Lifestyle

Seks analny. Na ile ten rodzaj przyjemności jest bezpieczny?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
13 października 2016
Fot. iStock / g-stockstudio
 

Seks analny w żartach podawany jest jako wspaniały rodzaj zabezpieczenia przed ciążą. Bo i fakt, trudno w tym przypadku o ryzyko zapłodnienia. Do tej pory temat raczej tabu, obecnie ciekawi coraz więcej osób, przynajmniej chcących spróbować tego rodzaju aktywności seksualnej.

Kiedyś kojarzony był on przede wszystkim z parami homoseksualnymi, ale dziś sięgają po niego ciekawi nowych doświadczeń heterycy. Szacuje się, że 40 procent kobiet w wieku od 20 do 24 próbowało seksu analnego. I nic w tym złego, o ile seks analny uprawiany jest ostrożnie i z zabezpieczeniem.

Seks analny niesie pewne ryzyko

Ten rodzaj miłości daje specyficzne doznania, które jednak podobnie jak w przypadku klasycznego współżycia, również niosą pożądaną obietnicę orgazmu. Jednak by było tak samo przyjemnie, jak i bezpiecznie, należy pomyśleć o prezerwatywie i uprawiać go ze stałym, zdrowym partnerem. W przypadku podjęcia ryzyka, takie działanie nikomu się nie opłaci.

Fot. iStock / Netkoff

Fot. iStock / Netkoff

Seks analny niesie ze sobą zagrożenia, których należy mieć świadomość:

  • zakażenie wirusem HIV —  szczególnie duże ryzyko zakażenia,
  • zakażenie wirusem HPV (wirus brodawczaka ludzkiego) — wywołuje on brodawki weneryczne odbytu, tzw. kłykciny kończyste,
  • zakażenie wirusem WZW typ A (wirusowe zapalenie wątroby typu A) — dochodzi do niego w wyniku pieszczot wykonywanych językiem,
  • zakażenie wirusem WZW typ C (wirusowe zapalenie wątroby typu C)— ryzyko jest potencjalnie niewielkie
  • zakażenie bakterią Escherichia coli  seks analny ułatwia przeniesienie bakterii, jeśli od razu po nim następuje stosunek dopochwowy lub naprzemienny.

Ponadto stosunek analny, bez odpowiedniego przygotowania partnerów i delikatności, może skutkować mechanicznym uszkodzeniem, otarciem i naciągnięciem mięśni odbytu, co prowadzi do utraty napięcia, a także powstania szczelin odbytu czy hemoroidów.

Seks analny a nowotwór odbytu

Seks analny może skutkować zakażeniem wirusem brodawczaka ludzkiego (HPV), którego odmiany mogą rozpocząć proces nowotworowy. Inne odmiany wirusa HPV mogą powodować nowotwory głowy, w tym jamy ustnej, gardła i szyjki macicy. A ponieważ seks analny naraża na uszkodzenia wewnętrznej wyściółki odbytu, łatwiej o zakażenia wirusem HPV i innych chorób przenoszonych drogą płciową, niż ma to miejsce podczas klasycznego stosunku płciowego. Ponadto, im większa liczba partnerów seksualnych, tym większe ryzyko wystąpienia raka.

Dobrą wiadomością jest to, że mimo iż 90% nowotworów odbytu wynika z zakażenia HPV, sam nowotwór występuje rzadko. Ryzyko rośnie wraz ze zmianą obyczajów i większą odwagę w eksperymentowaniu. Z tego powodu warto uprawiać (nie tylko) seks analny przy użyciu prezerwatywy.


źródło: www.medicaldaily.comwylecz.to


Lifestyle

Za błędy matek, płacą córki… Trudno wziąć odpowiedzialność za własne życie, nie za czyjeś, w zastępstwie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 października 2016
Fot. iStock / Yulia Popkova
 

Tak, to prawda – jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Przejmujemy tę odpowiedzialność z chwilą, gdy za decyzją, że oto pora rozpocząć dorosłe życie idą jakieś konkretne działania. Wyprowadzka, związek, życie na swój koszt, pierwsza praca, pierwsze własne, większe pieniądze. Wolność. Ta jednak, czasem pozostaje jedynie iluzoryczną, bo od wpływu niektórych emocji i spraw z przeszłości nie tak łatwo się uwolnić. Nie odetnie ich od nas opuszczenie rodzinnego gniazda, zerwanie więzi z najbliższymi, czy rzucenie się w wir obowiązków.

Gdyby w jakiś magiczny sposób udało nam się pozbyć całego bagażu niepotrzebnych złych doświadczeń i blokujących nas wewnętrznych ograniczeń, które zostawili nam w prezencie na dorosłość rodzice… Za ich błędy płacimy nieraz zbyt długo, a czasem do końca życia.

Magda ma 40 lat, za sobą dwa nieudane związki. Po zakończeniu ostatniego, wymyśliła nowe powiedzenie: „do dwóch razy sztuka”. Singielka z wyboru. Bezdzietna z braku mężczyzny. Tego właściwego. Nie wierzy, że go znajdzie. Właściwi mężczyźni nie pojawiają się w jej rodzinie. A wszystko przez matkę. Przynajmniej tak myślała zanim poszła na terapię.

–  Mój ojciec był zwykłym pijakiem – mówi Magda. – Nie „przemocowcem”, nie awanturnikiem, ale kimś, na kogo po prostu nie można było liczyć. Mama żałowała go i ratowała do końca, do tego dnia, w którym się zapił. A kiedy ratowała, to nic nie było ważne – ani  Magdy zadania z matematyki, ani bolący z nerwów brzuch i gorączka, ani strata ukochanej przytulanki, kiedy biegły do niego w zimie, bo kumpel od kieliszka zadzwonił, żeby go zabierać, inaczej wyrzuci na śnieg i trupa znajdą.

Relacje z tatą? Żadne. Kiedy nie był akurat w alkoholowym ciągu, chodził do pracy, ciągle nowej. Mama promieniała, nagradzała mu to jak umiała, ze taki cudowny, że się zebrał, pojechał, że o rodzinę dba. A on wtedy chodził dumny jak paw, żartował, nawet w zeszyty Magdy zajrzał, ale tylko na chwilę. Minęły dwa, trzy miesiące, a potem znowu pił, wynosił z domu co się dało (raz nawet Magdy nowe, zimowe buty na bazarku sprzedał, bo żona ukryła przed nim pieniądze). A potem znowu umierał i  umierał, ona go ratowała, choć już nie było za co.

O co ten żal? O to, że nie wymagała od niego zmian, walki o nas, o rodzinę. Że brała go takim, jaki był z tym pijaństwem, bo przecież on „dobry jest, nie bije i kocha nas”. I, że nie powiedziała mu, że powinien być jeszcze ojcem, a nie tylko „być”. Że tak się zatraciła w tym ratowaniu, że zapomniała o sobie, zawalała pracę, a ją, Magdę zaniedbała. Za tą samotność w sumie.

– Dlaczego nie odchodzisz, no zrób coś – krzyczała jej prosto w twarz, kiedy ojciec kolejny raz wrócił do domu pół przytomny, gubiąc po drodze prawie całą wypłatę, choć wiedział, że w domu coraz ciężej.  – Tylko dziwka zostawia męża – usłyszała od matki nastoletnia wtedy Magda. I jakoś to tak głęboko w nią zapadło.

Jak tylko zdała maturę, znalazła dorywczą pracę, nie chciała ratować już ojca. Zrobiła kurs księgowości, jeden, drugi, trzeci, potem zaocznie studia. Jako specjalistka, szybko znalazła etat. Z matką widywała się sporadycznie, wtedy, kiedy ojca nie było w domu. Z resztą, on wkrótce umarł. Nie chciała, by ją to dotknęło, chciała żyć swoim życiem.

Nie udało się, bo… się zakochała. Wzorem matki, zaczęła ratować swojego ówczesnego chłopaka. Byli razem 7 lat. – On, wieczny chłopiec. Milion marzeń, pomysłów, interesów, tylko pieniądze się go nie trzymały. Pożyczał od niej, płakał, obiecywał, że to ostatni raz i robił nowe długi. Raz zniknął na rok. Zadzwonił, że wyjechał za granicę, żeby się odkuć”, że wróci, wszystko odda, będą żyli po królewsku. Trzy miesiące brała proszki na sen, denerwując się czy on jeszcze żyje, czy nie wplątał się w jakąś mafię. Jak matka o dorastającego syna.  Kiedy udało jej się jakoś wyciszyć, uspokoić, wrócił. Przywiózł jakąś nieznaczną sumkę i pomysł na kolejny biznes, który oczywiście nie wypalił. Wtedy załatwiła mu pracę u siebie w firmie. Był kierowcą. Przez dwa lata panował względny spokój (nie licząc sytuacji, w której „zgubił” część towaru, który wiózł – Magda pokryła straty firmy z własnej kieszeni).

Rozstali się ostatecznie, kiedy poroniła. To on odszedł, bo nie był w stanie znieść jej cierpienia, tak mówił. A ona cierpiała podwójnie: nie radziła sobie z brakiem wsparcia i empatii z jego strony i poczuciem, że traci nad nim kontrolę. Kiedy powiedział, że to koniec, świat się zawalił.

Została sama, na kilka lat. Odżywała powoli. Zmieniła pracę, szybko awansowała, udało jej się kupić większe mieszkanie, zrobić prawo jazdy. Znaleźć grono życzliwych znajomych i odrobinę otworzyć na innych. Potem w jej życiu pojawił się TEN DRUGI (i chyba ostatni). Z pozoru poważny, poukładany, rozwiedziony i zabiegający o nią na każdym kroku. Królewicz z bajki. Kwiaty, wycieczki, obietnice… Pędem wdarł się do jej serca i łózka. A potem… zarzucił robotą. – Kochanie, zrobisz to dla mnie – mówił podsuwając jej rozliczenia swojej firmy. – Kochanie, jeszcze tylko te dwa papierki. Pomagała, ratowała jak mogła, nieraz naginając  i siedząc po nocach, aby nie zawalić własnych, zawodowych obowiązków. Kiedy poprosił o zmianę kilku cyfr w ważnych dokumentach finansowych firmy, była gotowa zaryzykować, byle ją nadal kochał. W końcu, targana wątpliwościami, zwierzyła się przyjaciółce. Ta była bezlitosna: –Facet, który naraża swoją kobietę na odpowiedzialność karną za jego brudne interesy jest zerem. Tu nie ma miłości, tylko wyrachowanie. On cię wykorzystuje, nie widzisz?

Więc Magda nie zmieniła tych jego cyferek i z drżeniem serca czekała, co dalej, czy jeszcze będzie ją kochał. Przyjaciółka miała rację. Obraził się, na zawsze, zabrał swoją elegancką piżamę i nie wrócił.

I tu nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Bo mogło być źle, naprawdę źle, gdyby nie kilka bliskich, dobrych osób, które pojawiły się w życiu Magdy. To dzięki nim zaczęła zauważać powtarzalność swoich błędów. To one przekonały ją do wzięcia udziału w terapii i poruszenia tego wierzchołka góry lodowej. I to one, dzwoniły do niej z pytaniem, czy wszystko w porządku, kiedy już po trzeciej sesji szła po ulicy zanosząc się od płaczu, a w domu wymiotowała kompulsywnie, jakby podświadomie miała wyrzucić z siebie wszystkie tłumione przez lata emocje, żale, złość i bezradność.

Dziś jest stabilnie. Można wreszcie spojrzeć sobie w oczy, przed lustrem. Można zadzwonić do matki  i na pytanie: „ciagle jesteś sama”, odpowiedzieć – nie, jestem ze sobą,  z najważniejszą osobą na świecie. To o mnie muszę zawalczyć, siebie uratować.

Wierzę, że mogę przerwać to przeklęte koło błędów. Wierzę, bo widzę już, że żeby być z kimś, muszę najpierw nauczyć się być z sobą – powtarza słowa terapeuty. – Próbuję wybaczyć. I wziąć odpowiedzialność za własne życie. Nie za czyjeś, w zastępstwie. błędy matek, płacą córki… 


Lifestyle

Kozak, aptekarz czy twardy zawodnik? Kim jesteś, kiedy chorujesz?

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
13 października 2016
fot. iStock/South_agency

Jesień – ulubiony czas na chorowanie większości społeczeństwa. Łatwo się przeziębić, a o załapanie wirusa od koleżanki w pracy czy pani ekspedientki nie trzeba się zbytnio prosić. Mówi się, że najtrudniejsi w chorowaniu są faceci. Oni przecież nie chorują, oni umierają! Jednak w kolejkach do lekarza (o ile w ogóle się tam wybierzemy) i na przystankach autobusowych możemy zauważyć kilka podstawowych typów chorujących Polaków.

Kozak czyli nic mi nie jest!

Może być bardzo źle, ale i tak się nie podda. Bo jeszcze ostatni projekt, jeszcze spotkanie z klientem, jeszcze jedna strona sprawozdania – „przecież to tylko przemęczenie!” To trochę taki typ, którego masz ochotę udusić za brak odpowiedzialności i jakiejkolwiek zdolności perspektywicznego myślenia. Okej, może teraz pójdzie do pracy i będzie zarabiał grube miliony, ale po kilku latach wszystko się na nim odbije. Lekarze mówią, że to najgorszy rodzaj pacjenta – może mieć gorączkę 40 stopni i zapalenie płuc, ale i tak do łóżka się nie położy. No chyba, że na noc, choć wtedy i tak nie na dłużej niż cztery godziny. Efekty takiego traktowania swojego organizmu nie pojawią się natychmiast, ale za kilka lat gorzko pożałuje, że nie posłuchał „przewrażliwionej” bliskiej osoby.

Typowy „aptekarz”

Co zauważa przeciętny obcokrajowiec, gdy przyjeżdża do Polski? Wcale nie piękne kamienice, jeszcze lepsze jedzenie, czy jak kto woli – dziurawe drogi i nałogowy alkoholizm. Pierwszym, co zauważy będą apteki na każdym rogu w większych miastach i co drugą ulicę w tym mniejszym. „Aptekarz” to hipochondryk, który aby nie zachorować codziennie rano, w południe i wieczorem połyka garść leków. Obowiązkowo musi się tam znaleźć witamina C! A co poza nią? Coś na piękne włosy, na wątrobę, na gardło, coś przeciwbólowego (tak na wszelki wypadek), no i może jeszcze kilka kapsułek z witaminami dostosowanymi do wieku! Suplementów diety ci u nas pod dostatkiem! A gdy przez przypadek zdarzy im się złapać katar, kaszlnąć dwa razy pod rząd albo dorobić się wysypki na ręce… Pora dzwonić po karetkę!

Twardy zawodnik

W przeciwieństwie do Kozaka, nasz twardy zawodnik dopuszcza do siebie myśl, że jest chory. Ba, jest tego całkiem świadomy! Pójdzie nawet do lekarza i z pokorą wykupi receptę na antybiotyk. Jednak drugą receptę szczelnie ukryje lub wyrzuci zaraz po wyjściu z przychodni. Zwolnienie lekarskie to przeżytek! Przecież zamiast leżeć w łóżku, można iść do pracy, najważniejsze, by brać lekarstwa! A jakby tak może pracować z łóżka… Laptop na kolana, koc na ramiona, kilka poduszek pod plecy i zapas chusteczek higienicznych, rozrzucony po całym łożu – oto zestaw klasycznego twardego zawodnika. Oczywiście wiadomo, że robi to z pasji do swojej pracy, bo jest przy okazji początkującym pracoholikiem, ale gdy jest już bardzo źle – w końcu odpuści i weźmie urlop.

Alergik

Najczęściej w wieku 7-26 lat. Tak, tak, rozpiętość wiekowa jest olbrzymia, ale ma to bardzo dobre wytłumaczenie. Edukacja jest bolesna, naraża na ogromne straty moralne, ale przede wszystkim zdrowotne. Dlaczego więc nie wziąć sobie jednego wolnego dnia od wszystkiego? Niestety, jeżeli z wiekiem się z tego nie wyrośnie, zostanie już na całe życie. I co wtedy? Ano wtedy to osoby najbardziej chore z nas wszystkich. Mają potworną alergię – na swoje życie. Najpierw nienawidzą chodzić do szkoły czy na uczelnię, ale następnie ta nienawiść przerzuca się na pracę. Dlatego też co jakieś pół roku zmieniają swojego lekarza pierwszego kontaktu. Bo kiedy ten zorientuje się, o co tutaj chodzi – nie da się kolejny raz nabrać na potworny ból brzucha, biegunkę czy zawroty głowy.

Narzekający biedak

Kiedy narzekamy, robi nam się tak jakoś… lepiej. Bo przecież to właśnie wtedy, możemy sprawić, że wszyscy zlecą się nad naszym łóżkiem. Przy okazji przyniosą rosołek, ulubioną pizzę, pyszną beze na deser i nowy sweterek, żeby nie było zimno! Okej, wsparcie w chorobach, nawet tych najmniej poważnych, jest ogromnie ważne. Wiele ludzi leczy się swoim pozytywnym nastawieniem i wiarą. Dla biedaka to jednak coś więcej, niż samo narzekanie. To bycie w centrum uwagi, którego tak bardzo potrzebuje. Niezależnie od tego, czy wyniósł tą umiejętność z domu czy nauczył się jej w dorosłym życiu, zawsze będzie doskonałym aktorem!

Pogodzony osobnik

Jeżeli lekarz miałby wybrać, jakich pacjentów (poza tymi zdrowymi, którzy go nie odwiedzają) lubi najbardziej, byłby to właśnie pogodzony osobnik. W przeciwieństwie do większości zdaje sobie sprawę ze swojej choroby i po prostu ma zamiar się wyleczyć. Nawet jeżeli będzie potrzebny tydzień bezsensownego leżenia w domu. Bardzo często taki osobnik ma za sobą bycie kozakiem, który w pewnym momencie musiał zwolnić. Lepiej późno niż wcale, prawda? Teraz pogodzony ze wszystkim osobnik zrobi sobie herbatkę z sokiem malinowym, cytryną i imbirem, a na kolacje poza antybiotykiem zje ten naturalny antybiotyk – czosnek. Jedno jest pewne, żaden wampir go nie zaatakuje.


Zobacz także

Halo, ja tu marznę! Rozgrzej się ciepłym posiłkiem. I pamiętaj – rozgrzewający nie znaczy tłusty

Najtrudniejszy moment to ten, w którym orientujesz się, że bez jego pieniędzy możesz jednak nie dać rady

„Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nie znika”