Lifestyle

„Przed dwoma laty zostałam bez dachu na głową, bez środków do życia… Uciekłam od męża tyrana i wiem, że dobrze zrobiłam”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
25 sierpnia 2021
fot. Happycity21/iStock
 

To nie jest łatwy temat, to nie jest fajny temat, to jest okropnie niezręczny, wstydliwy i beznadziejny temat. 

Moje małżeństwo od początku było koszmarem, ale jak to w życiu bywa – człowiek uczy się na błędach. Ja za swój zapłaciłam wysoką cenę pięć lat życia w strachu. Ten kochający, dbający o rodzinę mąż to tak naprawdę psychopata, lubiący zadawalać się terrorem psychicznym. Po 10 latach bycia razem wzięliśmy szybki ślub cywilny, wyszłam za niego i od tego czasu miałam wroga. Do ślubu był „normalnym” człowiekiem, bo powiedzieć dobrym to by już była przesada. To typ manipulanta – przy ludziach potrafi grać fantastycznego męża. Potrafił zmanipulować każdego i zdobyć jego sympatię w kilka chwil. Był tak dobry w swoim udawaniu, że wszyscy go uwielbiali. Tylko ja wiedziałam, jaka jest rzeczywistość.

Gdy drzwi naszego domu zamykały się zaczynało się „piekło”. Dopiero w domowym zaciszu wychodziły ukryte w środku potwory, które pokazywały swoje prawdziwe oblicze. Złośliwości, wyrzuty, upokorzenia, moja rodzina była najgorsza, a jego święta (choć jest całkiem odwrotnie), bo jestem leniwa – cały dzień mam służyć jak pies, bo pan tak chce, wypędzanie z domu, zastraszanie, znęcanie. Starałam się zachowywać tak, by nic go nie wkurzało. Sprzątałam, prałam, gotowałam – dogadzałam mu, ale i tak zawsze znalazł powód do wszczęcia awantury.

Wszystko było na mojej głowie. Wykonuję swoją pracę w domu, gdzie zadania i obowiązki wciąż się mnożą. Do tego walczę z bólem głowy, złym samopoczuciem, ale nawet nie mam chwili, by pomyśleć o wizycie lekarskiej.

W domu zmieniał się nie do poznania. Kiedy jechaliśmy do sklepu, to wraz z koszykiem zakupy do samochodu pakował, a po powrocie do domu to ja musiałam torby taszczyć. Wracając z pracy, wchodząc do mieszkania od razu wrzeszczy jak opętany, choć wiele razy prosiłam, błagałam – on nie przestał wręcz odwrotnie nakręcał się jeszcze bardziej. Nie wzruszały go nawet moje łzy i lament, mówił że tylko do tego się nadaję.

Sama nie wiem jak, ale wytresował mnie tak, że po każdym jego wybuchu pierwsza wyciągałam rękę i przepraszałam. Chwilami nawet zaczynałam wierzyć w to, że wszystko jest moją winą.

Usiłowałam sama sobie dać radę, ale ciągłe wyzwiska, kontrole, szarpaniny, coraz częstsze awantury, siniaki powodowały u mnie cholerny ból. Nigdzie nie wychodziłam, żyłam w niepewności, czy znów zacznie się koszmar. Ciągle tylko twierdził że jestem najgorsza, niegospodarna, za dużo wydawałam na jedzenie, niedokładnie sprzątałam, do tego uważał mnie za beznadziejną kobietę, która nie potrafiła donosić dziecka. Doszło do tego, że nie chciałam już żyć. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Byłam totalnie poniżona, obdarta z kobiecości. Wszystko dusiłam w sobie, czułam lęk przed swoim mężem przez większość czasu! Przez cały okres małżeństwa powroty z pracy do domowego piekła były koszmarem.

Wszyscy mówią, że wystarczy odejść – argumentów zawsze jest sporo. Przecież nie można marnować sobie życia. To jest proste tylko w teorii, ale nie wtedy gdy tkwisz w takiej relacji. Bardzo często sama się zastanawiam, jak mogłam tak długo wytrzymać w tym związku. W związku, w którym on stosował wobec mnie przemoc – często nie tyle fizyczną co psychiczną, ekonomiczną. Jak mogłam pozwolić, by być tak traktowaną przez wiele lat. Możemy się mądrzyć patrząc z boku tylko tyle, że nie zdajemy sobie sprawy jak trudno jest się w tym wszystkim odnaleźć. A kiedy tkwimy w tym związku po same uszy, dostajemy cios za ciosem, nagle budzimy się na kafelkach w łazience, złamane psychicznie, niewierzące w siebie i w to, że zdołamy odejść i poradzić sobie bez naszego oprawcy, bo przecież przez kilka lat zdążył nam wmówić, że bez niego nic nie jesteśmy warte. Do tego dochodzi strach, a jest się czego bać. Tyrani są mściwi, a kiedy ktoś jest mściwy i nieobliczalny, masz prawo się bać.

Czy wiesz, co tak naprawdę oznacza „nie wiem czego mogę się po nim spodziewać”? Tak się mówi, ale tylko nieliczni wiedzą, co tak naprawdę oznacza być uzależnionym od kogoś, kto jest nieobliczalny. Kto tak wiele razy przekroczył już granicę, wtedy naprawdę nie wiesz, czego możesz się spodziewać. W końcu dzieje się tak, że przed odejściem powstrzymuje cię twoja własna wyobraźnia. Doświadczając takiej przemocy psychicznej wyobrażasz sobie różne scenariusze.

Doskonale pamiętam, że jestem szmatą, wywłoką, jebaną suką. Najlepiej żebym wypierdalała z domu, albo szła sobie skoczyć z balkonu. Kiedyś nie wyobrażałam sobie, że partnerzy mogą na siebie krzyczeć, a jednak przywykłam do tego. Kiedyś nie wyobrażałam sobie, że facet z którym kładę się co wieczór do łóżka, może nazywać mnie szmatą, albo powiedzieć do mnie „spierdalaj”. Potem to wszystko stało się normą. Nasz dom nie był spokojnym, bezpiecznym miejscem. Był przepełniony chaosem, niepewnością co do tego, co wydarzy się za chwilę. Żył w nim lęk, podniesiony głos, ból i strach a ja miałam żyć pod dyktando. Milczałam, bałam i wstydziłam się mówić o tym wszystkim komukolwiek. Nie miałam już siły na nic, chciałam się poddać. Myślałam, że zwariuję, to był kres wytrzymałości.

„Nie zaprzątaj tym sobie główki, Głuptasie”. To nie miłość, to przemoc, którą po cichu zapraszamy do domu – Oh!me 

Niby chciałam, żeby ktoś mi pomógł, podał rękę, pokierował, uratował, ale nie poprosiłam o to. Wstydziłam się, że pozwoliłam na to wszystko, przecież trzeba było opowiedzieć co dzieje się w moim domu. Czułam się odrętwiała emocjonalnie i bezradna. Nienawidziłam swojej słabości. W takich chwilach myśli biegną jedna za drugą, kłębią się, głowę wypełnia wstyd, strach, lęk, że wszystko stracone, że wszystko jest beznadzieje, że to, co robię w życiu nie ma sensu, że utracę to, co do tej pory udało mi się osiągnąć, zostanę bez niczego.

To chyba najgorsza rzecz w depresji, kiedy bez przerwy myśli się o tym, żeby ze sobą skończyć. Najgorsze jest to, że tylko ta jedyna myśl wydaje się jedyną alternatywą, jedynym słusznym wyjściem, a najstraszniejsze, że wydaje się jedynym bezpiecznym wyjściem. Nie wiedziałam, gdzie szukać pomocy, ale jednego byłam pewna – jeśli chcę przeżyć, nie mogę być dłużej z mężem. Na szczęście odzyskałam świadomość i potrafiłam dostrzec, że z facetem, z którym chwilę temu miałam zamiar spędzić życie jest coś nie tak. Poza tym, on może się świetnie maskował i dopiero po latach zaczął wykazywać przemocowe skłonności, a może zawsze taki był, tylko ja nie chciałam tego zobaczyć? Być może ciągle miałam nadzieje, że się zmieni, że coś zrozumie, naprawi swój błąd i jakoś mi to wynagrodzi. Nic takiego się jednak nie stało. Jego obojętność i brak jakiejkolwiek skruchy pokazały, jakim naprawdę jest człowiekiem.

Podjęłam ostateczną decyzje muszę odejść i ratować siebie. Poprosiłam o pomoc mojego lekarza. Przeszłam przez depresję, byłam w szpitalu psychiatrycznym, gdzie płakałam najpierw z żalu nad sobą, nad moim życiem, a później z tęsknoty za sobą, swoimi marzeniami, za radością i szczęściem. Będąc w szpitalu zrozumiałam, że byłam od niego uzależniona, bałam się go, a przy tym było mi go żal, więc nie chciałam go zostawić. Chciałam chronić go nawet przed nim samym, ponosić za niego odpowiedzialność.

Walczyłam o życie w szpitalu, a mój mąż korzystał z życia. Rozpowiadał na mój temat niestworzone rzeczy, oczerniał mnie za plecami, zgrywając niewiniątko, by odwróciło się ode mnie jak najwięcej osób. Był tak bezczelny, że oskarżył mnie, że to wszystko był mój plan, by zwalić winę na niego. Prawdziwy świr! Nie wystarczało mu, że wystarczająco się przez niego wycierpiałam. Do samego końca chciał mnie zniszczyć. Próbowałam z nim porozmawiać, rozstać się bez szarpania, dojść do kompromisu – bezskutecznie. W momencie rozstania zostałam bez dachu nad głową, okradł mnie z pieniędzy i zostawił bez niczego. Gdy zadzwoniłam do niego, żeby spakował chociaż moje osobiste rzeczy, odmówił, chciał żebym przyszła z Policją bo inaczej nie wpuści mnie do naszego mieszkania. A więc wraz z Policją udałam się po moje dokumenty, których dobrowolnie nie chciał mi oddać.

Dziękuję Bogu, że mogłam liczyć na moją rodzinę, w szczególności na cudownych rodziców jak i najwspanialszego przyjaciela, dzięki którym stawałam powoli na nogi, czerpałam od nich siły i wygrałam walkę o życie. Obudziłam się z koszmaru – to zły sen, który jest już tylko wspomnieniem i więcej się nie powtórzy. W końcu przestałam się bać. Jedyne, czego żałuję to, że nie zrobiłam tego znacznie wcześniej. Teraz wiem, że gdyby czas można było cofnąć, nie czekałabym tyle lat. Dzień po dniu zostawiam za sobą złe wspomnienia. Uciekłam od męża tyrana i wiem, że dobrze zrobiłam. Sytuacja, w jakiej się znalazłam mimo, że dramatyczna okazała się dla mnie zbawienna. Dzięki temu co się wydarzyło miałam możliwość odrodzenia się na nowo.

Ps. Nie mamy prawa do oczerniania kogoś przez pryzmat kilku informacji o nim. Póki nie jesteśmy w jego skórze, nie wiemy o jego uczuciach kompletnie nic.


Lifestyle

Perfumowy savoir-vivre: Czy używać ich na włosy? Czy dawać w prezencie?

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
25 sierpnia 2021
fot. PeopleImages/iStock
 

Perfumy to osobny świat. Magia, bajka, emocje, zmysły ale także obszerna wiedza i tysiące trików. Jak używać perfum? W których miejscach ciała je testować? Czy używać ich na włosy? Jak wybrać gamę zapachową? Czy dawać w prezencie? I kiedy nie przesadzać z ilością…

Autorką tekstu jest Agnieszka Prokopowicz, dziennikarka, autorka serwisu urodowego www.bellateca.pl

Oto kilka ważnych zasad, które pozwalają doskonale poruszać się w świecie zapachów i bez których po prostu nie można się obejść:

1. Co do pracy

Istnieją perfumy wybitnie wieczorowe i cudownie delikatne na dzień. W pewnych kręgach tymi pierwszymi można pachnieć nawet w porze lunchu, ale to raczej kręgi artystowskie i nonszalanckie. W pracy biurowej nie wypada oblewać się intensywnie piżmowymi i kadzidłowymi aromatami. Uchodzi to za niegrzeczne. Wszystko, co kojarzy się ze zmysłowością i seksualnością powinno zostać w domu, do korporacji zabieramy to, co neutralne. Sprawa perfum wygląda tak samo jak ubrań. Kto biega po firmie w koronkowej obcisłej bluzce i mini ma opinię osoby, która nie wie jak się zachować. Kto intensywnie pachnie zmysłowymi perfumami – również.

Do granic jest to przesunięte w Japonii. Tam wiele osób kupuje znane perfumy tylko po to, by… stały na toaletce. W Kraju Kwitnącej Wiśni nie wypada wyraziście pachnieć. Japończycy używają zatem swoich pięknych zapachów raczej w sytuacjach intymnych, a w pracy unikają jakichkolwiek zapachów. Podobnie Amerykanie – ci z kolei uważają, że w pracy można pachnieć określoną (delikatną!) gamą zapachową – to tak zwane perfumy sportowe, neutralne i lekkie. To zapach czystości i białych kwiatów. A że większość korporacji pochodzi właśnie ze Stanów Zjednoczonych – ów perfumiarski dress code przyjął się i u nas. Jednym słowem – lepiej pachnieć za mało, niż przesadzić. Przykładem takiego zapachu może być świeża kwiatowa „Luna” marki Penhaligon`s albo lekko owocowa i słodka „Lady Million” Paco Rabanne.

2. Na randkę

Tu, jak wiadomo, działamy na zmysły. I choć oczywiście są wyjątki, które podnieca zapach mandarynki, ale jednak większość zmysłowych perfum ma inne nuty. Najpopularniejszym z nich jest piżmo, czyli wydzielina z gruczołów piżmowca – dodaje ono dzikości wszystkim zapachom. Zmysłowość to także nuty orientalne, tytoń i wanilia, wetyweria i ambra. To słynne afrodyzjaki, które perfumiarze łączą z innymi nutami i tworzą zmysłowe arcydzieła. Takich perfum nie zabieramy do biura, ale na romantyczne spotkania są idealne. Moją perfumiarską miłością z kategorii sexy jest od lat „Portrait of a Lady” Frederica Malle, gdzie róża miksuje się z cynamonem i paczuli. Zapach nie z tej ziemi!

3. Na jesień i zimę

Zima lubi ciepło, więc szukamy aromatów słodyczy, miodu, pieprzu, wanilii, paczuli, drewna. Ciepłe i otulające jak wełniany koc. Mogą być cięższe niż zapachy na lato. Taki jak „Nomade” Chloe, albo „Alien” Muglera, „Ombre Nomade” Louis Vuitton, „Intense Cafe” Montale czy „Love” marki Kilian. Te zapachy same odprowadzają nas w kierunku fotela, nakrywają miękkim pledem i rozlewają potrzebne zimą ciepło.

 

4. Wiosną

Ta pora roku to wybuchające wokół kwiaty. Jaśminy, bzy, konwalie, róże, lewkonie, magnolie, hiacynty i maciejka. Nie każdy lubi kwiatowe perfumy, a są tacy, którzy używają ich tylko wiosną. Należę do tej grupy. Przy pierwszych promieniach wiosennego słońca na mojej toaletce lądują dwa zapachy marki Frederic Malle – „Eu Passant” i „Magnolia” (w Polsce można je kupić w perfumerii Galilu), słynny „Lilac” marki Amouage (są w Quality Missala) oraz perfumy „Cabotine” marki Gres (upolowane po latach na Notino), które w sercu mają cały zestaw kwiatów: różę, jaśmin, frezję, irysa, fiołki i hiacynty.

5. Na lato

Wakacje rządzą się swoimi prawami i dłonie, spragnione relaksu i ciepła, same sięgają po zapachy cytrusowe i morskie. Perfumy marynistyczne były hitem lat 90. Kto nie kupował wtedy „Cool Water” marki Davidoff czy „Summer” i „Eternity Aqua” Calvina Kleina. Absolutnym przebojem były też perfumy „Acqua di Gio” dla mężczyzn, „Acqua di Gioia” dla kobiet Giorgia Armaniego. To kwintesencja morza i plażowych perfum.

Lato to także cytrusy! Mandarynki, pomarańcze, pomelo, grejpfruty – wszystkie one królują w wakacyjnych perfumach. Lubię całą letnią linię Atelier des Ores czyli „Riviera Drive”, „Pomelo Riviera” i Riviera Lazuli. Cudne cytrusy znajdziecie też w zapachu „Grapefruit” marki JO MALONE. Tu zmiksowany z rozgrzanym słońcem rozmarynem, wetiwerem i miętą, z dodatkiem jaśminu. Owocowo, ziołowo i ciepło. Wiele marek robi owocowe, cytrusowe perfumy, ponieważ gdy tylko zrobi się gorąco, sięgamy po nie naturalnie.

6. Dobieranie perfum

Nic nie zadziała lepiej od testu na własnej skórze. Ani drogeryjny papierek, ani włosy, ani ubranie nie pokażą nam jak naprawdę będą na nas pachniały dane perfumy. Aby się o tym przekonać wystarczy spryskać się próbką (można zamówić przez internet) lub testerem w perfumerii w miejscach, gdzie jest wyczuwalny puls (na przegubach dłoni, lub za uszami) i pozwolić zapachowi zmieszać się z naszymi feromonami. Zapachy otwierają się i ich pełnię można poczuć w ciągu kilku godzin. Podczas jednego testowania wypróbujmy dwa, trzy zapachy. Przy czwartym i kolejnych nasz nos ( i mózg) zaczyna szaleć.

7. Czy perfumować włosy?

Włosy perfumujemy wtedy, jeśli nie mają one tendencji do przesuszania. Jeśli mają – lepiej ich dodatkowo nie podrażniać. Można dodać kropelkę ulubionych perfum do odżywki do włosów, albo do olejku, jeśli używamy go na końcówki. Przy zdrowych i dobrze nawilżonych włosach możemy użyć na nie perfum, ale lepiej dopiero po wyschnięciu. Z mokrych szybciej ulotni się cenny zapach.

8. Rytuał popołudniowy

Skoro nie wypada używać intensywnych zapachów na dzień do pracy, ale lubimy je wieczorem…. Trzeba stworzyć swój własny „rytuał przejścia”. Dla mnie to prysznic po przyjściu z pracy. Zmywam z siebie zarówno perfumy dzienne, jak i wszelkie troski. I dopiero wtedy zaczynam nowy etap dnia. Zawsze z osobnymi perfumami. Jeśli jednak nie mamy czasu na kąpiel, to pamiętajmy, że nowe perfumy nakładamy zawsze w innych miejscach, niż były te poranne.

Nie tworzymy warstw z różnych perfum, bo powstanie kakofonia. Nawet tych samych perfum nie kładziemy w to samo miejsce, chcąc je wzmocnić w ciągu dnia. Jeśli w porze lunchu zabrakło nam naszego kochanego zapachu, perfumujemy nim inne miejsca niż rano. Zapachy rozwijają się i kiedy ten z poranka pokazuje już nuty bazy, świeże krople będą dopiero budziły nutę głowy… i wszystko się pomiesza. Dobrym rozwiązaniem mogą okazać się pachnące wisiorki. Marka ViaAroma stworzyła bransoletki i zawieszki, które… pachną. Po ich otwarciu zakraplamy ulubionym olejkiem eterycznym specjalną gąbkę. Przez ażurowy wzór aromat uwalnia się na zewnątrz. W każdej chwili można taki pachnący wisiorek założyć lub zdjąć. Świetny pomysł. Powstała nawet wersja dla mężczyzn z pachnącymi spinkami do mankietów.

9. Trwałość

Oczywiście dobrej jakości perfumy są trwalsze, ale istnieją też sposoby by przedłużyć ich aromat na naszej skórze. Wystarczy zadbać, by była ona dobrze nawilżona i natłuszczona. Sebum zatrzymuje zapachowe molekuły na dłużej. Przy suchej skórze można się wspomóc olejkiem, na przykład jojoba. Nakładamy go na mokrą skórę, spłukujemy, osuszamy ręcznikiem i dopiero na tak przygotowaną skórę nakładamy perfumy. Zyskamy nawet kilka godzin zapachu!

10. Na prezent

Jeśli chcemy podarować komuś perfumy, powinniśmy poznać jego gust. Ktoś, kto lubi lekkie zapachy jaśminowe, pewnie nigdy nie użyje ciężkich perfum z kadzidłem. Może to być chybiona inwestycja. Jeśli już koniecznie chcemy dać nieznanej nam dobrze osobie perfumy – szukajmy zapachów „bezpiecznych”, raczej delikatnych. Pewnie znajdziemy je wśród perfumeryjnych hitów popularnych marek. Z kolei jeśli ta osoba ma fioła na punkcie perfum, lepiej poszukać czegoś oryginalnego w małych perfumeriach niszowych (Sense Dubai, House of Merlo, Galilu, Quality Missala), a raczej nie kupować tego, co akurat nosi pół świata. Zawsze można też kupić perfumy molekularne, które można mieszać z innymi zapachami, a które dodają im uroku lub je wzmacniają. Ostatnio spodobał mi się taki koncept w marce Juliette Has a Gun – wnuk Niny Ricci, Romano, twórca marki, poza klasycznymi zapachami, stworzył „Not a Perfume” – taki właśnie zapachowy booster. Ogromną zaletą molekularnych zapachów jest fakt, że nie powodują alergii.

Autorką tekstu jest Agnieszka Prokopowicz, dziennikarka, autorka serwisu urodowego www.bellateca.pl

Agnieszka Prokopowicz


Lifestyle

Trzy najlepsze (i najważniejsze) pytania, jakie możesz zadać w związku

Redakcja
Redakcja
25 sierpnia 2021
fot. YakobchukOlena/iStock

Jedną z najgorszych rzeczy, jakie robimy w naszych intymnych związkach, jest przyjmowanie założeń. Zakładamy, że nasi partnerzy okazują miłość w taki sam sposób, jak my. Zakładamy, że nasi partnerzy oczekują tego samego od małżeństwa. Zakładamy, że nasz partner definiuje monogamię tak samo jak my. Lista takich założeń jest nieograniczona. Gdybyśmy tylko potrafili zebrać się na odwagę i spróbowali nauczyć się odpuszczać te założenia, doświadczylibyśmy o wiele lepszej miłości. 

Wypracuj w sobie zwyczaj zadawania tych trzech pytań, a szybko pozbędziesz się ciągnących cię w dół założeń na temat swojego partnera i waszego związku. Tym samym emocjonalne rozterki i cierpienia pójdą w zapomnienie.

Nawet próba prowadzenia tego rodzaju rozmów już jest aktem ostatecznej miłości, zarezerwowanym dla tych ludzi, którzy przez całe życie mieli odwagę stawiać czoła własnym wewnętrznym demonom i wybrać miłość zamiast strachu.

1. Czego szukasz w związku?

Tak wiele bólu, związanego z życiem uczuciowym, mogło wynikać z szukania kogoś, kto tak naprawdę był z tobą niekompatybilny. Niezależnie od tego, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, często kończymy w relacjach z ludźmi, którzy nie mają żadnego długoterminowego potencjału na to, czego szukamy.

Uświadom sobie, czego szukasz u partnera, a następnie miej odwagę, by sprawdzić jego na temat zdanie już na wczesnym etapie znajomości. Jeśli wiesz, że coś jest dla Ciebie ważne, masz pełne prawo zapytać swoją potencjalną drugą połówkę o te informacje wprost. Czy chcesz mieć dzieci? Czy chcesz partnera, który jest miły i współczujący? Czy chcesz umawiać się z kimś, kto ma podobny styl bycia jak ty? Niech to zostanie nazwane i ustalone.

Możesz zapytać nawet na pierwszej randce: „Czego szukasz od związku?” Wyjaśniając to od samego początku, oboje oszczędzacie czas, jeśli odkryjecie, że szukacie zupełnie różnych rzeczy.

2. Jak mogę cię kochać najlepiej?

Wnosimy coraz więcej intencjonalności do naszego zdrowia, naszych finansów, naszych aspiracji zawodowych… ale większość z nas wciąż nie potrafi potraktować tak samo swojego związku. Wciąż jesteśmy jakby na zaciągniętym hamulcu.

Nie ma znaczenia, czy zadajesz to pytanie na dziesiątej randce, czy po dwóch lub pięćdziesięciu latach związku. Wyraźnie wyjaśniajcie sobie, jak chcecie być kochani, czego od siebie nawzajem oczekujecie. Konkret? Proszę bardzo.

Niektórzy ludzie potrzebują więcej czasu dla siebie, podczas gdy inni potrzebują jak najwięcej czasu i fizycznej obecności drugiej osoby. Niektórzy ludzie pragną głęboko stymulujących rozmów, podczas gdy inni wolą trzymać się za ręce, siedząc w ciszy. To, co dla ciebie jest oznaką miłości, niekoniecznie musi nią być dla twojego partnera.

Najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić, to dojść do naszego partnerstwa z uczciwym pytaniem: „Jak mogę cię kochać najlepiej?” A potem, po wysłuchaniu odpowiedzi, kochać tak, jak prosi (chyba że nie jesteś w stanie).

3. Jak ostatnio radzę sobie jako partner?

To ostatnie pytanie jest często najtrudniejsze do zadania.

Uczciwie (i regularnie) zadawane pytanie o to, jakim jesteśmy partnerem, jest zaproszeniem do dialogu, pokazaniem, że mi zależy, że chcę być jak  kimś dobrym i ważnym. Gdyby to pytanie padało w związkach regularnie, pewnie byłoby dużo mniej rozwodów.

Nie zadajemy tego pytania, ponieważ często nie chcemy znać na nie odpowiedzi. Jest delikatne, a odpowiedź… cóż, zagraża nam bezpośrednio. Łatwiej jest założyć, że robimy wszystko dobrze, niż sprawdzać, czy możemy coś poprawić.

Ale o to chodzi… to pytanie nie ma być ćwiczeniem w zawstydzaniu. Intencją nie jest podanie partnerowi noża, aby pociął cię na kawałki swoimi słowami (i, mam nadzieję, nie jesteś z kimś, kto by ci to zrobił!). To pytanie jest rozszerzeniem pytania o to, jak chcesz być kochany/a. Ale to nie jest egzamin, który można zdać albo oblać. Fakt, że w ogóle zadajesz to pytanie, oznacza, że ​​chcesz pokazać, że jesteś w pełni zaangażowany/a w waszą intymność.

 


Zobacz także

Mam piękne oczy, lubię kształt moich uszu i piegi na nosie, a ty? Akcja „Jestem siebie warta”

Jaki prezent dla jakiego znaku zodiaku? Spokojnie, jeszcze zdążysz wymienić!

Przystojniacy są samolubni! Uważaj też na panów, którzy regularnie publikują zdjęcia w serwisach społecznościowych