Lifestyle

Jak to jest „pożyczyć” sobie kawałek szczęścia? Nie zapominajmy, że kiedyś też byliśmy dziećmi

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
13 października 2017
Fot. iStock / Martin Dimitrov
 

Inteligencja emocjonalna. Słowo klucz. Odkąd udowodniono, że umiejętność odczytywania uczuć i emocji (swoich i u innych) ma realny wpływ na nasze szczęście i sukcesy, pragniemy jej jak niczego innego. Chętnie czytamy, jak poprawić u siebie EQ, jak zwiększyć swoją wartość taką cenną umiejętnością. Czasem zastanawiamy się, czy można w naszych dzieciach wytrenować zdolność emocjonalnego czytania świata.

Inteligencję emocjonalną można w sobie wypielęgnować i wyćwiczyć. W dzieciach też, choć, chyba można pokusić się o stwierdzenie, że najważniejsze to nie odbierać im tej całej trudnej emocjonalności, która w nich jest, a jedynie nauczyć je te uczucia oswajać i nazywać. Pamiętać, jak to jest być dzieckiem. Czuć całym sercem i brzuchem, całym ciałem – i nie mówić po chwili „ale…”.

Już jako dzieci zaczynamy niesamowitą podróż przez życie, niestety często zapominamy o tym, co zobaczyliśmy. Uczymy się wytrwale emocje zagłuszać, upraszczać świat, żeby i nam było ciut łatwiej… A przecież na końcu tych wszystkich zabiegów, gdy nasz pancerz jest już kompletny i uzbrojony, dochodzimy do wniosku, że nie potrafimy znaleźć swojego szczęścia, że znów musimy od nowa uczyć się tego wszystkiego, co mieliśmy na początku. I uczymy się, jak to jest „pożyczyć” sobie kawałek szczęścia, bo przecież to niemożliwe, żeby je mieć, tak po prostu.

Ostatnio trafiła w moje ręce książka „Skrawki  nieba”, opowieść o Irze i Zaku, rodzeństwu z sierocińca Skilly. I choć to książka dla dzieci, przyznam, że dawno lektura tak mocno mnie nie poruszyła.

Ira i Zak tułają się między sierocińcami i rodzinami zastępczymi, ich świat wydaje się być szary, a oni pozbawieni władzy nad swoim życiem – bo przecież „sierota” coś znaczy… Idą przez swoje życie w przekonaniu, że zbyt wiele im się nie należy, że mogą sobie od czasu do czasu pożyczyć jakiejś dobrej chwili. Wyrwać z całej tej szarości swoje „skrawki nieba” – tego błękitnego, dającego nadzieję. Uczą nas olbrzymiej życiowej pokory. Nie ma tam przerysowanych złych opiekunów, są wokół nich prawdziwi ludzie – ci ciepli, ci szorstcy i zasadniczy i ci kolorowi jak papugi. Jak w prawdziwym życiu. A jednak możemy tym dzieciakom pozazdrościć. Czego?

Tego, że wciąż chcą spełnienia swoich marzeń szukać, że choć mają pod górkę, umieją złapać te małe kawałeczki, docenić. Potrafią to wszystko, co my zgubiliśmy w pośpiechu. Uczą nas tego, jak spojrzeć na świat i się nim po prostu zachwycić.

Dlaczego ta książka jest ważna dla dzieci?

Jeśli pragniecie, by wasze dzieci podczas dorastania nie zgubiły tego, co najcenniejsze – swojej emocjonalności, ta książka jest dobrym miejscem na nowy początek. Opowiedziana pięknym, lecz prostym językiem, pokazuje świat trudny – taki, jaki czeka za oknem. Nie wyolbrzymia, nie odciąga swoją fabułą od prawdy, a jednak pokazuje, jak wiele dobrego można z tego świata wyłuskać. Pokazuje, że happy endy to nie wróżka, która „pstryk” rozwiąże wszystkie problemy. Ale zamiast wróżki jest Hortense, uosobienia dobra, czułości. Opowieść jest jedną z piękniejszych historii o emocjach, tych najprawdziwszych na świecie. Nie ma lepszego sposobu, by pielęgnować w dziecku wrażliwość.

Dlaczego „Skrawki nieba” zmieniają dorosłych?

Narratorką jest dziewczynka, starsza z rodzeństwa Ira i czujemy to doskonale. Z każdym zdaniem, nawet tym z pozoru błahym, prostym, opisującym ogród czy ludzi, zaczynamy przypominać sobie, jak dzieci widzą świat, jak wiele potrafią dostrzec. Przypomina nam coś najważniejszego na świecie – nigdy nie myśl, że coś jest  nieważne tylko dlatego, że ty nie masz już na to czasu…  Każdy zasługuje na dobre zakończenie, nie tylko w bajkach.

„(…) Bo dzisiejszy dzień był dobrym dniem i nie trzeba było tego udawać”.*

9788380735514„Skrawki Nieba” to jedna z książek, które warto przeczytać, gdy się jest dzieckiem, i gdy po dzieciństwie zostało nam już tylko ulubione zdjęcie w albumie. Nawet, jeśli dziś widzisz tylko skrawek niebieskiego nieba, prędzej czy później wiatr rozwieje chmury…


*”Skrawki nieba”
S. E. Durrant
Wiek: 9-11 lat

Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Zielona Sowa


Lifestyle

7 rzeczy, którymi nie powinniśmy się dłużej stresować. Bo szkoda na to życia

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 października 2017
Fot. iStock/SrdjanPav
 

Życie codziennie przynosi nam dużo niepotrzebnego stresu. Niestety, wielu z nas martwi się dodatkowo sprawami, sytuacjami i osobami, którymi absolutnie denerwować się nie powinniśmy. Mamy tendencję do popadania w obsesyjne wręcz myślenie o rzeczach, na które nie mamy wpływu lub które nie mają większego znaczenia. A przecież stawką jest nasz spokój i zdrowie.

Warto uświadomić sobie, z których potencjalnych stresorów powinniśmy natychmiast zrezygnować.

1. Co inni o tobie pomyślą

To pułapka, w którą łapiemy się z zaskakującą częstotliwością. Następnym razem, gdy będziesz martwił się czyjąś opinią na twój temat, przypomnij sobie do kogo należy… twoje życie. Nikt nie powinien sprawiać, że tracisz pewność siebie, że ubywa ci miłości własnej. Ludzie wokół ciebie zmieniają się, ty zostajesz ze sobą na zawsze. Zacznij dbać o to, co sam o sobie myślisz i w jaki sposób się traktujesz.

2. Że masz czegoś za mało

Mowa o rzeczach materialnych. Niech nie wyda ci się banalne stwierdzenie, że inni mają dużo mniej niż ty. Tak po prostu jest, choć nie lubimy tego argumentu. Pamiętaj także, że badania wykazały, że poza możliwością zaspokojeniem podstawowych potrzeb, większa ilość pieniędzy nie sprawia, że jesteśmy bardziej szczęśliwi. Naucz się wdzięczności za to, co masz już dzisiaj.

3. Że popełniasz błędy

Przychodzi taki moment, w którym musimy po prostu wybaczyć sobie przeszłość i ruszyć dalej. Rozpamiętywanie błędów i trudnych doświadczeń niczego nie zmienić i nie sprawi, że poczujesz się lepiej w sytuacji, w której się obecnie znalazłeś. Każdy błąd, jaki popełniłeś sprawił, że czegoś się o sobie dowiedziałeś, potraktuj go więc z…większym szacunkiem. Przestań winić się za swoje pomyłki i zacznij widzieć je jako życiowe doświadczenia, które pomogły ci dotrzeć do miejsca, w którym teraz jesteś.

4. Że „nie pasujesz”

Prawda jest taka, że jedynie życie zgodne z tym co dyktuje ci serce – zgodnie z samym sobą –  pozwoli ci być naprawdę szczęśliwym. „Przystosowywanie się” nie sprawi, że wewnątrz staniesz się kimś innym. Twoje pragnienia i marzenia zostaną takie same, jedyne co możesz zrobić to stłumić je w sobie i popaść we frustrację, gdy okaże się, że twój czas mija, a ty nie zdążyłeś go wykorzystać tak, jak byś tego naprawdę chciał.

5. Że nie wszystko jest „idealne”

Twój wygląd, twój dom, twoje życie… Myślenie o tym i ciągłe denerwowanie się, że do perfekcji wciąż daleko, nie pozwalają ci cieszyć się chwilą i doceniać tego, co masz. Akceptacja jest podstawą wewnętrznego spokoju. Jeśli chcesz coś zmienić – działaj, a nie porównuj się do innych.

6. Że ktoś cię nie lubi

Sympatia innych osób mile łechce naszą próżność, ale chęć przypodobania się im i zadowalania za wszelką cenę (nawet za cenę swojego szczęścia i bycia szczerym z samym sobą) nie sprawi, że będziesz szczęśliwy. Raczej przyciągnie do ciebie niewłaściwych ludzi, którzy chcą cię tylko wykorzystać. Dowiedz się, jak kochać siebie i słuchać własnych potrzeb.

7. Że ktoś cię skrzywdził

Wybacz to sobie wreszcie. Ludzie pojawiają się w naszym życiu i z niego odchodzą, nie powinieneś mieć do siebie żalu za to, że pozwoliłeś komuś się skrzywdzić. Nie zawsze w porę włącza nam się „czerwona lampka”, nie zawsze odpowiednio wcześnie orientujemy się, że ważna dla nas relacja jest jednocześnie destrukcyjna.


Na postawie: powerofpositivity.com

 


Lifestyle

„Może dorobiono mi „gębę”, bo ośmieliłam się wystąpić głośno w obronie praw kobiet. Za to się jest w Polsce wyzywaną albo od brzydul, albo od dziwek”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 października 2017
Fot. Tatiana Jachyra

„Mój środkowy palec wymierzony jest do wszystkich tych, którzy kierując się fanatyzmem i hipokryzją meblują życie innym ludziom”- pisze w swojej najnowszej książce Paulina Młynarska, która sama na wiele lat utknęła w zgniłych kompromisach, pozwoliła, by autorami scenariusza jej życia byli wszyscy wokół, tylko nie ona sama. Po latach terapii, poznawania siebie, mierzenia się z własnymi lękami, żyje swoim życiem, mocno trzyma je w rękach, jasno wyraża swoje poglądy, uczucia. Dzisiaj wie, czego chce i na jakie kompromisy jest w stanie pójść. 

Ewa Raczyńska: Kompromisy to coś, co Ci w życiu nieustannie towarzyszy?

Paulina Młynarska: Wbrew pozorom tak, aczkolwiek patrząc wstecz, im byłam młodsza, im dalej sięgamy w moją przeszłość, tym bardziej zgniłe były te kompromisy.

Zgniłe, czyli jakie?

Zgniłe kompromisy z mojej przeszłości wynikały z wychowania, z nieprzepracowania mocno traumatycznych zdarzeń związanych nie tylko z tym, z jakiej jestem rodziny, jaka była moja przeszłość, bo każdy z nas ma jakieś swoje traumy z dzieciństwa, ale były też związane z moją płcią. Nieżyjący już profesor Osiatyński mówił, że dyskryminacja kobiet jest zapisana w języku, zapisana w naszej codzienności, w naszych odruchach. Bycie kimś dyskryminowanym z racji płci, jest ogromnie bolesną sprawą, tak bolesną, że to wypieramy i w ogóle sobie tego nie uświadamiamy.

To znaczy?

Bardzo wiele kobiet atakuje mnie i inne osoby, które zabiegają o respektowanie praw kobiet, że przesadzamy, że wcale nie jest tak źle. To, co nas różni od tych atakujących nas kobiet, to fakt, że myśmy sobie uświadomiły, zrozumiały, że jesteśmy dyskryminowane, że odbiera się nam nasze prawa. I z chwilą, kiedy takie przekonanie przebija się z odmętów nieświadomości na powierzchnię świadomości, nie można nic tym nie zrobić. Do mnie to dotarło, ponieważ wykonałam pracę terapeutyczną, leczyłam się z depresji i pracowałam nad sobą, żeby moje życie było szczęśliwe. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z ogromu dyskryminacji kobiet, ogromu niesprawiedliwości, które dotykają mnie, moją siostrę, córkę, przyjaciółki, kobiety, których nie znam.

Przeszłam proces borykania się z tym, myślałam, że to nie może być prawda. A potem dopuściłam do siebie myśl, że tak się jednak dzieje. I jako osoba uwrażliwiona zaczęłam zajmować się tym zawodowo. To właśnie wtedy pojawiło się, zresztą nie przez przypadek, „Miasto Kobiet”. Zaczęłam się też przyglądać swoim własnym wyborom życiowym i zmagać się z nimi, patrząc na siebie przez pryzmat tego, co ja sama sobie robię. Zanim się w pełni wyemancypowałam w swoim własnym wewnętrznym świecie, w swojej własnej głowie, przeszłam przez wiele wątpliwości.

To jest ważne.

To jest podstawa. Znam wiele silnych kobiet, także działaczek feministycznych, które są wyemancypowane tylko wtedy, kiedy krzyczą na ulicy albo piszą teksty, a w domu kładą uszy po sobie. Kiedy zaczęłam się emancypować we własnym wewnętrznym świecie, dotarło do mnie, na jakie kompromisy szłam, żeby się przypodobać mężczyznom, żeby przypodobać się „mamusi” wychowanej w patriarchalnym świecie, żeby spełnić oczekiwania. Ja – człowiek uwielbiający wolność i nie dający się przyszyć do życia rodzinnego w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, ja samotniczka, ja osoba bardzo osobna, bardzo odrębna, czterokrotnie wychodziłam za mąż, bo nie mogłam zaakceptować faktu, że jestem właśnie taka.

Takie działanie wbrew sobie?

Tylko, że ja nawet nie wiedziałam, że to jest wbrew mnie. Tak jak wiele z nas, kobiet, próbowałam spełnić oczekiwania społeczne i myślałam sobie: „ojej może wreszcie mi się uda i będę w końcu pełnowartościową istotą ludzką”. Bo gdzieś w moim wewnętrznym oprogramowaniu był cały skrypt pod tytułem: kobieta musi mieć męża. Mój tata bardzo często powtarzał, że przecież nie mogę być sama, muszę mieć oparcie w mężczyźnie.

Moja mama mówiła, że jak nie znajdę męża na studiach, to już nie znajdę…

Powszechne, prawda? Tymczasem mojej córce, która wzrastała razem z moim wzrostem świadomości, zawsze powtarzałam, że ma szukać wsparcia w sobie. I dziś  ona ma 25 lat i jest w związku, który trwa dłużej niż którykolwiek z moich związków… To czymś mówi.

Także to były te bardzo zgniłe kompromisy. W bardzo dużym stopniu dotyczyły one także mojego wizerunku, tego jak wyglądałam. Pozwalałam narzucić sobie te blond loki, szpilki… Wystarczy popatrzeć na stare programy „Miasta Kobiet” odejmując to, co było modne 10 lat temu – to zupełnie inna ja.

Za to dzisiaj jestem kimś, kto nie założy na siebie czegoś, w czym jest mi choć trochę niewygodnie. Po prostu: „nie, walcie się”. A wtedy, te dziesięć czy osiem lat temu, chociaż byłam chuda jak patyk, nosiłam pas wyszczuplający, żeby brzuch mi nie wystawał znad tych super obcisłych (o numer za małych) slim dżinsów z lajkrą. Do tego obowiązkowo szpile. I tak spędzałam 11 czy 12 godzin w studiu „Miasta Kobiet” siedząc na kanapie w tak nienaturalny dla mnie sposób, że nabawiłam się zawodowej kontuzji kolana, między innymi przez te obcisłe spodnie, które podciągały mi rzepkę do góry. Pamiętam godziny, kiedy kolano mnie bardzo bolało. Jednak miałam po pierwsze, zakodowane: chcesz być piękna musisz cierpieć, a po drugie miałam poczucie, że po prostu muszę wytrzymać, jestem w telewizji, jestem gwiazdą, nie mogę dyskutować z tym, co mi stylistyki zaproponują. Żeby nie było – stylistki, to fajne dziewczyny, one by mi zaproponowały różne fajniejsze rzeczy, ale te aprobują szefowie, więc to też były zgniłe kompromisy.

Dotyczyły one także takiego lękowego brania różnych prac tylko dla kasy. Bardzo sobie cenię niezależność, od bardzo młodego wieku nie przyjmowałam pomocy od mojej rodziny, co prawda moja rodzina też się z pomocą nie kwapiła, więc utrzymywałam się sama, od kiedy skończyłam 16 lat. Było to dla mnie źródłem wzrostu poczucia własnej wartości – w końcu sobie świetnie radziłam. Ale była też druga strona medalu – nieustanny lęk, że nie będę mieć kasy. Brałam więc strasznie dużo pracy, pracy, która często nie dawała mi nic więcej oprócz pieniędzy. Nieustannie wydawało mi się, że zabraknie dla mnie pracy, że muszę brać, jak leci i nie wybrzydzać. Taka osoba jak ja to wymarzony pracowniki – karna, nie stawiająca się, która nie zadaje pytań.

Dzisiaj, kiedy ten lęk ustąpił, kiedy wiem, jak zarabiać pieniądze, ale też jak oszczędzać, zdaję sobie sprawę, że to były także zgniłe kompromisy. Zresztą wystarczy się dokopać do czasów, kiedy byłam aktorką. Co najlepsze w 1999 roku zmieniłam zawód, czyli prawie od 18 lat nie jestem aktorką, a do tej pory bywam przedstawiana jako aktorka, co mnie trochę wkurza i trochę bawi, ale też ubliża tym, którzy mają duży dorobek zawodowy na tym polu. Ja tę przygodę bardzo wcześnie zaczęłam, ale też szybko skończyłam. Jednak w tym okresie, kiedy byłam aktorką, grałam w filmach takie role, jakie wówczas były dla kobiet. A że byłam bardzo ładna, miałam ładne ciało, to po prostu rozbierałam się w tych filmach.

W tamtym czasie w większości filmów kobiety się rozbierały.

Dotyczyło to 90% aktorek. Dzisiaj, ponieważ toczy się dyskusja feministyczna, jest tego trochę mniej. Natomiast wtedy, w latach 80-, 90-tych to naprawdę był chwalebny wyjątek, kiedy trafiała się rola dla kobiety, w której nie była ona obiektem seksualnym. Wszystkie się rozbierały. Oczywiście z jakiegoś powodu o mnie się wypisuje, że grałam w pornosach, nie wiem skąd to się wzięło. Może dorobiono mi „gębę”, bo ośmieliłam się wystąpić głośno w obronie praw kobiet. Za to się jest w Polsce wyzywaną albo od brzydul, albo od dziwek.

Może chodzi o umniejszanie Twojej roli, pozycji?

Pewnie tak, ale z dzisiejszej perspektywy uważam, że bycie w tym zawodzie było dla mnie zgniłym kompromisem. Gdybym nie brała tych ról, które mi podsuwano, nic bym nie zagrała, innych nie było.

Wtedy, jako młoda osoba, miałam tak nikłą świadomość, że do głowy mi nie przyszło, że coś jest nie okej. Jak się cofnę pamięcią, to widzę dziewczynę, podobną do wielu dziewczyn z dzisiaj, która uważała, że taki jest ten świat. Że kobieta jest po to, żeby ładnie wyglądać, mieć cyca i pupę, podawać do stołu, rodzić dzieci, a cała reszta jest na waciki. I tylko dlatego, że tak dużo doświadczyłam, że zaczęłam walczyć, żeby nie zjadła mnie depresja, obudziłam moją świadomość.

Ale z tych zgniłych potrafiłaś się już wtedy wycofywać. Jednak były rozwody, rzucanie pracy…

Oczywiście, bo ja nie jestem typem, który w tych zgniłych kompromisach długo wytrzymuje. Tyle tylko, że wtedy nie wiedziałam, że wycofując się z jednego zgniłego kompromisu, wpadam w drugi. Uciekałam z deszczu pod rynnę, ponieważ moja świadomość była taka, jaka była.

Dopóki nie zmieniłam swojej głowy i myślenia o sobie, odgrywałam ten sam, dramat, tylko w różnych dekoracjach i z różnymi aktorami. To była ta sama opowieść, o dziewczynie, która jest w sytuacji zagrażającej, frustrującej, jest w sytuacji, w której się musi jakoś poświęcać, żeby wytrwać. Kiedy nie wytrzymywałam, myślałam: muszę zmienić dekorację, partnera, to wtedy zmieni się sztuka. I dawaj ku*wa mać, nowa premiera tyle, że z tymi samymi tekstami, didaskaliami. I tak leciałam do następnego teatru.

Aż w końcu usiadłam z moją terapeutką (zresztą niejedną) nad scenariuszem tej sztuki i zadałam sobie pytanie, dlaczego w tym scenariuszu są takie sceny, skąd to się wzięło, kto jest autorem? Okazało się, że autor jest zbiorowy. Jest nim trochę moja rodzina, trochę społeczeństwo, trochę szerokość geograficzna, a także moje własne, niekoniecznie mądre, koncepcje na rozwiązywanie problemów.

I tak zaczęłam mozolne pisanie scenariusza swojego życia na nowo. Trwało to wiele lat, żeby nie było, że głoszę teorię: zrób sobie terapię w weekend i po problemie. Nie mówię o lajtowym doświadczeniu, mówię o przeoraniu swojego życia, o kilkunastoletniej pracy, ponieważ ja z uzdrowienia mojego życia zrobiłam priorytet. Ci którzy sądzą, że to jest bułka z masłem, niestety grubo się mylą.

Dzisiaj zbieram owoce tej wieloletniej pracy. Wiem, czego chcę, mam dobre, fajne i ciekawe życie, kładę się spać, czasem jak każdy – bardzo zmęczona, ale za to spokojna i budzę się uśmiechnięta. Strasznie dużo fajnych rzeczy robię. Dzieje się tak dla tego, że poprosiłam o pomoc. Wiele lat temu, przysiadłam z różnymi osobami, głównie terapeutami, nad moim scenariuszem życia i zaczęłam pisać od nowa swoje reakcje. Kiedy w dialogu ktoś mówił coś, co obraża kobiety, więc obraża i mnie, albo mówił coś umniejszającego, poniżającego zaczęłam inaczej reagować. Paulina ze starego scenariusza albo puściłaby to mimo uszu, albo by się trochę pokłóciła, może nabzdyczyła, ale ciągnęłaby ten dialog. W nowym scenariuszu, ten dialog nie ma miejsca, scena nie kontynuacji. Bo ta Paulina, którą jestem po terapii, po wielu latach pracy nad sobą, nie podejmuje interakcji z kimś kto jej uwłacza. Nagle w tej sztuce, którą gram, przestał pojawiać się typ, który się do mnie dopieprzał co chwilę.

Przestały się pojawiać osoby, które generowały dramaty i problemy. Wszyscy to dobrze znamy. Są takie osoby, które nakręcają karuzelę negatywnych emocji, a my zamiast odstąpić, ciągniemy tę grę. Za to zaczęły się pojawiać inne rzeczy. Na przykład pojawiła się postać taka, jak Paulina siedząca przed kominkiem w Kościelisku i pisząca książkę. Już nie w tych obcisłych dżinsach i szpilkach z tym pasem obciskającym i z przyklejonymi rzęsami i lokami na lakier. Tylko w wygodnym swetrze i zrelaksowana. Zaczęły się pojawiać zupełnie inne rozmowy nawet z członkami mojej rodziny i moją córką. Takie rozmowy, w których nie ma miejsca na niekończące się dramaty i silne emocje, ale jest miejsce, żeby się dogadać, zrozumieć, pożartować.

Bez kompromisów?

Gdzie tam. Dziś żyję jak każdy inny człowiek w kompromisach, bo nie da się w życiu na nie nie iść. Trzeba czasami odpuścić, zejść ze sceny. Czasami kompromis jest też fajny, bo wiąże się z jakąś taką pokorą. Kompromis to jest też moment, kiedy mówimy komuś: przepraszam, głupio wyszło, to ja odpuszczę. Zejdę z poziomu swojego ego, swojego ważniactwa. I to nie są zgniłe kompromisy, to są te dobre, świadczące o tym, że się człowiek potrafi posunąć.

To też dojrzałość?

Na pewno. Wiem, że idąc na zły kompromis w głębi serca wiemy, że on jest zgniły. Zgniły jest wtedy, gdy okradamy same siebie z godności, z wygody, z czegoś co jest nam potrzebne, z jakieś wartości. Zdrowy to taki, w którym obdarowujemy kogoś świadomie. Mówię: dobrze, jak pójdę na ten kompromis, posunę się trochę, zrezygnuję odrobinę z moich „diapazonów ważności” ze względu na to, że warto komuś zrobić miejsce po prostu, że to jest w porządku i nawet jeśli się to wiąże z jakimś poświęceniem z mojej strony, to jest przemyślane i mnie na to stać.

W takiej sytuacji nie robię nic przeciwko sobie?

Tak. Pamiętajmy, że poczucie własnej wartości, jest jak worek z fasolą, który musi nam wystarczyć na całe życie. On reprezentuje nasze zasoby życiowe. W momencie, kiedy pozwolę się okradać z tej fasoli, bardzo szybko będzie jej coraz mniej. Natomiast, gdy dbam o te swoje zasoby, wymieniam fasolkę za fasolkę i czuję, że mam jej dużo, że jestem bogata emocjonalne i nawet jeśli zadecyduję, że wydam jakąś „fasolkę”, to stać mnie na to, bo wiem, że sobie ją odbiorę w taki czy inny sposób. Chociażby w poczuciu zadowolenia, że jestem kimś kogo stać na gest odpuszczenia i dania sobie spokoju. To jest ta różnica, czy my same wydatkujemy tę naszą energię życiową czy dajemy się okradać.

Fot. Tatiana Jachyra

Fot. Tatiana Jachyra

Często ludzi tłumaczą się uwikłaniem w układy, związki, relacje, mówią, że ich nie stać na poczucie komfortu życia w zgodzie ze sobą.

W ogóle uwikłanie w związki, to jest skompilowany temat. Ja też byłam strasznie uwikłana, ale się uwzięłam i rozwikłałam co trzeba.

Ostatnio, podczas wyprowadzki, sprzątałam mój dom. Znalazłam tam taki kłębek, w którym było wszystko – od sznurowadeł, przez spinkę do włosów, skarpetkę dziecka, kiedy miało sześć miesięcy, pierwszy ząb, który wypadł, nigdy nieużyty tampon i waciki, fragment kolczyka z 82-ego roku. Wszystko w takiej kuli, która gromadziła się przez 30 lat w szufladzie albo na dnie kartonu w piwnicy. No więc patrzyłam sobie na to wszystko i zastanawiałam się, jak to rozwikłać. Pytałam siebie podczas medytacji, czy nie byłoby to dla mnie jakieś ćwiczenie. Ćwiczenie jednak polega na tym, żeby tę kulę piznąć po prostu do kominka albo wyrzucić jak leci, bo tego się nie rozplącze. Nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko. Chcesz mieć proste i szczęśliwe życie, to musisz pozbyć się w jakiś sposób tego całego bagażu, coś musisz z tym zrobić.

Dziewczyny u mnie na warsztatach, czy w komentarzach na Facebooku, czy w mailach często piszą takie zdanie, które jest ukochanym zdaniem ludzi uwikłanych: „To nie jest takie proste”. No nie jest. Ostatnio jedna babka w wywiadzie ze mną mówi: „Twoje życie też nie należy do sielanki, nie masz jak widać spokojnego życia”. No nie mam, ale ważne, że ja jestem spokojna. Już też jestem zmęczona udzielaniem odpowiedzi osobom, które nie rozumieją, że jeśli w coś wikłały się przez 30 lat ich życia z powodu rodzinnego wychowania, ich wyborów życiowych, to teraz muszą dwa czy trzy lata poświęcić na rozwikłanie. To się nie rozwikła w weekend, to trwa lata, to jest długa droga. Trzeba z tego zrobić priorytet.

Odnoszę wrażenie, że z takiej krzyczącej buntowniczki, gdzieś wyhamowałaś i się uspokoiłaś?

Tak. To się bardzo mocno skorelowało z „dobrą zmiana”. W związku z narracją, jaka pojawiła się w stosunku do kobiet weszłam na siódmą orbitę frustracji… Mogłam tam zostać, ale postanowiłam coś z tym zrobić, ponieważ nie będę chodziła jako frustratka po świecie. Przyłapałam się na tym (i innych też), że zamykamy się w tym naszym odbijaniu piłeczki, zaczęło mi to przypominać awanturę rodzinną, w której nikt nikogo nie chce usłyszeć, tylko każdy obstaje przy swoim. I z tego nic nie wynika. W pewnym momencie cierpienie i napięcie staje się tak wielkie, że albo ktoś wychodzi i trzaska drzwiami albo zaczynamy sobie skakać do gardła.

Wyjechałam na długo, między innymi dlatego, że prowadzę warsztaty w Azji dla kobiet. Poza tym bardzo potrzebowałam coś zrobić z tą moją frustracją, więc zaczęłam więcej medytować nad takim pytaniem, co ta frustracja o mnie opowiada, jaki obraz moi przeciwnicy, hejterzy i cała ta „dobra zmiana” mi odsyła. Stało się to dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Zbiegło z długim wyjazdem i pobytem na Sri Lance u mojego jogina, którego znam już wiele lat. Pojechałam też do Kerali, gdzie mocno pracowałam nad jogą. To może zabrzmieć tak trochę banalnie, że się wku*wiała, wku*wiała, stresowała, frustrowała, pojechała na Wschód i doznała objawienia. Ale tak nie jest. Ja na ten Wschód jeździłam już zawodowo z grupami kobiet, organizując tam warsztaty. I w ogóle podróżuję od dawna i od bardzo dawna jeżdżę do Azji, żeby ktoś nie pomyślał, że tu szpanuję, że na Sri Lance u mistrza doznałam jakiegoś olśnienia. Takiego objawienia można doznać na Ursynowie siedząc na swojej kanapie. Nie o to chodzi. Ja akurat dużo podróżuję.

Mam wrażenie, że w jakimś stopniu przepracowałam tę moją frustrację. Dzisiaj bardziej zależy mi na tym, żeby tłumaczyć, bo bez wiedzy nie zajedziemy daleko. Nie chcę nakręcać w sobie takich bardzo negatywnych emocji i w innych ich podniecać, tylko po to, żeby żywić tego demona kłótni narodowej. Po tej tzw.„naszej stronie barykady” jest też bardzo dużo hejterstwa, nienawiści do kobiet, seksizmu. W tej chwili wolę zwracać uwagę na jakość tej dyskusji, niż być jednym z głosów w chórze hejterów. Wiele osób ma mi to za złe, bo przyzwyczaiło się, że jestem krzyczącym głosem. Bardzo państwa przepraszam, ale ja mam też prawo się rozwijać, mam prawo się uczyć, wyciągać wnioski z moich błędów i zmieniać strategie. To, że ktoś utknął w jakimś punkcie, jest jego problemem. Ja nie stoję w miejscu, dalej się rozwijam i to co robię, jest adekwatne do poziomu mojego rozwoju.

Jeśli nazywasz się obrończynią demokracji, równości i praw kobiet, a jednocześnie w seksistowski paskudny sposób atakujesz Krystynę Pawłowicz czy premierkę Szydło, to w czym czyni cię to lepszą od osób, które narzucają innym antykobiecy światopogląd?

Mamy problem proszę państwa, dlatego, że mamy kukizowców, którzy proponują powszechny dostęp do broni. Mamy rapera Popka, który zapowiedział, że będzie brał udział w wyborach i jeśli to podtrzyma, na pewno do Sejmu się dostanie, bo w Polsce każdy, kto jest znany może zostać posłem. Ten poziom prymitywnej debaty i tak nam grozi. Jedyne co możemy zrobić, żeby temu przeciwdziałać, to trzymać klasę. Po prostu. Trzymać klasę.

Nie wiem, czy to coś da, bo z drugiej strony żyjemy w takim momencie, w którym schamienie jest bardzo powszechne. Mój tata załamywał ręce w komunie, że inteligent jest spychany na margines… O Boże, tato, gdybyś ty widział, co teraz się dzieje! Gdybyś ty usłyszał, co jest wygadywane w mediach i na jakim poziomie, to byś zapłakał. W komunie, kultura była jednak w rękach inteligencji. W tej chwili kultura i środki masowego przekazu są w 90% w rękach potwornego chamidła.

Rebel


Zobacz także

„Godzina dla rodziny” – nowy projekt w rządzie, który, odnoszę wrażenie, ma nas za idiotów

Luksus, jakim jest… czas dla samej siebie. Ja już wiem, jak go wykorzystać

Rozstanie nigdy nie jest proste. Jest kilka trudnych rzeczy, z którymi musimy sobie poradzić