Lifestyle Związek

No mieli przecież być razem. Miał się rozwieść i należeć do niej. Obiecywał, że ją kocha, że jest jedyna, najlepsza

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
25 stycznia 2018
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Sylwia

Noce są nieprzespane. Zasypia nad ranem. Płacze, wyje wręcz w poduszkę. Przed dziećmi gra. Poprosiła o zwolnienie lekarskie na kilka dni. W nowej pracy nie może się tak pokazać. Doktor o nic nie pytał. Widział jej smutne oczy, ale nie śmiał proponować pomocy. Wypisał zwolnienie. I często o niej myślał. Ciepło. Lubił ją bardzo. Lubił takie kobiety. Kobiece, pewne siebie, inteligentne. Wspaniałe matki, dobre żony. Trochę zabiegane, ale zawsze stawiające w swojej hierarchii rodzinę na pierwszym miejscu. Sylwia nie była mu przeznaczona. Pomarzyć mógł jedynie. Co to szkodzi.

Radek śpi w aucie pod domem. Przynosi kwiaty, przeprasza. Może i trochę żałosny jest, ale przynajmniej łechce to Sylwii ego. Nie pobiegł do kochanki. Waruje tu, pod domem. Marta nie namawia Sylwii do przyjęcia męża. Zauważa jedynie, że może tylko taki radykalny sposób uświadomił mu, co w życiu jest ważne. Może zrozumie i jeśli się nawet rozstaną, to będzie miał kontakty z dziećmi. Trochę racji w tym jest, za wcześnie jednak by myśleć o wybaczeniu. Sylwia chce widzieć jego starania. Na razie go ignoruje. Skupia się na Pauli. Na zemście.  Nie będzie tak spektakularna jakby chciała. Ale wbije miecz głęboko. I przekręci dla pewności trzy razy, by ją dobić. To już jutro. Marta wzięła wolne. Pojadą razem…

Paula

Raz tylko zadzwonił. Pieprzony jedyny raz. W tle słyszała dzieci i kobiecy głos. Powiedział, że Sylwia wie, że to koniec, że znika, nie życzy sobie kontaktu. I że kłamał cały czas, bo chciał się dobrze bawić.

Bolało. Nie wiadomo, co bardziej. To, że kłamał czy, że znika. Jak to koniec? Jaki koniec?? No mieli przecież być razem. Miał się rozwieść i należeć do niej. Chciała z nim uwić sobie gniazdko i żyć długo, i szczęśliwie. Obiecywał, że ją kocha, że jest wspaniała i jedyna. Że fruwa nad ziemią odkąd się pojawiła w jego życiu. Zmienił zdanie? Tak po prostu mu się k… znudziło? Co ona dziewczynom powie? Ale będą miały bekę. No masakra. Jezu, chyba się zwolni. Przecież będą się nabijać. Już się podpytują, kiedy Radzio będzie. Jak im powiedzieć? Jak mógł jej to zrobić? Było tak cudownie, tak super. Na pewno ona go zmusiła. Bo jak inaczej. Odkochał się? No opcji nie ma. Czuła, że mu się podoba. Mówił jej to, że jest taka słodziutka do schrupania. Napisze do niej. Niech nie będzie taka pewna. Radek jej jest i tyle. Przypomniała sobie żona, że ma męża. Trza było kariery nie robić, tylko z dupą w domu siedzieć i chłopa pilnować. Ona by siedziała. Dbałaby o niego. I kochała jak szalona.

Mama widzi, że coś z nią nie tak. Że jakaś markotna jest. Będzie kłamać. No bo co powie. Zmyśli jakąś grypę żołądkową. Do roboty nie pójdzie. Już kolejny dzień. Szkoda, że w ciąży nie jest. Radek by się nie wywinął. A i dziewczyny przestałyby plotkować. Teraz gadają, aż uszy puchną. Czuje na sobie ich wzrok.

Płakać się jej chce. Nie może uwierzyć, że to koniec. Że Radek nie będzie przyjeżdżał.

To na pewno nieprawda. Z zamyślenia wyrywa ją matka. Zapłakana. Mówi, by zeszła na dół. Ojciec stoi za nią. Wściekły. Ciska gromami z oczu. Mówi jedno zdanie, że nigdy się tyle wstydu nie najadł. Paula jeszcze nie wie, o co chodzi. Idzie powoli na dół. Do paszczy lwa. A tak naprawdę lwic.

cdn.

P.S. Nie znacie całej historii? Zajrzyjcie do wcześniejszych wpisów (KLIK, KLIK, KLIK)

Autorka: Poli-Ann


Lifestyle Związek

Ani odejść ani normalnie żyć. Chce odegrać się już, teraz, zaraz… A myślała, że to ona jest temu winna

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
25 stycznia 2018
Fot. istock/Eva-Katalin
 

Sylwia. Nie było urodzin. Radek zrobił jej taki prezent, że nie miała ochoty świętować. Mogłaby jedynie ból i cierpienie tej gówniary, ale na to za wcześnie. Była Marta i długi spacer z dziećmi. Poszły razem. Sylwię w pionie jeszcze trzymała złość. Miała tysiące pomysłów. I chciała natychmiast je zrealizować. Oczernić gówniarę na fejsie. Wysłać post, jakieś zdjęcia kompromitujące, screeny rozmów. Zrobić z niej szmatę pierwszej klasy.

Wysłać list polecony do rodziców przez znajomego kuriera, by dokładnie do ich rąk dostarczył kopertę z listami i SMS-ami córeczki, która bez skrupułów rozpieprzała czyjeś małżeństwo. Narobić jej bigosu w pracy. Napisać na nią kilkadziesiąt skarg. Trudno nie będzie. Jak jej nie zwolnią to przynajmniej życia nie będzie miała. Spotkać się z nią, uderzyć w twarz, opluć koniecznie w miejscu publicznym, by widzieli. Możliwości jest mnóstwo, by ją upokorzyć, zranić, zniszczyć i Sylwia najchętniej każdą z tych opcji wcieliłaby w życie. Kobieta pragnąca zemsty zdolna jest do wielu rzeczy. Marta doskonale to rozumie.

Była zdradzona boleśnie. Zna to uczucie, kiedy serce bije tak szybko, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Kiedy miliony myśli tańczą po głowie i nie dają racjonalnie funkcjonować. Kiedy złość jest tak ogromna, że chce się zniszczyć wszystko dookoła i zadać niewiernemu jak największy ból. Kiedy nie można spać, jeść, bo głowa ciągle analizuje. Każde zdanie kochanków wysłane do siebie, zdjęcie, piosenkę, kupiony prezent. Kiedy jest się o ten każdy gest tak zazdrosnym, że odczuwa się to niemal fizycznie. Kiedy wszyscy mówią „olej gnoja”, a nie umie się tego zrobić. Ani odejść ani normalnie żyć. Marta przerabiała to, pamięta świetnie, dlatego tu jest. Pamięta jak knuła, by kochance męża zatruć życie, jak w głowie układała plan, jak łatwo było zdobyć wszystkie informacje, jak szybko mogła to zrobić. Zniszczyć życie tamtej kobiecie, jej mężowi i dzieciom. Jak rozwalić swoje, wygnać męża i pewnie jeszcze utrudniać mu kontakty z synem, by nie miał za łatwo.

Sylwia jest roztrzęsiona, mówi jak w amoku. Wymienia po kolei, jak z karabinu, co zrobią. Jest nakręcona emocjami. Planuje pieczołowicie, nawet sensownie. Zawsze umiała opanować stres. Tyle razy w szpitalu musiała. Wyuczona jest. Lata praktyki. Umie poradzić sobie z ciężką chorobą, kalectwem i śmiercią pacjenta, ale nikt nie uczył jej jak radzić sobie ze zdradą męża. I w dupie ma co mówi Marta, że ma ochłonąć, odczekać, działać na zimno, a nie w emocjach. Chce odegrać się już, teraz, zaraz. Wybucha śmiechem, za chwilę płaczem.

A ona myślała, że Radek jest zmęczony, że to ona jest temu winna, bo pracuje w szpitalu, że on tak sobie pięknie radzi, a ona tego nie docenia. No radził sobie, jak cholera. Odskocznię sobie znalazł, fruwał nad ziemią. Niech frunie, daleko. Nie dotknie ani jej ani dzieci. Niech się bawi niegrzecznie z tą siksą skoro dzieci mu nie wystarczą. Ani ona, żona wzorowa. A miała takie wyrzuty, gdy doktor Piotr powiedział jej komplement i na nocnym dyżurze pili kawę. Nic nie było. Nawet flirtu. Może tylko on tak ciepło na nią spoglądał, a ona opowiadała o wspaniałym mężu, który się dziećmi zajmuje. No zajmował się. Zajebiście mu to wychodziło. A raczej wchodziło albo przynajmniej chciało wejść.
Sylwia coraz bardziej wulgarnym tonem wyrzuca z siebie słowa. Marta ją ucisza, to nie miejsce na tego typu rozmowy. Dzieci słyszą. Może nie rozumieją do końca, ale odczytują emocje bezbłędnie. Szybko zorientują się, że coś nie tak. Że mama płacze, jest smutna, że taty nie ma. A jeśli będzie to raczej na chwilę spakować resztę rzeczy. Dzieciaki jak barometr mierzą ciśnienie w domu. I reagują. Marta pamięta jak nocami płakała tak bardzo, że kończyło się to wymiotami. A synek, który do tej pory spał jak suseł, przybiegał do łazienki i błagał, by go wpuściła, bo wiedział, że mamusia jest chora. Skąd 6-latek miał taką intuicję, empatię?

Zdawał się funkcjonować normalnie, bawił się, był radosny, miał apetyt, ale nocami, gdy Marta zostawała sama ze swoim bólem, mały dzielił go z nią. I zasypiał z nią dopiero wtedy, gdy był pewien, że mama naprawdę usnęła. Trwało to tygodniami. Za dnia był wesołym rozrabiaką, nocami nad wiek dojrzałym dzieckiem, roztaczającym opiekę nad zrozpaczoną mamą. Marta tylko nocami pozwalała sobie na słabość. Za dnia twarda, zorganizowana, działała jak w zegarku. Tylko serce biło dziwnie, szybko jak szalone i było jej ciągle zimno. Chudła w zastraszającym tempie i choć mąż zerwał z kochanką, opuścił sypialnię, ale nie dom, dawał jej czas, to ona i tak długo nie odzyskiwała spokoju.

Chciała uchronić Sylwię. Pomóc jej przez to przejść, bo bez względu na to, czy wybaczy Radkowi czy nie, musi normalnie żyć. To nie takie proste odejść, zostawić szmat życia za sobą. Tylko kobieta po zdradzie zrozumie, jakie to trudne. Jak bardzo spada samoocena, jak strach paraliżuje przed samotnym mieszkaniem, reakcją dzieci i rodziny. Najłatwiej powiedzieć, odejdź, zapomnij, zemścij się na gnoju, znajdź innego albo i nie, i żyj pełną piersią. Każda wie, że czas po zdradzie to trauma, że można popełnić tyle błędów. Marta ma ich sporo na koncie. A Sylwia jest bliska temu, by mieć ich jeszcze więcej. Dlatego musi ochłonąć. Zastanowić się co dalej, przejść ten smutek i zdecydować, czy ratować małżeństwo, jeśli Radek będzie walczył, czy godnie się rozstać, bez prania brudów, kłótni i walki o dzieci. Tu najwięcej ludzi ponosi sromotną klęskę.

Marta czuje się wygrana, choć brzmi to irracjonalnie. Nie walczyła. Walczył mąż, o nią, jej zaufanie, uwagę. Najpierw rozłożona na łopatki, słaba, przerażona pracowała nad pewnością siebie. Powoli się podnosiła, skupiła się na sobie i swoich potrzebach. W pracy sukcesy. Matka wzorowa. Stała się silna. Odkładała pieniądze, by być niezależną. Skonsultowała się z prawnikiem, by wiedzieć jak postępować. Chciała rozegrać sprawę bezboleśnie dla dziecka. Mąż widział tę pewność siebie, musiał się zmobilizować i walczył, udowadniał, że mu zależy. Przyznał się do winy, do tego że był dupkiem i na nią nie zasługuje. Znosił zmiany humorów, kontrole telefonu. Nie zawsze miała klasę. Nie raz dała mu w twarz. Dziś oboje pracują nad związkiem. Czy będą razem to jeszcze nie jest pewne. Marta udowodniła sobie, że sama też da radę. Może uratują to małżeństwo. Jeśli nie to przynajmniej rozstaną się kulturalnie. Bez emocji, które teraz targają Sylwią.

Wrzucić wszystko na fejsa? Po co? Skompromitować siebie, czekać na hejt ze strony gówniary, upubliczniać własne cierpienie? Nie ma sensu. Marta przekonuje ją, by co najwyżej porozmawiać. Za kilka dni. Trzeba zobaczyć czy Paula będzie się dobijać. Jeśli tak to mają ją w szachu. Mogą pojechać razem. Wiedzą, że mieszka z rodzicami. Rodzicom pokażą rozmowy, zdjęcia, smsy z wyzwiskami i groźbami. To powinno podziałać. Jeśli tak bardzo pragnie ją ukarać to po cichu. W miasteczku na pewno będą i tak gadać, jeśli związku z Radkiem nie ukrywała.

Sylwia siada na pniu. Ma taką ochotę zmiażdżyć tę gówniarę. Jeszcze walczy. Nie chce się zgodzić. Po chwili znów wybucha płaczem. I wciąż pyta dlaczego. Marta wymyśla dzieciakom zabawę, a sama przytula Sylwię. I obiecuje, że się tym zajmą. Ale z klasą. Bo ona dziś przynajmniej spogląda sobie w twarz. Gdy odkryła zdradę męża chciała od razu narobić mu wstydu w pracy. Skoro w pracy romansował, to niech ponosi konsekwencje. Była gotowa nie raz. Wpaść do biura tamtej, dać jej w twarz, ubliżyć publicznie. Pytanie w jakim świetle postawiłaby siebie samą. Rozmowa z tamtą kobietą była, a i owszem. Po pracy ale na terenie budynku. Kto widział, że żąda od niej rozmowy, mógł się domyślić o co chodzi. Powiedziała jej krótko, ostro. Dziś, gdy wchodzi do budynku inni pracownicy ją witają. Tamta znika, usuwa się. To jej małe zwycięstwo. Ma klasę, jest szanowana, nie zrobiła z siebie histeryczki. Kilka razy coś dwuznacznie skomentowała tak, żeby dać innym do myślenia. Tamta może się nadal boi. To jej wiktoria.


Autorka: Poli-Ann


Lifestyle Związek

„Przecież dam ci na zakupy”- mówił. Nigdy nie zapomnę tego „dam ci”. Mój mąż wmówił mi, że pieniądze to władza, więc ja nie mam nic do powiedzenia

Listy do redakcji
Listy do redakcji
25 stycznia 2018
Fot. istock/themacx

Gdyby kilka lat temu ktoś mnie spytał, co najgorszego może się przydarzyć w związku z drugim człowiekiem, z osobą, którą kochasz i której ufasz, powiedziałabym pewnie, że zdrada lub brak miłości. Dziś wiem, że dla mnie to zależność od partnera, który wykorzystuje swoją finansową władzę nad kobietą po to, by ją ze sobą mocniej związać, by kontrolować i uniemożliwić samodzielne funkcjonowanie w małżeństwie. Bo nawet zdrada nie upokarza tak, jak fakt, że musisz prosić swojego partnera o parę złotych na bilet i drobne zakupy, czekając jak zaszczuta na te kilka zdań o sobie, które zaraz wypowie. Zanim poda ci (w najlepszym wypadku) pięćdziesięciozłotowy banknot, usłyszysz jaka jesteś rozrzutna, jak nie umiesz oszczędzać, jak nie można ci powierzyć domowego budżetu. Jak bez niego, jesteś nikim.

Nigdy nie sądziłam, że to przydarzy się właśnie mnie. Przecież pracowałam, odkąd zaczęłam studia. Udzielałam korepetycji, dorabiałam podczas wakacji, oszczędzałam. Dość szybko wynajęłam pierwsze mieszkanie, nieduże, ale dla mnie – idealne. Wiedziałam, od zawsze, jak ważne są pieniądze. Nie najważniejsze, rzecz jasna, ale nie oszukujmy się, nie żyjemy powietrzem.

W poprzednich związkach wspólne wyjście do kina, do restauracji, zakupy na kolację w domu nie stanowiły problemu – wydatkami dzieliłam się z partnerem zazwyczaj pół na pół. Tak było dobrze, wygodnie. I w tym związku było podobnie, dopóki nie zostaliśmy małżeństwem. Póki razem wynajmowaliśmy mieszkanie, wspólnie dokładaliśmy do domowej kasy, opłacając czynsz i drobne czy większe zakupy.

Co się zmieniło po ślubie? Na samym początku niewiele. Mąż przekonał mnie, żeby pensje przychodziły na jedno konto. Nie było w tym nic dziwnego. Ufałam mu. Tak będzie łatwiej, przejrzyściej, tak będziemy mogli lepiej kontrolować wydatki. Od zawsze zarabiał więcej niż ja pracując w dochodowej i dobrze finansowanej branży, ale nie było to nigdy źródłem nieporozumień między nami. Mieliśmy równy dostęp do konta, karty debetowe i poczucie bezpieczeństwa. Ja niestety tylko do momentu zajścia w ciążę, kiedy w piątym miesiącu musiałam pójść na zwolnienie lekarskie. Z powodu mojego złego samopoczucia, mąż przejął większość obowiązków związanych z zakupami, zajął się również opłatami. Ja miałam mieć tylko „spokojną głowę” i odpoczywać. Robiłam listę zakupów, on jeździł do sklepu i płacił. Coraz rzadziej przywożąc dokładnie to, o co prosiłam. Pomyślałam, że może nie chce mnie martwić, że powinniśmy więcej oszczędzać, że jest po prostu odpowiedzialny, więc zaczęłam zawężać listę swoich potrzeb, coraz bardziej i bardziej, do rzeczy podstawowych. Cieszyło go to, a ja skupiłam się głównie na oczekiwaniu na dziecko.

Kiedy urodził się nasz syn, mąż całkowicie przejął kontrolę nad wydatkami. On kupował pieluchy, zawsze w promocji, w określonym sklepie, zawsze w komplecie z tą samą marką mokrych chusteczek. Rozumiałam to, ale to zbiegło się w czasie z jego pierwszymi agresywnymi zachowaniami w stosunku do mnie. Nagle okazało się, że ten sam ukochany mężczyzna, który w ciąży masował mi stopy, potrafi mnie skląć, popchnąć, a nawet złapać za szyję i zacząć dusić.

Zaczął stawać się człowiekiem, którego wcześniej nie znałam. Coraz częściej robił mi awantury o źle odłożoną szczoteczkę do zębów, o naczynia w zmywarce, o smutek i zmęczenie wypisane na mojej twarzy. Coraz częściej mnie przerażał.

Coraz częściej słyszałam: „siedzisz w domu, nic nie robisz, a tu syf i brud”. A ja, jak każda młoda matka, robiłam w domu wszystko. Od opieki nad niemowlęciem, po sprzątanie, gotowanie obiadów i drobne zakupy. Tylko, że… no właśnie.

Zasiłek macierzyński skończył się po roku. Ja zdecydowałam się zostać jeszcze trochę z synem w domu. Mąż zarabiał dużo, o wiele więcej niż dwie osoby razem w przeciętnej polskiej rodzinie. Wydawało mi się, że mam najlepszą z możliwych sytuację i komfort psychiczny.

Dopiero z perspektywy czasu widzę, jak bardzo się pomyliłam.

Nadszedł dzień, kiedy on wrócił z pracy wyjątkowo zdenerwowany. Popchnął mnie na ścianę, zabrał telefon i uciekł do łazienki z moją torebką. Oniemiałam. Strach odebrał mi głos, bo dziś wiem, że już wtedy powinnam krzyczeć na cały głos o tym, co się wydarzyło. A jednak milczałam. Wtedy pierwszy raz zabrał mi kartę debetową na kilka dni, za karę za to, że się do niego odezwałam nie tak, jakby sobie tego życzył. Tylko nie wiedziałam, co było złego w pytaniu: „Jak ci minął dzień”?

Z czasem takiej sytuacje zdarzały się coraz częściej. Bywało, że siłą pozbawiał mnie dowodu osobistego, bym nie mogła pobrać pieniędzy z konta w banku. Zawsze potem przepraszał, przychodził z kwiatami i dawał w kopercie kilkaset złotych. „Przecież dam ci na zakupy”- mówił. Nigdy nie zapomnę tego „dam ci”.

Po kilku miesiącach zaczęłam te pieniądze „odkładać” do „następnego razu”. Że taki nastąpi, wiedziałam już na pewno.  Chowałam te koperty na wypadek, gdyby mąż znowu zechciał odciąć mnie od pieniędzy i zabrać mi dokumenty. Zamiast zacząć działać, przystosowywałam się do sytuacji, żeby przetrwać. I milczałam przerażona, że zabierze mi dziecko.

W kłótni słyszałam wiele. Najczęściej, że nie stać mnie na żaden z pokoi w naszym mieszkaniu. Że nie zarabiałam nawet na kilkanaście metrów tego mieszkania. Że nic, co się w nim znajduje, nie należy do mnie. I że jeśli zdecyduję się odejść, on wynajmie najlepszego adwokata, by odebrać mi syna. Zrobi to, bo go stać.

Ten ostatni argument zatrzymał mnie przy nim na kilka lat. Uwierzyłam we władzę pieniądza, w to, że jeśli masz kasę, możesz z drugim człowiekiem zrobić wszystko. I trwałam w tej sytuacji, jak sparaliżowana, na zewnątrz utrzymując iluzoryczną fasadę idealnego związku, idealnej rodziny.

Kiedy syn skończył dwa lata, wróciłam do pracy. Ale mąż postawił mi warunek. Pieniądze z pensji muszą przychodzić na nasze wspólne konto, on musi mieć pełną kontrolę nad każdą złotówką, którą wydaję. Bo nie umiem wydawać pieniędzy, nie znam się na tym. Zgodziłam się, ze strachu.

Kiedy nastąpił przełom? Pamiętam ten dzień dokładnie. Potrzebuję pieniędzy, żeby kupić bilet na autobus i zawieźć syna do żłobka. Drżącymi rękami liczę drobniaki, które zostały mi po zakupach w osiedlowym sklepie. Brakuje 20 groszy. Podchodzę do szafy i przeszukuję kieszenie kurtek i spodni. Upokarza mnie to. Przecież, do cholery, jestem dorosłą osobą, zarabiam pieniądze! A jednak nic nie jest moje. I to jest najgorsze uczucie, jakiego doświadczam.

W głowie zaczyna rodzić się plan. W następnym tygodniu już pracuję, po kryjomu na zlecenie, a to, co zarobię, wpłacam na założone przez siebie osobiste konto. Po pół roku stać mnie na wynajęcie mieszkania. Przychodzi dzień, w którym nie zawożę syna do przedszkola, tylko pakuję nasze walizki i uciekam.

Od mojej wyprowadzki z domu minął prawie rok. Kiedy myślami wracam do tych wszystkich, upokarzających sytuacji, kiedy w kieszeni brzęczały mi jedynie grosze na bułkę czy na bilet, nie potrafię sobie wybaczyć, zrozumieć, jak mogłam do tego dopuścić. Czas mija powoli i wiem, że w końcu nadejdzie moment, gdy poczucie winy wobec siebie samej minie. Jutro składam pozew rozwodowy.


Zobacz także

5 sygnałów, które wskazują, że nie jesteś gotowa na nowy związek

„Czasami trzeba być smutnym, by iść naprzód”. Czego nie wiecie o Adele

Od dziś już nie możesz powiedzieć, że coś cię ogranicza