Lifestyle

Sharon Stone: Nikt mi nie powiedział, jak beznadziejna była moja sytuacja. Przeczytałam o tym w magazynie „People”

Oh!Books
Oh!Books
24 listopada 2022
Sharon Stone, fot. Roland Godefroy adapted by Blofeld, Gage Skidmore from Peoria, AZ/ domena publiczna
 

– Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że pochyla się nade mną mężczyzna. Był tuż przy mojej twarzy. Jego spojrzenie było tak łagodne, że pomyślałam: zaraz umrę. Nieznajomy gładził mnie po głowie, po włosach, o Boże, był taki przystojny. Wolałabym, żeby to był mój kochanek, a nie ktoś, kto właśnie powiedział: „Doszło u pani do krwawienia w mózgu” – czytamy w książce Sharon Stone „Pięknie jest żyć dwa razy”.

Opowiadając swoją historię Sharon Stone mówi o drodze do uzdrowienia, miłości i celu. Stone, jedna z najbardziej znanych aktorek na świecie, doznała rozległego wylewu, który kosztował ją nie tylko zdrowie, ale także karierę, rodzinę, majątek i globalną sławę. W „Pięknie jest żyć dwa razy” aktorka pisze o wysiłkach by odbudować swoje życie i powolnej drodze do odzyskania pełni siebie i pełni zdrowia. W branży, która nie akceptuje porażek, w świecie, w którym zbyt wiele głosów jest uciszanych, Stone znalazła siłę by powrócić, odwagę, by zabierać głos i wolę by zmieniać życia mężczyzn, kobiet i dzieci na całym świecie.

W tej intymnej książce, tak szczerej, jak osobista rozmowa, Stone opowiada o przełomowych rolach, przyjaźniach zmieniających życie, najgorszych rozczarowaniach i największych osiągnięciach. Zdradza, jak od przemocowego dzieciństwa doszła do kariery w branży, która pod wieloma względami, pod przykrywką pieniędzy i przepychu, stosuje takie same metody. Opisuje siłę i sens, które odnalazła w swoich dzieciach i działalności humanitarnej. A w końcu dzieli się tym, jak walczyła by odnaleźć nie tylko swoją prawdę, ale też pojednanie i miłość rodziny.

Prezentujemy fragment książki „Pięknie jest żyć dwa razy” Sharon Stone”

Po kilku tygodniach obudziłam się na oddziale intensywnej terapii. Miałam za sobą wielogodzinną operację mózgu. Aby uratować mi życie, zastąpiono moją pękniętą tętnicę kręgową cewnikami. Kiedy się o tym wszystkim dowiedziałam, próbowałam wyrwać z żyły kroplówkę z przeciwbólowym dilaudidem. Niepotrzebny gest, bo powiedziano mi zaraz, że i tak muszę odstawić opioidy, żeby nie dostać ataku padaczkowego.

No świetnie, do tego wszystkiego zostałam narkomanką. Nikt mi nie powiedział, jak beznadziejna była moja sytuacja. Przeczytałam o tym w magazynie „People”. W sali pojawił się pielęgniarz, żeby podłączyć mi nową kroplówkę, bez końca usiłował wymacać moją niewyraźną żyłę. Opowiadał o wszystkich moich rolach, które uważa za rozczarowujące. Według niego rozczarowywały nie tylko poszczególne kreacje, ale moja praca w ogóle, i domagał się, żebym mu to jakoś wyjaśniła. Uciskał i uciskał żyłę, aż zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie chce mnie zamordować. Zamilkłam zupełnie i przesuwając się powoli, centymetr po centymetrze, sięgnęłam po przycisk wzywający pomocy.

Po chwili, która wydawała się wiecznością, przy moim łóżku pojawiła się inna pielęgniarka. Starałam się zabrzmieć dziarsko: „O, dzień dobry, mamy tu trochę problemów z żyłą. Może ktoś inny mógłby to zrobić?”. Spojrzałam na kobietę, próbując wspiąć się na wyżyny talentu, natychmiast wejść w rolę i przekazać spojrzeniem, jak bardzo jestem zdesperowana. Chciałam, żeby odczytała moje myśli, i chyba się udało, bo wyprowadziła pielęgniarza z pokoju. Nie mogłam pozbyć się myśli, że jestem gównianą aktorką. Wezwałam nawet do szpitala doradczynię zawodową. Usiadła przy mnie z torebką na kolanach, opanowana jak zawsze. Jej spojrzenie mówiło: „Kobieto, musisz po prostu
wyzdrowieć”. Moim zdaniem to wspaniały przykład, że narkotykom zawsze trzeba mówić nie.

Spędziłam w szpitalu wiele bezsennych nocy i przespałam wiele dni. Uporczywie powracały do mnie sny, w których uczyłam się nowego języka programowania, kodu, który objawiło mi pięć aniołów. Zasypiałam dopiero po wschodzie słońca. Nocami wpatrywałam się w ciemność, widziałam włókna unoszące się w powietrzu, czułam pustkę, nasłuchiwałam, czy w pobliżu nie ma mojego syna. Nie byłam pewna, czy przeżyję, czy umrę – czy powinnam przeżyć, czy umrzeć.

Okazałam się jedną z tych szczęśliwczyń, które nie poddały się niewesołym rokowaniom i wydostały się z rumowiska, jakim jest neurologiczny oddział intensywnej terapii. Została tam osiemnastolatka z łóżka obok, która nie przestawała krzyczeć i desperacko próbowała wyprostować kręgosłup – nie było przy niej rodziców, opiekowała się nią młodsza siostra. Zostawiłam za sobą wszystkie opustoszałe posłania otaczające stanowisko pielęgniarek, opuszczone przez dusze, które uniosły się w górę. Zostawiłam zapracowane maszyny, zmęczone pielęgniarki i zmęczonych pielęgniarzy. Wspomnienie ich dobrych, szlachetnych twarzy wciąż dodaje mi sił.

Wychodziłam stamtąd nierównym, chwiejnym krokiem, wlokąc nieco prawą nogę. Lewa strona mojej twarzy była zniekształcona i obwisła. Nie miałam czucia w lewej nodze od kolana w górę. Wypowiadałam słowa nieświadoma, że się jąkam. Nie zdawałam sobie sprawy, że na ścianach pomieszczenia nie było żadnych kolorowych plam. Utraciłam słyszenie kierunkowe w prawym uchu i bardzo dużo kilogramów.
Wchodziłam w najmniejszy rozmiar przy 174 centymetrach wzrostu. Kiedy słońce opromieniło mnie po wyjściu ze szpitala, poczułam się mała, wychudzona do kości. Trudno było mi utrzymać się w pionie, ale stanie sprawiało mi tyle przyjemności.

Jeśli chcecie przetrwać krwotok śródmózgowy, ale też, jak sądzę, każdą inną walkę na śmierć i życie, musicie przede wszystkim nauczyć się zaufania. Pytanie tylko: komu ufać? Myślę, że mogłabym wywalczyć złoty medal na mistrzostwach świata w paranoi. W czasie rekonwalescencji po urazie mózgu miałam kłopoty ze spaniem, a przynajmniej ze spaniem w normalnych porach. Mój mózg próbował się przeprogramować.

Pewnego dnia przyszła dziewczyna, która miała mi zrobić manikiur i pedikiur. Nie mówiła zbyt dobrze po angielsku, była Wietnamką. Trzymałam stopy we wspaniałej, kojącej wodzie. Pedikiurzystka podniosła jedną z nich i powiedziała coś, co brzmiało jak „Ciogoipace?”. Poprosiłam ją, żeby powtórzyła te słowa dwa lub trzy razy, chciałam dobrze zrozumieć, a z moim kojarzeniem nie było najlepiej. Wówczas uniosła moją stopę wyżej i zachęciła, żebym spojrzała. Miałam na niej tak dużo włosów, że wyglądałam jak małpa. Dziewczyna spojrzała
na mnie po raz kolejny i zrozumiałam już bez problemu, co mówi: „Czy ogolić palce?”.

No i zostałam Wielką Stopą! Szczęśliwie wyszłam z OIOM-u na neurologii, ale, skarby, to, co czekało mnie teraz, nie było łatwe. Zrobiłam się zachowawcza, cicha i uważna. Musiałam słuchać. Wsłuchiwać się, bo moje prawe ucho było na tyle uszkodzone, że musiałam obracać głowę w lewo i obserwować ruchy warg moich rozmówców, żeby zrozumieć, o co im chodzi. O, tak, dostałam w kość. Los zafundował mi niezłe lanie.
(…)

Dochodzenie do siebie było bolesne. Zwyczajnie siadając na kanapie, czułam, jakby ktoś mnie policzkował: głowa mi się przekrzywiała, wydawałam z siebie dźwięk jak przy ciosie, a twarz po jednej stronie robiła się czerwona. Czasami dopadał mnie ostry ból u góry czaszki, a skóra na czubku głowy pokrywała się kilkucentymetrowymi guzkami. Kiedy indziej czułam, jakby moja noga była mokra albo krwawiła, albo piekła. Łącza w mojej głowie zupełnie się poplątały i wysyłały najdziwniejsze sygnały do różnych zakątków ciała. Miałam się wkrótce dowiedzieć, że przez dwa lata nie będę w stanie czytać ani nawet zapamiętać, gdzie odstawiłam filiżankę. Ale wciąż wstawałam z łóżka, żyłam i wciąż byłam matką półtorarocznego chłopca, który mnie potrzebował. Nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzę, wiedziałam tylko, że tak będzie.
(…)

Mogło być tak, że moje dotychczasowe życie odeszło już na zawsze. Część moich przyjaciół i przyjaciółek wytrwała przy mnie, ale dla niektórych to wszystko okazało się zbyt przytłaczające i rozczarowujące. Nie miałam pojęcia, czy kiedykolwiek wydobrzeję na tyle, żeby wrócić do pracy: zapamiętywać tekst, dobrze się prezentować i być fotografowana jako Sharon Stone. Wypadłam z obiegu. Nawet nie byłam pewna, czy poradzę sobie ze zwyczajnym życiem.

Nie spałam po nocach i pytałam samą siebie, jak sobie poradzić. Miałam zaburzenia wzroku: widziałam plamy koloru na ścianach, a kiedy szłam, podłoga wibrowała mi pod stopami. Przy każdym mrugnięciu w kącikach oczu błyskało mi światło. Kiedy mówiłam o tym lekarkom i lekarzom, przeprowadzali rutynowe badania. Musiałam zamykać oczy i dotykać palcem nosa, stawać i podskakiwać na jednej nodze. Uderzano mnie w kolano młoteczkiem i mówiono: „Wszystko jest w porządku”. Przeżyłam, i już to było wyjątkowe. Wszyscy machali ręką na resztę. Nikt nie zlecił mi żadnej opieki pozabiegowej.

Całymi miesiącami żyłam jakby w otchłani. Zagubiona, zaskoczona, rozespana i zdruzgotana. Aż pewnego dnia mój synek wszedł do sypialni i z całej siły popchnął stojak z narzędziami przy kominku. Narobił straszliwego hałasu. Myślałam, że głowa mi pęknie. Nie wierzyłam też
własnym oczom. Stanął przed moim łóżkiem w śpioszkach, spojrzał i powiedział: „Koniec z piżamką, mamusiu”. Walczył o mnie i dał mi to do zrozumienia. Nie wiedziałam, co robić. Potrzebował mnie, a ja bardzo go kochałam i też go potrzebowałam. Z łóżka do podłogi było tak daleko, a ja od miesięcy byłam nie do życia. Ale bardzo go kochałam.

Podniosłam się, wzięłam kąpiel, a on cały czas siedział obok. Ubrałam się. Podjęłam wysiłek. Zadzwoniłam do Quincy’ego Jonesa do Los Angeles. Przyjaźniliśmy się i wiedziałam, że miał za sobą dwa tętniaki. Nie tylko to przeżył, ale wciąż był jednym z najważniejszych ludzi w swojej branży, angażującym się też w działalność charytatywną. Wziął mnie wtedy pod swoje skrzydła i zatroszczył się o mnie. Zaprosił nas na bożonarodzeniową kolację.

Kiedy kilka tygodni później pojawiliśmy się u niego w domu, przyjrzał mi się i oświadczył: „Źle z tobą”. „Tak – odpowiedziałam – straciłam wzrok. Jestem przerażona. Nie wiem, co mam robić”. „Umówię cię z najlepszym specjalistą. Zajmie się tobą”, zapewnił troskliwie. Wspomniany lekarz, Hart Cohen, wyjechał na święta, ale porozmawialiśmy przez telefon. To mu wystarczyło, by stwierdzić, że mam uraz
mózgu. Zaproponował siedem preparatów, którymi można kontynuować leczenie. Umówiliśmy się na wizytę. Nabrałam otuchy, ale nie byłam przekonana, czy to coś da.

Postanowiłam jednak, że pójdę. Zaczęłam brać leki. Pierwszy preparat mi pomógł, ale sporo przytyłam i nie wszystkie objawy zelżały. Na dodatek mój przyjazd do Los Angeles przyciągnął uwagę. Zbliżał się sezon oscarowy i ani się obejrzałam, a poproszono, żebym wręczała jedną ze statuetek w parze z Johnem Travoltą. Wróciłam do gabinetu lekarza zapłakana. Doktor spojrzał na mnie i pewnym, łagodnym tonem powiedział: „Dasz radę. Bez problemu. Zobaczysz”. Zapisał mi inny lek i zlecił specjalną wysokobiałkową dietę. Bezwzględnie się jej trzymałam. Miałam cel. Efekty zobaczyłam już po kilku dniach. Błyski ustały, zniknęły dziwne kolory, zelżały trudności w mówieniu, zaczęłam lepiej słyszeć.

Minęło kilka tygodni i pojawiłam się na próbie oscarowej gali. Próbowałam się jakoś wpasować. Zachowywałam się introwertycznie, jak ktoś, kogo poddano deprywacji sensorycznej. Wszyscy ciężko pracowali nad swoją wspaniałością, a ja – by ustać na nogach. To zmieniło perspektywę – poczułam współczucie. Zobaczyłam moje koleżanki i kolegów artystów właśnie jako artystów – ludzi kruchych i schowanych za maskami, aby radzić sobie z wielkimi oczekiwaniami innych. Byłam cicha, uprzejma i zdystansowana. Odkryłam własne dyskretne miejsce w tym chaosie. Czułam, że zachowuję się roztropnie, nie denerwuję się i nie stawiam wymagań. Zrozumiałam, jak wiele wysiłku wszyscy w to wkładają. Dostrzegłam, jak wszyscy ciężko pracują na sympatię innych.

Oczywiście John Travolta, z którym miałam szczęście być w parze, ma po prostu ogromny dar taneczny. Wystarczy na niego spojrzeć, a już robi się lżej na duszy, chce się uśmiechać i tańczyć. Pamiętacie te legendarne zdjęcia, na których John tańczy z księżną Dianą?
Wspomniałam mu, że może fajnie byłoby zatańczyć na scenie. Nie wiedziałam, czy będę w stanie to zrobić, ale chciałam popchnąć samą siebie do czegoś więcej – w końcu mogłam już chodzić. John nie zareagował, więc odpuściłam. Następnego wieczoru, już na samej gali, siedziałam na jakiejś skrzyni w korytarzu, John, przechodząc, zapytał, czy może lepiej przyjrzeć się mojej sukience. Wstałam, a on mną zakręcił.
„Dobra do tańca – powiedział tym słynnym, czarującym tonem. – Zróbmy to. Wyjdźmy z przeciwnych stron i przetańczmy przez scenę”.

Serce biło mi jak szalone. Jeszcze dwa tygodnie temu miałam problemy z chodzeniem. Teraz miałam tańczyć. Dam radę. Przecież umiem. Spojrzałam mu w oczy. Zgodziłam się. Zmówiłam modlitwę do wszechświata: „Pozwól mi to zrobić dla samej siebie. Pozwól mi to zrobić dla wszystkich, którzy muszą wiedzieć, że dadzą radę”.

Ogarnęła mnie radość i wdzięczność. Zaszłam tak daleko. Wiara jest pytaniem. Wiara jest odpowiedzią. Uwierz. To była moja mantra. Popłynęłam przez scenę, spoglądając na moje utalentowane, wspaniałe koleżanki i kolegów z Akademii. Uśmiechali się, śmiali i cieszyli tą chwilą. Wszystkich nas to podniosło na duchu. Nie wszyscy wiedzieli dlaczego.

 


Lifestyle

„Moje życie to nie wasza sprawa”. Tak, jej koniec był tragiczny, ale marzenie i droga na szczyt – piękne

Oh!Books
Oh!Books
28 listopada 2022
 

Przez dziewiętnaście lat, od chwili rozstania z Whitney, uparcie nakłaniano mnie, żebym podzieliła się własną wersją naszej historii. Po jej śmierci oraz po śmierci jej córki byłam smutna i sfrustrowana tym, jak fałszywie przedstawiano życie i spuściznę Whit. Poczytuję za swój obowiązek oddać honor mojej przyjaciółce i wyjaśnić wiele nieścisłości dotyczących mnie samej oraz tego, kim była Whitney. Czuję się zobligowana przypomnieć ludziom o jej wielkości i podjąć jej wybitne dziedzictwo. Whitney, jaką znam, miała wielkie serce, była pełna determinacji, wielkoduszna, tajemnicza, zabawna i pokładała ufność w swoich talentach. 

Mam nadzieję, że pomogę czytelnikom rozpoznać i lepiej zrozumieć autentyczną osobę kryjącą się za jej głosem i publicznym wizerunkiem. Tak, jej koniec był tragiczny, ale jej marzenie i droga na szczyt były piękne. Jestem winna mojej przyjaciółce, by opowiedzieć naszą historię. I mam nadzieję, że dzięki temu uwolnię nas obie – pisze we wstępne do książki Robyn Crawford, przyjaciółka Whitney Houston.

Whitney Houston i Robyn Crawford poznały się jako nastolatki i spędziły razem dwadzieścia dwa lata. W tym czasie Whitney została globalną supergwiazdą. Biła kolejne rekordy popularności jako wokalistka, przyciągała do kin tłumy jako aktorka i zawładnęła wyobraźnią całego pokolenia. Robyn towarzyszyła jej na każdym etapie tej podróży.

Ich relacja zaczęła się od fascynacji i przyjaźni, ale szybko przerodziła się w intymny związek dwóch bezgranicznie oddanych sobie kobiet. W amerykańskim show-biznesie lat 80. XX wieku takie uczucie wciąż stanowiło nienaruszalne tabu. Sama Whitney wiedziała, że plotki dotyczące orientacji seksualnej mogą przyćmić nawet najbardziej spektakularną karierę. Zwłaszcza kobiecą. Przez całe życie stanowczo więc im zaprzeczała, odsuwając Robyn coraz dalej i jednocześnie nie pozwalając jej nigdy do końca odejść.

Ta historia to opowieść o lojalności i zaufaniu – o dwóch dziewczynach, które zawarły pakt, by nawzajem się chronić i wspierać. Ale to również opowieść o manipulacji, kontroli, głodzie władzy, kwestiach rasowych, uzależnieniu i presji, jaką przemysł rozrywkowy wywiera na kobiety. Ponad wszystko jest to jednak opowieść o trwałej przyjaźni.

Prezentujemy fragment książki „A song for you. Moje życie z Whitney Houston” 

***

Tamtej zimy Whitney niepodzielnie rządziła na ceremonii rozdania nagród za 1994 rok. Zgarnęła trzy nagrody Grammy, pięć NAACP Image Awards, pięć World Music Awards, osiem American Music Awards i jedenaście Billboard Music Awards. Na gali rozdania Soul Train Music Awards, gdzie pięć lat wcześniej ją wybuczano, tytuł rhythm’n’bluesowej piosenki roku zdobyła I Will Always Love You (która zdecydowanie nie jest rhythm’n’bluesowa), a Whit została uhonorowana nagrodą Sammy’ego Davisa Juniora dla artystki roku. Przyjmując statuetkę noszącą jego nazwisko, wygłosiła mowę o dyskryminacji rasowej, jakiej doświadczał Davis, oraz przypomniała, jak wyglądało życie czarnoskórych artystów w jego epoce. Następnie, po złożeniu podziękowań rodzinie, zwróciła się do mnie:

– Co do mojej drogiej przyjaciółki i asystentki wykonawczej, Robyn Crawford: jak można podziękować komuś za lojalność, oddanie i miłość? Słowa nie są w stanie tego wyrazić… Dlatego mówię: dziękuję ci i kocham cię. Nie da się nie docenić twojej wizji.

Nie wiem, co ją do tego skłoniło. Niemniej tamtego wieczoru, kiedy sama zdobyła najwyższą nagrodę Soul Train, uhonorowała właśnie mnie.

W kwietniu 1995 roku, podczas pobytu na prowincji, Bobby, jego rzecznik prasowy i ochroniarz zostali aresztowani pod zarzutem pobicia mężczyzny w klubie nocnym Walt Disney World. Pobitemu założono sześć szwów na głowie i chirurgicznie przyszyto urwany kawałek ucha. Zarzuty zostały wycofane po zawarciu poufnej ugody.

Niedługo przed aresztowaniem Bobby’ego na Florydzie „National Enquirer” zamieścił alarmujący artykuł z relacją Kevina Ammonsa, byłego chłopaka dawnej rzeczniczki Whitney. Ammons fałszywie podał się za osobistego ochroniarza Whitney i utrzymywał, że John Houston zaoferował mu sześć tysięcy dolarów za połamanie mi kolan. John rzekomo podpowiedział mu, że powinien ułożyć moje nogi „na krawężniku i pogruchotać je z pomocą kija baseballowego”, po czym podkreślił: „Chcę, żeby miała połamane ręce i nogi”. W trakcie wywiadu telewizyjnego Ammons zapewnił, że John dodał jeszcze: „Nie chcę, żeby ją zamordowano. To by zniszczyło Whitney”.

Moja matka wychodziła z siebie:

– Niech tylko spróbują coś ci zrobić.

Mama lubiła sporządzać notatki i prowadziła skrupulatne zapiski dotyczące również tego, co działo się między mną a rodziną Houstonów. Opowiadała o tych sprawach także mojej ciotce Marlene:

– To jest praca Robyn, więc nie mieszam się do tego, ale niech tylko spróbują coś zrobić mojej córce.

Nie zwróciłam się do prawników ani do nikogo innego w Nippy Inc. Wszyscy wiedzieli o tych zarzutach, ale z wyjątkiem ojej asystentki, Marii, nikt nic na ten temat nie mówił.

Poszłam prosto do Whitney.

– Co to ma być? – zapytałam, unosząc w dłoni gazetę. Zazwyczaj ignorowałam historyjki o Whitney i o mnie, ale tę musiałam przeczytać.

Wpatrując się w nagłówek, najwyraźniej zmartwiona, powiedziała: 

– Nie wiem, Robyn. Ale dowiem się.

Whitney zadzwoniła następnego dnia.

– Rozmawiałam z ojcem. Nie musisz się niczym martwić. Wszystko w porządku?

– Tak, dziękuję. A u ciebie?

– Wszystko dobrze – powiedziała i dodała: – Nic złego cię nie spotka.

Silvia powiedziała mi, że kiedy John przyszedł do domu na rozmowę, Whitney była rozemocjonowana. Płakała. – Nie, tato! Robyn jest moją przyjaciółką.

John wyparł się na łamach prasy wszystkiego i nigdy nie zamienił ze mną ani słowa na temat zarzutów Ammonsa. 

Prawda jest taka, że za każdym razem, kiedy Whitney obrywała, mnie również się dostawało. Pomimo jej sukcesu, wystawnego wesela, połyskujących obrączek i padających ze strony pary małżeńskiej zapewnień, że wszystko układa się świetnie, plotki o jej homoseksualizmie nie cichły. Po upływie dziesięcioleci Gary przyznał w wywiadzie, że chcieli mnie po prostu wystraszyć, ale zastanawiam się, czy przyszło im kiedykolwiek ma myśl, że ich groźby raniły ich siostrę oraz ich córkę, która zapewniała dobrobyt im wszystkim.

Kiedy Nip porozmawiała z ojcem, poczułam się lepiej, bo przynajmniej wiedziałam, jaką postawę przyjęła. Nawet rok później, po ukazaniu się książki Ammonsa, która ponownie odgrzebała tę historię, groźba wyrządzenia mi fizycznej krzywdy w żadnym razie mnie nie zniechęciła do Nip i lojalności wobec niej. Zastanowiłam się jednak, kto właściwie za czym stał i kto i za co otrzymał zapłatę. Zaczęłam łączyć kropki.

Choć wyprowadziłam się dawno temu, zatrzymałam swój klucz do domu, w którym niegdyś mieszkałam z Whitney. Zostawiłam w nim część moich rzeczy, np. osobiste nagrania wideo, które robiłam w trakcie tournée. Często tam wpadałam, żeby popływać albo po prostu spędzić trochę wolnego czasu.

Któregoś dnia pod koniec września 1995 roku siedziałam z Silvią przy kuchennym stole i oglądałyśmy wiadomości. Bobby’ego nie było z nami, bo Whitney znów wyrzuciła go z domu. Niedawno podczas kolejnej awantury wpadł do garażu i powybijał szyby w jej białym porsche. Tym razem Bobby odjechał kremowym bentleyem, który był prezentem od kierownictwa Warner Bros. przesłanym Whit po zakończeniu produkcji filmu Bodyguard. I wdał się w strzelaninę w Roxbury, jego dawnej dzielnicy w starej części Bostonu. Znalazłyśmy krew na fotelach podziurawionego kulami wozu. W wiadomościach podano, że podczas tej strzelaniny ktoś zginął. Kamera pokazała zbliżenie Bobby’ego siedzącego na krawężniku z głową ukrytą w dłoniach. Jak zwykle nie odniósł żadnych obrażeń – nic mu się nie stało, mimo że wszystko, czego się dotknął, zamieniało się w ruinę. Tamtego października, stojąc przed wyborem między więzieniem za jazdę pod wpływem a odwykiem, Bobby zameldował się w ośrodku terapii uzależnienia alkoholowego Betty Ford Center.

W tym samym roku Whitney podpisała kontrakt na udział w filmowej adaptacji bestsellerowej powieści Terry McMillan „Czekając na miłość”.

Kiedy w Scottsdale w Arizonie rozpoczynały się zdjęcia do tego filmu, Whitney i Bobby znowu byli poróżnieni, ale ona pozostawała czysta i myślała trzeźwo. Kobiety należące do obsady filmu nawiązały przyjaźnie i zbudowały system wzajemnego wsparcia, zaś Forest Whitaker okazał się życzliwym i empatycznym reżyserem. Whitney grała postać Savannah, producentki telewizyjnej, która przez wiele lat wierzyła ukochanemu żonatemu mężczyźnie, że odejdzie dla niej od swojej żony. W końcu przestaje żyć fantazją i uczy się budować przyszłość bez niego. Miałam nadzieję, że Whitney doskonale odnajdzie się w roli silnej kobiety i zacznie walczyć o swoje. Mniej więcej w tym czasie, kiedy kręciła scenę miłosną z Dennisem Haysbertem, Bobby zjawił się w Arizonie i został na noc. Nazajutrz rano Nip przyszła na plan wycieńczona. Wyglądała tak, jakby straciła energię życiową. To było rozczarowujące.

W okresie premiery „Czekając na miłość” Oprah poświęciła filmowi jedną z części swojego programu, do którego zaprosiła cztery odtwórczynie głównych ról. Rozmawiała z Lelą Rochon, Lorettą Devine i Angelą Bassett o tym, jak dogadywały się z innymi postaciami. Na koniec zostawiła Whitney i kiedy zwróciła się do niej, podzieliła się spostrzeżeniem, że Whit i Bobby stale zapewniali pożywkę tabloidom. Następnie poprosiła ją, żeby podzieliła się z publicznością „tym, co chciałaby, żebyśmy wiedzieli”.

– Moje życie to nie wasza sprawa – odparła Whitney.

Oprah natychmiast ripostowała: 

– Powiedz nam, jak się ma Bobby i jak wam się układa.

Stałam za kulisami, ufając, że Nip poświęciła choćby pięć minut, żeby przemyśleć film, i choć trochę przygotowała się do wywiadu. Powinna bez trudu skierować rozmowę na temat Savannah. Ale nie myślała trzeźwo i nie była skoncentrowana, więc zamiast tego uciekła się do standardowego zachowania, mówiąc o tym, co kojarzyło się jej z bezpieczeństwem – o swojej matce. Postanowiła raczej trzymać się starego, znajomego scenariusza, niż wymyślić coś świeżego, interesującego czy istotnego. W każdym wywiadzie, jakiego udzieliła, nawet jeśli rozpoczynał się od rozmowy o którejś z przebojowych piosenek, o wybitnym wykonaniu albo o zdobytych nagrodach, w końcu dziennikarz przechodził do plotek i pogłosek o jej skłonnościach lesbijskich bądź informacji o nagannym zachowaniu Bobby’ego.

W sierpniu 1996 roku, niespełna rok po premierze „Czekając na miłość” i początku kolejnego deszczu nagród w uznaniu dokonań Whitney, Bobby po raz kolejny został aresztowany za prowadzenie w stanie nietrzeźwości. Tym razem stracił kontrolę nad wypożyczonym czarnym porsche, przeciął pas rozdzielający jezdnie i wbił się w płot gdzieś w Hollywood na Florydzie. Złamał sobie cztery żebra i stopę. Poziom alkoholu we krwi Bobby’ego ponad dwukrotnie przekraczał limit obowiązujący w tym stanie, a ponadto w jego organizmie wykryto obecność narkotyków.

A ja czekałam, aż ona ostatecznie uzna, że ma dosyć tego wszystkiego.