Lifestyle

Pomijasz framugi okienne i prowadnice podczas mycia okien? Tak wyczyścisz wąskie szczeliny

Pani Mądrala
Pani Mądrala
25 września 2017
Fot. iStock/freemixer
 

Lubię myć okna. Serio. Chociaż nie robię tego zbyt często, ta czynność wyjątkowo mnie odpręża i relaksuje. Co więcej, umożliwia gimnastykę na świeżym powietrzu. O ile samo polerowanie szyb sprawia mi przyjemność, czyszczenie framug i szczelin już nie. Kiedyś robiłam to przy pomocy starej szczoteczki do zębów. Dziś jestem sprytniejsza.

Każdego roku, na jesieni porządnie myję okna. Przede wszystkim dlatego, że przez czyste szyby wpada do mieszkania więcej światła. A jak wszystkie wiemy – ta pora roku nie należy do słonecznych, więc każdy promyk jest na wagę złota. Poza myciem szyb, dokładnie czyszczę również framugi okienne i balkonowe. Nie wiem, czy zauważyłyście, ale w szczelinach gromadzi się mnóstwo brudu, gdy latem balkon czy okno otwarte są niemal cały czas. Początek jesieni, gdy powoli zamykamy się w mieszkaniach, by przekoczować zimę, to idealny moment, by wysprzątać miejsca, które na ogół pomijamy.

Nad samą techniką mycia okien rozwodzić się nie będę. Każda z was z pewnością opracowała już swoją metodę. Wierzę też, że doskonale radzicie sobie z czyszczeniem framug od wewnątrz i od zewnątrz – wystarczy przecież przetrzeć je wilgotną szmatką. Ale co zrobić z wąskimi szczelinami w środku? Jak wspomniałam na wstępie, kiedyś czyściłam te miejsca starą szczoteczką do zębów. Było to jednak żmudne i męczące, więc jak to ja – poszukałam odpowiedniego triku, który ułatwi mi zadanie. I tak trafiłam na filmik na kanale „lovelygrtt„.

Od tej pory framugi i prowadnice najpierw posypuję sodą, a następnie polewam je wodą utlenioną. Po kilku minutach miejsca te wystarczy przetrzeć papierowym ręcznikiem lub szmatką. Zaschnięty brud zniknie bez problemu. Koniec z szorowaniem, zapewniam!


Lifestyle

Jak moja przyjaciółka – eko-wariatka – namówiła mnie na domowy antyperspirant

Pani Mądrala
Pani Mądrala
26 września 2017
Fot. iStock/NKS_Imagery
 

Ileż to razy widziałam w telewizji reklamy cudownych dezodorantów czy innych antyperspirantów, które to miały powodować, że skóra pod pachami jest gładka, delikatna, nawilżona i cudownie pachnie? Ileż to razy pomyślałam sobie, że kurde, stosowałam preparat X i Y, Z też, a ogień piekielny wciąż czuję pod pachami, a skóra czerwona od potylicy aż po biodro?

Dobra, najpierw stwierdziłam, że depiluję skórę pod pachami w nieodpowiedni sposób. Zaczęłam więc golić się maszynką po odkażeniu zarówno skóry, jak i maszynki. Potem przez dobę nie stosowałam żadnego kosmetyku. Czy po tym mogłam z uśmiechem na twarzy złapać się za górną rurkę w autobusie i puścić oko do przystojniaka obok, jak w jednej z reklam? NIE.

I wtedy pomyślałam sobie, że może chodzi o kosmetyki, których używam. Dzwonię więc do jednej z koleżanek (zapewne każda z was zna jakąś eko-wariatkę, która nie dość, że wszystko czyści octem, to jeszcze sama robi kostki do kibla – SERIO) z prośbą o pomoc. „Aśka, pamiętasz jak na ostatnim grillu, po dwóch butelkach wina próbowałaś mnie namówić na antyperspirant domowej roboty? No to mów, notuję. Raz kozie śmierć” – rzekłam.

I sprawa, moje drogie, wygląda następująco. Trzeba przygotować: sodę oczyszczoną i wodę utlenioną. Tak, to koniec listy zakupów.

Uwaga, teraz dyktuję sposób aplikacji: wysypujemy odrobinę sody na rękę, skraplamy wodą utlenioną i wcieramy pod pachami.

Kiedy powiedziała mi to, gdy byłam trzeźwa, myślałam, że oszalała. Albo ja postradałam zmysły, żeby tę procedurę wykonać.

Jeśli znasz to uczucie zażenowania, gdy robisz coś dziwnego, co wyczytałaś w internecie lub opowiedziała ci w sekrecie koleżanka – wiesz, o czym mówię.

I cholera, działa!


Lifestyle

Wylewasz wodę po gotowaniu ziemniaków? Ja nie. Jest wyjątkowo cenna

Pani Mądrala
Pani Mądrala
11 września 2017
Fot. iStock/esseffe

Każda gospodyni ma jakieś swoje triki. Jedna wie, co zrobić, żeby sernik nie opadł, druga potrafi w mgnieniu oka wywabić każdą plamę, jeszcze inna specjalizuje się w sprzątaniu domu bez użycia chemii. Ja natomiast jestem prawdziwą mistrzynią nietypowego wykorzystywania różnych produktów i odpadów. Dzięki niektórym pomysłom udaje mi się nie tylko zaoszczędzić pieniądze, ale także produkować mniej śmieci i dbać o swoje zdrowie. Zainteresowane?

Jedną z pierwszych rewolucji, jakie przeprowadziłam na stałe już kilka lat temu, to umiejętne wykorzystanie wody po gotowaniu ziemniaków. Większość z was zapewne wylewa ją do zlewu? Ja też tak robiłam, zanim zdałam sobie sprawę, że jest to drogocenny płyn, bogaty w potas, fosfor, żelazo, magnez, skrobię, błonnik oraz takie witaminy jak: A, B, K czy E. Aby jednak móc go wykorzystać, trzeba pamiętać o jednej zasadzie! Nie wolno posolić wody, w której gotujemy ziemniaki. Wiem, wiem, brzmi strasznie. Warto jednak podkreślić, że nadmiar soli w diecie szkodzi. Jeśli jednak nie potraficie z niej zrezygnować (polecam chociaż spróbować), ziemniaki można posolić dopiero na talerzu – będą równie smaczne.

Wodę wykorzystuję z reguły na 4 sposoby:

  1. Przede wszystkim służy mi do podlewania roślin doniczkowych. Minerały korzystnie wpływają na ich kondycję i wzrost.
  2. Raz w tygodniu stosuję płukankę na włosy z wody po ziemniakach. Są dzięki temu lśniące i nieco ciemniejsze niż moje naturalne.
  3. Co kilka tygodni z jej pomocą odkamieniam czajnik elektryczny. Kiedyś wykorzystywałam do tego celu ocet, jednak woda po ziemniakach w mojej ocenie działa lepiej. Wystarczy wlać ją do zbiornika na wodę i zagotować, a następnie umyć i przepłukać czajnik.
  4. Woda z ziemniaków jest też idealną bazą do zup i sosów. Będzie nieco gęstsza dzięki zawartości skrobi, a także bardziej odżywcza i smaczniejsza, ze względu na minerały i aromat ziemniaków. No i ten błonnik! To właśnie on sprzyja utrzymaniu zgrabnej sylwetki. Aż żal nie skorzystać.

Jestem przekonana, że zastanowisz się dwa razy, zanim kolejny raz wylejesz wodę po ziemniakach do zlewu.