Lifestyle

Subiektywny przegląd seriali na weekend. Od „Modern Family” po „Mare z Easttown”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
28 maja 2021
Photo by Mahrous Houses on Unsplash
 

Maj nas raczej nie rozpieszcza pogodowo. I w sumie dobrze, już zacieram ręce i szykuje się na serialowe maratony. Podobno niezdrowy to sposób spędzania czasu, ale kto, choć raz, nie chciałby się zanurzyć w innej rzeczywistości, odciąć, wciągnąć w (tym razem nie swoją) historię. Jeśli więc nie macie na weekend specjalnych planów – polecam filmowe podróże. Poniżej subiektywny przegląd maniaczki seriali.

„Mare z Easttwon” (HBO)

Dla fanów kryminałów koniecznie. Jeśli jeszcze nie zaczęliście, nadróbcie koniecznie, 31 maja HBO wyemituje ostatni, siódmy odcinek. Duży plus za duszny, powolny klimat, za perfekcyjne pokazanie relacji międzyludzkich i przede wszystkim za miejsce akcji, senne miasteczko w Pensylwanii, gdzie dochodzi do morderstwa młodej dziewczyny, matki. Sprawę dostaje Mare (w tej roli boska Kate Winslet) detektyw, która rozwiązując zagadkę kryminalną mierzy się jednocześnie ze swoim trudnym życiem. Traumą po samobójczą śmiercią syna, walką o wnuka, w końcu świadomością, że tuż obok mieszka jej eks mąż z nową miłością. Dodatkowy smaczek to relacja Mare z matką i mężczyznami, którym się podoba.

„Dziewczyna z doświadczeniem” ( HBO)

Zaczęłam oglądać zbierając materiał do książki. Wsiąkłam. Mamy tu wszystko co potrzebne w dobrym serialu. Emocje, napięcie, tajemnice. Studentka drugiego roku prawa (Riley Keought) zaczyna staż w prestiżowej kancelarii, jest pracowita, zależy jej na sukcesie. Sytuacja się zmienia, kiedy jej koleżanka wprowadza ją do świata dziewczyn… do towarzystwa. GFE– tak nazywa się grupa kobiet, które oferują mężczyznom seks i emocjonalne wsparcie. Wszystko za duże pieniądze. i tak nasza bohaterka, Christine zaczyna wieść podwójne życie.

Uff, naprawdę się dzieje. 2 maja wszedł trzeci sezon, choć niektórzy uważają, że tylko pierwszy sezon jest dobry, uważam, że każdy ma w sobie to coś. I czasem zastanawiam się, ilu znajomych mężczyzn skorzystałoby z takiej dziewczyny z doświadczeniem.

„Modern Family” (Netflix)

Koleżanka z redakcji porównała dziś ten serial z popularnymi „Przyjaciółmi”. Komedia w konwencji pseudokumentu. Trzy spokrewnione ze sobą rodziny i ich codzienne życie i skomplikowane relacje. Głową owej rodziny jest Jay Pritchett (Ed O’Neill). Ma drugą, śliczną i młodą żonę, ona z kolei 12- letniego syna. Dorosła córka Jaya, Claire i jej mąż Philip mają trójkę dorastających dzieci. Brat Claire, Mitchell żyje natomiast w homoseksualnym związku i wychowuje adoptowaną córkę. Śmieszny, a jednocześnie wiarygodny. Optymistyczny, poprawiający nastrój, a jednocześnie poruszający ważne, współczesne tematy.

„Firefly Lane” (Netflix)

Na podstawie książki znanej pisarki dla kobiet Kristin Hannah. Przeciwniczki serialu mówią, że jest płytki. Nie zgadzam się absolutnie. To historia przyjaciółek stara jak świat. Jedna, Tully (Katherine Heigl) jest atrakcyjna, przebojowa, pewna siebie. W młodości dziewczyn to ona wiedzie prym. Jest typem liderki, podoba się chłopakom, później też ona robi karierę w wymarzonej przez obie branży, dziennikarstwie, wydaje się uosabiać wszystkie cechy kobiety sukcesu. Druga, Kate (Sarah Chalke) niby zawsze z boku, ale to ona miała szczęśliwą rodzinę, to ona też szczęśliwą rodzinę założyła. Realizuje się jako żona i matka. Jednak początek serialu to kryzys Kate i jej męża, początek ogromnych zmian, które mają nadejść. Również między nimi. Wieloletnia, bliska więź dwóch kobiet to niemal zawsze zapowiedź kryzysu, konfliktu, cichej rywalizacji, poczucia bycia gorszą i lepszą. W końcu zapowiedź wybuchu, który musi tę relację popchnąć albo ku końcowi albo w stronę dojrzałej, mądrej przyjaźni. Tak samo jest i tutaj. Ja już zacieram ręce i czekam na drugi sezon.

„Ginny&Georgia” (Netflix)

Zabawna, momentami poważna historia dwóch kobiet. Piętnastoletniej Ginny (Antonia Gentry) i Georgi (Brianne Howe), jej matki. Właściwie nie wiadomo kto tutaj jest dorosły, przynajmniej na początku. Ginny i Georgię poznajemy, gdy przeprowadzają się kolejny raz, tym razem do Nowej Anglii. Ginny bardzo chciałaby osiąść już gdzieś na stałe, ma dość niestabilnej, zbyt kolorowej i zbyt seksownej rodzicielki.

Dużo pytań, mało odpowiedzi, choć już na początku widzimy, że twórcy serialu będą zmuszać nas do zastanowienia się, jak bardzo wiąże nas przeszłość, możemy przed nią uciec? Pozbawieni miłości jesteśmy w stanie kochać? A jeśli jesteśmy, to czy nie zaduszamy kogoś nadopiekuńczością?

„The Kominsky Method” (Netflix)

Do oglądania z rodzicami, partnerem lub partnerką. Historia dwóch przyjaciół, starzejącego się aktora Sandy’ego Kominsky’ego (Michael Douglas), dziś nauczyciela aktorstwa i jego wieloletniego agenta Normana Newlandera. Spodoba się na pewno fankom Frankie&Grace. O przemijaniu, starości, miłości, dzieciach. Z przymrużeniem oka, wesoło, a jednocześnie mocno. Właśnie wszedł trzeci sezon serialu.

„Dead to Me” (Netflix)

Jeśli jeszcze nie znacie, to nie wiem jak to się mogło stać! Poważna wdowa, matka Jen (Christina Applegate) chce rozwiązać zagadkę śmierci męża. Judy (Linda Cardellini) jest trochę niestabilną, ale bardzo pozytywną kobietą, która przeżywa rozstanie z mężem. Obie trafiają na grupę wsparcia dla kobiet po stracie.  Czy przyjaźń dwóch tak różnych kobiet jest możliwa? Co je jeszcze łączy poza tęsknotą i cierpieniem? To tylko niektóre pytania, na które dostaniemy odpowiedź. Świetny pomysł na film, świetny scenariusz, świetne aktorki. I dobre przesłanie: nigdy nie jest tak, że nie może być gorzej, ale co z tego? I tak w sumie jest nienajgorzej.

 

„Wąż” (Netflix)

Dla wielbicieli dokumentów i mocnych wrażeń. Historia seryjnego mordercy o pseudonimie Bikini Killer, który w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku uwodził, zabijał i okradał zachodnich turystów, którzy odwiedzali Azję Południowo– Wschodnią. Mocne. I choć niektórzy twierdzą, że serial ma wiele wad, i tak polecam. Cudne lata siedemdziesiąte, miłe dla oka tropiki, chwila oddechu w przerwach. Do tego świetna ścieżka dźwiękowa. No i po tym filmie raczej już nigdy nie zaufamy przystojnemu, obcemu mężczyźnie. 🙂


Lifestyle

Ozdrowieńcy z COVID-19 a szczepienia. Garść istotnych faktów

Redakcja
Redakcja
31 maja 2021
Fot. iStock
 
Przebycie COVID-19 w przeszłości nie stanowi przeciwwskazania do szczepień, co więcej – specjaliści namawiają ozdrowieńców do szczepienia. Przechorowanie nie daje bowiem trwałej odporności. Sprawdź, kiedy najlepiej zaszczepić się po infekcji i czego można się spodziewać.

„Odporność poszczepienna jest lepsza i silniejsza niż naturalna. Po przebyciu COVID-19 jedni pacjenci zyskują odporność, natomiast niektórzy pozostają podatni na ponowne zachorowanie. Szczepieni są praktycznie w 100 proc. chronieni przed ponownym zachorowaniem na ciężką postać choroby” – tłumaczy prof. Ernest Kuchar – specjalista chorób zakaźnych, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym WUM.

Niedawno Gazeta Wyborcza opublikowała odpowiedź Ministerstwa Zdrowia na pytanie jej dziennikarzy o zgony na COVID-19 osób, które się zaszczepiły. Odsetek tych, które zmarły z powodu tej choroby pomimo szczepienia wyniósł 0,011, a dla osób z chorobami współistniejącymi – 0,036. Śmiertelność z powodu COVID-19 w Polsce wyniosła blisko 2,5 proc.

Zakażenia po szczepieniu w przypadku AstraZeneki, Moderny czy Johnson&Johnson stwierdzano średnio od 9 do 18 dni od szczepienia. W przypadku Pfizera, średni czas, w którym doszło do zakażeń w Polsce, wynosił od 21 do 27 dni po przyjęciu dawki. Cytowany przez Gazetę dr Tomasz Dzieciątkowski podkreślał, że dane udostępnione przez MZ wskazują na wysoką skuteczność szczepionek. Zaznaczał, że na infekcję koronawirusem po przyjęciu szczepionki wpływ mogło mieć kilka czynników:

Do zakażenia mogło dojść przed przyjęciem szczepionki lub wkrótce po jej przyjęciu (od zaszczepienia do wytworzenia odporności po szczepieniu mija co najmniej kilka dni)

W populacji są osoby, które z przyczyn osobniczych nie wytwarzają odporności po szczepieniu (tzw. nonresponderzy)

W wytworzeniu odporności istotną rolę odgrywają indywidualne czynniki, takie jak wiek, choroby współistniejące itp.

Dr Ernest Kuchar przyznaje, że szczepienie podane ozdrowieńcowi może spowodować bardziej nasilone ogólne niepożądane objawy poszczepienne takie jak gorączka, złe samopoczucie, bóle mięśni, osłabienie i senność.

„W pewnym uproszczeniu przez około 2 dni szczepiony ozdrowieniec czuje się jakby miał COVID-19. Jednak objawy niepożądane po szczepionce ustępują po dwóch dniach, natomiast nabyta odporność zostaje na długo” – podkreśla specjalista.

Potwierdzają to badania kliniczne. Np. w badaniach klinicznych szczepionki Johnson&Johnson preparat otrzymało ponad 2 tys. ozdrowieńców. Chodziło o to, by sprawdzić reakcje układu odpornościowego osób, które przebyły zakażenie koronawirusem. Okazało się, że nie ma przeciwwskazań, by szczepić ozdrowieńców, a wręcz odwrotnie – wzmacnia to poziom ich ochrony.

Również w badaniach nad szczepionką firmy Pfizer/BioNTech do trzeciej fazy, oprócz osób, które nigdy nie przeszły infekcji koronawirusem, rekrutowano ozdrowieńców. I tu także potwierdzono, że szczepienia zwiększają ich odporność na ponowne zakażenie. Jednocześnie badania kliniczne wykazały, że nie występują u nich nadmierne niepożądane reakcje.
Jaki odstęp pomiędzy chorobą a szczepieniem?

17 maja rząd ogłosił zmiany w szczepieniu osób, które mają za sobą infekcję COVID-19. Zgodnie z nowymi wytycznymi ozdrowieńcy mogą zgłosić się do punktu szczepień na pierwszą (lub jedyną) dawkę już po 30 dniach od daty otrzymania pozytywnego wyniku testu na koronawirusa. Wcześniej odstęp ten wynosił obligatoryjnie 90 dni. Jak zwykle w medycynie są wyjątki.

Zmiana w długości odstępu między chorobą a szczepieniem wywołuje dyskusję i zrozumiałe u laików obawy, że takie działanie może wpływać na obniżenie odporności uzyskanej po szczepieniu czy niepożądane skutki. Eksperci uspokajają – szczepienie po miesiącu od zakażenia jest bezpieczne i daje pozytywne rezultaty. Odpowiedź immunologiczna jest już ustabilizowana i podanie szczepionki pełni tylko rolę bustera, czyli wzmocnienia już istniejącej odpowiedzi.

„Należy zwrócić uwagę na drobny fakt. Codziennie stykamy się z o wiele większą liczbą antygenów i także ulegamy zakażeniu przez znaczną liczbę patogenów obecnych wśród osób z naszego otoczenia. Jeśli uodporniliśmy się w przeszłości to nie dzieje się nic poza wzmocnieniem odporności dla danego patogenu. Ponadto trzeba przypomnieć, że człowiek jako osobnik tylko w 40 proc. składa się z komórek ludzkich, pozostałą część stanowią inne elementy biologiczne: bakterie, wirusy, grzyby i inne „stwory”. Cały ten układ oddziałuje na elementy układu odpornościowego i dopóki panuje równowaga, pozostajemy zdrowi. Ilość antygenu podana w szczepionce u zdrowego człowieka stanowi tak małą część antygenów, z którymi codziennie się styka, że nie ma istotnego znaczenia poza pobudzeniem pamięci immunologicznej dla czynnika obecnego w szczepionce” – tłumaczy prof. dr. hab. Włodzimierz Gut, wirusolog z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego -Państwowego Zakładu Higieny.

Zmiana jest też zgodna z zaleceniami producentów szczepionek.

„Ten czas pozwala na uniknięcie >>przestymulowania<<, czyli nadmiernego pobudzenia układu immunologicznego, wskutek generowania odpowiedzi odpornościowej najpierw naturalnej, a następnie sztucznej” – tłumaczy lek. Bartosz Fiałek, specjalista w dziedzinie reumatologii.

Ze strony rządu skrócenie tych odstępów ma na celu m.in. przyspieszenie procesu wyszczepiania społeczeństwa w miarę jak szczepionki są coraz bardziej dostępne.

„Możemy sobie na to dzisiaj pozwolić” – tłumaczył szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk.

Zdaniem specjalistów odstęp od zakażenia SARS-CoV-2 do zaszczepienia powinien zależeć od tego, jak ktoś przechorował COVID-19.

„Jeśli skąpoobjawowo, bądź bezobjawowo, to najprawdopodobniej wytworzone przeciwciała wytracą się w dość niedługim czasie – wtedy warto zaszczepić się w terminie cztery tygodnie od zakażenia (ale nie krótszym!). Po cięższym przebiegu odporność jest wytwarzana, jednak nadal warto się szczepić, warto jednak poczekać – istniejące rekomendacje wskazują terminy: od trzy do sześciu miesięcy” – precyzuje prof. dr hab. n med. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji UMB w Białymstoku.

Odroczenie szczepienia do minimum 90 dni zaleca się natomiast, jeżeli pacjent w trakcie terapii COVID-19 otrzymywał osocze ozdrowieńców lub przeciwciała monoklonalne. Chodzi o to, by uniknąć potencjalnych interferencji zastosowanego leczenia na immunogenność szczepionki (czyli po to, by zapewnić maksymalną jej skuteczność). Dlatego do punktu szczepień warto zabrać ze sobą wypis ze szpitala.

Odroczenie jest też wskazane także w przypadku osób, które przechorowały COVID-19 i w dniu szczepienia nadal czują się źle.

Pamiętajmy, że przed otrzymaniem szczepionki przechodzimy kwalifikację lekarską. Jeżeli jesteśmy ozdrowieńcem, a w terminie naszego szczepienia wciąż czujemy się źle, skarżymy się na objawy oddechowe, neurologiczne bądź sercowo-naczyniowe, to powinniśmy to zgłosić lekarzowi w punkcie szczepień bądź lekarzowi prowadzącemu. Być może w niektórych przypadkach trzeba wpierw zadbać o unormowanie stanu zdrowia, zanim przystąpi się do szczepienia. Podobnie zresztą powinni postępować pacjenci z chorobą przewlekłą, której stan jest niestabilny: trzeba się wtedy skontaktować z lekarzem prowadzącym w celu ustabilizowania stanu klinicznego przed otrzymaniem szczepionki.

Bez względu na to, czy jesteśmy ozdrowieńcem czy nie, do szczepienia warto podejść z rozsądkiem i przeczytać, w jaki sposób każdy z nas może się do niego przygotować, tak by zwiększyć poziom swojego bezpieczeństwa i zmaksymalizować immunogenność wakcynacji. W ramach inicjatywy Nauka Przeciw Pandemii eksperci przygotowali krótki poradnik.

Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl

Źródła:
Strona PZH https://szczepienia.pzh.gov.pl/faq/w-jakim-czasie-po-przechorowaniu-covid-19-mozna-przeprowadzic-szczepienie/

Strona Urzędu Rejestracji

Źródło informacji: Serwis Zdrowie



Zobacz także

9 rzeczy, których nigdy nie ujawniaj na Facebooku

5 sposobów na odwrócenie złej karmy

5 sposobów na odwrócenie złej karmy

Muzyka relaksacyjna… Jak wybrać tę odpowiednią dla siebie?