Lifestyle

Rozwiązanie konkursu „Pomóż dziecku odkryć fascynujący świat i zachęć je do nauki”

Redakcja
Redakcja
20 września 2016
Fot. iStock/FamVeld
 

Myślimy: „Ile byśmy oddali, by wrócić do szkoły”. I nasze dzieci pewnie też kiedyś będą tak myśleć. Tymczasem pozostaje nam szukanie sposobu, by nasze dziecko polubiło naukę. By z chęcią siadało do podręczników i poszerzało swoje zainteresowanie i wiedzę na tematy, które je fascynują.

Tak naprawdę wcale nie musimy stosować przymusu, wcale nie trzeba krzyczeć i wymagać nieustannie. Bardzo często wystarczy podsunąć dziecku coś, co je zainteresuje. Czymś takim może być chociażby książka, którą nasze dziecko będzie czytać z wypiekami na twarzy, a która stanie się początkiem fascynacji nowymi historiami, innymi kulturami, światami. Odwieczne pytanie brzmi – jak trafić na taką książkę.

Serdecznie dziękujemy wam za każdy komentarz i zdradzenie swoich wychowawczych sekretów 🙂 i mamy nadzieję, że wasze dzieci już znalazły tę jedyną, najlepszą, po prostu „swoją”, ukochaną książkę. A laureatom – gratulujemy!

Laureaci:

Joanna Smolarek

Monika Ilecka-Folcik 

Aleksandra Filipowska

Marysia Piech

Agnieszka Szczygieł

Laureatów prosimy kontakt mailowy w celu odbioru nagród w ciągu 7 dni od daty ogłoszenia wyników, tj do dn.: 26.09.2016 roku. Prosimy o przesłanie danych do wysyłki nagrody (imię i nazwisko, adres i nr telefonu) oraz informację, którą książkę wybieracie, na adres e-mail: [email protected]. Otrzymanie danych potwierdzamy w odpowiedzi zwrotnej.

Prosimy o dołączenie w treści wiadomości poniższego oświadczenia:
Wyrażam zgodę na wykorzystanie i przetwarzanie przez Organizatora swoich danych osobowych uzyskanych w związku z organizacją Konkursu, wyłącznie na potrzeby organizowanego Konkursu, zgodnie z przepisami Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U. z 2002 r., Nr 101, poz. 926 z późn. zm.).

Nagrody:

Każdy otrzyma nagrodę w postaci jednej wybranej spośród podanych niżej książek.

Franek Einstein i turbomózg

Franek Einstein to genialny dziecięcy naukowiec, który wraz z przyjaciółmi musi pomóc przyjaciółce trenującej baseball przed ważnych zawodami. Czasu jest mało, więc pomóc mogą jedynie niezwykłe wynalazki Franka. Czy młodzi naukowcy zdołają uwolnić moc kryjącą się w ludzkim ciele?

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Olimpiada pana Lemoncella

Z biblioteki pana Lemoncella, autora gier, giną książki. Czy ktoś usiłuje cenzorować to, co czytają dzieci? Pomiędzy zagadkami, od których mózg dymi, dzieci będą musiały połączyć siły, żeby dotrzeć do sedna zagadki… To już nie jest gra – czy pan Lemoncello zdoła znaleźć prawdziwych obrońców książek i mistrzów bibliotek?

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Atlas magicznych stworzeń Pip Bartlett

Pip Bartlett potrafi rozmawiać ze zwięrztami, ale nie za dobrze wychodzi jej porozumiewanie się z ludźmi. Pip spędza całe lato u cioci Emmy, która prowadzi lecznicę dla magicznych stworzeń w Clovertown. Dziewczynka jest w swoim żywiole – obserwuje nowe gatunki zwierząt, dyskutuje ze zrzędliwym psiwronem, pomaga jednorożcowi opanować strach przed światem i… prowadzi śledztwo w sprawie plagi kłąbków, która nawiedziła miasteczko. Czy Pip i jej nowym przyjaciołom uda się rozwikłać tajemnicę wybuchających ogniem stworzonek, zanim będzie za późno?

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Ścieżka bestii

Kiedy Złotka, Żabismark i Krasa wracają do Klejnotu, odkrywają, że miastem znów rządzi Naczelnik, a ulice kontrolują błogosławieni stróże i armia bezwzględnych najemników. Muzeum Duntu jest w niebezpieczeństwie. Przyjaciele będą musieli użyć całego swego sprytu i odwagi, by obalić brutalny reżim Naczelnika, nim ten zdoła dokończyć obławę na dzieci Klejnotu. Czy tym razem im się uda?

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Spirit Animals tom 6 książka ukaże się na rynku 29 września

Głęboko na pustyni kryje się piękna oaza rządzona przez władcę, jakiego próżno szukać na całej Erdas. To Cabaro – lew władający królestwem zwierząt i zazdrośnie strzegący swojego złotego talizmanu. Żaden człowiek nie postawił dotąd stopy na jego terytorium. Czy bohaterom tej niezwykłej opowieści uda się dotrzeć do oazy? W końcu już dokonywali rzeczy niemożliwych.

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Termin trwania konkursu: 05.09.2016 – 16.09. 2016. Ogłoszenie wyników nastąpi najpóźniej do 19.09/2016

Regulamin konkursu dostępny jest tutaj.


Lifestyle

20 faktów o inteligencji społecznej. A ciebie da się lubić?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
20 września 2016
20 faktów o inteligencji społecznej. A ciebie da się lubić?
Fot. iStock / bedya
 

Co charakteryzuje osoby o wysokiej inteligencji społecznej? Już w pierwszym z nimi kontakcie wiemy, że są towarzyskie, mają wielu przyjaciół, bardzo łatwo nawiązują kontakty z innymi. To ludzie, których po prostu się lubi. Dlaczego?

Ponieważ doskonale potrafią odczytać potrzeby grupy i indywidualnego człowieka – a co za tym idzie, nie wtykają zupełnie niechcący nosa tam, gdzie nie potrzeba.

Jeżeli posiadasz wysoko rozwiniętą inteligencję społeczną, będziesz postrzegana również jako „lubiana”. A jeżeli chcesz doskonalić swoje umiejętności odczytywania ludzkich potrzeb i emocji, nie zapominaj o kilku prostych faktach.

20 faktów o inteligencji społecznej. A ciebie da się lubić?

1. Najszybszy sposób, aby ktoś cię polubił, to zainteresować się nim.

2. Każdy myśli, że jest najrozsądniejszy i taki prezentuje punkt widzenia.

3. Ludzie o wysokiej inteligencji społecznej nie mają problemu z asertywnością, dzięki temu łatwiej im utrzymywać zdrowe relacje z innymi.

4. Jeśli ludzie chcą z tobą rozmawiać – będą to robić.

5. Mamy tendencję do myślenia, że jesteśmy lepsi od innych.

6. „Myślę” i „czuję” nie są pojęciami wymiennymi.

7. Ludzie negatywnie reagują na nowe pomysły, gdy czują w nich zagrożenie.

8. Ludzie nie są otwarci na zmiany, gdy mają wrażenie, że są słownie atakowani lub, gdy wprost neguje się ich pomysły czy rozwiązania. Inteligencja społeczna – to dyplomacja.

9. Argument, że ktoś jest „dobrym” człowiekiem jest bezcelowy. Wszyscy ludzie są „dobrzy”, ale… ale wiele wpływa na ich zachowanie, nawet to skrajnie złe – czasem jest to wynik choroby. Pamiętaj o tym, że z natury jesteśmy dobrzy i o tym, że każdy z nas ma jakieś „ale”.

10. Mamy skłonność do przypisywania swoich porażek siłom zewnętrznym i złym okolicznościom, a porażki obcych ludzi – ich wewnętrznym cechom. Dlatego oceniamy chętniej niż tłumaczymy innych.

11. Najlepszą nauką rozwijającą IS sa kontakty z ludźmi.

12. Fakty i opinie to nie to samo. Fakt – jest obiektywnie prawdziwy, opinia to wewnętrzne, osobiste przekonanie na dany temat.

13. Szczerość i prawdomówność bez empatii jest okrucieństwem.

14. Większość osób wchodząc w cudzą skórę nadal patrzy ze swojej perspektywy. Osoby inteligentne społecznie potrafią wychodzić poza ten schemat.

15. Łatwiej osiągnąć sukces, gdy potrafisz scalić interesy swoje z interesami innych osób, zamiast wchodzić z konflikty lub ich unikać.

16. Jeśli coś jest twoim kompleksem, poruszony temat zawsze podświadomie sprawi, że poczujesz się atakowany – inni też to tak odczuwają.

17. Umieć się odnaleźć w każdej sytuacji, to umieć improwizować.

18. Sygnały jakie wysyłają inni ludzie są często boleśnie oczywiste. Sami komplikujemy sobie ich interpretację z powodu poczucia zagrożenia lub pod wpływem innych silnych emocji.

19. Zdolności przywódcze nie oznaczają autorytatywnego zarządzania ludźmi. Jest różnica między „królem”, który zawsze był, jest i będzie (na tronie), a liderem, za którym podążają ludzie.

20.Wolontariat i udział w zajęciach typu drama pomaga rozwijać inteligencję interpersonalną.


Na postawie:abc.zdrowie, „Inteligencja społeczna”, Daniel Goleman, thoughtcatalog


Lifestyle

Tu nie ma miejsca dla takich jak my, dla tych którzy panicznie boją się o życie własnych dzieci…

Anika Zadylak
Anika Zadylak
20 września 2016
Tu nie ma miejsca dla takich jak my, dla tych którzy panicznie boją się o życie własnych dzieci...
Fot. iStock / Sasiistock

Środek nocy, przerywa wycie karetki. Patrzę, jak sinieją mu usta, jak coraz bardziej nienaturalnie wytrzeszcza oczy. Z trudem, resztkami sił łapie cząstki powietrza, błagalnie patrzy raz na mnie, raz na drzwi. Czeka aż się otworzą, jak wejdzie przez nie lekarz i poda lek rozkurczowy, podłączy tlen. Mocno ściska moją dłoń, usiłuję go uspokoić, choć sama myślę już tylko o jednym. O tym, żeby wyjść gdzieś, gdzie nie ma nikogo i wykrzyczeć swoją bezsilność. Ekipa z pogotowia sprawnie i szybko podaje zastrzyki, przez rurki płynie upragnione powietrze. Słyszę jednak, że nie mogą zabrać syna do szpitala, bo sytuacja jest w miarę opanowana, a z jego chorobą sama wiem, jak jest. Nie mają odpowiedniego, specjalistycznego sprzętu, przystosowanych izolatek, a obecnie nawet miejsc. Że muszę dzwonić po innych szpitalach czy klinikach, muszę szukać pomocy gdzie indziej. Gdy wychodzą, a ja wracam do jego pokoju słyszę: – Czasami myślę, że lepiej gdyby nie dojechali na czas, bo kim ja dla nich jestem? Kim jest każdy ciężko chory dzieciak w tym kraju? Balastem, problemem, wrzodem na dupie. Gdy słyszę, że znowu ty musisz kombinować, starać się, poniżać dzwoniąc do kolejnego szpitala i żebrać o łóżko, to myślę, że lepiej gdyby mnie już nie było. Przytulam go i myślę z przerażeniem, że jestem jedną z miliona takich matek. Matek, które codziennie patrzą na to, jak ich dziecko umiera. 

– Wydajemy krocie na nowe kościoły, bzdurne batalie o to, czy religia ma być wliczana do średniej w szkołach, na sejmowe kłótnie i decydowanie za kobiety, czy mogą dokonać aborcji czy nie, na pomniki i tablice pamięci. A dzieci takie jak nasze umierają w strasznych warunkach, zostawione na pastwę losu. Bo jak myśleć inaczej, skoro alkoholik dostaje rentę i inne dodatki bez problemu, a ja co roku wiozę córkę na Komisję Orzekania o Niepełnosprawności i tłumaczę. Udowadniam, że moja córka jeździ na tym cholernym wózku, bo choroba wyniszczyła ją do tego stopnia, że nie może chodzić a co dopiero pracować. I z wielką łaską, po pyskówkach, łzach i upokorzeniu, dostajemy niecałe 500 zł na rok. Jakby za 12 miesięcy miała cudownie ozdrowieć z genetycznej postępującej choroby. W tym roku Asia nie wytrzymała i wykrzyczała lekarzowi orzecznikowi w twarz kilka pytań. Przełykając łzy pytała, czy on wie, co to jest życie z wyrokiem śmierci? I jak to jest, gdy każdej nocy zastanawia się, czy jutro w ogóle nadejdzie. I czy wie, co ona czuje, gdy szpitalnym korytarzem, w czarnym worku wiozą koleżankę z sali obok? I, że doskonale zdaje sobie sprawę , że dla nich najlepszy pacjent, to ten martwy, ten, który już niczego nie chce.

– W szpitalu jest tak, że jeśli już cudem wywalczę miejsce, to ja przy niej śpię na podłodze i słyszę, że przecież nikt mnie do tego nie zmusza. A zostawiłabyś dziecko, którego już jutro może nie być? Zostawiłabyś wiedząc, że być może za kilka godzin przyjdzie ci wybierać kolor trumny? Ja nie wiem, czy oni tam wszyscy mają serca z kamienia?  – Jakie serca? – kolejna z matek, z którymi rozmawiam nie kryje oburzenia – Coś ci opowiem. Jak okazało się, że Leon ma oprócz nowotworu jeszcze kilka innych powiązanych ze sobą chorób, to lekarz patrząc na mnie pobłażliwie wypalił, że muszę sobie zdawać sprawę z tego, że sens leczenia jest znikomy. Tylko pieniądze wydamy, a i tak nic z tego nie będzie. Wyszłam z gabinetu z poczuciem winy, że mój, spisany na straty Leoś, tylko niepotrzebnie innym miejsce w klinice zajmuje. Ale gdy po jego śmierci mąż odbierał dokumentacje medyczną, ten sam lekarz bardzo nam współczuł i wyraził wręcz zachwyt nad sobą, nad tym ile to on dla nas nie zrobił. A gówno zrobił, spychologie przerabialiśmy całe życia synka. Całe pięć lat, bo zmarł niedługo po urodzinach. Ciągle słyszałam, żebym „tam” poszła albo „tam” zadzwoniła. Zawsze gdzie indziej nas wysyłano, błędne koło, byleby się tylko nas pozbyć. Nawet w kostnicy nie potrafili się zachować. Pomylili szuflady i najpierw patrzyłam na twarz, na martwą twarz około 10 letniej dziewczynki. Wiem, co powiedzą inni, że to mogło się zdarzyć każdemu, że to nie tylko u nas tak. Być może, tylko co to zmienia, gdy stoisz nad grobem swojego dziecka i myślisz, czy już zwariowałaś czy to dopiero za chwilę.

– Nasza Ewa umierała tydzień w odrapanej salce bez respiratora, bo szpital nie posiadał, a jej w tym stanie nie można już było nigdzie przewieźć. Kupno nowego, czy wypożyczanie z innej placówki już się nie opłacało. Obdarto nas ze wszystkich złudzeń, mogłam patrzeć jak nasza córka odchodzi w potwornych męczarniach i resztkami sił błaga o śmierć. Najgorsza jest świadomość, że choćbyś wypruwała sobie żyły, to nic nie jesteś w stanie zrobić,  znikąd pomocy, bo wszędzie słyszysz to samo. Że nie my jedyni z takim problemem, że są gorsze choroby, że to nie ich wina, że na wszystko brakuje pieniędzy, żeby mieć pretensje do rządu. A kto mnie, ciebie, czy innych rodziców będzie w tym rządzie słuchał? Przecież dla nich liczy się tylko wrak jakiegoś pieprzonego samolotu i komisje śledcze. Zwykły człowiek, ze zwykłymi problemami, z realnego, często bolesnego życia, w ogóle dla nich nie istnieje. A jak matki z niepełnosprawnymi dziećmi sejm okupowały, to pamiętasz o czym było najgłośniej? O jednej z nas, która miała czelność wyjechać z dzieckiem na wakacje, i wrzucić zdjęcia na Facebook’a. I polał się hejt niczym szambo, że udaje biedną, a na urlop ją stać było. A przyszło komuś do głowy, że my sobie często od gęby odejmujemy, toniemy w długach? Jak jeszcze walczyliśmy o córkę, gdy żyła, to był taki cały miesiąc, że żyliśmy na chlebie i margarynie z mężem, żeby ona miała, bo już nie było skąd wziąć. W MOPS-ie mi oznajmili, że przewyższamy kryterium dochodowe i pomoc nam się nie należy. Natomiast „wczorajszy” pan stojący za mną, dostał bony na żywność, bo miał rentę alkoholową i jest mu ciężko samemu. Nie chcę nikogo oceniać, ale szlag mnie trafił, bo prawda jest taka, że gdyby nie my rodzice, gdyby nie harówka, kredyty, pożyczki od rodziny, to Ewa nie dożyłaby 18 urodzin. Zmarła rok później. Dostawaliśmy łącznie, około 700 złotych na leczenie miesięcznie od państwa, same odżywki i wyjazdy na rehabilitacje kosztowały nas dwa razy tyle, a gdzie reszta? W tym kraju lepiej się od razu powiesić, niż chorować.

– Wiesz, rozpacz przychodzi nocą, gdy patrzę na dwoje moich ciężko chorych dzieci i boję się myśleć, co dalej. Bywały takie dni, że ściskałam w rękach tabletki nasenne, dużą ilość dla siebie i dla nich. Wiem, to przerażające, ale nikt nie myśli o tym, co czujemy, gdy gasną światła, a miasto zasypia. Strach o jutro zatyka niewidzialną dłonią nos i usta, nóż samotności i bezsilności kroi żywcem całe ciało. Do kogo z tym pójdziesz, do Prezydenta? I tak nie zrozumie tego, czym przesiąkamy każdego dnia. Bo paniczny lęk o życie własnego dziecka jest największą katorgą dla każdego rodzica. A z telewizora słyszysz, że dobre zmiany, że żyje się lepiej. A dla ciebie jedyną namiastką pozornej wolności i odpoczynku są skrawki snu, które czasem łaskawie podaruje ci los. I nadzieja, że przyjdzie śmierć i zabierze nas jednocześnie. O niczym innym już nie marzę, na nic innego już nie liczę. Kończmy już, tę rozmowę,  muszę opatrzyć odleżyny na ciele syna, a od rana obdzwonić szpitale i błagać o choć jeszcze jedno przyjęcie nas na oddział. Dzieci są pod respiratorami, a ja nie mam na rachunek na prąd. Nie chcę, żeby odchodziły dusząc się. Co ze mną będzie? Wszystko jedno, byleby one nie musiały już długo się męczyć. Bo w Polsce nie ma miejsca dla takich jak my.

Tu nie ma miejsca dla takich jak my, dla tych którzy panicznie boją się o życie własnych dzieci…

 


Zobacz także

Twój były facet mówi: „Zostańmy przyjaciółmi”, uważaj, może być psychopatą

Każda z nas ma w domu tę maść. Wiesz, jak jeszcze możesz ją wykorzystać?

Sylwia Koperska: Jakie jest dzieciństwo bez miłości matki? Smutne