Lifestyle Psychologia

Przemijanie. Jest tak wiele do zrobienia jeszcze

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
1 listopada 2015
Fot. iStock
 

Lubię Święto Zmarłych. Ciszę. Ten rodzaj powagi, który wprowadza w zadumę. Lubię melancholię. Lubię melancholijnych ludzi. Przemijanie. Nie to, które straszy, pełne strachu, starości i bólu. Przemijanie, które rozumiem jako zmianę. Gdy w każdym momencie swojego życia w jakiejś swojej części stajemy się kimś nowym. Zamiast przemijać dokonujemy przemiany. Tylko takie myślenie o przemijaniu ma dla mnie sens.

Ktoś przestaje biegać, ale w zamian potrafi dłużej skupić się na aktywności. Komuś zmniejsza się grono przyjaciół, ale zyskuje więcej uwagi dla bliskich osób. Traci powoli słuch, ale uważniej słucha. Gorzej widzi, a widzi więcej. Na tym polega piękno przemijania, które nie jest związane z traceniem. Które jest zmianą (zamianą?). Wielu wśród nas nie chce przemijać. Boi się tego. Zaprzecza. Nie chcąc przemijać –  stoi w miejscu i przestaje się rozwijać, bo kurczowo trzyma się tego, co tu i teraz. Albo patrzy w przeszłość. Paradoks polega na tym, że właśnie oni, którzy nie chcą przemijać- przemijają najszybciej. Bo ich przemijanie nie ma nic wspólnego ze zmianą. Ich przemijanie jest tylko utratą.

Kiedyś napisałam tekst o tym, że nie zostaliśmy wychowani do starości. To prawda. Starość straszy. Smutnymi ludźmi. Brudnymi szpitalami. Biedą. Samotnością. Starzy ludzie są nudni – myślimy. Monotematyczni. Wolni. Jak myśleć pozytywnie w kontekście ich przemijania, gdy to, co tracą jest tak namacalne, wyraźne, ostre? Gdy człowiek staje się beznadziejnie zależny? Słaby.

Wystarczy inaczej popatrzeć na starość. Jak na okres nieuchronnych zmian, które mogą podlegać tej symbolicznej wymianie. Starość zamienia tempo w uważność. Szybkość w dokładność (moja babcia pod koniec życia robiła najpiękniejsze czapki na drutach, mimo iż trwało to bardzo długo). To, co złe zamienia w dobre (tak działa pamięć ludzka, że zapamiętujemy te dobre rzeczy, czy to nie jest piękne?). Pozwala przeżywać wyjątkowe momenty życia jeszcze raz, kilka razy, a nawet kilkadziesiąt (moja babcia wciąż przypominała sobie kąpiel w rzece z grupą przyjaciół). Można więc wchodzić tysiąc razy do tej samej ciepłej rzeki. Wiem, często boli, uwiera, kole, są procesy zmian, które trudno przeformułować pozytywnie. Starość jednak jest aktywnym procesem, podczas którego człowiek nadal się rozwija. Jak pisał Erik Erikson, twórca najważniejszej teorii rozwojowej, starość jest okresem integralności. Kiedy wszystko łączy się w sensowną całość. Jeśli życie w ogóle ma sens.

Starość jest więc czymś więcej niż ostatnią fazą życia. Jest podsumowaniem. Kropką nad i. Jest zrozumieniem tego, co było trudne do pojęcia. Kiedyś ktoś powiedział mi, że po śmierci wszystko staje się prawdą. Po prostu człowiek wreszcie rozumie. Jeśli tak jest, to starość jest przedsionkiem tej prawdy. Gdy patrzysz z perspektywy: czasu, mądrości, doświadczenia i widząc te same błędy, które popełniałeś, wiesz, że nie ma sensu ich eliminować. Że jesteśmy sumą swoich błędów i co najbardziej zaskakujące – wychodzi z tego całkiem ciekawy człowiek i całkiem ciekawe życie. Bo w rezultacie prawie wszystko ma sens, tylko zrozumienie go przychodzi dużo później. Jakie to musi być przyjemne widzieć logikę swoich kilkudziesięciu lat życia…

Orville Brim, jeden z badaczy problemów starzenia się opowiadał często o swoim ojcu, który kochał ogrodnictwo. Kiedy ojciec był młody, znany był z tego, że miał najpiękniejszy ogród w okolicy, o który sam dbał. Z upływającym czasem skoncentrował swoją uwagę na malutkim trawniku przed domem, gdzie rosło zaledwie kilka krzaków. Gdy zaś skończył 103 lata zajmował się tylko jedną różą. Tą w doniczce, która stała na parapecie okna. To piękna metafora starości. Gdy ilość zamienia się w jakość.

Wiesław Myśliwski napisał kiedyś „O młodych mówiło się, że to oni zbudują nowy lepszy świat. (…) Zawsze tak się mówi, po czym młodzi się starzeją i zostawiają następnym młodym ten sam świat, który oni zastali. Świat nie da się tak łatwo ruszyć z miejsca”. Świat nie przeminie i człowiek nie przeminie. Będzie tylko inny świat i inni ludzie. Inni czy ci sami?

Nie boję się przemijać.

Jestem spokojna, że zmiany zachodzą w odpowiednim czasie.

Człowiek ma czas, aby się przygotować. Nie zawsze, wiem.

Mam milion książek do przeczytania i tyle samo filmów do obejrzenia.

Świat, Bóg, inne światy. Jest tak wiele do zrobienia jeszcze.


Lifestyle Psychologia

List do nieba

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 listopada 2015
 

Dlaczego dopiero jak kogoś stracimy uświadamiamy sobie jak bardzo go kochaliśmy i jakim był wspaniałym człowiekiem? Dlaczego dopiero wtedy brakuje nam jego rad, dobroci, dlaczego dopiero wtedy czujemy tą przerażającą pustkę i mdły zapach samotności?

Pamiętam Cię Mamo w niebieskiej sukience. Tak niebieskiej jak Twoje anielskie oczy. Oczy, które patrzyły na swojego syna a mojego chłopaka a potem już męża wzrokiem pełnym niepewności i niepokoju o jego przyszłość. Zabrakło Cię mamo zbyt szybko byś mogła mu pomóc.

Pamiętasz Mamo ten piękny, choć mroźny jesienny poranek? Wzięłaś mnie wtedy za zmarzniętą rękę i ujęłaś ja w swoich ciepłych dłoniach. Prosiłaś o szczęście dla swojego syna. Nie potrafiłam Cię wtedy zrozumieć. Myślałam o Tobie „nadopiekuńcza mamuśka”. Drżał Ci wtedy głos Mamo i drżały ci ręce a ja nie chciałam Cię uspokoić. Dopiero teraz Cię rozumiem, teraz, gdy sama jestem już matką. Teraz już wiem Mamo, że bojąc się o jego słabości i uparty charakter miałaś rację. One teraz niszczą nie tylko jego, ale  mnie i Twoją ukochaną wnuczkę. A pamiętasz Mamo jak się dowiedziałaś, że Adam zostanie ojcem? Płakałaś. Długo płakałaś Mamo, chodząc po domu w poszukiwaniu odpowiedzi na Twoje zmartwienia. Śmiałam się z Ciebie i dumnie unosiłam głowę na znak zwycięstwa. Bezduszna, wyjałowiona z uczuć, śmiałam się z Ciebie triumfując, że Adam teraz będzie teraz należał tylko do mnie. Ten mój idiotyczny śmiech i Twoje łzy zlewały się w jedną całość i wpływały bezpośrednio do serca Adama. Myślałam, „ co ta kobieta wyprawia”. Teraz Mamo już wiem. Miałaś rację tak strasznie się bojąc. Błagałaś wtedy Mamo Boga o radę, a ja wtedy Boga wyśmiewałam.

Pamiętasz Mamo ten dzień, w którym zadzwoniłaś do mnie zaraz po tym jak urodziła się nasza córka? Ja pamiętam Twój ciepły i łagodny głos. – Jak się Lenko czujesz? – Dziękuję dobrze – Tata dzisiaj do Was przyjdzie, ja mam straszny kaszel i nie chcę zarazić malutkiej. – Dobrze – odpowiedziałam bez emocji. Mówiłaś mi wtedy Mamo coś jeszcze, ale nie potrafię sobie tego przypomnieć. A szkoda, bo teraz wiele bym oddałaby móc z Tobą porozmawiać. Już wtedy zaczęłaś Mamo chorować. Dawałaś mi dobre rady, a ja myślałam, że dzwonisz z poczucia przyzwoitości. A ty po prostu się nadal martwiłaś, lecz teraz już nie tylko o własnego syna, lecz o mnie i o swoją wnuczkę.

A pamiętasz Mamo, jak przyszłam do Ciebie? Jeden z tych niewielu, bardzo niewielu razy. Tuliłaś wtedy Wiktorię jak największy skarb. Nikt tak jak Ty Mamo nie trzymał jej czule w ramionach, nikt tak jak Ty nie potrafił jej uspokoić, gdy płakała. Nikt tak jak Ty Mamo nie patrzył na nią chwytając w pamięć jej każdy oddech i gest. Nikt tak jak Ty nie próbował zatrzymać tych wspólnych chwil na zawsze w pamięci. Jak byś Mamo czuła, jak byś przeczuwała, że macie tak mało czasu. Pamiętasz, jak wtedy nie chciałaś mnie wypuścić.- Zostańcie Lenko na obiedzie. Zrobiłam zupkę pomidorową i kurczaka z surówką i ziemniaczkami – Nie dziękuję pójdę do domu, mała jest głodna- odpowiedziałam szybko by móc jak najszybciej wreszcie wyjść od Ciebie.

Chciałaś wtedy Mamo nacieszyć się wnuczką a ja nie dałam ci tej szansy. Mówiłaś mi wtedy jak ważne jest karmienie piersią i żebym została, że mi pomożesz. Chciałam wtedy byś już skończyła się przemądrzać. Myślałam, że wszystkie rozumy pozjadałam. Ale teraz Mamo już wiem jak bardzo się o mnie troszczyłaś. Bardziej niż moja własna matka. Twoje turkusowe oczy dały Wiktorii wtedy tak wiele ciepła. Mam nadzieję, że będzie je w sercu godnie nosić już zawsze. Pamiętasz Mamo ten okropny dzień, gdy rozmawiając z Tobą powiedziałam do Ciebie „proszę pani”? Bez słowa wtedy Mamo ucięłaś rozmowę mając do mnie wielki żal. Zadzwoniłam wtedy do ciebie. – Dzień dobry, mówi Lena chciałabym przeprosić, że nie przychodzę osobiście, ale jestem przeziębiona i nie chcę wychodzić z domu żeby bardziej się nie rozchorować. Chciałabym zaprosić na chrzciny Wiktorii – w słuchawce po Twojej stronie panowała cisza. – Adam przyjdzie z Wiktorią z oficjalnym zaproszeniem, ale ja te chciałabym się dowiedzieć czy przyjdzie Pani – Nie Pani nie przyjdzie! – usłyszałam podniesiony i rozżalony głos, odłożyłaś słuchawkę. Nie rozumiałam tego. Byłam zła, byłam tak zła, że życzyłam Ci wtedy wszystkiego najgorszego.

A przecież Ty Mamo traktowałaś mnie jak córkę i chciałaś być dla mnie matką a nie obcą osobą, bo tak cię wtedy potraktowałam. Moja duma nie pozwoliła mi Cię przeprosić. Głupia, bezczelna, czekałam na Twój gest. Już nie pamiętam Mamo, dlaczego nie pozwoliłam od tamtego czasu Adamowi by odwiedzał Cię z małą. Nie dałam Ci szansy Mamo byś w ostatnich miesiącach swojego życia miała siłę do walki. Byś mogła, co dnia trzymać w ramionach swój mały skarb, z którego zdjęciem w dłoni odeszłaś z tego świata. Wiktoria miała wtedy dziewięć miesięcy, gdy Cię zabrakło. Również i jej nie dałam szansy na to by mogła nacieszyć się Tobą i Twoją miłością. Za co Mamo ja chciałam Cię ukarać? Myślę nad tym już  czternaście lat. Wymyślałam sobie wtedy kilka durnych teorii i nimi żyłam w zakłamaniu.

Tak Mamo, okłamywałam samą siebie. Pamiętam jak byłaś już bardzo chora i prosiłaś bym odwiedziła Cię w szpitalu. Nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić, co czułaś czekając każdego dnia aż się pojawię. – Lena mama bardzo prosiła czy mogłabyś do niej przyjść – usłyszałam pewnego dnia od Adama. – Oszalałeś, po co ja tam pójdę? Poza tym dobrze wiesz jak bardzo nienawidzę szpitali – Nie przesadzaj nic ci się nie stanie jak pójdziesz na chwilkę – Adam nie pójdę i koniec! –  Nie pojawiłam się… Nie dałam nam szansy na pojednanie… Gdybym tylko mogła Mamo cofnąć czas… Nie wiem, co czułaś, gdy odchodziłaś. Zaaplikowałam ci Mamo taką dawkę goryczy, że można by nią było nakarmić całe piekło. Tak Mamo Ci się odwdzięczyłam za Twoją dobroć i miłość. Tak odwdzięczyłam Ci się za to co chciałaś mi ofiarować.

Odeszłaś Mamo w Dzień Matki. Siedzisz sobie teraz u Boga i tańczysz w swojej niebieskiej sukience na kwiecistej łące. Wiem, że cały czas czuwasz nad nami. Słyszę mamo niebiańską muzykę i wiem, że to Ty jesteś obok nas. Kilka lat temu dołączył do Ciebie tata. Jesteście nareszcie razem szczęśliwi. On bardzo za Tobą tęsknił. Wiesz Adam nawet nie powiadomił nas o jego śmierci.- Lena współczuje bardzo – usłyszałam pewnego dnia od koleżanki. Zdziwiona spojrzałam na nią. – Teść twój nie żyje, nie wiedziałaś? – Boże, przez głowę przewinęło mi się wtedy tysiące myśli pomieszanych z żalem, bólem i nienawiścią do Adama. A przecież kilka dni temu w nocy on mi się przyśnił i się żegnał ze mną, myślałam. Czym prędzej pobiegłam do szkoły zabrać Wiktorię i popędziłam na pogrzeb jedynego i ostatniego człowieka, który był po mojej stronie w walce o Adama. Tak bardzo Mamo płakałam, tak bardzo bolało jego odejście, a przez łzy musiałam Wiktorii tłumaczyć, że dziadek umarł, ale jest teraz szczęśliwy z babcią w niebie. Pełna goryczy byłam jeszcze w stanie dla jej dobra wymyślić historię o różowych chmurkach i tęczy, na której siedzicie i razem się śmiejecie.

Przyśniłaś mi się kilka razy. Pamiętam zabrałaś wtedy mnie i Wiktorię do siebie. Na chmurach szybowałyśmy wolne jak ptaki. Spojrzałaś wtedy na mnie i spytałaś czy możesz wziąć na ręce swoją wnuczkę i ją przytulić. Pamiętam Mamo jak bardzo się bałam. Bałam się, że ona zostanie już na zawsze w niebie, że nie będziesz chciała mi jej oddać. Zaufałam Ci Mamo. Widząc radość w twoich oczach i uśmiech na twarzy mojego dziecka, poczułam się tak bardzo szczęśliwa jak nigdy przedtem. Przeprosiłam Cię wtedy Mamo. Przytuliłaś mnie mocno do siebie i ogarnęła mnie fala Twojej niebiańskiej miłości i dobroci. Tym razem to ja nie chciałam się z Tobą się pożegnać. Nalegałaś mówiąc, że już czas. Obiecywałaś, że często nas będziesz zabierać do siebie, do swojej krainy szczęścia. Kochana Mamo po przebudzeniu spotkała mnie rzecz najdziwniejsza na świecie. Wiktoria się obudziła taka radosna jak wtedy, gdy się z Tobą spotkała. Powiedziała, że miała piękny sen, że była u babci w niebie i tam razem się bawiły na miękkich chmurkach. Więc Mamo to nie był sen?

Tata mi kiedyś powiedział, że chciałaś Mamo bym zamieszkała z Adamem w Twoim mieszkaniu. Przepraszam Mamo, że nie spełniłam Twojej prośby. Adam się wyprowadził dokładnie miesiąc po twojej śmierci. Zostawił na kilka lat mnie i dziecko. Pamiętam jak wiele razy przyśniłaś mi się mówiąc bym o niego walczyła do końca. Bym nie przestawała go kochać. Nie przestawałam Mamo. Minęło już jedenaście lat od naszego rozwodu, ale pomimo wielu zawirowań przez te wszystkie lata teraz On stara się być w naszym życiu i przepraszam Cię Mamo nie potrafię już z nim być. Tak bardzo bym chciała uszczęśliwić go, byś i Ty była szczęśliwa by odpokutować moje okrucieństwo wobec Ciebie ale już nie potrafię. A może to On nie potrafi dać mi poczucia bezpieczeństwa?

Adam ma teraz nową rodzinę Mamo. To boli, to strasznie boli ale mimo wszystko nadal mnie kocha, wiem to bo mówił mi o tym nie jeden raz. Kupiłam ci dzisiaj żółte tulipany Mamo. Siedziałam u ciebie na cmentarzu do zmroku i wiesz, co? Już nie wiem, co mam zrobić. Czy być z nim dla dobra Wiktorii i nadal czekać aż stanie się odpowiedzialnym człowiekiem czy całkowicie dać mu do zrozumienia, że nigdy już nie będziemy razem. On okłamuje swoją obecną żonę, ona nie wie, że każdy weekend on spędza u nas, kłamie jej w żywe oczy, że jedzie w delegację, jakież to banalne. I być może nadal jestem potworem być może nadal jestem wyjałowiona z uczuć gdyż całkowicie mi nie jest jej żal. Ta kobieta nie ma żadnych praw do Adama, to ja jestem jego żoną w obliczu Boga.

Dziś znowu Mamo poszłam do Ciebie i długo rozmawiałyśmy. Wstawiłam ci do wody świeże kwiaty. Mam nadzieję, że Ci się podobają. Nie mogę zrozumieć Adama. Nie wiem czy on się mną bawi czy też naprawdę mnie kocha. Mamo czy ja grzeszę sypiając z własnym mężem? Czy ja grzeszę krzywdząc tą drugą kobietę. Ona z pewnością nie miała wyrzutów sumienia, gdy zabierała mi mojego męża i ojca mojemu dziecku. Proszę Cię mamo nie gniewaj się na Adama za to wszystko. Sama mi kiedyś mówiłaś, jaki on jest słaby, i że do niego potrzeba dużo cierpliwości. Minęło już Mamo czternaście lat odkąd Ciebie nie ma tu z nami. Uwierz oddałabym własną część życia by móc cofnąć czas. By móc dać ci siłę do walki, by walczyć razem z Tobą. Codziennie wieczorem opowiadam Wiktorii, jaka byłaś wspaniała. Codziennie staram się wychować ją na mądrą kobietę, codziennie się staram by swoją dobrocią przypominała światu Ciebie. Wiesz, ona, co roku, w styczniu robi dla Ciebie laurkę z okazji Dnia Babci, co roku w Wigilijną noc obie siadamy przy oknie patrząc w gwiazdy i łamiemy się opłatkiem razem z Tobą Mamo.

Wiesz Mamo, postanowiłam, że podejmę pracę w hospicjum. Będę Mamo pomagać ludziom tak chorym jak Ty byłaś. Będę wspierać dobrym słowem, będę trzymać za rękę, po prostu będę przy nich. Przy tych samotnych i opuszczonych. Przy tych, którzy czekają na kogoś bliskiego tak jak Ty czekałaś kiedyś na mnie. To nie będzie Mamo odpracowanie moich win. To będzie danie światu, choć odrobinę tej dobroci, którą Ty miałaś i którą mi przekazałaś. Ostatnio Mamo jedna z moich podopiecznych, pięćdziesięcioletnia kobieta, wzięła mnie za rękę i podziękowała za siłę, którą dałam jej do walki z chorobą.

– Jesteś dziecko moim promykiem, który rozświetlił i ogrzał moje życie. Dzięki Tobie czuję, że pragnę poczuć jeszcze na twarzy całe słońce, którego Ty jesteś częścią- powiedziała. To Mamo najpiękniejszy moment mojej pracy. Chwila, w której czuję, że daję innym to, czego brakowało Tobie. Mam nadzieję, że jesteś ze mnie dumna. Mam również nadzieję, że jesteś dumna z Wiktorii, ona też chce w przyszłości pomagać chorym ludziom. Kiedyś jeszcze w trzeciej klasie szkoły podstawowej miała napisać opowiadanie o tym, kim chce zostać w przyszłości. „Jak dorosnę będę lekarzem, chciałabym wynaleźć lek na raka i ratować dzieci, które chciałby żyć, które chciałby jeździć na rowerze tak jak ja a nie mogą, bo są chore” tak pisała. Nauczycielka potem podczas rozmowy ze mną mówiła, że gdy czytała opowiadanie Wiktorii to płakała jak dziecko, tak się wzruszyła. Byłam taka dumna z mojej kochanej, małej córeczki.

Dziękuję Ci Mamo, że dzięki Tobie potrafię zupełnie sama wychowywać Twoją ukochaną wnuczkę na dobrego i mądrego człowieka. Dziękuje, przepraszam i do zobaczenia…


 

Każdy z nas ma swój „niewysłany list”

Czasem zapisany tylko w sercu. Czekający w szufladzie niezałatwionych spraw. Na wysłanie niektórych jest już za późno, na inne brak odwagi, brak aktualnego adresu…  A może wszystko byłoby inne, gdyby się tylko od nich uwolnić?

Piszcie do nas, anonimowo jeśli chcecie. Wyślijcie wreszcie swoje listy i poczujcie ulgę. Wybrane listy nagrodzimy bonami zakupowymi o wartości 200 zł do Limango.

Listy wysyłajcie na adres [email protected] – w temacie wiadomości wpisując „Niewysłany list”

Wszystkie „Niewysłane listy” możecie przeczytać tutaj.

Sponsorem nagród jest LIMANGO


Lifestyle Psychologia

Terapia – najlepsza droga do siebie i szczęśliwego życia

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
31 października 2015
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz

Nasz cykl „Zapiski z terapii” wielu osobom bardzo się podoba. Anna napisała do nas: „Ale jak mam wybrać terapeutę? Jak się zabrać za  szukanie pomocy. Napiszcie o tym”.

To dla niej i innych kobiet szukających pomocy jest ten przewodnik.

Bohaterkę nazwijmy Anna. Ale imię jest umowne, może być nią każda z nas.  Kobieta, która pod wpływem różnych życiowych zdarzeń zdecydowała, że chce iść na psychoterapię. Jak Anna ma znaleźć dobrego terapeutę, na co się przygotować? I czy naprawdę może być pewna, że psychoterapia jej pomoże?

Na początku Anna prosi o pomoc przyjaciół, którzy mają doświadczenie w chodzeniu na psychoterapię. Zbiera nazwiska terapeutów, porównuje swoje problemy z problemami koleżanek i  dochodzi do pierwszego wniosku: „Skoro terapeutka Ewy pomogła jej poradzić sobie z napadami lęku, to mi na pewno też pomoże”.  Czasem zaczyna testować osoby, do których dostała kontakt, umawia się do kilku psychologów, bo chce sprawdzić, który najbardziej jej pasuje. W efekcie ma mętlik w głowie.

Bywa, że wybiera inną drogę – informacji szuka w internecie, czyta teksty, publikacje, poznaje różne nurty psychoterapii. Wybiera terapię małżeńską albo systemową, gdy nie radzi sobie w związku. Dzwoni do psychoterapeuty pracującego w nurcie psychodynamicznym albo psychoanalitycznym, bo uważa, że jej problemy biorą się z dzieciństwa. Albo próbuje dowiedzieć się, który rodzaj psychoterapii jest uznawany za najbardziej skuteczny.

Co na ten temat powiedziałby jej specjalista? – Wszystkie porady w stylu: „Ta terapia jest najlepsza dla osób z takim zaburzeniem”, to duże uproszczenie. Oczywiście, można powiedzieć, że w zaburzeniach lękowych metody pracy w nurcie poznawczo-behawioralnym są bardziej efektywne, ale nie znaczy, że inne nie są. Nie można też stwierdzić, że na problemy małżeńskie najlepsze są terapie małżeńskie czy systemowe, bo wiele zależy od tego na jakim podłożu są konflikty w związku, jakie są okoliczności życia pary, ich stan zdrowia, co się w ogóle dzieje w ich życiu poza relacją.  Nie można też określić,  który rodzaj terapii jest bardziej skuteczny. Z badań wynika, że psychoterapia pomaga (prowadzi do pożądanych zmian) w 80 proc. przypadków. I że  możemy ograniczać ryzyko braku poprawy dopasowując interwencję do osoby.

Co z szukaniem terapeuty przez znajomych?  Z jednej strony, owszem, obdarzenie terapeuty zaufaniem (bo wiemy, że pomogła komuś, kogo znamy) może być pomocne. Lepiej pracuje się nam z osobą, której ufamy, ale to nie gwarantuje sukcesu. Terapeuta znajomej mógł pomóc jej, nam niekoniecznie, nawet jeśli problem jest pozornie podobny. Bo być może nam potrzebny jest inny system pracy. Jest naprawdę wiele zmiennych, które decydują o tym czy terapia jest skuteczna.

Co robić? Ratunku?

Zanim zaczniemy sami tropić najlepszego terapeutę, warto dowiedzieć jaka i jak prowadzona terapia będzie dla nas najlepsza. Ale nie czytając o nich w internecie, tylko umawiając się ze specjalistą. Tego typu usługa nazywa się diagnoza wstępną.  Przeprowadza ją psycholog, niekoniecznie psychoterapeuta, choć może, jeśli z wykształcenia jest psychologiem. Ważne, żeby to była osoba, która dysponuje współczesnym warsztatem diagnosty ponieważ w ciągu ostatnich 10 lat nastąpił ogromny postęp w dziedzinie diagnozy psychologicznej. Współczesna diagnoza nie polega na tym, że psychoterapeuta, do którego idziemy, rozmawia z nami przez spotkanie, dwa, a potem mówi nam, że jeśli takie spotkanie jest dla nas pomocne, to może zaproponować kolejne. On przy pomocy współczesnych narzędzi psychologicznych określa nie tylko rodzaj problemu, ale jaki typ psychoterapii, jak długo trwający będzie najlepszy dla tej konkretnej osoby. Bierze pod uwagę nie tylko rodzaj zaburzenia, ale też jej charakter, styl życia, emocjonalność. I tak załóżmy, że jeśli Anna ma problemy w małżeństwie, ale ich przyczyną są problemy lękowe, to nie kieruje jej na krótkoterminową indywidualną terapię poznawczo-behawioralną dedykowaną pracy nad danym zaburzeniem, ale na długoterminową psychoterapię u terapeuty, który specjalizuje się w pomaganiu osobom z zaburzeniami osobowości.

Diagnosta nie decyduje o tym jednak podczas pierwszego spotkania. Potrzebne są co najmniej dwa albo trzy. Sam wywiad nie wystarczy. Anna wypełnia kwestionariusze, które mierzą m.in poziom różnych dolegliwości towarzyszących problemowi. Zaburzenia snu, jedzenia, trudności w pracy. Im więcej danych ma diagnosta – tym mniejsze ryzyko błędu.

Niestety, profesjonalna diagnoza jest jeszcze w Polsce usługą stosunkową małą dostępną. Warto jednak pytać o nią w dużych ośrodkach terapeutycznych.

Co jeśli w mieście, w którym mieszkamy nie ma diagnostów?

Czasem wystarczy, że Anna spyta jak wygląda proces przyjmowania na terapię. Czy jeśli się zapisuje do pani A. to tam zostaje?

Mało się o tym mówi, ale duże znaczenie ma też stosunek psychoterapeuty do klienta. On też powinien odpowiedzieć sobie na pytanie: „Czy ta osoba budzi we mnie sympatię, dobrze sobie radzę w danym problemie, z którym do mnie przyszła? Jestem skuteczny?”. Warto pamiętać również, że większość terapeutów ma swoje preferencje, jeśli chodzi o rodzaj pracy. Nie każdy jest w stanie spełnić nasze oczekiwania. Z tego względu też warto szukać ośrodków, gdzie pracuje cały zespół psychologów – konsultują ze sobą każdy przypadek, analizują, weryfikują. Jeśli ktoś ma prywatny gabinet, jednoosobową działalność gospodarczą, czy pracuje z grupą terapeutów, ale wspólnota polega tylko na wynajmowaniu mieszkania, to bardzo często następuje konflikt interesu. Bo przecież, jeśli wypuszczę klienta to wpłynie to na moje zarobki. Trudniej wtedy o obiektywizm.

Jeśli wybieramy psychologa działającego samotnie, koniecznie trzeba spytać, czy należy do jakiegoś stowarzyszenia, podlega superwizji. Jednym słowem czy działa w ramach jakiś struktur, które sprawują nad nim kontrolę.

Anna podczas pierwszych spotkań powinna odpowiedzieć sobie na pytanie: co chce uzyskać dzięki psychoterapii. Jaki jest jej cel. Naprawić swoje relacje z mężem? Stać się pewniejsza w decyzjach? Chce nie odczuwać tak często lęku? Psycholog z kolei powinien powiedzieć jej, jak to wygląda z punktu widzenia wiedzy. W jakim czasie zmiany, o których rozmawiają wydają się realistyczne, czy to kwestia kilkunastu czy kilkudziesięciu spotkań, interwencji łączonej z lekami czy niekoniecznie.

Kryzys i chęć ucieczki są naturalne

Anna trafia w końcu do właściwiej psychoterapeutki. Po pierwszym spotkaniu zwykle czuje się fantastycznie. Niewiele ma to jednak wspólnego z rzeczywistą pomocą. Czuje się lepiej, bo ktoś jej wysłuchał, poza tym nastąpiło zjawisko które można by nazwać „efektem nadziei”. Wchodzimy na terapię traktując terapeutę, jak ratownika. Wydaje nam się, że oto spotkałyśmy człowieka, który przeprowadzi nas na lepszą stronę życia. To jest jeszcze moment, kiedy nie wiesz, ile to wszystko będzie wymagało od ciebie pracy”. Takie uniesienie, lepsze samopoczucie może trwać – jeśli to terapia długoterminowa – przez około siedem spotkań. Tyle mniej więcej statystycznie potrzeba czasu, żeby Anna zrozumiała, że terapia nie zadziała na nią, jak magiczna tabletka. Co więcej zaczyna się praca, która – zdarza się, że pogarsza samopoczucie.

Kiedy pracujemy nad doświadczeniami trudnymi, traumatycznymi, skupiamy na nich uwagę. Efektem tego jest większa dostępność do doznań, które się z tym doświadczeniem wiążą, co może być dla nas dyskomfortowe. Pomóc nam może świadomość, że ten stan jest przejściowy, a skupianie się na przeszłości nie jest zabiegiem samym w sobie, tylko służy zrozumieniu, jakie mechanizmy nami kierują, z czego wynikają i „przepracowanie” tego. Dlatego ważne jest, żeby terapeuta przygotował nas na to, co się może z nami dziać. Mamy wtedy większe poczucie kontroli. Możemy też podjąć decyzję, czy chcemy nad czymś pracować, czy nie.

Jedna z terapeutek powiedziała mi kiedyś: „Procesy, jakie zachodzą w psychoterapii, moim zdaniem najlepiej tłumaczy psychoanaliza. Część z tych procesów jest po stronie klienta, część po stronie terapeuty, część wynika z samej relacji. Jednym z nich jest tzw. przeniesienie”.  W skrócie to są uczucia, które Anna przenosi na terapeutę, a tak naprawdę odczuwa ich wobec matki lub ojca. Przeniesienie może być pozytywne lub negatywne. Załóżmy, że Anna miała dobre relacje z matką, a bardzo złe z ojcem – z tego względu łatwiej będzie jej pracować z kobietą, bo już na samym początku obdarzy ją zaufaniem. Mniejsze jest też ryzyko, że porzuci terapię już na samym początku. Gdyby pracowała z mężczyzną – szybko uruchomiłoby się negatywne przeniesienie, czyli na przykład złość na ojca. Ponieważ w procesie terapeutycznym i tak dochodzi do przeniesienia emocji i wobec ojca i matki. Anna  i tak poczuje złość do terapeutki, jednak jest nadzieja, że stanie się to na tyle późno, że między nią i terapeutką nawiąże się już relacja, która pomoże poradzić sobie z kryzysem.

Kolejną sprawą jest tzw. opór. Przychodzimy na terapię, kiedy cierpimy, chcemy coś w swoim życiu zmienić. To jest nasza motywacja. Byłoby cudownie, gdyby człowiek był spójny w swoich dążeniach. Ale zwykle – szczególnie na początku – nie jest.  Bardzo silną emocją jest też lęk przed zmianą. Kiedy to on zaczyna wygrywać– znajdujemy tysiące wymówek, żeby porzucić pracę nad sobą.

Załóżmy, że Anna po kilkunastu spotkaniach zaczyna szukać wymówek, żeby odmówić terapię. Co powinna zrobić?

Porozmawiać z terapeutką o kryzysie. Ważne też, jak ona się zachowa, czy pomoże nam zrozumieć, co się dzieje.

Kolejną ważną rzeczą są tzw. procesy przeciwprzeniesiowe, czyli to, co się dzieje z terapeutą podczas spotkań z pacjentem. To wciąż temat tabu, bo według obiegowej opinii psycholog jest przezroczysty. Pacjent nie budzi w nim emocji, nie uruchamia żadnych jego mechanizmów. To mit. Idealnie pokazał to serial „Bez tajemnic”. Terapeuta nie jest naszym lustrem, nawet jeśli pracuje w nurcie psychoanalitycznym i właściwie niewiele mówi. Energia i tak płynie. Co terapeuta może czuć? Pociąg fizyczny do pacjenta, zazdrość wobec młodszej, ładniejszej kobiety. Zazdrość o jej powodzenie, ambicję. Cokolwiek. Problem nie w tym, czy dane emocje i odczucia się pojawiają, ale na ile specjalista sobie z nimi radzi. Czy umie je syntetyzować, analizować i opanować.

Ważne jest też to, co pojawia się w relacji, a ma duży wpływ na przebieg terapii. Czy terapeutą jest mężczyzną, kobietą, osobą starsza czy młodszą, dyrektywną czy nie dyrektywną– i jakie emocje to w nas budzi. Jeśli na przykład Anna miała dyrektywnego ojca i dyrektywna jest jej terapeutka – z dużym prawdopodobieństwem Anna wejdzie w rolę dziecka, która boi się zdenerwować terapeutkę. To też będzie miało wartość terapeutyczną– pod warunkiem, że będą o tych mechanizmach szczerze rozmawiały.

Ważne pytania: czy działa? Kiedy powinniśmy ją skończyć

Z ogólnych badań wynika, że terapia działa w 80 proc przypadków. Psycholodzy wciąż sprawdzają, co można zrobić, żeby podwyższyć jej efektywność. I wychodzi wyraźnie, że m.in dopasowanie interwencji do osoby, monitorowanie stanu klienta podczas trwania pracy, sprawdzanie, jak działa psychoterapia.

Czy po czasie, o którym mówił terapeuta naprawdę zauważamy zmiany w naszym zachowaniu, podejmowaniu decyzji, stosunku do samego siebie. Czy cel zostaje osiągnięty, albo czy zbliżamy się do niego. Dlatego tak ważne podczas pierwszych spotkań jest nie tylko ustalenie celu terapii, ale też tzw. narzędzi pomiaru. Czyli w skrócie odpowiedzi na pytanie, skąd będę wiedziała, że psychoterapia mi pomaga? I kolejne pytanie: jak wyczuje moment, że już mi nie jest potrzebna.

Moja koleżanka psycholog powiedziała mi kiedyś: „Jest taki moment, kiedy wydaje ci się, że możesz żyć bez terapii – to zwykle jest czas intensywnej pracy nad sobą. Ale w pewnym momencie to życie staje się ważniejsze niż psychoterapia – to czy masz iść na randkę, wyjechać z mężem, wyjść na spacer z dzieckiem. Kiedy w środku – całą sobą – czujesz, że już nie potrzebujesz terapeuty, bo radzisz sobie z tym, co wcześniej sprawiało ci problem”.


Pisząc ten tekst korzystałam z materiałów przygotowywanych kiedyś dla magazynu Zwierciadło. Tekst konsultowała Joanna Hayder, psycholog i psychoterapeutka oraz Maja Flipiak z Akademickiego Centrum Psychoterapii i Rozwoju.


Zobacz także

Zapomnieć o własnych dzieciach z powodu przeceny w sklepie? „Zrób coś dla siebie, poczuj się lepiej” – to nie są zwykłe zakupy, to coś znacznie więcej…

Jestem Anastazja, jestem szczęśliwą kobietą. To jest proza, za którą się kocha, albo z powodu której się odchodzi

10 rzeczy, które starsza kobieta może powiedzieć młodszej