że czasami jest to najlepsze, co możesz zrobić.

15. I wreszcie to, czego człowiek najbardziej żałuje, to niepielęgnowanie i niedbanie o swoje ciało. Kiedy każdy oddech jest walką, tęsknisz za czasem, w którym brałaś go za pewnik.


Lifestyle

„Chciała, by wścibskie ciotki przestały pytać o męża. By w pracy nie patrzyli na nią jak na wygłodniałą sukę, która poluje na kolegów”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
25 października 2021
Fot. iStock/Emir Memedovski

Przybiegła do kawiarni spóźniona. Z zaróżowionymi policzkami. Zebranie w pracy jej się przedłużyło. Standard. W korporacji na wysokim stanowisku zawsze dokądś się pędzi. Iza cmoknęła mnie w polik, usiadła. Z uśmiechem zamówiła latte. Wzięła głęboki oddech. To był nasz czas. Spotkanie raz na kwartał w dobrej kawiarni, potem w pubie i rozmowy do rana.

Przez te kilka miesięcy zawsze coś się u nas dzieje. I w pracy, i w życiu osobistym. Ja mam dwójkę dzieci, męża, pracę zdalną, ale stabilną. Nie lubię jej, myślę o zmianie. Póki co dzieci pochłaniają mój czas, jestem podporządkowana ich potrzebom, zajęciom. Na moje aspiracje przyjdzie później czas. Artur, mój mąż, pracuje bardzo dużo. Rzadko jest w domu. Nie mamy teraz dobrego czasu. Opowiem o tym Izie dziś na pewno. Mamy cały wieczór. Wiem jednak, że ona bardziej potrzebuje zacząć mówić o sobie. Wałkujemy ten temat od kilkunastu miesięcy. I jestem pewna, że trwa to dalej. Relacja pełna emocji jak sinusoida. Jak rollercoaster. Góra, dół. Ostro, gwałtownie.

Poznała go przez znajomych. Bardzo męski, przystojny. Brunet, lekki zarost, mocne rysy. Z urody typ łobuza, który jednym uśmiechem łamie serca wszystkich dziewcząt. Iza pięknością nie jest. Zadbana, elegancka, pewna siebie, bystra i niezależna. Mężczyźni się jej bali, bo w firmie szła jak burza. Taka kobieta potrzebuje samca alfa, a Grzegorz właśnie nim był. Trener personalny z zamiłowania i teraz z zawodu. Skończył matematykę, ale nie chciał być nauczycielem ani zostać na uczelni. Kochał wysiłek fizyczny i z pasji uczynił sposób na życie. Świetnie zbudowany, inteligentny, wesoły, typ dominanta. Od razu zwróciła na niego uwagę. Taki facet był jej potrzebny.

Chciała, by wścibskie ciotki przestały pytać o męża. By w pracy nie patrzyli na nią jak na wygłodniałą sukę, która poluje na kolegów albo wyżywa się na teamie, bo jest niezaspokojona. A przede wszystkim jej się podobał. Obok różnych ewentualnych korzyści pojawiła się chemia. Z jej strony. Jemu chyba imponowała stanowiskiem i niezależnością. Była singielką, 10 lat starszą, dojrzałą. Nie będzie robiła afer, wydzwaniała po nocach. Zaczęli się spotykać. Iza się zakochała. Do tej pory mężczyźni ją nudzili.

Grzegorz był niedostępny. Fascynował ją. Po trudnym rozwodzie, miał synka, którego kochał nad życie. Mały zajmował w jego hierarchii pierwsze miejsce. Po jakimś czasie zaakceptował Izę. A Grzegorz zaufał jej na tyle, by zostawiać go pod jej opieką, gdy jechał na szkolenie lub miał na siłowni dyżur do późna. Z byłą żoną utrzymywał poprawne kontakty, synkiem często się zajmował. Taki układ mu odpowiadał. Ma dziecko, luźny związek, fajną pracę. Zarobki pozwoliły mu spłacić jego eks. Iza chciała być obok, razem zamieszkać. Po cichu marzyła o ślubie cywilnym w przyszłości, gdy Grzegorz zrozumie, że nie każda kobieta zdradza i zostawia. Miała świetną posadę, pewną pozycję, mogła odpuścić trochę, by mieć czas dla nowej rodziny. Mogłaby pracować zdalnie, zająć się Małym, a przy odrobinie szczęścia zajść w ciążę. To był ostatni dzwonek. On jednak nie chciał. Wołał mieszkać sam, absolutnie nie zamierzał legalizować związku. Było mu wygodnie, gdy prasowała mu koszule. Widywali się niemal codziennie, ale gdy potrzebował przestrzeni dla siebie to ją po prostu miał.

W swoim mieszkaniu. Mógł spotykać się z kumplami. Wychodzić i wracać bez kontroli. A Iza była na wyciągnięcie ręki. Jechał do niej, gdy chciał. Znał rozkład jej dnia. Jego był elastyczny. To był dla niego duży plus. Miał kobietę, ale był wolny. To ona w tym układzie (tak nazywał to Grzesiek) kochała bardziej. Albo inaczej, to ona kochała. On twierdził, że kochać nie umie. Że już nigdy nie pokocha, bo się sparzył. Izę lubi, bardzo, ale nie chce być na jej wyłączność. W żadnym aspekcie. Fizycznym, psychicznym, finansowym. Choć w tym ostatnim to ona go ratowała, gdy w poprzednim miejscu pracy nie płacili regularnie. Albo gdy mu się zepsuło auto. Wtedy jeździł jej suvem.

Najłatwiej by było powiedzieć, że powinna odejść. Znaleźć kogoś, z kim będzie szczęśliwa i kto będzie ją kochał, a nie tylko lubił. Jednak po 40-tce to nie było łatwe. Poznać kogoś, kto myśli o związku i chce się zaangażować. Grzegorza niby miała. Tworzyli jakąś relację, wg mnie chorą, ale Iza uparcie się jej trzymała. Uzależniła się od Grześka i emocji, które jej dawał. A dawał ich mnóstwo, od łez ze szczęścia do łez z rozpaczy. Tych drugich było więcej. Wiem jak była szczęśliwa, gdy jechali na urlop, na wypad weekendowy. Był cały jej. Te dni wyglądały tak, jakby chciała by było na co dzień. Wspólne posiłki, wycieczki i seks nieziemski. Grzegorz był bardzo przystojny. I wg niej wspaniały w te klocki, które mogli układać kilka razy dziennie. Pociągał nie tylko ją. Także inne kobiety, a że był otwarty, lubiany i niezależny szybko okazało się, że ma to odzwierciedlenie w praktyce. Tak jak zawsze mówił, nie był na jej wyłączność. Poznawał kobiety, chodził z nimi do kina, restauracji, a najczęściej do łóżka, bo seks traktował jak trening. Przyjemne rozluźnienie. Nie angażował się w te układy. Zawsze miły, nie prowokował kłótni. Był z nimi szczery. Wiedziały, że nie myśli o związku, że uwielbia seks i na tym będzie polegać ta znajomość. A gdy któraś kobieta się zakochiwała, przestawał dzwonić lub otwarcie mówił to, co wcześniej. Nie jest zainteresowany związkiem. Nie umie w nim być. Na swój sposób jest szczęśliwy.

Skąd Iza wiedziała o układach? Kilka razy przeczytała SMS-y. Te kobiety pisały do niego. Gorąco i namiętnie. Było ich sporo. Zaletą Grzegorza była szczerość. Przyznawał, że z nimi spał. Nie kończył jednak tych przyjemności. Stawał się coraz bardziej ostrożny, by Izy nie denerwować. Bo przecież po co się kłócić. Ona doskonale wiedziała, w co się pakuje. A jeśli w swojej naiwności wierzyła, że go uleczy, to była po prostu głupia. Chciała kilka razy odejść. Potem wracała. Tłumaczyła sobie, że to tylko seks, że przecież zawsze wraca do niej, że to ona opiekuje się Małym, że z nią jeździ na wakacje. On jej powtarzał, że jest taka dobra, że gdyby mógł, to by się z nią ożenił, ale wie, że będzie ranił, więc tego jej nie zrobi.

Wyjaśniałam Izie, że ta relacja jest toksyczna, że jemu jest wygodnie, że robi co chce i że jest niedojrzały, a swoim rzekomym bólem po rozwodzie usprawiedliwia gładko swoje seksprzygody. Ona doskonale to wiedziała. Ale zawsze znalazła wymówkę.

Teraz też płacze, bo wczoraj, gdy u niej był i mieli wspaniały seks, przyszło kilka wiadomości od jakiejś Karoliny. Podziękowała mu za emocje, jakie dziś jej dał. Była w separacji chyba i poczuła się piękna, i seksowna. Nic od niego nie chce. Może czasem skradzionej chwili, by zapomnieć o nieudanym małżeństwie. Czuje lekki wstyd, bo była wzorową żoną i matką. Teraz jest sama i nie rozważa związku. Zawsze krytykowała relacje typu „friends with benefits”, tu jednak przyznała otwarcie, że jest zainteresowana.

Grzegorz ponownie nic nie wyjaśniał. Mówił, że to tylko sport. Iza szaleje, znów czuje się oszukana, choć za chwilę przyznaje, że powinna się opanować, bo zasady są jasne. Musi podjąć decyzję czy odejść. Nie namawiam jej tym razem. Nie lituję się nad nią. Nie pocieszam, nie wycieram łez, nie przytulam i nie płaczę z nią. Jesteśmy już w pubie. Po trzecim mohito walę prosto z mostu, że jest głupia. Że nie będę jej współczuć, bo na własne życzenie ma taki układ. Że może sama bzyknę jej Grzegorza, żeby się w końcu ogarnęła. Że jak chce być Matką Teresą to szkoda życia, a jak chce być dymana w d…to niech nie narzeka i albo się dyma, albo ucieka.

Prawie się zakrztusila swoim drinkiem. Nie spodziewała się tego. Zawsze płakałam razem z nią, byłam wyrozumiała. Tym razem pękłam. Wystrzeliłam jak z kbks. Iza wstała, miała już nieco w nogach. Poszła do baru trzymając ścian. Albo do szatni. Przez chwilę zastanawiałam się co teraz. Wróciła. Szła trochę zygzakiem na wysokich obcasach. Jak zawsze elegancka, niby zwykła, ale ciekawa. W jej oczach była złość, żal, szok. Gdyby mi wylała drinka w twarz, to nie byłabym zaskoczona.

Usiadła. Prosta, sztywna. Chłodny wzrok. Źrenice szerokie, lodowaty błękit oczu mroził wszystko wokół. Królowa śniegu. Takie spojrzenie pewnie miała na negocjacjach, które tak świetnie prowadziła. Zawsze z sukcesem. Twarda, pewna siebie, nieustępliwa. Jak to jest, że w firmie, nikt jej nie podskoczył, a prywatnie była małą dziewczynką, niebędącą w stanie podjąć decyzji, choć w pracy podejmowała ich wiele. Taki utarty stereotyp. Dwie osoby w jednym ciele. Iza miała normalny dom. Fajnych rodziców. Siostrę. Zero problemów z nieobecnym ojcem, nałogami czy wykorzystywaniem seksualnym. Nie jestem psychologiem. Nie wiem, czemu tak działała. Pewnie coś głęboko w niej tkwiło, co sprawiało, że tak właśnie funkcjonuje.

Postawiła drinka przede mną. Czarne paznokcie odbijały się w szkle. Perfekcyjny makijaż. Nic się nie rozmazało. Stać ją było na najlepsze kosmetyki i zabiegi. Kazała mi wypić, powiedziała to stanowczym tonem i wyszła. Nadal pewnie, ale nie do końca prosto. Stwierdziłam, że nie będę jej gonić. Musi strawić moją surową porcję prawdy, podaną na zimno. Na ostro. Albo ją wypluje, albo będzie trawić długo i do dojdzie do jakiegoś wniosku.

Wróciłam do domu. Dziś Izie o sobie nic nie powiedziałam. Choć moje problemy w porównaniu z jej, były niczym. Ja żyłam dziećmi i rodziną. Czasami miałam wrażenie, że jestem niewolnicą w domu. Chciałam wolności i chwili dla siebie.

Tym razem nie było narzekania i płaczu nad naszym losem. Został zimny drink, na który już nie miałam ochoty. Chłód bijący od Izy i SMS od niej, który przyszedł rano. „Dzięki Wiedźmo, może twoje zaklęcie w końcu zadziała”.

Iza zdecydowała się odejść od Grzegorza. On na razie nie walczy, bo myśli, że jej przejdzie. To początek długiego wychodzenia z uzależnienia. Zrobiła pierwszy krok, jest świadoma toksyczności tej relacji. Musi być konsekwentna. Nie dać się złamać, gdy Grzegorz będzie prosił. O ile będzie. Taki scenariusz musi wziąć pod uwagę, że odpuści, że te dwa lata w jakimś stopniu zmarnowała, że ta inwestycja się nie zwróci. Może będzie musiała przyznać się do porażki. A może skrycie marzy, że Grzegorz się cudownie odmieni, że zawalczy, zaryzykuje, zerwie swoje seksukłady.
Mamy z Izą nadal kontakt, nazywa mnie Wiedźmą. Podesłała mi fajne zlecenie. Duże i długofalowe. Może w końcu założę własną firmę. Iza dodaje mi otuchy, pomaga. Może ja też w jakimś stopniu się uwolnię i będę zawodowo robić, co chcę. Rozwinę skrzydła i posłucham ambicji.

Prosiła, bym na razie o nic nie pytała. Sama chce zmierzyć się z demonami. Dziś zapytała, kiedy robimy kolejny sabat. Prosiła tajemniczo o kolejne zaklęcia, ale nie zdradziła w jakiej sprawie. Póki co mam ich trochę, może rzucę na nią urok. Może odlecimy na naszych miotłach razem, może w różnych kierunkach. Może ku ciemniejszej, może ku jaśniejszej stronie. Obie jednak wiemy, że sabaty będą zawsze, bo obie czerpiemy z siebie siłę.


autorka: Poli Ann 

 


Zobacz także

Paluszki krabowe

Paluszki surimi: świetny smak, poczucie mniejszego wypełnienia w żołądku i… zdrowie!

Najbardziej wpływowe kobiety XX wieku – kogo dopiszesz?

7 naukowo potwierdzonych zachowań szczęśliwych ludzi

7 naukowo potwierdzonych zachowań szczęśliwych ludzi