Lifestyle

Szukajmy towarzystwa kobiet, z którymi jest nam po drodze. I z tego niech wykiełkuje i urośnie nasza kobieca siła!

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
9 lipca 2017
Fot. iStock/MilosStankovic
 

Stoję na macie w Tadasana Samashiti, jest ciepły letni wieczór. Uczę jogi w małym miasteczku na południu Polski. Patrzę na kobiety praktykujące ze mną. W bardzo różnym wieku. Na rożnym etapie życiowym. Każda w innym rozmiarze, z innymi problemami i przychodzi na jogę z całkiem różnych powodów. Wśród nas są takie, które nie opuściły żadnych zajęć. I takie, które ćwiczą też same w domu. Pytają o książki, są bardzo zaangażowane. Ale są i takie, które zjawiają się raz na jakiś czas. Ale zawsze wracają.

Często podczas jogi rozmawiamy o różnych sprawach, nie tylko tych jogowych. Zdarza nam się żalić na zmęczenie, opowiadać o minionym weekendzie czy o problemach ze zdrowiem. I o facetach też rozmawiamy. Albo śmiejemy się głośno i całą sobą. Po zajęciach dziewczyny nawzajem odwożą się do domu a przed wyjściem serdecznie żegnają się ze sobą.

Czasem urządzamy sobie przyjęcia. Z okazji świąt albo dnia jogi. Siadamy wtedy na matach na ziemi, jemy i rozmawiamy. Ktoś przynosi ciasto, ktoś humus a Asia zawsze piecze chleb. Dziewczyny dzielą się swoimi umiejętnościami – pani Irenka opowiada o ziołach, Iwonka o całkiem naturalnych kosmetykach własnej produkcji. Część z nas ma dzieci, cześć jest sama. Pracuje w fabryce, w szpitalu albo opiekuje się dziećmi. Są wśród nas bardzo młode kobiety, takie na samym początku swojej kobiecej drogi. Albo takie naprawdę bardzo dojrzałe.

Niezwykła kobieca społeczność.

Bo dla mnie to jest coś więcej niż miejsce do ćwiczeń. Współczesne darcie pierza – jak mawia moja Emi. Budowanie kobiecych relacji.

Fot. Monika Burszczan

Fot. Monika Burszczan

Cieszę się, że mam zaszczyt w tym uczestniczyć i tym bardziej boli mnie każde łamanie kobiecej solidarności. Ostatnio przez internet przelała się fala hejtu wobec Anny Lewandowskiej i jej płaskiego brzucha tuż po porodzie. Nie ma co wchodzić w dyskusje z płaskim brzuchem, myślę sobie, że każda z nas ma swój rozum i dokonuje swoich wyborów. Lewandowska to sportsmenka, do tego młoda (ja to w jej wieku hoho!). Nie w tym rzecz jednak. Czy nie powinnyśmy szukać raczej wspólnych i bliskich nam przykładów? Karmić się tym, co dobre? Po to, żebyśmy stawały się silniejsze i odporniejsze. (Dlatego szerokim łukiem omijam i nigdy nie lajkuję zdjęć złośliwie ośmieszających wygląd dajmy na to Beaty Szydło w zdecydowanie nie twarzowej i źle dobranej garsonce. Znam inne bardziej cywilizowane sposoby wyrażania swojego sprzeciwu.)

Wojciech Eichelberger w jednym z wywiadów tłumaczy, dlaczego w dzisiejszych czasach mężczyznom trudno jest zrozumieć kobiety:

„Zniewalane kobiety, po to by przeżyć, musiały zadawać sobie trud poznania psychiki swoich panów-mężczyzn, ich mocnych i słabych stron. Zaś męski pan nie musiał zadawać sobie tego trudu. Kto by tam się pochylał nad niewolnicą, skoro można było nad nią panować przemocą. Z tego samego powodu kobiety podejmują obecnie ogromny zbiorowy wysiłek, aby rozeznać się lepiej we własnych ciałach, sercach i duszach.” (W.E. Kobiety dopiero budują swoją siłę)

Właśnie o ten zbiorowy wysiłek mi chodzi. O rodzaj siostrzeństwa oparty na akceptacji tego, że jesteśmy bardzo różne. Bo po co skupiać się na negatywach? Szukajmy towarzystwa kobiet, z którymi jest nam po drodze. Rozwijajmy się, nie łammy kobiecej solidarności. Budujmy kobiece społeczności, w których będziemy się wspierać i wymieniać tym, co dobre. Rozmawiać ze sobą nie w kategoriach różnic i konfliktów, ale dając sobie nawzajem to, co ważne i wartościowe.

I z tego niech wykiełkuje i urośnie nasza kobieca siła!


 

Katarzyna Szota-EksnerKatarzyna Szota-Eksner prowadzi szkołę jogi Yogasana , mocno zaangażowana w projekt Sunday is Monday – nawołujący do dbania o siebie.  Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie! Współtwórczyni (razem z Emilią Kołowacik)  niezwykłego Kalendarza 2017 Zadbaj o Siebie. Dziewczyna ze Śląska 🙂


Lifestyle

Rak zaprezentował mi się jako SZANSA. Jako okazja na to, by całkowicie zmienić swoje życie

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
9 lipca 2017
Fot. iStock/Soft_Light
 

Rakowa logistyka to taki swego rodzaju plan, który każdy na miarę własnych możliwości sam sobie opracowuje. Bez planu bowiem, raczej ciężko jest z rakiem walczyć. Plan, to ostatecznie jakieś tam wytyczne, jakiś kierunek, coś, co powoduje, że zbieramy się z łóżka każdego dnia i bez względu na wszystko, podejmujemy działania, które w naszym przekonaniu mają poprowadzić nas ku zdrowiu. Zanim jednak plan powstanie, każda z nas ma ten moment w gabinecie lekarza, kiedy to słyszy jakby przez mgłę, ten głos przedzierający się do jej świadomości: ma pani raka.

Dla mnie był to dziwny moment, taki z serii tych, kiedy to stanęłam w drzwiach swojego umysłu i z pewną taką stanowczością usiłowałam nie dopuścić  do siebie napierającej na mnie, obrzydliwej rako-myśli. To dlatego głos pani doktor brzmiał dla mnie tak, jak głos dochodzący z zaświatów, a moja uwaga skupiła się raczej na jej tuszy i fryzurze, zamiast na treści przekazywanej mi informacji. Klasyczne zaprzeczenie to było i całkowity brak chęci skonfrontowania się z rzeczywistością. Typowa próba ucieczki. Zatkanie uszu i zamknięcie oczu z serii, nie widzę, nie słyszę, nie ma mnie i nie mnie to dotyczy.

Przyjęcie diagnozy to nie jest bowiem łatwa sprawa. Jak nigdy, włącza się nam instynkt samozachowawczy i pełną mocą, na ile tylko nas stać, próbujemy odeprzeć atakujące nas słowa lekarza. Wiadomo. Na próżno. Diagnoza zawsze i w każdym niemalże przypadku przechodzi w końcu przez próg naszego wystraszonego mózgu i zaczyna się w nim zadomawiać. My tymczasem stoimy pod murem, przygwożdżone jej ołowianym ciężarem. I to ten ciężar powoduje właśnie, że słowa nagle stają się ciałem i na mniej lub bardziej intelektualnym poziomie zaczynamy rozumieć to, co doktor wycedził z chirurgiczną precyzją. Rzeczywistość, którą chwilowo przełączyłyśmy na zwolniony tryb, łapie na powrót swoje tempo po czym z przyspieszeniem sportowego samochodu uderza w nas z całą mocą. Diagnoza, choć niezwykle bolesna, dociera wtedy do nas i od tego momentu po prostu jest. Jest i już. A my stajemy na rozdrożu.

Nazywam ten moment rozdrożem, a jego waga jest zasadnicza. Chwila, w której dociera do nas lekarski przekaz o chorobie, jest niewątpliwie decydująca. To wtedy bowiem zadajemy mantryczne pytanie: DLACZEGO? Dlaczego ja? Dlaczego w takim wieku? Dlaczego w tym momencie….  Tłucze się nam toto po głowie w oczekiwaniu na jakąś rozsądną odpowiedź. I być może jest to nic innego jak właśnie instynkt samozachowawczy, który w tenże pytający sposób próbuje ściągnąć całą naszą uwagę na coś naprawdę ważnego. Być może, to jest nasze koło ratunkowe. Owo: „DLACZEGO?”, które pojawia się prawie u wszystkich. Włącza się jak czerwona lampka i wyje nam w głowie syreną. W tych doprawdy niekorzystnych okolicznościach, „DLACZEGO?” przychodzi żeby nas zbawić. Tyle tylko, że my nie zawsze potrafimy odczytać wynikający z „DLACZEGO?” przekaz. Tymczasem to jest właśnie ten moment. Chwila, którą śmiało można podciągnąć pod wybór pomiędzy życiem a śmiercią. Co chcę przez to powiedzieć? Już mówię.

Odpowiedź na pytanie z serii „DLACZEGO?” może pójść w jednym z dwóch kierunków. I taki też jest najczęściej schemat. Pierwsza z dróg prowadzi nas w pewnym sensie do celu, który łatwo jest nam przewidzieć, choć niekoniecznie jest to cel optymistyczny. Znamy raka z opowieści, z historii choroby osób bliskich i dalszych, z telewizji, z filmów które łzy wyciskają no i wreszcie z medycznej oceny naszej sytuacji. Rak w tej opcji zamienia się w ciężką chorobę, której najczęściej jesteśmy ofiarą, no chyba że geny mamy zmutowane, wtedy to ofiarą genetyczną zostajemy.

Jeżeli taką drogą pójdziemy, a zatem tą przetartą, utrwaloną, wspomaganą przez wszechobecny rakowy PR, wtedy może być nam naprawdę ciężko. Pewnie, że mamy szansę na pokonanie choroby. Pokonywały ją przecież nasze babki, matki, ciotki i sąsiadki. Wszystko co miały to wypracowana przez lata praktyka postępowania w przypadkach raka piersi. I to w ramach tego musiały odpowiedzieć sobie na pytanie: „DLACZEGO?” . Gdyby przyszło mi chorować w takim scenariuszu, nie wiem, czy byłabym w stanie utrzymać się na powierzchni. A przecież miliony kobiet na świecie podróżuje tym szlakiem. Jest znany, swojski, przetarty. Tyle tylko, że przy okazji jest też nieziemsko trudny. Wymaga skonfrontowania się z chorobą, która jest chorobą śmiertelną, która w kuluarach nazywana jest wyrokiem, sytuacją z serii: „zostało pani sześć miesięcy”! Dla mnie to obłęd. To pomyłka. To niepotrzebny absurd. To nie droga żadna, lecz równia pochyła. A przy tym wszystkim, to to jest właśnie rakowy standard! Czy ktoś to w ogóle kiedyś przemyślał? Czy ktoś się zastanowił kiedyś nad tym, na co skazuje się chorych na raka? Nie wydaje mi się wcale. W wizerunku jaki stworzono na potrzeby raka nie ma bowiem miejsca na empatię, a i niewiele jest tak po prawdzie na nadzieję.

W ramach dygresji, opowiem więc historię. Żeby umiejscowić ją w czasie, byłam wtedy już po operacji i po jakiejś trzeciej chemii. W odwiedziny zajechali ciocia z wujkiem. Pięknie było tego dnia. W San Diego mieszkam, w Kalifornii, ocean aż się prosił o spacer. No to poszliśmy. I gdy tak szliśmy sobie plażą, mocząc nogi w oceanicznych falach, ni stąd ni z owąd wujek szeptem mnie zapytał:
– to ile ci zostało?
– ile czego wujku?
– miesięcy życia…
– ????? … mało brakowało, a ocean zabrałby mnie natentychmiast i na zawsze.

Wujek rzecz jasna, był z bajki o strasznym raku. Bajki, której ja nie rozumiałam, gdyż moja droga przez raka prowadziła całkiem innymi ścieżkami. Kiedy ja stanęłam na swoim rozdrożu i kiedy to po mojej głowie tłukła się myśl: „DLACZEGO?”, odpowiedź jaką dostałam zabrała mnie do zgoła odmiennej bajki. Takiej, w której rak zaprezentował mi się jako SZANSA. Jako okazja na to, by całkowicie zmienić swoje życie. Kolejny post właśnie o tym opowie….

 

 

 

 

amazonka w dzubki agata

sliwowski-awatarAmazonka w Dżungli to portal dla kobiet i o kobietach, w których życiu pojawił się RAK. To miejsce, w którym piszemy o tym jak przeżyć raka i nie zwariować; co zrobić by życie pomimo choroby nie straciło na jakości; jak odzyskać grunt, który utraciłyśmy z powodu jednej, obezwładniającej diagnozy. To portal, w którym odkodowujemy raka, odzieramy go z czarnego PR’u i uczymy jak budować w sobie moc.

Odwiedź Amazonkę w Dżungli na blogu oraz na Facebooku.

 


Lifestyle

„Siostry od kuchni” polecają: Pieczony kurczak w sosie cytrynowo-tymiankowym z ziemniaczkami i szpinakiem

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
9 lipca 2017
Fot. Siostry od kuchni

Kto szuka obiadowej? Zapraszamy.

Pieczony kurczak w sosie cytrynowo-tymiankowym z ziemniaczkami i szpinakiem

Czas wykonania: 65 min.

Z podanych składników przygotujesz porcję dla 3-4 osób.

Składniki:

  • 6 udek z kurczaka (bez podudzi)
  • sól i pieprz do smaku
  • 1 łyżeczka wędzonej papryki
  • 1 łyżeczka tymianku
  • 2 łyżki masła klarowanego (lub zwykłego)
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 cebula szalotka
  • 1 szklanka drobiowego bulionu (najlepiej domowego)
  • 1/2 szklanki śmietany 30%
  • 1/3 szklanki tartego parmezanu
  • sok z 1 cytryny
  • 2 duże garści posiekanych świeżych liści szpinaku
  • kilka ziemniaków

Wykonanie:

Kurczaka dokładnie umyć i osuszyć. Przyprawić świeżo zmielonym pieprzem i solą oraz papryką wędzoną. Na patelni rozpuścić 1 łyżkę masła i obsmażyć kurczaka z obu stron do zarumienienia. Kurczaka odłożyć na bok, usunąć tłuszcz z patelni.

Czosnek przecisnąć przez praskę, cebulę pokroić w drobną kosteczkę. Na tej samej patelni rozpuścić pozostałą łyżkę masła, i zeszklić na nim cebulę i czosnek (ok. 1 minutę). Dodać bulion, śmietanę, parmezan, sok z cytryny oraz tymianek i zawartość patelni doprowadzić do wrzenia. Następnie wrzucić szpinak i gotować całość jeszcze ok. 2 minuty na niewielkim ogniu.

Jeśli macie młode ziemniaki – wystarczy je tylko umyć i pokroić na średniej wielkości kawałki (czasem wystarczy je tylko przekroić na pół). Jeśli natomiast macie stare ziemniaki, należy je obrać ze skórki i również pokroić na średniej wielkości kawałki.

Fot. Siostry od kuchni

Fot. Siostry od kuchni

Przygotować naczynie żaroodporne z przykryciem.

Sos przełożyć do naczynia żaroodpornego. Na sosie układamy kurczaka, a pomiędzy kawałkami mięsa układamy ziemniaki. Naczynie przykryć i piec w piekarniku nagrzanym do 210 °C około 40-45 minut. Na 10 minut przed końcem pieczenia zdjąć przykrywkę z naczynia – dzięki temu kurczak zyska nieco chrupkości.

Podawać natychmiast. Smacznego!

Fot. Siostry od kuchni

Fot. Siostry od kuchni

Zajrzyjcie koniecznie na bloga „Siostry od kuchni” i śledźcie na bieżąco ich poczynania na Facebooku!

18492427_10209141583683180_1950963320_n (1)


SIOSTRY OD KUCHNI, CZYLI

siostryKRZYSIA – na co dzień pracująca zawodowo, zabiegana mama dwójki dzieci. Mimo braku czasu odnajduje czas na swoją największą pasję, jaką jest gotowanie. Pewnie dlatego, że kocha dobre jedzenie. Zodiakalny Koziorożec, a więc konsekwentna w działaniach oraz bardzo ambitna i wnikliwa. Każde danie, które tworzy jest w 100% przemyślane, ale jej artystyczna wyobraźnia dokłada odrobiny szaleństwa i kulinarnej spontaniczności… Uwielbia kawę…ale tylko parzoną w kawiarce, a dobre ciacho to raj dla jej podniebienia. Lubi testować nowe przepisy i nie boi się eksperymentować.

EWKA – Można powiedzieć, że to człowiek orkiestra – znajdzie pasję w każdym zajęciu. Twardo stąpa po ziemi, mówiąc że nie ma rzeczy niemożliwych i z powodzeniem realizuje założone cele. W swojej pracy zajmuje się prowadzeniem projektów informatycznych, gdzie wykorzystuje i rozwija swoje menadżerskie zdolności. Uwielbia podróżować i odkrywać smaki lokalnych kuchni. Kocha kuchnię włoską i w tej dziedzinie chce się rozwijać, ale z sentymentem wraca rownież do polskich smaków znanych z dzieciństwa. Gotowanie i wypieki sprawiają jej ogromną przyjemność. Dzięki jej zdolnościom organizacyjnych każdy ruch w kuchni jest zawsze przemyślany, dzięki czemu przygotowanie dań trwa chwilę.


Zobacz także

Żyj kolorowo. Akcja #ŁapENDORFINY, wyzwanie #16

Droga Terapeutko, miałaś pomóc mojej córce, prawie rozbiłaś moją rodzinę. Zło również wraca, pamiętaj

Podróż za jeden uśmiech? Nie, ale za seks już owszem. Tak, to się dzieje naprawdę – nowa aplikacja, w której „płaci się” ciałem