Lifestyle

„Tata powiedział, że on jak Bóg jest Ojcem, który wymaga, karze i nagradza. Pierwszy raz wykorzystał mnie, gdy miałam osiem lat”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
6 lipca 2016
Fot. Screen / You Tube
 

Czytam historię Agnieszki Pajurek i mam w sobie gonitwę emocji: od wściekłości po smutek. Po próbę zrozumienia tego, co się wydarzyło.

Bo przecież dziecko zasługuje na szczęście. Jest tak bezbronne, tak łaknące miłości. A tymczasem Agnieszka z siostrą wychowywała się w domu dziecka. Ktoś, kto powinien je kochać, kto powinien pokazywać im świat, sprawiać, by czuły się bezpieczne, porzucił je. Zostały z siostrzaną miłością, bez tej najważniejszej – rodzicielskiej, matczynej.

Kiedy Agnieszka  miała trzy lata wraz z siostrą Justyną zostały adoptowane. Czy można chcieć czegoś więcej? Bezdzietne małżeństwo, które pragnęło mieć dzieci, przygarnęło dwie dziewczynki, postanowiło się nimi zaopiekować, tym samym napełniając ich życie nadzieją na miłość i spokój.

Rodzice adopcyjni musieli mierzyć się z chorobą sierocą Agnieszki. Ona sama opowiadając swoją historię nie wraca do tego. Była wdzięczna swoim rodzicom za to, że dali im dom, że otoczyli opieką, że postanowili odmienić ich los.

Dlaczego więc opisuje swoją historię? Bo obiecała swojemu ojcu, że kiedyś świat usłyszy, co jej zrobił. Jak wykorzystał jej dziecięca naiwności, jak ją zbrukał, jak potraktował. Jak zaczął wykorzystywać seksualnie, kiedy skończyła osiem lat, jak traciła przytomność z bólu… Jak dziś wie, że gwałt którego dopuszczał się na niej dorosły mężczyzna, który miał się nią opiekować, dbać, by nic złego się jej nie stało, mógł doprowadzić do jej śmierci, do uszkodzenia narządów wewnętrznych, do bezpłodności.

Moje pierwsze wyraźne wspomnienie tego czynu, pojawia się, kiedy jako ośmiolatka, ucząc się do Pierwszej Komunii, w zwykłej rozmowie z moim tatą spytałam się o modlitwę, „Ojcze  Nasz”. Tata powiedział mi, że to on, tak jak Bóg jest Ojcem, który wymaga, karze i nagradza. Wmówił mi, że ja jestem po to, aby go słuchać, chwalić i wykonywać jego polecenia (…).

Początkowo do mnie mówił, że się mu podobam, że jestem dla niego podniecająca. Miałam wtedy 8 lat. Zaczął mnie dotykać w miejsca intymne. Sadzał mnie na kolanach i mówił do mnie. Robił to kiedy nikt nie patrzył i wiedział, że nikt nie wejdzie (…). Co ja wtedy czułam do niego? A co może czuć dziewczynka, do kogoś, kto się nią zaopiekował, dając jej dom? Miłość, bezgraniczną pełną ufności miłość. Czytaj więcej

Była dzieckiem. Nie chcesz słuchać? Chcesz już przestać o tym czytać? Nie chcesz wiedzieć, jak w bestialski sposób ją traktował? Jak, gdy dostała pierwszą miesiączkę, powiedział jej, że chce mieć z nią dziecko? Jak ona drapała się do krwi w miejscach, w których on ją całował, lizał, w miejscach, w których bezustannie czuła jego zapach. Jak chciała raniąc się, przestać być atrakcyjną dla niego.

Zatykamy uszy na takie historie. Kręcimy głową, że już dość, że wystarczy, że już więcej nie chcemy wiedzieć. Ale Agnieszka nie przestaje. Dziś ma 28 lat i opowiada całemu światu swoją historię, chce by każdy ją usłyszał. By każdy dowiedział się, co działo się za zamkniętymi drzwiami jej domu, który miał być dla nie oazą bezpieczeństwa i miłości.

Pełne akty seksualne odbywały się, jak nikogo nie było w domu. Zawsze zamykał drzwi na klucz, uśmiechał się do mnie i kazał mi się rozbierać. Do naga. Pamiętam, że z przynajmniej trzy razy w trakcie stosunków straciłam przytomność. Zemdlałam. On tłumaczył mi, że po prostu zasnęłam, ale zawsze się mnie pytał, czy mnie nic nie boli, i jak się czułam. Czytaj więcej

Przez kilka lat nazywała zgodę na to, co jej robił miłością i wdzięcznością. Ale czuła, że nie wszystko jest w porządku, że to chyba nie powinno tak wyglądać. Gdy miała 11 lat opowiedziała o tym, co robi jej adopcyjny ojciec swojej o rok młodszej siostrze. On ją straszył, że nikomu nie może nic powiedzieć, że nie ma prawa, że ją zniszczy, gdy to, co robił za zamkniętymi drzwiami wyjdzie na światło dzienne, że ją zostawi, że ona bez niego jest nikim.

On – dorosły mężczyzna, i ona – dziewczynka, którą nazywał swoją kobietą.

Pamiętam, że lubił się przy nas masturbować, przy mnie i przy Justynie. Robił to nagminnie. „Tato, co Ty robisz?”, „Nic, oglądaj telewizję”. Kwitował.  Kiedyś nieświadomy tego, że mama weszła do pokoju, usłyszał od niej „Zdzisiek, weź się opamiętaj!”. W stosunku do mnie mama była zbyt krytyczna, obrażała mnie i nigdy mi nie wierzyła, że drapię się do krwi, bo coś się ze mną dzieje. „Zachowujesz się jak Justyna, komu chcesz zaimponować?”, „Może masz jakąś alergię?” Zero rozmowy wprost. Czytaj więcej

Kiedy Agnieszka miała 15 lat u jej siostry stwierdzono psychozę maniakalno-depresyjną. Justyna trafiła pod opiekę psychologa, chodziła na terapię. To wtedy Agnieszka poprosiła siostrę, by psycholog – pani Beacie opowiedziała o niej. Justyna nic nie powiedziała, ale Agnieszka trafiła na konsultacje rodzinne do pani Beaty.

Przez dobrą godzinę rozmawialiśmy o problemach Justyny, skrzętnie omijając to z czym przyszłam. W pewnym momencie poprosiłam o kartkę, by napisać drukowanymi literami „BYŁAM MOLESTOWANA SEKSUALNIE” Powiedziała, że od początku się domyślała, ponieważ po moim zachowaniu można było w jasny sposób stwierdzić, że od lat byłam krzywdzona. Czytaj więcej

Dzięki staraniom pani Beaty i innych dorosłych, siostry poznały swojego młodszego brata, którym opiekował się brat ich matki. To on zgodził się z żoną wziąć dziewczyny do siebie. Wszystko w tajemnicy, bez mówienia, że Agnieszka zdradziła, co z nią robił jej ojciec. W tym czasie ona sama, już nastolatka, uczyła się w szkole z internatem, jak najrzadziej starała się wracać do domu.

Wmawiał mi, że to jest normalne i że w każdej rodzinie dochodzi do takich relacji. Na mój sprzeciw i na moje rany na ciele znajdował wymówki, że dorastam i że muszę się przyzwyczaić, „Nikt Cię nie pokocha bardziej niż ja”, „Byłem dla Ciebie pierwszym mężczyzną”. Czytaj więcej

Jej adopcyjny ojciec nigdy nie został ukarany. Sprawa o molestowanie trafiła do sądu, ale z braku twardych argumentów oprawca Agnieszki został puszczony wolno. Potrafił jej tylko powiedzieć:

„Przepraszam, ale to było silniejsze ode mnie. Nie chciałem Cię skrzywdzić”, „Zapomnij o tym, to była przecież zabawa, trochę Cię przecież nauczyłem”.

Siostra Agnieszki osiem lat temu popełniła samobójstwo wieszając się. To dla niej, dla siebie, Agnieszka postanowiła opowiedzieć to, co ją w życiu spotkało… Kiedy napisałam do niej prosząc o rozmowę odpowiedziała: „Powiedziałam już wszystko, osiągnęłam swój cel”. Zrozumiałam. Dlatego postanowiłam wam o Agnieszce opowiedzieć prosząc, byście nie zatykali uszu, byście nie próbowali zagłuszyć jej historii, ale przekazywali ją dalej. Bo historia Agnieszki to historia zwycięstwa. Bo ona dziś czuje się zwyciężczynią. Bo zawalczyła o własne życie, o własne szczęście, bo zdobyła się na odwagę mówiąc:

„Jeśli Twój ojciec robi z Tobą to, co mój robił ze mną – pamiętaj – jesteś osobą wartościową i jeśli o siebie zawalczysz, wyjdziesz z tego. W przyszłości jest życie. Piękne życie”.

Ona nie chce być  kolejnym dzieckiem wykorzystywanym seksualnie, o którym informacja pojawi się na dole ekranu informacyjnego. Ona opowiada swoją historię po coś. Nie po to, żeby szokować, żeby wzbudzać litość i smutek. Tylko po to, by swoją osobą pokazać, że jest życie po tym wszystkim, po piekle jakie ona przeszła i jakie przechodzi wiele innych dzieci, czy kobiet.

Nie zatykaj uszu. Nie zamykaj oczu. Opowiedz historię Agnieszki kolejnej osobie i kolejnej… Niech ci, do których powinna trafić, ją usłyszą.


Całość historii napisanej przez Agnieszkę Pajurek znajdziecie na: www.mediumpubliczne.pl 


Lifestyle

Anna Powierza: Chorowałam… Pomyślałam sobie: nie chcę brnąć w to dalej. Za wyzwanie stawiałam sobie przeżyć zdrowo jeden dzień

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
6 lipca 2016
Anna Powierza
Fot. Archiwum prywatne
 

Ciągły pośpiech, stres, natłok codziennych spraw… Siłą rzeczy nasze zdrowie i właściwy styl odżywiania schodzą na dalszy plan. Nie dajmy się zwariować! Z aktorką, Anną Powierzą rozmawiamy o tym, jak wprowadzić do swojego życia zmiany tak, by naprawdę przyniosły one zdrowe konsekwencje.

Anna Frydrychewicz: Pani Aniu, co dla Pani znaczy dobrze o siebie zadbać? Znajduje Pani czas na to dbanie?

Anna Powierza: Znajduję, może dlatego, że żyję w zgodzie ze sobą i z tym, co dla mnie naturalne. Nie jest to dla mnie dodatkowy obowiązek. Dbanie o siebie, to niekoniecznie nakładanie kremów albo wyjazdy do SPA, na takie wyjazdy z resztą trudno byłoby mi znaleźć czas. Ja postawiłam na profilaktykę i na zdrowy styl życia, zdrowe odżywianie, zdrowe jedzenie, zdrowe produkty: to jest dla mnie właśnie „dbanie o siebie”. Wolę podejść do problemu „od wewnątrz”. Po pierwsze zdrowie, po drugie dobry wygląd.

To styl życia, który Pani propaguje przesądził o tym, że zdecydowała się Pani zostać ambasadorką marki Diu Vitam?

Nagle okazało się, że ich ideologia i moja ideologia są zbieżne. I właściwie mamy te same przekonania i poglądy: tak samo widzimy zdrowy styl życia. A za tym jednym produktem jestem po prostu całym sercem. Szczerze uważam, że jest to jedna z najlepszych leczniczych wód, które napotkałam na swojej drodze, więc z prawdziwą duma zostałam ambasadorką akurat tej marki. Bardzo się cieszę, że tak mi się w życiu poukładało, że na siebie trafiliśmy, właściwie zupełnie przypadkiem.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Co wyróżnia ten produkt?

Z wyglądu i smaku to zwykła woda. Ale naprawdę skutecznie potrafi odkwasić organizm, przeżyłam to „na własnej skórze”. Kiedy włączyłam tę wodę do swojego jadłospisu zgodnie z zaleceniami producenta, nagle okazało się, że moje marne do tej pory wyniki badań stały się perfekcyjne. To wydaje się śmieszne, że buteleczka wody, którą ja piję codziennie, a dokładniej mówiąc dwa razy dziennie, może tak dużo zmienić w naszym organizmie. Nie mówię już nawet o witalności, energii, takim „powerze” do życia, który teraz mam. Efekt jest piorunujący i to się przekłada na moje zdrowie i samopoczucie.

Borykała się Pani z problemami z tarczycą i insulinoodpornością…

Tak, insulinoodporność to w zasadzie początek cukrzycy, zmiany poziomu insuliny we krwi. Byłam na bardzo restrykcyjnej diecie, jadłam przysłowiowy liść sałaty, szpinak, praktycznie żadnych węglowodanów, ale nie byłam w stanie schudnąć. Nawet mimo ćwiczeń, mimo całego zdrowego trybu życia. I między innymi ta woda sprawiła, że mój stan zdrowia zaczął się poprawiać. Nie robiłam jeszcze eksperymentu, co się stanie jeśli ją odstawię, ale na razie nie mam odwagi, bo po prostu teraz jest mi zbyt dobrze. Najpierw schudnę do wymarzonej wagi, a potem być może poeksperymentuję. W tej chwili nie zamierzam odpuścić wodzie ani na jednego łyka.

Akcją „Polka na diecie”, staramy się motywować nasze czytelniczki do zdrowego stylu życia. Co może im Pani doradzić?

Nie idźcie na dietę :). „Chodzenie na dietę” jest pierwszym poważnym błędem. Dieta to nie dwa tygodnie ograniczania sobie wszystkiego, ani gotowania na podstawie suchych przepisów z gazety. Dieta to styl życia, zdrowe odżywiania na co dzień, od dziś przez resztę życia. Najważniejsze, co mi przychodzi do głowy, to: 5 mniejszych posiłków dziennie, odrzucenie w jadłospisie żywności przetworzonej (nie mówię już o fastfoodach, czy niezdrowych przekąskach) i ograniczenie cukru. Jeśli to nam się uda, to wydaje mi się, że pierwszy, bardzo poważny krok w stronę zdrowia zostanie zrobiony. Potem będzie już tylko łatwiej. Trzymajmy się tego najpierw przez miesiąc. Albo dwa. A jak da radę to i pół roku. I po tym czasie możemy podjąć decyzję czy przy takim trybie odżywiania zostajemy, czy jednak z jakiegoś powodu nie. Te trzy proste zasady spowodują, ze parę ładnych kilo pójdzie w dół, nawet nie wiadomo kiedy.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Dla niektórych z nas, to jest radykalna zmiana, gdzie znaleźć motywację?

Dla mnie gorszą sprawą była organizacja :). Kiedyś jadłam rano (o ile w ogóle), a potem dopiero wieczorem. Wracałam do domu, po pracy całodziennej, wyczerpującej, bardzo intensywnej i jadłam… co jadłam. Taki system jedzenia niestety przeważa wśród dziewczyn intensywnie pracujących. Najtrudniej jest więc się zorganizować, żeby te 5 posiłków dziennie zjeść, o odpowiedniej godzinie. A motywacja? Moją największa motywacją było zdrowie, zaraz potem wygląd, bo to było coś, czego nie akceptowałam.

Chorowałam, a moje choroby wynikały również z błędów żywieniowych. Pomyślałam sobie: nie chcę brnąć w to dalej. Za wyzwanie stawiałam sobie przeżyć zdrowo jeden dzień. Komu by nie poszło dobrze przez jeden dzień? No i powoli odhaczałam kolejne dni. Potem nagle okazało się, że minął rok i ja już nie potrafię inaczej. Teraz to już będzie całe dwa lata i nawet nie wyobrażam sobie powrotu do tego, co kiedyś. Mój organizm tak bardzo się do tego trybu przyzwyczaił, że właściwie nie ma możliwość żywić się inaczej. Tak to polubiłam, że inne modele żywieniowe wydają mi się absurdalne.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Zbiera Pani efekty swojej silnej woli…

Silna wola jest potrzebna na samym początku. Naukowcy odkryli, że zmiana nawyku trwa dwa/trzy tygodnie. W tym okresie trzeba rzeczywiście pilnować pewnych rytuałów. Potem to te „nowe” rzeczy staja się nawykami i silna wola nie jest już potrzebna. Ważne, żeby organizacyjnie dobrze sobie radzić, żeby nas nie pokonała rzeczywistość.

Przepis na dobre samopoczucie?

Wstaję o 5:30 rano i przez godzinę ćwiczę. Zanim obudzi się dziecko, zanim wszystko w domu poruszy się do życia. Jeżeli to robię, zapewnię sobie tę poranną porcję endorfin, to już w tym momencie mój dzień układa się naprawdę nieźle. Ja bardzo lubię te wczesne, ranne godziny kiedy świat jeszcze śpi, a ja nie. Ćwiczenia i moment, kiedy mam czas tylko i wyłącznie dla siebie, to wszytsko daje mi niesamowicie dużo energii i siły.

Starczy na cały dzień?

Z całą pewnością 🙂 .

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne


Wywiad zrealizowany we współpracy z Diu Vitam


Lifestyle

A ja nie chcę się czołgać z mozołem przez życie. Dziękuję, za to że…

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
6 lipca 2016
Fot. iStock / FilippoBacci

Są takie dni, gdy trudno zwlec się z łóżka, gdy budzisz się z poczuciem, że najgorsza wiadomość świata to taka – że do wieczora jeszcze długa droga. I choćbyś wykrzesała z siebie cały entuzjazm, siły i pożyczyła jeszcze trochę – nie wystarczy, żeby nie zrzędzić, uśmiechać się i w podskokach ruszyć na autobus. Siedzisz, masz wrażenie, że nawet to wymaga od ciebie nadludzkiego wysiłku, bo po prostu jesteś tak bardzo zmęczona…

Zmęczona życiem, monotonią, pracą i ludźmi, a jedyne o czym marzysz, to zaszyć się głęboko pod kołdrą, żeby nie musieć przez następne godziny czołgać się przez te wszystkie czynności. Gdyby tylko… – ale to gdyby jakoś nie zamierza się ziścić… i wtedy masz tylko dwa wyjścia, dwa. Możesz czołgać się ze łzami w oczach do tej 20-tej, przeklinając każdą minutę lub usiąść, zamknąć oczy, wziąć oddech i zacząć kompletnie odnowa. Zrobić trzy listy.

Lista rzeczy, za które jestem wdzięczna

Wdzięczna losowi, sobie i innym. Przecież tak wiele złożyło się na tę układankę.

  1. Mam dach nad głową, pracę, lodówkę.
  2. Nie walczę o swoje życie każdego dnia, jestem bezpieczna.
  3. Mam rodzinę.
  4. Mam dzieci, zdrowe dzieci.
  5. Lubię swoją pracę i mam świetnego szefa.
  6. Jestem w kontakcie  z moimi rodzicami, siostrą. Żyjemy w zgodzie.
  7. Mam miejsce, do którego mogę wracać. Zawsze.
  8. Mam jeszcze babcie i dziadka. Miałam okazję poznać ich w swoim życiu, miałam to szczęście.
  9. Dziękuję za to, że mogę teraz wspominać jak z dziadkiem łapaliśmy w wakacje motyle, i jak je wypuszczaliśmy.
  10. Mam przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć.
  11. Co rano piję kawę ze swojego ulubionego kubka.
  12. Mam wspomnienia i marzenia.
  13. Jestem zdrowa.
  14. Mam do kogo zadzwonić wieczorem.
  15. Mam bagaż błędów, które mnie ukształtowały, ale nie zniszczyły.
  16. Mam plany na przyszłość.
  17. Mam z kim snuć moje plany.
  18. Mam dobre wykształcenie i wiele zdolności, które powinnam rozwijać.
  19. Mam miłych sąsiadów.
  20. Mam czas, który mogłabym lepiej wykorzystać.
  21. Mam wokół siebie wielu życzliwych ludzi.
  22. Może nie jestem bogaczem, ale tego wcale nie potrzebuję.
  23. Mam przyjaciółkę z dzieciństwa, która zawsze na mnie czeka, a ja na nią (od trzydziestu lat) – i wiem, że to się nigdy nie zmieni.
  24. Mam siłę, którą zawsze mogę z siebie wydobyć (nawet w takie dni jak ten).
  25. Mam miłość, która mnie otacza.
  26. Mam kogo poprosić o radę.
  27. Mam komu się wypłakać w ramię.
  28. Zawsze mogę znaleźć jakiś powód, żeby się jednak uśmiechnąć.
  29. Mam sporo „szczęścia”, skoro tak wiele dobrego jednak mnie w życiu spotkało.
  30. Mam wiele powodów, by podnieść się z kolan, gdy upadnę.

Myślę, że każdy może napisać swoją listę, o wiele dłuższą, bardziej intymną. Bo nie tylko miłość, to te małe momenty – całe życie, nasze życie to te momenty, chwile, okruszki. Napisz za co jesteś wdzięczna, na innej kartce zapisz, co kochasz w swoim partnerze, na kolejnej wypisz ważne osoby w swoim życiu. Może i brzmi to jak durna zabawa z pseudorozwojowych warsztatów, ale nie stracisz więcej niż 5 minut – więc co ci szkodzi?

Zbyt często zapominamy, że relacje, emocje, miłość – to nasza największa wartość w życiu, zbyt często bierzemy je za pewnik. Każdy z nas ma swój prywatny milion powodów, by cieszyć się zyciem, wstać z kolan i zacząć dobrze dzień. Lepiej. Dla siebie, dla tego kogoś. A gdy naprawdę ogarnie cię zwątpienie i zgubisz całą energię – obejrzyj ten film. Bądź wdzięczna za to, co masz. Dzisiaj.

Be grateful fot what you have!Look on the Bright Side

Posted by Bright Side on 2 marca 2016


Zobacz także

4 powody, dla których drugie małżeństwa są szczęśliwsze i długotrwałe

Trzeba wyrobić w swoim dziecku taki nawyk, by najmniejszą zmianę w swoim organizmie traktowało jakby była największą

"Golenie" twarzy skalpelem? Dermaplaning, czyli nowa alternatywa głębokich peelingów

„Golenie” twarzy skalpelem? Dermaplaning, czyli nowa alternatywa głębokich peelingów